Epilog

Poprzedni

Heniek leży w łóżeczku przy moim łóżku. Na razie przede wszystkim śpi. Próbowałam go karmić, ale chyba nie był głodny, bo dwa razu mlasnął i zasnął znów. Anka mówiła, żeby nie karmić na siłę. Zgłodnieje, to znajdzie cyca.

Śpieszyło mu się na świat. Na szczęście akurat był u mnie Łukasz i to on zwiózł mnie do szpitala. I oczywiście znów doszło do pomyłki, bo pielęgniarki wzięły go za ojca Henia. Nie było czasu, żeby to sprostować, bo skurcze były coraz częściej, a do tego na izbie przyjęć odeszły mi wody. Nie było to może tak spektakularne jak w filmach, bo większość płyny przyjęły na siebie moje spodnie. Potem to już wszystko potoczyło się błyskawicznie. Zabrali mnie na porodówkę, podłączyli do KTG, ale chyba za wiele nie wyczytali, bo okazało się, że mam już skurcze parte i godzinę później Heniek leżał u mnie na brzuchu, a położna chwaliła, że taki zdrowy i fajny chłopak. Dostał dziesięć punktów. W całym tym zamieszaniu, Łukasz nie miał jak wyjść, bo położne ciągle znajdowały mu jakieś zajęcie.

– Przepraszam, że cię w to wplątałam – powiedziałam, kiedy już w końcu zostaliśmy sami, przy czym ja leżałam z wywalonym cycem, do którego niby-przyssany leżał Heniek. Łukasz siedział na krześle obok.

– Ekstremalne przeżycie. Żaden kumpel mi nie zaimponuje skokiem na bungie.

– No, niejeden po taki przeżyciu nie może patrzeć na kobietę.

– Eeee, niejedna gorzej wygląda po wstaniu z łóżka.

Roześmiałam się. Jakby mi ktoś opowiadał, to nie uwierzyłabym.

Następnego dnia odwiedziła mnie rodzina. Całe szczęście, że miałam osobną salę, bo przyszli wszyscy od razu, razem z Krzysiem i Michasiem.

– Ale brzydki. Krzysio nie był taki brzydki.

– Wiem, jest okropny – powiedziałam i mrugnęłam do Michasia, któremu ewidentnie niemowlę się nie spodobało.

– Michasiu, tak nie można mówić, cioci będzie przykro, bo to jej synek – strofowała Ania, a mama jej wtórowała.

– Można, można – powiedziałam. – Michał ma rację, że niemowlaki są brzydkie i tyle. Gdyby nie był mój, też bym powiedziała, że jest brzydki. A nawet jak będzie najbrzydszy na świecie, to i tak będę go kochała.

– Ale dlaczego nie zadzwoniłaś? – Tomek był chyba lekko poirytowany.

– Nie było czasu. Nie dojechałbyś z roboty, a ja akurat miałam pomoc.

No i musiałam im opowiedzieć o Łukaszu. Oczywiście mama uznała, że skoro facet nie nawalił, to na pewno zakochany jest we mnie po uszy i za pół roku będziemy się obrączkować. Nie wyprowadzałam jej z błędu, a co tam, niech się pocieszy. Z czasem się przyzwyczai do tego, jak jest.

Renata wpadła wieczorem, kiedy rodzinka już wyjechała (zostawiając mi reklamówy żarcia, za co byłam im dozgonnie wdzięczna). Sylwia niestety zobaczy maluszka dopiero po swoim porodzie. Położne nie pozwoliły mi iść na patologię i nie zgodziły się przewieźć Sylwii do mnie. Wysłałam jej tylko zdjęcia małego. Ona za to przysłała mi zdjęcia swoich maluchów od dupy strony. Od trzech dni wiedziała, co ma w brzuchu i nie pisnęła ani słówkiem. A tam Joachim i Sylwester. Założymy drużynę piłkarską, siatkarską czy inną koszykarską.

Trzydziesty siódmy tydzień ciąży

Poprzedni

Sylwia mnie zmobilizowała, żebym spakowała torbę do szpitala.

– Daj spokój, to jeszcze trzy tygodnie.

– No to odłożysz do kąta i zapomnisz. Ale gdyby coś się działo, będziesz gotowa.

– Albo raczej zapomnę, gdzie ją położyłam i w efekcie pojadę bez.

Żarty żartami, ale torbę spakowałam od razu następnego dnia. Przy okazji kupiłam wszystkie rzeczy, których mogę potrzebować. Trochę tego wyszło. Samych pieluch cztery opakowania, a do tego te wszystkie podkłady, wkładki, emolienty, gaziki i fioleczki. Dokupiłam też trochę ciuszków, choć Ania twierdzi, że na pierwsze pół roku powinno mi wystarczyć tych od niej.

