Koniec i początek. E-book już niedługo

„Reportaż” zakończony, ale przede mną jeszcze wiele pracy. Redakcja skończonego utworu to chyba trudniejsza praca niż pisanie. A chciałabym, żeby „Reportaż” wyszedł jako mobi, więc przede mną nauka, jak się takie cudo majstruje.

W głowie już kolejny projekt. Tym razem coś większego, baaa! wielkiego. I hipertekstowego. I historycznego. Ale jak zawsze będzie o kobietach. I tym razem właśnie tytuł mam pierwszy – „Wilczyce”. Jeśli komuś się kojarzy z „Pannami z Wilka”, to całkiem dobrze się kojarzy. I nie całkiem.

Pomysł powstaje kilka lat. Ewoluuje. Z dwóch powstaje jeden. Gdybym miała powiedzieć, kiedy postanowiłam napisać powieść hipertekstową, musiałabym cofnąć się co najmniej 10 lat. Ile lat liczy pomysł napisania sagi kobiecego rodu? Sama nie wiem. Siedzi we mnie chyba od zawsze.

To nie będzie taki sam projekt, jak poprzednie. Nie wiem jeszcze, czy uda się przygotować wydanie e-bookowe. Nie wiem też, a w zasadzie nie wiem przede wszystkim, ile czasu zajmie pisanie. Kilka lat, może kilkanaście. Muszę wiele się dowiedzieć, bo akcja będzie skakać po całym wieku XX, a mi bliskie są jego ostatnie lata. Poza tym bohaterki – znam już kilka z nich i wiem, że są wymagające.

Ruszam więc z korektą i dopisywaniem. A potem… Potem „Wilczyce”

Rozdział 10. Reportaż

Poprzedni

– Nazywam się Edyta Bronowska. Znacie mnie państwo z reportażu „Władza do kupienia”. Dzisiejszy reportaż miał nosić tytuł „Wigilia Marii”. Tego państwo nie obejrzycie. Zobaczycie za to portret człowieka. „Byłam komunistką” to słowa mojej dzisiejszej bohaterki. Obejrzyjcie do końca, zanim ocenicie.

Kolejne ujęcia – zmontowane zgodnie z planem. W końcu minuta na wigilię.

– Czego się spodziewałam? Nie wiem. Chyba sielsko-anielskiej kolacji w gronie bliskich. Taka powinna być wigilia Marii. Nie była.

Sekunda – ujęcie próbne z mieszkania pani Marii Przygotowany stół wigilijny, w tle choinka. Tylko tyle Przemek nakręcił – całe szczęście nie skasował – wszystko może się przydać.

– Na stole nie ma opłatka, bo nie ma z kim się przełamać. Ten wieczór nie skończył się tak, jak miał. Nie nakręciliśmy materiału. Nie zobaczycie państwo wigilii Marii. Wigilia Marii to pustka. Życie Marii to pełnia. Dlatego pokazaliśmy wam człowieka: kobietę…

„…nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków…”

…byłą komunistkę…

„…byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu…”

…dyrektor…

„…partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku…”

…wolontariuszkę…

„…czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie?”.

Koniec

Rozdział 9 Wigilia

Poprzedni

Materiał był gotowy.

A Edyta była zadowolona. Zostało tylko nakręcić wigilię.

Mieszkanie pani Marii było świątecznie udekorowane. W rogu stała niewielka choinka, a na oknie szopka bożonarodzeniowa. Paliły się świece. Stół był nakryty dla dwóch osób, ale było na nim niewiele jedzenia: talerzyk z dwoma kawałkami ryby, drugi z kilkoma pierogami, mały dzbanek z barszczem, owoce na paterze i kilka plastrów makowca.

Pani Maria była w szarej wełnianej sukience, na szyi miała złoty łańcuszek. Z uśmiechem zaprosiła ich do środka. Przemek wyglądał na nieco zdezorientowanego, ale szybko ustawił kamerę. Edyta jeszcze raz przyjrzała się mieszkaniu, jakby czegoś szukała. Inaczej wyobrażała sobie ten moment.

– Jesteście zdziwieni – zauważyła pani Maria. – Jak mówiłam – nie mam rodziny. Święta spędzam sama. Z Michałem rozmawialiśmy do późna, potem szliśmy na pasterkę. Teraz słucham kolęd. Czytam. Jutro pójdę na spacer, zjem obiad, obejrzę jakiś film.

