Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

Poprzedni

Maciej Zając właśnie się pojawił na korytarzu.

‒ Zapraszam do mnie. Nie będziemy przecież rozmawiać tutaj.

‒ Ilu pacjentów jest w hospicjum?

‒ Obecnie dwudziestu sześciu.

‒ A pracowników?

‒ Ośmiu.

‒ Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziesięciu.

‒ To prawda. Ale finansów starcza tylko dla ośmiu. Na szczęście są jeszcze nasi kochani wolontariusze. Przychodzi do nas sześć osób, głównie młodych ludzi, którzy pomagają przy pielęgnacji pacjentów.

‒ Co należy do ich obowiązków?

‒ Uczniowie szkoły medycznej mogą pomagać przy myciu, masowaniu. Inni pomagają w karmieniu, czytają, grają w gry. Z niektórymi pacjentami można wychodzić na spacery, o ile pogoda dopisuje.

‒ Więc pani Maria jest jedną z wolontariuszek?

‒ Tak, choć jest wolontariuszką niezwykłą.

Edyta uśmiechnęła się, zachęcając do dalszej wypowiedzi.

‒ No cóż, jest jedyną wolontariuszką w tym wieku. Pomagają nam głównie licealiści. Potem idą na studia, wyjeżdżają, zakładają swoje rodziny.

‒ To jak znalazła się tu pani Maria?

‒ Najpierw przychodziła do swojej znajomej. Kiedy ta odeszła, zapytała, czy może odwiedzać innych. Pacjenci bardzo ją lubią, zwłaszcza ci starsi. Jej obecność działa na nich bardzo kojąco, niektórzy dzięki temu godzą się z nadchodzącym końcem. Młodzi mają wiele dobrej woli, ale nie rozumieją jeszcze śmierci. Wydaje im się, że wiedzą, ale… chyba tylko bardzo chcą pomóc. Pani Maria była przy umierającym mężu, przyjaciółce i jest w tym wieku, że śmierć dotyczy także jej. Jej empatia i zgoda na to, że kiedyś też umrze, są dla naszych pacjentów bardzo ważne.

‒ Nigdy nie było żadnych zgrzytów?

Dyrektor się uśmiechnął.

‒ Nie chce mieć pani mdłego materiału o aniele dobroczynności? ‒ zapytał. ‒ Wiem, że pomaga też w domu dziecka i MOPS-ie. Pewnie wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. No cóż. Zgrzyty ciągle się zdarzają. Ale pani Maria jak na razie ze wszystkiego wychodziła obronną ręką. Mieliśmy pacjenta, który wiele lat walczył z chorobą nowotworową. Kiedy zaczął przegrywać, zgłosił się do nas. Miał czterdzieści dziewięć lat i troje dzieci. Żona pracując, nie mogła się nim zająć w domu, to on zdecydował się na hospicjum. Lekarze dawali mu miesiąc życia. Był bardzo rozgoryczony. Walczył tyle lat i przegrał. Kiedy przyszła pani Maria, wybuchł. Nawet chciałem interweniować, bo wrzeszczał na nią jak opętany. Krzyczał, że nie chce jej litości, że ona nic nie rozumie, że on ma po co żyć, bo ma żonę i dzieci, a ona powinna się zająć wnukami. Siedziała obok i nic nie mówiła, pozwalała mu się obrażać. A kiedy w końcu się zmęczył, powiedziała tylko: „Ja się nad panem nie lituję, ja panu zazdroszczę. Ma pan rodzinę, umrze pan otoczony przez żonę i dzieci. A ja jestem sama. Nie miałam rodzeństwa, nie mogłam mieć dzieci, a mąż już umarł. I przychodzę tu, bo mam nadzieję, że kiedy będę już tu leżeć, to do mnie też ktoś przyjdzie przeczytać mi gazetę”. A potem wstała i wyszła. A kiedy przyszła tu drugi raz, to ten pacjent miał dla niej kwiaty. A potem przedstawił jej swoją rodzinę. Z tego co wiem, nadal mają ze sobą kontakt. Obawiam się, że o pani Marii nie da się powiedzieć nic złego. Nie robi tego dla pieniędzy, a nawet jeśli zgodzimy się z teorią, że ludzie pomagają z czystego egoizmu, to ja bym chciał, żeby wszyscy byli takimi egoistami.

Edyta zaskoczona nie wiedziała, o co jeszcze może zapytać.

‒ Pani nie rozumie – stwierdził dyrektor z uśmiechem. ‒ Ale proszę się nie denerwować. Większość ludzi nie rozumie. Teraz dobroczynność jest w modzie. Wszyscy odliczają jeden procent, wspierają zbiórki. Rozumieją to, bo pieniądze są wymierne. Trudno im zrozumieć, że ktoś poświęca swój czas i pracę, że to może dawać satysfakcję.

‒ No cóż – Edycie przed oczyma stanęło, jak wrzuca pieniądze do puszki i oddaje ubrania, których już nie potrzebuje. Szybko otrząsnęła się ze wspomnienia.

‒ Dziękuję bardzo. Nie będę zabierać panu więcej czasu. Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy mogę porozmawiać z którymś z pacjentów?

‒ Tak. Proszę zapytać panią Krystynę z sali numer jedenaście. Jest rozmowna i na pewno nie będzie miała nic przeciwko wystąpieniu przed kamerą. Tylko proszę dać jej chwilę, na pewno będzie chciała się przygotować, wie pani, ubrać się, zrobić sobie oko.

Następny

Jedna myśl nt. „Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

  1. No dobrze, uczciwie trzeba przyznać, że nie wytrzymałem i rzuciłem okiem wcześniej niż zamierzałem. Kolejny fragment, który bardzo przyjemnie się czyta i po którym pozostaje niedosyt i chęć sięgnięcia po kolejny. Cierpliwie czekam na następny :)

    Pozdrawiam
    nimitz

    P.S.
    Drobny chochlik w pierwszych wersach – „Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziecięciu.” Podejrzewam, że miało jednak być „dziesięciu” :)

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>