Przy okazji wynikła dość nietypowa i zabawna sytuacja. Otóż poprosiłam Dominika, żeby pomógł mi w przyniesieniu zakupów i umówiłam się z nim na piątą w Galerii. Kiedy wychodziłam z domu, zadzwonił Łukasz.

– Mogę cię odwiedzić? Przyniosę ciasteczka owsiane.

– Teraz nie mogę. Muszę kupić rzeczy dla mnie i dla dziecka. Jadę właśnie do Galerii.

– Aha, ok. To do zobaczenia.

Tak się dogadaliśmy, że przed wejściem czekali na mnie dwaj faceci – oczywiście osobno. Przedstawiłam ich sobie i zaczął się spektakl. Najwyraźniej Łukasz inaczej niż ja rozumie określenie „długoletni przyjaciel”, bo najwyraźniej stał się o Dominika zazdrosny. Musieliśmy wyglądać przezabawnie – ja w dziewiątym miesiącu ciąży i oni dwaj – dla postronnych pewnie mąż i kochanek – wyrywający sobie pampersy. Kiedy zaczęli spierać się o kolor śpiochów, uznałam, że pora to zakończyć. Zabrałam obu do Sphinksa, kazałam podać piwo i opowiedziałam pokrótce Łukaszowi historię moją i Dominika. Z początku zdawało się, że trochę w to wszystko nie wierzy, ale Dominik przekonał go ostatecznie.

– Gdybym przez tyle lat miał się w niej kochać i przez cały ten czas… hmmm… pościć, chyba bym sobie w łeb palnął.

No fakt – nie pościł przez ten cały czas. Poznałam z sześć jego dziewczyn i żadna, ale to żadna nie była do mnie podobna. Może nawet lepiej, bo wybierał raczej chuderlawe szkapy z długimi czarnymi włosami gustujące w panterce i ostrym różu. Z drugiej strony, co ciekawe – każda, ale to każda z nich miała wykształcenie wyższe, jedna była nawet doktorem. Inna zresztą prezesowała w jakimś banku.

Kiedy panowie w końcu doszli do porozumienia, okazało się, że nadają na podobnych falach. Być może nie zostaną najlepszymi kumplami, ale wychodzi na to, że na wspólnych imprezach nie będą się mierzyć wrogimi spojrzeniami.

Następny

 

Trzydziesty szósty tydzień ciąży

Poprzedni

Postanowiłam, że pora zacząć pracę w domu. Lekarz co wizytę chce mi wypisywać zwolnienie, nie przyjmując do wiadomości, że wcale nie chcę rezygnować z pracy. Do porodu jeszcze miesiąc, chciałam jeszcze dwa tygodnie pracować w firmie, ale jest mi po prostu ciężko. Dziś zahaczyłam drzwiami o brzuch. Większy już chyba nie będzie – a przynajmniej taką mam nadzieję. Przez niego kolebię się na boki, kiedy chodzę, czy raczej się turlam. Dojście na przystanek autobusowy zajmuje mi dwa razy tyle czasu, co przed ciążą. No i niestety – myślałam, że jak będę miała taaaaaki balon z przodu, to w autobusie znajdzie się ktoś dobry, kto ustąpi miejsca. Się przeliczyłam. Dwa razy mi się zdarzyło, że ktoś mi ustąpił. Raz była to młoda dziewczyna (pewnie ma nadzieję, że jak sama będzie brzuchata, to jej też ustąpią), drugi – starszy facet, prawie dziadzio (aż trochę wstyd mi było, bo to jemu powinni miejsca ustąpić). Wszyscy na mój widok nagle strasznie są zainteresowani widokiem za oknem, komórką czy szwem na torebce. Tyle tylko, że chyba nie powinnam marudzić. Sama nigdy kobiecie w ciąży nie ustąpiłam, bo wydawało mi się, że skoro chciała dzieciaka, to znaczy, że ma siły. Ja dzieciaka nie chciałam, nogi mam spuchnięte do granic możliwości, ale… kryteria pozostają te same.

W każdym razie dziś po raz ostatni pojechałam do firmy, zabrałam laptopa i telefon komórkowy.

– Będzie mi tu ciebie brakować – powiedziała Iza.

– Spokojnie. Mam jeszcze miesiąc do porodu, to zdążymy nad wszystkim zapanować i po porodzie łatwiej będzie mi wrócić. Zresztą – robimy to samo, co do tej pory, tylko teraz nie będziesz musiała mi przynosić herbaty. I o większość rzeczy będę cię prosiła mejlowo.

W sumie, to najgorzej zniósł to Jarek.

– Może jednak powinnaś wziąć zwolnienie?

– Może jednak nie.

– No wiesz, dla dobra dziecka.

– Jarek, nie pieprz. Dobrze wiem, że liczysz na to, że ZUS wypłaci mi zwolnienie, a ty zarobisz. Nic z tego, mam jeszcze ponad dwadzieścia dni zwolnienia do wykorzystania. Prędzej urodzę, niż one się skończą.