Wzruszyła ramionami.

Edyta jeszcze raz spojrzała na stół wigilijny. Nie było na nim opłatka. Przypomniała sobie wczorajsze spotkanie dla samotnych i ubogich, dzieciarnię z domu dziecka, panią Krysię. To nie tak powinno wyglądać, nie tak powinno być. W mieszkaniu zapanowała niezręczna cisza.

– Przepraszam – powiedziała Edyta. Złapała torebkę i wyszła na klatkę.

Telefon dzwonił nienośnie długo – mama zajęta w kuchni pewnie nie słyszała dzwonka. W końcu jednak odebrała.

– Wesołych świąt, kochanie.

– Wesołych świąt. Mamuś, czy… – Edyta nie wiedziała, jak zadać to pytanie. – Mamo, czy ja mogę przyjechać na święta?

– Ależ oczywiście, Edytko, przecież nie musisz pytać. Wiesz, że dla ciebie zawsze jest tu miejsce.

– A czy znajdzie się miejsce dla jeszcze dwóch osób?

– Twoi przyjaciele? Oczywiście. Znajdzie się miejsce dla każdego. Dzieciaki prześpią się na materacach, będą przeszczęśliwe.

– Nie wiem, czy nocleg będzie potrzebny. Na razie myślałam tylko o wigilii.

– Przyjeżdżaj. Poczekamy z kolacją.

– Dzięki, mamo. Kocham cię.

Przemek i pani Maria siedzieli na kanapie i rozmawiali, ale kiedy weszła, rozmowa zamilkła.

– Pani Mario, mam nadzieję, że się pani nie pogniewa. Zapraszam was na kolację do moich rodziców.

– Cóż… – pani Maria sporzała na Edytę. Na jej ustach pojawił się delikany uśmiech. – Nie mogę odmówić. Tylko może spakuję jedzenie?

– Jeśli pani chce. W domu na pewno jest jedzenia, którego wystarczy dla wszystkich.

– W takim razie wezmę tylko makowca. Wyszedł mi wyjątkowo delikatny.

– Czyli pakować kamerę?

– Pakuj. Dziś nie będziemy kręcić.

W domy było ciepło i gwarno. W niewielkim mieszkaniu królowali siostrzeńcy i bratanice Edyty. Najmłodsze próbowało ściągnąć z choinki bombki. Starsze wypatrywały na zachmurzonym niebie pierwszej gwiazdki.

– Ciocia, ciocia już jest! – kiedy tylko weszła otoczyła ją gromadka rozemocjonowanych kilkulatków.

– Cicho, wrzaskulce! – Edyta roześmiała się i przybiła piątki czterem wyciągnietym łapkom.

– A to twój chłopak? – zapytał najstarszy, ośmioletni Kuba.

– Nie, kolega z pracy. Jak będziesz grzeczny, to pozwoli ci potrzymać kamerę w trakcie nagrania.

Z kuchni wyszła mama, a tato wychylił się z pokoju i zaprosił wszystkich do stołu. Edyta szybko przedstawiła panią Marię i Przemka rodzinie. Okazało się, że dodatkowe nakrycia są już rozłożone i dla każdego jest miejsce. Zaczęło się wnoszenie ciepłych potraw, dzieciaki przepychały się, w zasadzie nie wiadomo dlaczego. W końcu wszyscy mogli usiąść. Tata przeczytał fragment pisma świętego i wziął opłatek.

– Życzę nam, byśmy za rok spotkali się znów wszyscy razem – zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Odłamał kawałek i podał mamie:

– Życzę wam wszystkim, żeby powiodły się Wasze plany: Wojtkowi, żeby firma zaczęła lepiej zarabiać, Katarzynie, żeby miała czas dla siebie, Martynie, żeby nowa praca była tą wymarzoną, Markowi, by nie musiał już tak dużo pracować i miał więcej czasu dla rodziny, dzieciakom, żeby zawsze dobrze się bawiły i Edytce – żeby w końcu dostała swój program.

– A ja chcę wam podziękować za to, że przyjęliście pod swój dach obcą osobę. Życzę wam, by spotkało was tyle samo dobrego, ile od siebie dajecie.

