Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

2 myśli nt. „Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

  1. Chwila przerwy przy kawie i kolejnym fragmencie. Szkoda tylko, że znów tak szybko się skończył i będzie trzeba poczekać na następny wpis :)

    Pozdrawiam serdecznie

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz użyć następujących tagów oraz atrybutów HTML-a: <a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <strike> <strong>