– Ok, ok. Uważam jedynie, że powinnaś bardziej o siebie dbać.

– Będę. Wystarczy, że nie będę musiała dojeżdżać do pracy, a zamiast tego pójdę na spacer.

– Tylko nie choć nigdzie sama. Bo jak zaczniesz rodzić, to nie będzie miał ci kto pomóc.

– Ja mieszkam sama.

Już wcześniej wiedziałam, że inteligencja Jarka tyczy się tylko pieniędzy. Jeśli o nie chodzi, łapie wszystko w mig. Pojmie najbardziej skomplikowaną operację, jeśli tylko jej bilans finansowy będzie dodatni dla firmy, znajdzie jej wszystkie słabe strony i ot tak stworzy wersje alternatywne. Jednocześnie jego umiejętności interpersonalne zatrzymały się na poziomie przedszkola. Zdaje się, że jego mózg zupełnie nie przyswaja tego, co dotyczy ludzi. Marlenę przez miesiąc nazywał Martyną, mimo że wszyscy go poprawiali. Co gorsza – właśnie tak ją nam przedstawił i biedna witając się, musiała każdemu powtórzyć, że ma na imię Marlena.

– A może na czas twojej nieobecności… no wiesz, zanim nie skończysz macierzyńskiego, wezmę kogoś na zastępstwo. Rozmawiałem z Mateuszem i w sumie to on mógłby na ten czas…

O nie! Nie dałam mu skończyć. A ja myślałam, że ten problem mam z głowy!

– Chcesz powierzyć dział handlowy komuś, kto cię okradał? Oszalałeś?!

– On mi wszystko wytłumaczył. Po prostu potrzebował pieniędzy. Obiecał, że wszystko odda, tylko że w terenie zarabia za mało.

Wychodzi na to, że jego inteligencję do kwestii finansowych też przeceniłam.

– Nie! Wiem, że to nie w porządku, że gdybym nie była w ciąży, to wszystko wyglądałoby inaczej. Owszem – wykorzystuję sytuację i wykorzystam ją do końca. Ale jedno mogę ci zagwarantować – dobrze na tym wyjdziesz. Gdyby miało być inaczej, nie pieprzyłabym się z kombinowaniem, tylko zrobiła ci sprawę o alimenty.

– Dobra, dobra, rób, co uważasz za stosowne. Ale masz rację, gdyby nie ta ciąża…

Wyszłam, żeby nie słyszeć, jak chce skończyć to zdanie.

Na pożegnanie czekała mnie jeszcze niespodzianka. Wszyscy zebrali się w moim gabinecie.

– Spodziewaliśmy się, że będziesz chciała przejść na pracę w domu. To dla ciebie i Henia. Niech się urodzi szybko, zdrowy i silny.

Otworzyłam torebkę. W środku był zestaw kosmetyków: scrub i balsam do ciała, i ciuszki – body z nadrukowaną muchą w grochy i spodenki w prążki.

– Dziękuję. Pewnie przez pół roku będziemy się rzadko widywać, ale możecie do mnie dzwonić i pisać. Obiecuję, że będę za wami tęsknić.

Praca w domu okazała się bardzo przyjemna. Przede wszystkim mogę pracować w łóżku. Rano nie muszę się tak spieszyć, a dodatkowa godzinka snu jest prawdziwym wybawieniem. Myślałam, że dopiero po porodzie się nie śpi, ale co godzinę, dwie wstaję do łazienki, więc spanie z tego żadne. A poza tym mogę przez cały dzień chodzić w szlafroku.

 

Trzydziesty piąty tydzień ciąży

Poprzedni

Myślałam, że moja ciąża będzie wydarzeniem roku. I może była to dnia wczorajszego. Wczoraj to bowiem Renata ogłosiła, że… wzięła bezpłatny urlop i za miesiąc wyjeżdża ze Sławkiem DO CHIN!

– Ale jak to do Chin? – wypaliłam, kiedy tylko mi to powiedziała.

– Sławek jedzie tam na pół roku, chcę mu towarzyszyć.

– Zdajesz sobie sprawę, że to nie będzie SPA w Grecji?

Tylko się uśmiechnęła.

– Mówisz jak moi znajomi z pracy. Jakbyś mnie nie znała. Lubię wygody, ale nie przesadzajmy, dam sobie radę. Zresztą nie jedziemy w jakąś dzicz, a do najstarszej cywilizacji świata. W Pekinie czy Szanghaju są takie hotele, o jakich nam się nie śniło.

– I na jakie nas nie stać.

– Na jako taki standard mogę sobie pozwolić.

– Wyjedziesz przed moim porodem.

– Dlatego w następnym tygodniu zapraszam cię na imprezę pożegnalną. Oczywiście Łukasz też jest zaproszony.

Sylwia oczywiście była równie zaskoczona jak ja.

– Na ile?