– Cóż, nie bez przyczyny jestem kamerzystą – nie najlepszy ze mnie mówca. Ale życzę nam wszystkim, żeby jeszcze dziś spadło dużo śniegu, żeby te święta były jeszcze bardziej świąteczne, o ile to możliwe.

Życzenia zataczały krąg. W końcu mama waczęła wlewać barsz, dzieciaki pokłóciły się o uszka. Talerze robiły się puste. Nikt nie zauważył, że Wojtek odszedł od stołu. Po chwili ktoś zaczął walić do drzwi wejściowych. Pani Maria wyglądała na lekko zaskoczoną.

– Święty Mikołaj – rzuciła Edyta, która dobrze wiedziała, że jej brat co roku przebiera się, by nastraszyć dzieciaki.

Przemek chwycił za plecak i wyciągnął z niego podręczną kamerę. Zdąrzył nakręcić, jak święty wchodzi do pokoju i rozsiada się wygodnie w fotelu. Półtoraroczna Zuza zaczęła płakać, więc Martyna wzięła ją na ręce. Kuba głośno zadeklarował, że on się nie boi, bo to tylko przebrany święty Mikołaj i schował się za krzesłem.

– Ho, ho, ho! – grubym głosem powiedział Wojtek. Edyta wytarła łzy i mocniej zacisnęła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Wojtek nie tylko wypchał poduszką brzuch, ale też zadek świętego i wyglądał jak ludek Michelin.

– No, to chodź, dzielny chłopcze, do mnie. Zaraz zobaczę, czy byłeś grzeczny – i Wojtas wyciągnął zza pazuchy rulon papieru. Rozwinął go i udał, że czyta. A potem wyjął jakąś kartkę złożoną na pół.

– Tu mam list od ciebie. Chciałeś łyżwy i kij do hokeja. No, no, no! To ten karton będzie dla ciebie. Tylko skocz no tam do sieni, bo tam jakiś kij się ostał.

Przemek opluł wyświetlacz makiem. Kuba wyskoczył jak oparzony do korytarza i przytargał kij zawinięty w zielony papier.

– Jaaa! Dzięki, święty Mikołaju – rzucił się Wojtkowi na szyję i pocałował w policzek.

– A tu mam prezent dla Oli i Ali.

Wojtek wyciągnął wielkie pudło.

– I jeszcze dwa takie mniejsze.

W pudle, jak się okazało był domek dla lalek, a w pudełkach nowe lalki. Sebastian, młodszy od Kuby o trzy lata, dostał tor wyścigowy, a Zuza klocki. Dzieciaki pożegnały Mikołaja i zajęły się zabawą.

Rozmowa przy stole toczyła się wokół osoby pani Marii. Rodzice byli zainteresowani, kim jest ich gość, ale po kilku minutach temat zmienił się na wspomnienia z dzieciństwa i wymianę poglądów. Wieczór minął nie wiadomo kiedy. W końcu pora była wracać. Następnego dnia Edyta musiała domontować materiał.

Następny

Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Pyskata Karolinka

Karolinka leżała na łóżku i przytulała pluszową żyrafkę. Była obrażona na mamę i tatę, którzy jej nie rozumieli. Tymczasem mama i tata siedzieli przy kuchennym stole. Oni także byli smutni.

Karolinka i jej rodzice znów się pokłócili. Tym razem w czasie kolacji.

– Kochanie, kolacja – powiedziała mama i postawiła na stole talerz z kanapką z szynką i papryką.

– Kochanie, kolacja – powiedziała Karolinka, przedrzeźniając mamę.

Tata spojrzał na nią ostrzegawczo. Przedrzeźnianie nie było jego ulubioną zabawą.

– Jedz, po kolacji pogramy w „Chińczyka” – powiedział.

– Nie w „Chińczyka”.

– A w co?

– W nico.

Rodzice przestali jeść.

– Karolinko, to nie jest grzeczne zachowanie. Jeśli nie chcesz z nami grać, po prostu powiedz – powiedziała mama.

– Chcę grać!

– Ja już nic nie rozumiem – tata spojrzał uważnie na córkę.

Karolinka nie wiedziała, co powiedzieć, więc pokazała rodzicom język i mocno odsunęła talerzyk z kanapką na znak, że nie będzie jeść. Talerz prześliznął się po stole i spadł na podłogę, gdzie rozsypał się na drobne kawałeczki.

– Idź do swojego pokoju! Natychmiast! – krzyknęła mama.

– Nie!

– Mama coś powiedziała – dodał stanowczo tata, ale córka go nie słuchała.

– Nie pójdę!

Tata wziął nadąsaną pięciolatkę na ręce i zaniósł do jej pokoju. Zamknął drzwi, ale dziewczynka je otworzyła. Tata zaprowadził ją do pokoju jeszcze raz, ale Karolinka znów z niego wyszła, a w zasadzie wybiegła z krzykiem:

– To nie sprawiedliwe!

– To kara za to, że zbiłaś talerz. Wyjdziesz z pokoju, jak przeprosisz.

– Nie przeprosisz! – krzyknęła Karolinka i zrobiła złośliwą minę.

Tata znów zamknął córkę w pokoju, tym razem jednak został pod drzwiami. Po chwili usłyszał stłumione chlipanie, znak, że Karolinka płacze przykryta kołdrą. Wrócił do kuchni, w której mama posprzątała już rozbite naczynie.

Minęło kilka minut. Karolinka wypłakała się i wyżaliła ulubionej przytulance. Nie chciała rozgniewać rodziców. No, może trochę. I chciała, żeby się jej słuchali, żeby robili tak, jak ona chce. Bo ona wiedziała najlepiej, co jest fajne, a co nie.

W końcu do pokoju zajrzała mama, żeby powiedzieć dziewczynce, że pora się wykąpać i położyć spać. Naburmuszona dziewczynka dała się zaprowadzić do łazienki, a potem, wciąż obrażona, poszła spać.

Przyśnił jej się bardzo dziwny sen. Była w swoim pokoju, siedziała na łóżku, a na fotelu przy biurku siedział czarodziej. To musiał być czarodziej. Miał fioletową pelerynę w pomarańczową kratkę i spiczasty zielony kapelusz w żółte grochy. W ręku trzymał żółtą różdżkę zakończoną skomplikowanym zawijasem. Karolinka wiedziała nawet, jak on ma na imię – słyszała je ostatnio w przedszkolu. Czarodziej Sawuar Wiwr. Czarodziej nic nie mówił, ale patrzył na Karolinę pytająco, a dziewczynka wiedziała, o co chcę ją zapytać.

– Ja wcale się nie lubię kłócić z rodzicami, ale oni nie chcą mnie w ogóle słuchać.

Czarodziej podniósł brew wyraźnie zdziwiony.

– Naprawdę. Ja chcę tylko, żeby mnie słuchali.

Czarodziej kiwnął głową. A potem machnął różdżką w stronę sypialni rodziców. Z różdżki wyskoczyło kilka małych iskierek.

Rano Karolinka wyszła z pokoju jeszcze zaspana.

– Dzień dobry, słoneczko – przywitała ją mamusia.

– Mamusiu, śnił mi się taki śmieszny czarodziej.

– Wyczarował coś?

– Nie. Ale miał taki duży kapelusz. I siedział w u mnie w pokoju i mnie słuchał.

– To musiał być ciekawy sen.

– Yhy.

Mama kończyła właśnie robić śniadanie, ulubioną kaszkę Karolinki. Po śniadaniu dziewczynka zaczęła bawić się lalką. Zabawę przerwał tata.

– Ubieraj się, Karolciu. Idziemy do przedszkola.

Karolinka już miała iść się ubrać, ale podeszła do lusterka. A tam czekała na nią zabawa w miny. Tata wyszedł z sypialni.

– Ty jeszcze nie ubrana? Zdejmuj pidżamę, szybciutko.

Dziewczynka w lusterku zrobiła brzydką minę – skrzywiła usta i zmarszczyła nos.

– Nie zdejmę.

Tata kiwnął głową, zupełnie, jakby niczego nie usłyszał i poszedł do łazienki.

– Jak będziesz gotowa, to przyjdź umyć zęby. Nałożę ci pastę na szczoteczkę.

– Nie nakładaj! Sama chcę! – wrzasnęła Karolinka.

Tata już wszedł do łazienki. Dziewczynka stała zadziwiona, wpatrzona w miejsce, gdzie przed chwilą był jej tata.