– Na pół roku. Ale przecież nie będziecie się nudzić przez ten czas.

– Trochę mi szkoda, że nie będziesz przy mnie przez te pół roku.

– Za to na pierwsze pół roku moich bliźniaków zdążysz bez problemów.

– Spokojnie, będziesz mi o wszystkim opowiadała. Umówimy się i będziemy sobie gadać przez Skype’a. Ani się obejrzycie, a wrócę z powrotem.

Jakoś tak smutno się nam zrobiło. Od ośmiu lat byłyśmy nierozłączne, a teraz nagle jednej miało zabraknąć. W końcu Sylwia zauważyła, że teraz Renata nie ma już żadnych argumentów, jakoby nie była zakochana po uszy.

– Ale ze ślubem macie poczekać, aż odstawię maluchy od cycków.

– Nie planuję ślubu.

– Wyjazdu do Chin pół roku temu też nie planowałaś.

Co prawda, to prawda. Aż strach pomyśleć, co będzie za pół roku. Pewnie Renata wróci z Chin z brzuchem i obrączką na palcu, ja wyjdę za Łukasza i postanowię urodzić mu drugie dziecko, Sylwia po porodzie zacznie ćwiczyć triatlon, zrezygnuje z pracy i zostanie perfekcyjną panią domu. Większego absurdu nie jestem w stanie sobie wyobrazić.

Następny

Trzydziesty czwarty tydzień ciąży

Poprzedni

Jestem coraz cięższa. W tym tygodniu były urodziny mamy, więc w niedzielę pojechałam do rodziców na obiad. Kupiłam mamie elegancką skórzaną torebkę. Jest bardzo praktyczna, więc mamie się spodobała. Chciałam kupić jej coś pięknego, ale wiem, że kolczyki czy bransoletka leżałyby w jakiejś szkatułce nienoszone, a mama ostatecznie czułaby się zażenowana drogim prezentem. Torba też nie była tania, ale to „dobrze wydane pieniądze” (naprawdę musiałam użyć tego argumentu, kiedy twierdziła, że nie będzie miała jej gdzie nosić). Poza tym powiedziałam jej, że opiekując się Heniem, będzie musiała ładnie wyglądać, będzie przecież codziennie dojeżdżać do mnie i musi mieć wygodną i elegancką torbę. Mocno to naciągane, ale z mamą zawsze tak jest. Najlepiej jakbym kupiła jej proszek do prania, ewentualnie nowe żelazko. W wersji de luxe żelazko z deską do prasowania. Moja mama jest po prostu praktyczną i oszczędną kobietą.

Próbowałam sobie przypomnieć, co dałam mamie w zeszłym roku, ale nie mogłam. Kiedy sprawdziłam w kalendarzu, okazało się, że nic. Byłam tego dnia z Jarkiem na targach we Wrocławiu. To był piękny weekend, pamiętam, że zastanawiałam się wtedy, czy ja się nie zakochałam w szefie. Ciekawe, co by było, gdybym wtedy stwierdziła, że tak, że jestem zakochana. Być może rzeczywiście uwierzyłabym w tę miłość. Pewnie wtedy moje życie wyglądało by zupełnie inaczej. Nie wiadomo, czy miałabym teraz w brzuchu Heńka. Prędzej miałabym złamane serce i nową pracę. Wiem, że nie ma sensu się teraz zastanawiać nad takimi rzeczami, ale czasem trudno się powstrzymać.

Mama ugotowała przepyszny obiad i upiekła wielki tort czekoladowo-wiśniowy. To, ile zjadłam tortu, jednoznacznie obala mit o tym, że jak jest chłopak, to nie ma się ochoty na słodkie. No, ale tort mamy jest tak dobry, że nawet ojciec nie odmawia.

Tata z Tomkiem po toaście za zdrowie mamy przeszli to kieliszka za zdrowie Henia i impreza nagle potoczyła się w dość niespodziewanym kierunku.

– Boisz się porodu? – zapytała Kaśka.

– Chyba nie. W szkole rodzenia były zajęcia z tego, jakie pozycje przyjmować, jak ćwiczyć i w ogóle i wygląda na to, że te babeczki mają wszystko obcykane.

– Szkoda, że będziesz sama na sali – powiedziała Ania. – Może trudno w to uwierzyć, ale Tomek naprawdę bardzo mi pomógł.

– Rzeczywiście nie podejrzewałabym go.

– A nie będzie ci smutno?

Kasia zawsze jak wypije choć odrobinę wódki, robi się smutno-depresyjna.

– Nie będzie. Zresztą – przecież mnie odwiedzicie od razu tego samego dnia. Do porodu pojadę taksówką, Dominik albo Renata mi pomoże zanieść torbę. Potem wy mnie odwiedzicie, a potem wrócę do domu taksówką.

– O nie, ja się nie zgadzam. Powinniśmy wcześniej o tym pomyśleć, ale ty nie możesz wracać z dzieckiem sama.