– Córeczko, ty jeszcze nie ubrana? – zdziwiła się mama, wychodząc z kuchni. – Pomóc ci założyć rajstopy?

Karolinka cicho się zgodziła i już po chwili była gotowa.

W przedszkolu spotkali Maję. Koleżanki zaczęły się gonić, mimo że zarówno mama Mai, jak i tata Karoliny wołali je do szatni. W końcu dziewczynki dobiegły do swoich szafek.

– No, zdejmuj buty! – zachęcił Karolinkę tata.

– Nie mogę – zapłakała dziewczynka i na znak swojej niemocy położyła się na brzuchu na podłodze.

Tata zupełnie jakby tego nie zauważał. Patrzył na drzwi, jakby na kogoś czekał.

– Nie mogę! – powiedziała jeszcze raz Karolinka, tym razem głośniej.

Tata nadal patrzył w okno, a po chwili zaczął oglądać rysunki na tablicy zawieszonej na ścianie.

– Nie mogę! – wrzasnęła z całych sił Karolinka i żeby podkreślić mocy swoich słów, uderzyła rękoma i nogami w podłogę.

Tata nadal niczego nie słyszał.

Zaskoczona Karolina wstała i usiadła na ławce. Tata chyba żartuje. Powinien zacząć na nią krzyczeć, tłumaczyć, że się śpieszy. A on jej nie widział!

– Tato – rozpłakała się, tym razem naprawdę zasmucona. – Tatusiu, pomóż mi. Nie umiem zdjąć chustki.

Tata oderwał wzrok od rysunków.

– Już ci pomagam.

Dzień w przedszkolu szybko minął. Po kolorowaniu po Karolinkę przyszła mama.

– Ubieraj się szybciutko, skarbie, upieczemy dziś ciasto.

– Super!

– No, to zbieramy się i idziemy na zakupy.

Ale Karolinka najpierw chciała jeszcze pobawić się, a potem porozmawiać z Martą.

– Karolina! – powiedziała mama, ale córeczka jej nie słyszała.

– Karolina! – powtórzyła mama.

Karolinka przybiegła do szatni i zaczęła skakać po kolorowych kaflach podłogowych.

– Karolinko, ubieraj się – przerwała jej mama.

Dziewczynka nie cierpiała, kiedy mama ją popędzała i przeszkadzała jej w zabawie.

– Nie mogę! – wrzasnęła i położyła się na podłodze. Ale mama na nią nie patrzyła.

– Eeeeeee! – zaczęła krzyczeć dziewczynka.

Mama oglądała coś za oknem. Jako to? Od samego rana tata i mama dziwnie się zachowywali. A przecież mieli jej słuchać. A może to ona powinna inaczej do nich mówić?

– Pomożesz mi, mamo?

– Oczywiście córeczko.

Sytuacja powtórzyła się przy kolacji. Rodzice nie zauważali niegrzecznych grymasów, nie słyszeli protestów. Za każdym razem, gdy była niegrzeczna, rodzice przestawali ją widzieć. Zupełnie jakby była niewidzialna.

Zjadła makaron z sosem i wstała od stołu. Wzięła talerz i odłożyła do zmywarki.

– Pięknie posprzątałaś, kochanie – pochwaliła ją mama.

A potem ucieszyła się, gdy Karolinka sama umyła zęby i pozbierała klocki z podłogi.

Tej nocy Karolince znów przyśnił się Czarodziej Sawuar Wiwr.

– Rodzice mnie słyszą, kiedy mówię ładnie.

Czarodziej uśmiechnął się i pokiwał głową.

Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Samobójstwo. Jak się zabić?

Otworzył laptopa. Ręce miał spocone, choć było mu zimno. Trząsł się z emocji. Bał się. Był podekscytowany.

„jak się zabić samobójstwo ” wpisał w wyszukiwarkę.

Ta myśl błąkała się w jego umyśle już od jakiegoś czasu. Coraz trudniej było mu rano wstać, coraz częściej chciał uciec od wszystkiego. Dosłownie od wszystkiego.

Przejrzał wyniki. Fora. Nie miał ochoty czytać żałosnych postów żałosnych ludzi, którym się wydawało, że mają receptę na wszystko. On potrzebował recepty na szybką i bezbolesną śmierć. Zresztą – nawet odrobina bólu będzie niczym w porównaniu z tym, co przeżywa teraz.