I tak oto Ania zaplanowała mój poród, a mianowicie to, że zawiezie mnie Tomek, zostanie ze mną tak długo, jak będę chciała, a potem mnie odbierze z Heńkiem. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ja oby na pewno dobrze widziałam podział ról w małżeństwie mamy i taty oraz Ani i Tomka. Wydawało się, że to faceci w nich rządzą, ale teraz na własne oczy widziałam, jak Ania bez najmniejszego problemu ustawia mojego brata.

– Tomek, ty musisz coś zrobić z Beatą. Przecież ona chce jechać do szpitala i wracać do domu taksówką. No weź jej powiedz, że ty ją zawieziesz i przywieziesz, bo mnie ona nie chce w ogóle słuchać.

– No wiesz co, Beata? Oczywiście, że nie ma mowy, żebyś jechała sama. Ja cię zawiozę i bez gadania.

– No widzisz, Beatko, ja ci mówiłam, że Tomek nie pozwoli na takie głupstwo. Mój mąż wie, że poród to nie bajka. Zawiezie cię, zaniesie ci torbę i zostanie na oddziale tak długo jak trzeba. On już dwa razy był na porodówce, więc wszystko wie.

– Ależ oczywiście. Nie pozwolę, żeby moja siostra była sama w takim dniu. I masz do mnie zadzwonić, jak tylko poczujesz pierwsze skurcze. Ja się z brygadzistą już dogadam w w pół godziny będę u ciebie.

Pokiwałam tylko głową na znak zgody, bo starałam się nie wybuchnąć śmiechem. Dopiero teraz przypomniało mi się, jak często mama robiła dokładnie to samo – udawała bezradną, podsuwając jednocześnie ojcu gotowe rozwiązania. Cóż – nadal nie odpowiadał mi ich styl życia, ale teraz zrozumiałam, jak naiwnie oceniałam ten system rodzinny.

Następny

Trzydziesty trzeci tydzień ciąży

Poprzedni

Sylwia niestety ma powikłania, jeden maluch jest mniejszy od drugiego. Zabrali ją do szpitala i położyli na patologii.

– Będziemy cię odwiedzać.

– Powiedzieli, że prawdopodobnie będę musiała leżeć tu do końca. Pierwsza zobaczę twojego synka.

– A właściwie to jak masz zamiar go nazwać? – zapytała Renata. – Nie możemy mówić o nim ciągle: maluch, dziecko czy synek.

– Nie mam pojęcia, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.

– No, ale jak do niego mówisz…

– Nie mówię.

– Musisz do niego mówić. On cię przecież słyszy.

I w taki sposób dowiedziałam się, że powinnam do niego mówić, śpiewać mu piosenki i czytać wierszyki.

Sylwia i Patryk już wybrali imiona, ale na razie nie chcą ich nikomu zdradzić. Powiedzą nam dopiero, kiedy będą znali płeć dzieci. Oczywiście dziewczyny bardzo chciały mi pomóc i zaraz zaczęły wymieniać imiona, które ich zdaniem powinnam wybrać. Renata zaraz sprawdziła, jakie imiona są najpopularniejsze, żeby nie powielać schematów. W końcu wyszło na to, że mój syn będzie miał na imię Teofil.

– Chyba żartujecie.

– Oj, Teoś, Teo, ślicznie jest.

– Jak będę miała kota, to dam mu na imię Teofil. No błagam, Sylwia, chciałabyś, żeby twój syn miał na imię Teofil. Dzieciaki na podwórku będą na niego wołać Teofil-pedofil.

– Kurczę, to o to chodziło Patrykowi, jak się nie chciał zgodzić. Powiedział, że mały miałby przesrane na podwórku.

Renata jednak obstawała przy swoim, twierdząc, że dzieciaki są głupie, a imię jest eleganckie. A poza tym jej dziadek miał na imię Teofil i to był bardzo porządny człowiek.

– Zresztą dzieciaki do każdego imienia wymyślą coś idiotycznego.

Wizyta się skończyła, wróciłam do domu, ale to imię nie dawało mi spokoju. W końcu postanowiłam poradzić się faceta i zadzwoniłam do Dominika.

– Chciałbyś mieć na imię Teofil?

– Nie. Ale ja mam na imię Dominik, więc nie powinienem się wypowiadać.

– Dlaczego? Mnie się podoba twoje imię.

– Dominika jest ładnie, Dominik jest beznadziejne.

– A jak chciałbyś mieć na imię?

– Jeśli myślisz o tym, że powiem ci, jak masz nazwać syna, to się mylisz. Ale wybierz takie imię, żeby się go nie musiał wstydzić.

– No to Teofil odpada.

– Zdecydowanie.

Jedna opinia po mojemu. Upewniłam się jeszcze u Łukasza, który stwierdził, że Teofil nie jest fajny. Wiedziałam! To nie rozwiązuje mojego problemu.

Wieczorem spróbowałam mówić do małego. Na początku nie bardzo wiedziałam, co mam mówić, ale potem jakoś samo wyszło. Pogłaskałam brzuch.

– Cześć, maluchu. Jestem twoją mamą.

I kiedy tylko skończyłam to mówić, on kopnął mnie właśnie tam, gdzie trzymałam rękę. Wiem, że to tylko przypadek, ale w tym momencie byłam tak zaskoczona – zupełnie jakby mi odpowiedział. I jakoś tak samo z siebie wyszło, że zaczęłam mu mówić o tym imieniu, jak to trudno wybrać takie, żeby on nigdy nie musiał żałować tej mojej decyzji. A potem wpadłam na pomysł, że to on sam wybierze imię. Otworzyłam kalendarz i zaczęłam czytać imiona, czekając, aż mnie znowu kopnie. Na początku wybierałam tylko te, które mi się podobają, ale potem czytałam jak leci. Nawet się zaczęłam podśmiewać, że będę na niego mówić Waluś albo Konciu. Młody kopnął, kiedy doszłam od drugiego marca, a ja uznałam, że to nie jest zły pomysł. Mały Henio, łobuz Heniek, pan Henryk, czy w końcu Henry. Zawsze będę mogła mówić na niego Harry. Brudny Harry, jak się nie będzie chciał kąpać.

Następnego dnia poszłam do księgarni i kupiłam Heniowi wierszyki Tuwima. Nie mogłam się też powstrzymać i poszłam kupić dla niego ciuchcię, do kompletu. Znalazłam taką fajną, pluszową. Jak się pociągnie za komin, to lokomotywa wibruje. Przykładam ją do brzucha, kiedy czytam mu „Lokomotywę”. Może to głupie, ale tego wieczoru poczułam się po raz pierwszy mamą.

Następny

Trzydziesty drugi tydzień ciąży

Poprzedni

Urlop się skończył, a z nim słodka laba. W pracy oczywiście nie działo się nic, z czym zespół nie dałby sobie rady. Franek nie całkiem radzi sobie z komputerem i Bartek musi mu dużo pomagać, ale kiedy zapytałam go wprost, czy uważa, że to był zły wybór, powiedział:

– Nie ma ludzi idealnych. Po prostu potrzebuje więcej czasu na oswojenie się z programem.

Postanowiłam wybrać jeszcze jedną osobę z tych, z którymi rozmawiałam. To powinno przywrócić równowagę w dziale i pozwolić dobrze mu funkcjonować w czasie mojej nieobecności.

Zapisałam się na szkołę rodzenia. Kurs trwa sześć tygodni, więc to ostatni moment. Pierwsze zajęcia dotyczyły akurat prawa dotyczącego kobiet ciężarnych i matek. Z grubsza większość rzeczy wiedziałam. Ale ostatnio tak się pozmieniało w urlopach, że większość pytań dotyczyła tego, jaki jest zasiłek w której części i tak dalej. Najpierw myślałam, że mnie to nie dotyczy, bo przecież ja po kilkunastu tygodniach wrócę do pracy, a wcześniej i tak wszystkiego będę doglądać z domu. Ale potem się okazało, że na rodzicielskim można łączyć pracę z urlopem. Musiałam to sobie przemyśleć i przeliczyć. W piątek poszłam do Jarka, żeby porozmawiać.

– Chcę z tobą porozmawiać o mojej nieobecności.

– Nie było cię tylko tydzień.

– Przyszłej.

Naprawdę nie wiem, dlaczego się zdziwił.

– Chciałam wrócić do pracy od razu, po czternastu tygodniach po porodzie, ale zmieniłam zdanie.

– Ale to wszystko zmienia. Chcesz zostawić dział na pół roku?

– Bynajmniej. Nie upadłam na głowę, tylko odkryłam kilka nowych możliwości.

– Zamieniam się w słuch. Pewnie wszystko już zaplanowałaś, a ja tylko muszę to klepnąć.

Teraz mu się na żarty zebrało.

– Ktoś tu musi mieć jaja!

– Dobra, chcesz być wulgarna, to proszę bardzo.

– Po prostu posłuchaj. Wezmę od razu cały rok macierzyńskiego i w miarę możliwości od razu wrócę do pracy.

– To niedozwolone.

– Zabronione też nie jest. Kruczkiem jest umowa zlecenie. Dasz mi umowę zlecenie na dwie godziny dziennie, praca w domu. Niewiele, ale wszystko musi być tak przygotowane, żeby nikt nie mógł się przyczepić.

– To znaczy kto?

– Choćby ZUS czy PIP. Ale to nie wszystko. Umowa będzie na dwie godziny, ale mam zamiar pracować normalnie w miarę możliwości. Resztę kasy dasz mi gotówką.

– A co ja z tego będę miał?