O, ten wpis wydaje się ok. Jakiś blog, przeczyta, komentarze sobie daruje, kolejni idioci pewnie pocieszają i próbują ratować autora, który być może tak jak on, szuka końca.

Kliknął w link, przeleciał wzrokiem tekst, szukając interesującego go fragmentu, ale zamiast tego trafił na pogrubione wyraźnie cyfry:

116 123 – Telefon zaufania dla osób dorosłych w kryzysie emocjonalnym
22 425 98 48 – Telefoniczna pierwsza pomoc psychologiczna
116 111 – Telefon zaufania dla dzieci i młodzieży
801 120 002 – Ogólnopolski telefon dla ofiar przemocy w rodzinie „Niebieska Linia”
800 112 800 – „Telefon Nadziei” dla kobiet w ciąży i matek w trudnej sytuacji życiowej

Zastanowił się. Zaraz to zrobi, zaraz poszuka jeszcze raz, ale… może choć raz ktoś go zrozumie. Zanim umrze, chce choć raz usłyszeć, że nie przesadza, że ma rację.

Wykręcił numer. Głos po drugiej stronie należał do dziewczyny. Chciał jej wszystko szybko wyjaśnić, ale kiedy zaczął mówić, nie mógł przestać. Co jakiś czas słyszał delikatną zachętę z jej strony. Słuchała go, nie oceniała. W końcu usłyszał „Masz prawo tak czuć”. Poczuł na policzkach łzy. Tak. Ma prawo. Rozmawiali nadal. W końcu zrozumiał, że nie musi tego robić. Że skoro przeżył to wszystko, to da sobie radę. Da sobie radę.

Obudził się. To już rok. Ubrał się i wybiegł z mieszkania. Na ulicach było pusto, o tej godzinie normalni ludzie śpią. Biegł przed siebie, w myślach planując kolejny dzień. Jeszcze nie wyszedł na prostą, ale co dzień był bliżej. Czuł się silny. Sam decydował o swoim życiu i o swojej śmierci.

Rozdział 7. Piąty dzień zdjęć. Bezdomny.

Poprzedni

Edyta wchodząc do mieszkania pani Marii poczuła się, jakby… przyszła do ulubionej cioci. Pachniało kawą, która już na nich czekała.

– Planowałam dziś jechać na cmentarz męża. Wczoraj zadzwoniła do mnie Brygida z MOPS-u. Na ogródkach działkowych spotkano bezdomnego. Nie chciał rozmawiać z policją ani z przedstawicielami ośrodka. Ja tam obok mam działkę, więc Brygida zapytała, czy ja mogłabym z nim porozmawiać, dowiedzieć się, kim jest, dlaczego jest bezdomny i czy zgodzi się zamieszkać w schronisku.

– Kamera raczej pani nie pomoże – zauważył Przemek.

Ogródki działkowe przywitały ich absolutną ciszą.

– Niestety moja działka jest dość mocno w głąb. Ale zapraszam.

Szli alejką, wokół stały bezlistne drzewa owocowe, wysuszone badyle kwiatów i traw. Altanki straszyły pustymi oknami.

– Tamta zielona altanka to mój ogródek. A naszego gościa ani widu, ani słychu.

– To co robimy?

– Skoro już tu jesteśmy, to zerknę, czy mi sarny drzewek nie obgryzają. W taką pogodę nie powinny, ale lepiej się upewnić.

Edyta pokręciła się trochę, pozerkała na krzewy. Przemek z nudy wyjął kamerę i kręcił jakiś skalniak. Nagle zza sąsiedniego domku wyszedł mężczyzna.

– A państwo tu czego?

– Przyjechaliśmy z panią Marysią. Z tej działki.

– Aha!

Edyta spojrzała na mężczyznę. Wyglądał jak bezdomny – zniszczona życiem twarz, warstwy ubrań, przedarte adidasy.

– A pan tu pilnuje? – Zagadnęła.

– A pani co? Z telewizji?

Przemek dyskretnie zwrócił kamerę w ich stronę

– A żeby pan wiedział, że z telewizji – też się zaśmiała i podeszła bliżej. – Edyta Bronowska.