– Chyba nic. Ale nie myślałam o tobie, tylko o sobie. Po powrocie muszę zatrudnić nianię, będę potrzebowała pieniędzy. Wolisz to, czy dać mi podwyżkę?

Jakbym nie wiedziała, co powie.

– Czasem wkurza mnie to, że robisz tu, co chcesz.

– Wiem. Ale przez resztę czasu cieszysz się, że masz to z głowy. Dobrze ci było z romansem, teraz musisz się pogodzić z tym, jak jest. Mnie to też nie leży, ale nikt inny o mnie nie zadba.

– Wiesz dobrze, że bym cię w ten sposób nie zostawił.

– Wiem, wiem. Ty się zawsze zachowujesz tak, jak trzeba.

– Dobra. Możemy zrobić tak, jak mówisz.

No cóż. Wiedziałam, że się zgodzi. Prawie widziałam, jak w jego głowie obracają się malutkie kółka zębate. Od razu obliczył sobie, ile „zaoszczędzi” przez to, że przez pół roku nie będzie musiał opłacać mi składek i innych takich.

Muszę mu oddać sprawiedliwość – faktycznie na pewno zadbałby o mnie. Ale zrobiłby to w stopniu minimum, a ja na żadne minimum się nie zgadzam. Kiedy uprawialiśmy seks, nie dawałam mu minimum siebie.

Następny

Trzydziesty pierwszy tydzień ciąży

Poprzedni

Oczywiście Renata tekst o jajecznicy skomentowała słowami: „Nie ma zbyt wysokich wymagań”. Wredna.

W Zakopanem bosko. Jeszcze nie ma wakacyjnych tłumów, ale trasy są już przygotowane. Oczywiście nie miałam co ruszać w Tatry Niebotycznie Wysokie. Łukasz dzielnie mi towarzyszył, choć może słowo dzielnie to nieodpowiedni przymiotnik, kiedy mówimy o wjechaniu na Gubałówkę. Oczywiście powiedziałam mu, że jeśli ma ochotę iść na jakąś ciekawszą i dłuższą trasę, to ma się mną nie przejmować, ale uparł się, że przyjechał tu ze mną i nie może mnie zostawić, bo nie wybaczyłby sobie, gdyby coś mi się stało. Zresztą dotrzymywał mi towarzystwa nie tylko na szlakach.

Oczywiście nie chodziłam po górach przez cały czas, ale codzienne spacery pozwoliły mi się w końcu rozluźnić. No, te masaże, które sobie zafundowałam, też. Jeszcze tylko dziesięć tygodni. Chyba jestem gotowa. Z jednej strony mam jeszcze dwa miesiące na przygotowanie się, a z drugiej to to tylko dwa miesiące. Te siedem minęło w okamgnieniu. Po przyjeździe do domu muszę się zapisać do szkoły rodzenia i na poważnie zastanowić się, w którym szpitalu rodzić. Chyba powinnam też zrobić zakupy – pieluszki, wanienka, przewijak i takie tam. Pokój gotowy, ale nie zawinę dziecka w kawałek ściany.

Sylwia kazała sobie wysyłam zdjęcia na mejla. Nadal może wstawać na zaledwie kilka minut, Zakopane musi poczekać. Ale jak nasze maluszki będą już dość duże, to przyjedziemy tu razem. Może Dominik zgodzi się przyjechać ze mną. A może… Ale nie, nie ma co planować, znam Łukasza dwa tygodnie, a takie głupie myśli mi chodzą po głowie. A przecież do tej pory nigdy nie pozwalała sobie na tego typu mrzonki. To pewnie hormony, jakby co, wszystko na nie zrzucę.

A jeśli chodzi o Łukasza, to im lepiej go poznaję, tym bardziej mi się podoba. Nigdy bym nie przypuszczała, że czeka mnie tak intensywna znajomość. To chyba też powinnam zrzucić na hormony. Choć ostatnio odkryłam, że ma wady. Łukasz oczywiście, nie znajomość. Uwielbia mianowicie „Gwiezdne Wojny”. Odkryłam to, kiedy w Kościelisku nagle zadzwonił jego telefon. Dzwonek to oczywiście czołówka z „Gwiezdnych wojen”. Przez resztę wycieczki Łukasz próbował mi wytłumaczyć fenomen tego filmu, ale niewiele zrozumiałam. Oczywiście, że kiedyś próbowałam je oglądać, ale nie powaliły mnie na kolana i do tej pory nie mam pojęcia, która część jest która i o co w tym wszystkim chodzi. Orientuję się tylko w kilku najważniejszych wątkach, więc Łukasz w końcu zrezygnował. Wtedy ja z kolei próbowałam go namówić na przeczytanie kilku książek Chmielewskiej. Powiedział, że próbował, ale zupełnie mu nie szło i do tej pory nie rozumie, o co chodziło z tymi bursztynami czy bobem. Wysłuchał z uwagą moich argumentów o stylu, kobiecie niezależnej i dystansie narratorki do siebie, ale powiedział, że jego to zupełnie nie przekonuje. Okazało się jednak, że coś nas łączy, bo choć nie podziela mojej miłości do kryminałów, to jednak podobają mu się współczesne kryminały skandynawskie. Zaciągnęłam go więc do księgarni i wieczór spędziliśmy, czytając przytuleni do siebie.