Wyciągnęła rękę. Bezdomny zawahał się, ale po chwili uścisnął dłoń Edyty.

– Nie będę panu ściemniać. Pani Marysia dowiedziała się, że pan tu przebywa, a że akurat kręcimy o niej reportaż, to nas tu przyciągnęła.

– A niech się nie boi, ja tu nie kradnę. Kąta tylko suchego szukałem, a tu jest taka jedna opuszczona działka. Nie ukradnę i nie zniszczą, spokojna głowa.

– Nie wygląda pan na takiego, co rozrabia. Raczej na takiego, co go życie dotknęło.

– Pomyślałby kto, że to panią obchodzi.

– Pani Wolska mnie nie obchodziła. A się okazało, że to dyrektor Chruszczewska z PPM. Pół miasta ją kocha, pół jej nienawidzi.

– Nie znam żadnej Chruszczewskiej, ale znałem kiedyś pewnego Wolskiego. Dobry człowiek był. Miał stolarnię za komuny, brata zatrudniał. A jak bratu się znarło, to bratowej pomagał, robotę dla niej znalazł. Dobry człowiek był.

– Z tego, co pan mówi, to to był mąż tej pani. Michał miał na imię?

– Ano. Świat jest mały.

Machnął ręką i zdawało się, że chce odejść.

– To jak? Opowie mi pan swoją historię?

Widać było, że bezdomny się zastanawia.

– Pani zrobisz reportaż, a ja co z tego będę miał?

– Mam panu zapłacić?

– Jakbym chciał pieniędzy, to bym poszedł do roboty. Fach mam w ręku, co pani myśli?

– Czyli bezdomność z wyboru. Filozof wolności?

– A pani to taka przekorna.

Nagle zaśmiał się gorzko.

– Takie kobiety lubiłem. Dobra, opowiem pani, a potem dacie mi święty spokój. Możesz pan kręcić otwarcie – zwrócił się nagle do Przemka. – Ja nie z tych, co się kamery boją. Ja kamery znam.

– No to słucham.

– Ano historia jak każda inna. Zakochałem się. Też była przekorna. Nie wiedziałem tylko, że do niej też inny chodzi. Na tamtego jej rodzice dobrze patrzyli. On miał ojca w komitecie, ja byłem sierotą, babka mnie chowała. Nie trudno się domyślić, którego wybrała. Jak się o mnie dowiedział, to chciał bójki. Zawzięty był, brata straszył. W końcu babka powiedziała, że mam wyjechać, żeby to się skończyło, bo tamten mnie w końcu zabije. Sprzedała pierścionek złoty, żeby mi bilet kupić. Do samej Ameryki, a to głęboka komuna była, nie wiem, co musiała zrobić, żeby mi paszport dali. No i pojechałem. I siedziałem tam trzydzieści lat. Rodzinie wysyłałem dolary, okazało się, że na leczenie brata. Potem bratowej pomagałem. Na pogrzebie babci nie byłem, na pogrzebie brata nie byłem. Przyjechałem jak zmarła bratowa. Dom był w ruinie. Nie znałem nikogo, nie miałem rodziny. Żyję sam, jestem wolny. Czeka mnie jeszcze tylko śmierć.

– Nie chciał pan wrócić do Ameryki?

– A po co? Ożeniłem się z Polką, mieliśmy dwoje dzieci. Ale jej się nie podobało, że rodzinę wspieram zamiast z nią na Hawaje latać. Rozwiedliśmy się. Zabrała mi dzieci. Nie mam tam do czego wracać. Tu przynajmniej jestem w ojczyźnie.

– To dobra opowieść.

– To słabe życie.

– Fakt.

Milczeli.

– To pana wybór, bo jak sam pan powiedział, mógłby pan znaleźć pracę, mógłby pan wrócić do Ameryki. Ja zdecydowałam robić karierę. Nie mam faceta, rodzina chciałaby, żebym wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale ja chcę mieć własny program polityczny. W ogólnokrajowej. Mój wybór. Jeśli życie na ogródkach będzie za trudne, to pewnie wie pan, gdzie się zgłosić. W niedzielę jest wigilia dla ubogich i bezdomnych. Proszę zajrzeć do MOPS-u.