Mam nadzieję, że poniedziałek nie wrzuci mnie brutalnie do rzeczywistości.

Trzydziesty tydzień ciąży

Poprzedni

Postanowiłam mimo wszystko wziąć kilka dni wolnego i w ten sposób następny tydzień spędzę w… Zakopanem! Jeeeeee! Bilety kupione, hotel zarezerwowany. Namawiałam Renatę, żeby pojechała ze mną, ale niestety ma w pracy jakieś kongo i nie może się wyrwać. Cóż, już myślałam, że będę sama, a tu okazało się, że jednak jest ktoś, kto ze mną pojedzie. Tak, tak! Łukasz!

Wbrew przypuszczeniom Sylwii spotkaliśmy się w piątek na miłej kolacji. Na samym wstępie dostałam od niego pudełeczko czekoladek. Wieczór upłynął bardzo szybko. Łukasz jest inżynierem związanym z medycyną. Pracuje w firmie zajmującej się robotami, które pomagają chirurgom. Okazało się, że potrafi wspaniale opowiadać o swojej pracy. W część robotów, o których mówił, aż trudno uwierzyć. Albo są takie małe, albo tak skomplikowane, albo jedno i drugie. Ja też opowiedziałam mu o „robotach” z mojej branży. W efekcie zaśmiewaliśmy się z pomysłu stworzenia robota, który będzie umiał znaleźć punkt G. Byłby to z pewnością murowany sukces.

Kiedy wychodziliśmy z restauracji, zaczepiła nas cyganka.

– Taka piękna para z was, powróżę, co czeka.

Już miałam ją ominąć szerokim łukiem, bo kiedyś dałam się omotać i straciłam dwie dyszki w zamian za stek bzdur, ale Łukasz zatrzymał się.

– No chyba nie powie nam pani, że urodzi nam się dziecko.

– Że dziecko, to wiadomo, ale chłopiec, czy dziewczynka?

– To może nam to pani powie?

– A powiem. Za darmo powiem. Chłopiec.

Łukasz wyciągnął dychę.

– A co nam więcej powiesz, cyganko?

– Ojciec szczęśliwy, w oczach widać, że się chłopaka spodziewa. A mamusia śliczna. Piękna będzie z was rodzina. Dzidziuś zdrowy będzie, poród łatwy. Nie bój się z żoną do szpitala jechać. Kochać cię za to będzie jeszcze bardziej.

Łukasz nie wytrzymał i ryknął śmiechem.

– Pieniądze zatrzymaj, ale nie wróż już więcej, bo to ani moja żona, ani dziecko.

– Ale płeć się zgodziła – dodałam na pocieszenie.

Po wszystkim znów wylądowaliśmy w mojej sypialni. I znów było bosko!

Przy śniadaniu w końcu odważyłam się zapytać:

– A tak w ogóle, to kręcą cię ciężarna?

– Tak w ogóle, to nie. Ale ty mnie kręcisz.

Puścił do mnie oko.

– Ja jestem ciężarna.

– Teraz jesteś, za dwa miesiące nie będziesz. Ciąża to stan przejściowy.

– Będę za to samotną matką.

– Jak kiedyś będziesz chciała, to mi powiesz, dlaczego samotną. Ale mnie to nie przeszkadza. Ja za stary jestem na to, żeby zwracać uwagę na takie rzeczy.

– Błagam, jakie za stary?

– No wiesz, sama powiedz, jakbyś poznała fajnego faceta, który jest samotnym ojcem, to odpuściłabyś sobie tylko dlatego, że ma dziecko?

Uśmiechnęłam się. Pewnie, że bym nie odpuściła. Choć raczej nie byłabym przeszczęśliwa. Kiedyś. Teraz jakoś inaczej na to patrzę. Nie odpuściłabym i tak, ale chyba dziecko by mi nie przeszkadzało.

– Kurczę, znamy się od tygodnia, a tu takie poważne rozmowy.

– Sytuacja wyjątkowa, akcja szybko się rozwija, poza tym ja też lubię wiedzieć, na czym stoję. Tak więc mi to nie przeszkadza. Tylko nie planuj jeszcze ślubu.

Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem i chyba było to widać, bo zaraz zaczął się śmiać. A za chwilę zupełnie mnie przestraszył, kiedy bardzo poważnym tonem powiedział:

– Choć dla takiej jajecznicy mógłbym się z tobą ożenić.

Niech to tylko usłyszy Renata.

Następny