– Polityczny? A póki co reportaże o miejscowych emerytkach z przeszłością?

– Takie życie. Proszę pamiętać o tej wigilii.

– Postaram się.

Odwrócił się i odszedł.

– Zadanie wykonane, choć ja nie kiwnęłam przy nim palcem – powiedziała pani Maria idąca w ich stronę.

– Ja bym tego tak nie nazwała.

– Więcej nie da się zrobić. Każdy ma prawo decydować o sobie. Jestem pewna, że kiedy sytuacja zrobi się poważna, ten człowiek da sobie radę. Nie wyglądał na takiego, który zamarznie zamroczony tanim alkoholem.

– To co teraz? – Zapytał Przemek.

– Wciąż jest jeszcze dość czasu, żeby odwiedzić grób Michała. Potem chciałam upiec szarlotkę i poczytać książkę.

– Ja tego na pewno nie przegapię – zapalił się Przemek.

– Czytania? – zdziwiła się Edyta, a pani Maria zaczęła się śmiać.

‒ Nic z tego. Czeka nas montaż.

‒ Ale szarlotka…

Edyta spojrzała na niego znacząco. Bez słowa, ale z wyraźnie zawiedzioną miną powlókł się do samochodu. Ulice były puste, więc szybko podjechali pod dom pani Marii.

‒ Widzimy się na kolacji dla bezdomnych?

‒ Tak.

‒ W takim razie do zobaczenia.

‒ Do zobaczenia.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Zajawka

Poprzedni

W redakcji życie toczyło się swoją drogą.

– O, Edytka – przywitał ją Krzysztof. – Jak tam pani starsza?

W zeszłym roku to ona śmiała się z niego. Kręcił świąteczny program o szopkach bożonarodzeniowych.

– Jeszcze żyje – odgryzła się. Niech myślą, że wpadła.

Od razu skierowała się do gabinetu naczelnego.

– Pani Edyto, naczelny jest zajęty! – krzyknęła za nią Monika, ale Edyta nie zwolniła. Otworzyła drzwi, Robert podniósł głowę, żeby spojrzeć, kto mu przeszkadza.

– Ufasz mi? – wypaliła prosto z mostu.

– Słucham?

– Pytam, czy puścisz mój materiał bez autoryzacji.

Robert podniósł brwi.

– Jest aż taki dobry, czy aż taki zły?

– Tylko dobry.

– Wiesz, jaką to ma oglądalność. Spieprzysz – oboje polecimy.

– Nie spieprzę.

– No dobra. Ale muszę mieć zajawkę.

– Będzie na jutro. Zapisz sobie tytuł: „Byłam komunistką”.

– W takim razie masz zielone.

Przemek już czekał ze Zbyszkiem

– Przemo mówi, że masz bombę. A ja słyszałem, że kręcisz bożonarodzeniówkę. To jak?

– To będzie zajebista bożonarodzeniówka. Teraz trzeba nakręcić zajawkę. Przemek, masz to, o co cię prosiłam?

– Co mam nie mieć. Ale jak mi jeszcze raz zaczniesz wymyślać takie zdjęcia, to obiecuję, że więcej się do ciebie na robotę nie piszę.

Zajawkę Edyta robiła zawsze bardzo nieprofesjonalnie – z głowy, od razu montując. Oglądała zdjęcia wielokrotnie i miała dwustuprocentową pewność, które fragmenty będą w reportażu.

O jedenastej mogła obejrzeć czterdziestosekundowy filmik.

„Na podwórzu biegały dzieci z domu dziecka. W tle słychać było fragment wywiadu:

– Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować.

Obraz się zmienił. Teraz widać był budynki PPM-u, obecnie przekształconego na Metalpol. Przeplatały się ze zdjęciami z lat osiemdziesiątych.

– Awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u?

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził.

Znów zmiana – w kadrze widać panią Krystynę z hospicjum.

– Ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

Pojawia się postać Miśki.

– Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejedna osoba ją palcem wytyka. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy Madonna, tylko właśnie ona.

W końcu na ekranie pojawiła się pani Maria.

‒ Byłam komunistką. Spokojnie. Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej przeszłości.”

– Wysyłaj do Kaśki. Już z nią gadałam, da radę do rana zrobić grafikę. Od rana można puszczać zajawkę.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny