Rozdział 24

Poprzedni

Ślub Tosi był dla niej podwójnie wyjątkowym dniem.

Uroczystość miała być skromna – tylko najbliższa rodzina. Niestety okazało się, że jest to niemożliwe – cała liczna rodzina Marcina nie chciała słyszeć o tym, że mogliby nie bawić się na jego weselu. I tak z kilkunastu osób zrobiło się kilkadziesiąt.

Zorganizowanie tak dużego wesela w trzy miesiące wymagało od wszystkich sporego zaangażowania. Zwłaszcza gdy okazało się, że ślub będzie podwójny.

Mama Tosi przez kilka dni ukrywała, że Giermak poprosił ją o rękę. W końcu to pan Jan powiedział babci, która natychmiast zadzwoniła do Tosi. Ta pomyślała, że podwójny ślub byłby wyjątkowym wydarzeniem. Mama przez kilka kolejnych dni się opierała, w końcu jednak Tosia postawiła na swoim. Tak długo powtarzała, że przez podwójny ślub ten dzień będzie jeszcze bardziej wyjątkowy, że Michalina w końcu uległa. Nie zgodziła się jedynie, by oba śluby były w czasie jednej mszy. Ułożono więc ten dzień inaczej.

O dziesiątej rano na ślubnym kobiercu stanęli Michalina Majewska i Jan Giermak. Mama Tosi miała na sobie jasną sukienkę i żakiet, a na głowie toczek. Tosia długo namawiała ją na takie przybranie głowy, ponieważ niewielki kapelusik kosztował tyle samo, co reszta jej stroju. Dla Michaliny był to zbędny wydatek – gdyby sama kupowała swój strój, to byłaby to praktyczna szara garsonka i biała bluzka. Ale Tosia zaprosiła ją do Gdańska i nie pozwoliła kupić nic taniego i praktycznego – w końcu jej mama zasługiwała na wyjątkową kreację.

Sama wybrała dla siebie prostą suknię o greckim kroju, ozdobioną niewielkimi kryształkami. Nie chciała, by cokolwiek przyćmiło welon, który odnowiony czekał w szafie babci. Na ślub mamy zaś nałożyła czerwoną jedwabną sukienkę.

Po ślubie mamy goście zostali zaproszeni na śniadanie do babci. Było ich niewiele: siostry Michaliny z rodzinami, a ze strony Jana jedynie brat Marek z żoną Evą. Przepraszali młodych, że ich dzieci nie mogły przyjechać, zwłaszcza Hans, chrześniak Jana. Niestety obowiązki zawodowe nie pozwoliły mu na urlop.

O szesnastej Jan Giermak poprowadził Tosię do ołtarza. To Tosia zaproponowała, że będzie mówić do niego tato. Kiedy była mała, marzyła, że jej tata kiedyś w końcu je odwiedzi, ożeni się z mamą i będą żyli długo i szczęśliwie. Teraz wiedziała, że jej biologiczny ojciec nie wie nawet o jej istnieniu. Nie chciała go odnaleźć, nie potrzebowała tego – ułożyła sobie życie bez niego. Ale szczerze polubiła, a może nawet pokochała Giermaka i uznała, że nazywanie go tatą będzie zupełnie naturalne – w końcu będzie mężem jej mamy, a ona nigdy nie miała ojca.

Świadkową Tosi była Ania, Marta zaś pełniła rolę druhny. Obie dziewczyny zrobiły Tosi niespodziankę i wystąpiły w różowych sukienkach – identycznych – odciętych pod biustem, by zmieścił się brzuszek Ani, długich jedynie do pół uda, z mocno marszczonymi stanikami. Ukrywały te kreacje do samego końca i Tosia widząc je wybuchła śmiechem, zwłaszcza że Marta zrobiła w tym momencie bardzo nieszczęśliwą minę. A potem ani się obejrzała, i już wygłaszała przysięgę:

– Ja, Antonina, biorę sobie ciebie, Marcinie, za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Kątem oka widziała, że mama ociera łzy, a babcia stoi szeroko uśmiechnięta.

Przyjęcie weselne odbywało się w ogrodzie babci, w którym ustawiono wielki namiot. W środku ustawiono stoły, ale ponieważ była piękna, słoneczna pogoda, podciągnięto ściany i w ten sposób ozdobą sali weselnej stały się kwitnące jabłonie i wiśnie.

– Masz ślub jak z bajki – powiedziała Gosia, kuzynka Marcina, a Tosia tylko się uśmiechnęła. Wszystko było idealnie, nawet idealniej niż w jej marzeniach.

– Dziękuję. Cieszę się, że nie pozwoliliście nam na cichy ślub.

– No co ty? W naszej rodzinie? Zostalibyście wyklęci i musielibyście i tak organizować przyjęcie przeprosinowe. U nas nie przepuszczą żadnej okazji do wspólnego świętowania.

Dziewczyny zaśmiały się. Dzięki takim okazjom zdążyły się zaprzyjaźnić.

Dzień szybko mijał na tańcach, rozmowach, weselnych zabawach.

– A teraz zapraszamy wszystkie panny do kółeczka, a świadkowe prosimy o przyniesienie bukietów ślubnych i zasłonięcie pannom młodym oczu.

Michalina na początku wzbraniała się przed traktowaniem jej jak panny młodej, jednak goście nie chcieli słuchać, że to dzień jej córki, zwłaszcza że sama córka najgłośniej śpiewała drugie „Sto lat” i najgłośniej krzyczała „Gorzko, gorzko”. W końcu przestała oponować i zaakceptowała, że wszyscy widzą w niej młodą mężatkę. Na oczepiny przyszła więc uśmiechnięta i zarumieniona od szalonego tańca z jednym z wujów Marcina.

– Drogie panie – mówił dalej wodzirej. – Dziś okazja jedyna w swoim rodzaju, bo będziecie miały aż dwie szanse, by złapać bukiet. Nie przegapcie tego.

Tosia niestety przegapiła najciekawsze – nie zobaczyła miny Marty, która złapała jej bukiet.

Po oczepinach goście powoli zaczęli wychodzić. W końcu obie pary młode pożegnały ostatnich weselników.

Skurcze zaczęły się w nocy. Ania wstała, by je rozchodzić. Była na wpół przytomna, ale wiedziała, że i tak nie zaśnie. Poszła do łazienki, ale skurcze nie mijały. Wzięła stoper i zaczęła odliczać. Po godzinie wiedziała, że poród chyba się zaczął. Skurcze nie ustępowały i były regularne.

– Wezwać taksówkę? – zapytał Paweł, gdy weszła do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę.

– Myślałam, że śpisz.

– Budzę się za każdym razem, gdy wstajesz do łazienki. Zazwyczaj zaraz wracasz do łóżka, podejrzewam więc, że skoro nie śpisz, to poród mógł się zacząć. Staram się nie panikować, ale nie jest łatwo…

– Zaczekajmy jeszcze trochę.

Pili herbatę w milczeniu. Ania chwilami krzywiła się lekko. W pewnym momencie zgięła się w pół.

– Chyba możesz wezwać taksówkę – powiedziała, gdy skurcz minął.

Lekarz stwierdził, że poród jest we wczesnej fazie, ale kazał Ani zostać. Wepchnął też do sali porodowej Pawła, mówiąc, że żonie z pewnością przyda się jego pomoc.

– Jeśli chcesz, wyjdę – zaproponował, ale Ania znów miała skurcz. Podał jej wodę i przypomniał o oddychaniu.

– Zostań. Wyjdziesz, jeśli będziesz chciał.

Czas mijał powoli. Przyszła położna i podłączyła Anię do KTG. Serce dziecka biło prawidłowo, a skurcze były coraz częstsze, Ania poszła pod prysznic. Starała się wykorzystywać sprzęty zgromadzone w sali, ale głównie kołysała się na piłce, co pomagało jej się rozluźnić. Skurcze się nasilały, w końcu położna stwierdziła, że Ania może wejść na fotel i przygotować się do parcia. Druga położna przesunęła Pawła za łóżko.

– Może pan przygotować ubranko dla dziecka. Będzie pan odcinał pępowinę?

Paweł pokręcił głową, że nie. W zasadzie nie powinno być go na sali. Tak ustalali, ale ułożyło się zupełnie inaczej. Wiedział, że Marta i Tosia czekają z niecierpliwością na wiadomość od niego. Ania była zmęczona, a on tak bardzo chciał jej pomóc. Widział, że każdy kolejny skurcz jest coraz bardziej bolesny. Kochał tę dziewczynę nad życie i nie chciał, by cierpiała, jednak wiedział, że w czasie porodu ból jest naturalny i nic na to nie można poradzić. Miał nadzieję, że jego obecność jest wsparciem. W końcu Ania nie kazała mu wyjść. Przez siedem miesięcy zbliżyli się do siebie i zaczął mieć nadzieję, że może uda im się stworzyć związek. Odgarnął jej z czoła włosy, a ona po raz kolejny zaczęła przeć.

– A oto wasza córeczka.

Położna położyła na brzuchu Ani maleńką, okrwawioną istotkę, kwilącą cicho. Paweł spodziewał się różnych uczuć, tylko nie zdziwienia. Więc to już? Ich maleńka córeczka była taka drobna, a jednak taka duża, tak absolutnie doskonała. Maleńki człowiek.

Ania trzymała go za rękę, drugą obejmowała małą Anielkę. Położna na chwilę zabrała dziecko, by je obejrzeć i ubrać. W końcu zostali sami.

– Dziękuję, że ze mną zostałeś – powiedziała Ania i mocniej uścisnęła jego dłoń.

– Nie ma za co – uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że choć trochę ci pomogłem. I cieszę się, że mogłem tu być. Teraz powinnaś odpocząć.

– Raczej nie zasnę. Ale chętnie bym coś zjadła.

– W torbie są owoce i herbatniki. Przyniosę ci do nich herbatę.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi, a on poszedł do sklepiku. Ania zapatrzyła się w buzię swojej córeczki.

– Nie masz jeszcze godziny, a już tak wiele zmieniłaś w moim życiu – szepnęła. Dziecko spało przytulone do jej piersi.

Do sali wrócił Paweł. Podał jej herbatę, sam usiadł na krześle, trzymając drugi parujący kubek. Ania spojrzała na niego.

– Dziękuję – jej głos zabrzmiał tak niepewnie, że odchrząknęła i powiedziała jeszcze raz. – Dziękuję. Za nią. Za herbatę też – dodała szybko i oboje zaczęli się śmiać.

– Możesz podejść?

– Oczywiście – poderwał się i już był przy niej.

Zdziwił się, kiedy go lekko pocałowała.

– To na dobry początek. Bo wiesz… dla niej warto spróbować. No, i ty nie jesteś taki najgorszy – uśmiechnęła się i puściła do niego oczko.

Telefon zawibrował koło południa.

– Pani Aniu! Już jest. Jeszcze pachnie farbą drukarską. Natychmiast wysyłam autorskie.

– Dziękuję, panie Mirku. A więc dziś przyszło na świat dwoje moich dzieci – zażartowała.

– Och! Naprawdę? – Pan Mirek zdawał się zawstydzony. – To ja przepraszam, pani pewnie odpoczywa. I oczywiście gratuluję. Gorąco gratuluję.

– Dziękuję.

– Proszę się odezwać, kiedy już pani odpocznie. Chcemy zorganizować kilka spotkań z autorem, bez pani się nie obędzie. Jeśli będzie się pani czuła na siłach i dzieciątko pozwoli, oczywiście.

– Zadzwonię do pana, jak mnie wypuszczą, ustalimy terminy.

– Tak, tak. To do usłyszenia.

– Do usłyszenia.

– Będę za wami strasznie tęsknić – powiedziała Marta ściskając Tosię i Anię. Siedziały znów na kanapie w swoim starym mieszkaniu, a obecnie mieszkaniu Ani, Pawła i Anielki. Malutka spała w wózku, a one sączyły herbatę.

– Daj spokój, Szwecja to nie koniec świata. Będziecie przecież przyjeżdżać do Polski. A staż Krzyśka kiedyś się skończy.

– No wiecie… a co, jeśli tam ułożymy sobie życie?

– To będziemy was co roku odwiedzać w wakacje. Darmowe wczasy za granicą – zażartowała Tosia.

– Marta, przecież ty się nigdy nie martwisz na zapas.

Marta przytuliła je jeszcze raz.

– To chyba naturalne. W końcu wyjeżdżam do innego kraju.

– W dobie Internetu, tanich lotów i wycieczek promem nie musisz martwić się, że o tobie zapomnimy.

– Co tydzień w sobotę będziemy urządzać internetowe spotkania. Tosia może przychodzić do mnie, a ty będziesz z nami na ekranie komputera – zaproponowała Ania. – Będzie dobrze.

Marta wiedziała, że dziewczyny mają rację. Obie bardzo się ucieszyły, gdy powiedziała im, że wyjeżdża z Krzyśkiem do Szwecji. Dla niego staż w szpitalu w Malmo był wielką szansą. Starał się o niego od kilku lat i Marta nie mogła teraz oczekiwać, że nie pojedzie, żeby zostać ze swoją dziewczyną. Ona sama przekazała prowadzenie projektu „Badaj piersi” koleżankom, wzięła dwuletni urlop bezpłatny w Fundacji „Być kobietą” i zaczęła uczyć się szwedzkiego. Kiedy przyjaciółki zaczęły żartować, że jest taką samą kobietką, jak one, zdała sobie sprawę, że mają rację. Oto ona, niezależna, szczęśliwa niegdyś jako singielka rzuca wszystko, by wyjechać z ukochanym. Cóż, zmieniła się. Kiedyś pomachała by mu na lotnisku. Powiedziałaby: „Jedź, ja tu mam ważniejsze sprawy”. Teraz to on był najważniejszy. A jej to nie przeszkadzało.

– Kocham was – powiedziała ni stąd, ni zowąd, przerywając Tosi opowieść o kolejnej sprawie.

Wszystkie się roześmiały.

– My ciebie też.

– To co? – zapytała Ania. – Może filmik? Mam dziś ochotę na „Seksmisję”. Co wy na to?

KONIEC

Rozdział 23

POPRZEDNI

Marcin sam mówił o sobie, że wpadł po uszy. Tosia spodobała mu się od razu, gdy zobaczył ją w Rocku. Już po pierwszej randce wiedział, że Tosia ma w sobie to coś, czego zawsze szukał w dziewczynach. Była tak delikatna, że miał ochotę chronić ją przed całym światem, a jednocześnie widział, jaka siła się w niej kryje. Nie zniechęciła go, kiedy unikała kontaktu ani kiedy powiedziała mu, że nie szuka związku, bo musi skupić się na pracy. Wiedział, że warto czekać. I nie żałował, że czekał.

W zasadzie mógłby ożenić się z Tosią choćby jutro, rozumiał jednak, że ona nie jest na to gotowa. Nie zamierzał jednak czekać bezczynnie. Teraz planował dla swojej narzeczonej dwie niespodzianki. Miał nadzieję, że będą dla niej miłym zaskoczeniem, choć nie był tego pewien, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że Marta się wyprowadza. Chciał, żeby Tosia z nim zamieszkała. Firma, którą prowadził z Łukaszem, dobrze prosperowała, zaoszczędził trochę pieniędzy i teraz zamierzał kupić mieszkanie. Już nawet wybrał piękne czteropokojowe mieszkanie w starej kamienicy w centrum Wrzeszcza. Było w kiepskim stanie, wręcz domagało się remontu, ale to go nie przerażało – znał odpowiednią ekipę. Najważniejsze, że kamienica wyglądała na niezbyt zniszczoną. Miał nadzieję, że Tosia pomoże mu je wykończyć i umeblować.

Poza tym planował wspólny urlop. Tym razem wybrał Włochy. Zawsze chciał zobaczyć włoskie miasta. Zaplanował więc, że spędzą dwa tygodnie na wędrówkach po Rzymie, Florencji i Wenecji. A po drodze będą oglądać małe włoskie miasteczka i wioski. Już zarezerwował bilety lotnicze i samochód do wynajęcia.

– Ence-pence, w której ręce? – zapytał, chowając dłonie za plecami. Tosia się uśmiechnęła i wskazała lewą rękę. Zdążył już zauważyć, że prawie zawsze wybierała lewą rękę, dlatego to do niej włożył kartkę z napisem „WYCIECZKA”.

– Wygrała pani wycieczkę! – ogłosił, naśladując jednego z prowadzących teleturnieje telewizyjne.

Tosia uśmiechnęła się.

– A dokąd jedziemy? Może do Wdzydz? Zawsze chciałam zobaczyć skansen we Wdzydzach.

– Niestety. Do skansenu możemy pojechać w któryś weekend, a wycieczka jest zaplanowana na urlop. Co powiesz na Rzym?

Mina Tosi była warta całego planowania. Zanim się otrząsnęła, Marcin dodał, starając się, by głos mu nie zadrżał.

– Jest tylko jeden warunek. To może być nasza podróż ślubna. Rozmawiałem z księdzem z mojej parafii: da nam wszystkie dokumenty, byśmy mogli pobrać się w jednym z włoskich kościołów.

O ile wycieczka do Włoch pozbawiła Tosię mowy, o tyle wiadomość o tym, że Marcin chce się z nią ożenić jeszcze w tym roku, odebrała jej oddech i sprawiła, że Tosia usiadła. Jej narzeczony tymczasem patrzył na nią niepewnie.

– Nie – powiedziała po długiej chwili milczenia i od razu zaczęła mówić dalej, jakby się bała, że Marcin pomyśli, że ona w ogóle nie chce za niego wyjść. – Jeśli mamy się pobrać, to przed wycieczką. Tutaj. To jedno jestem winna mojej mamie. Ma prawo być na moim ślubie.

Tym razem to Marcin wyglądał na wstrząśniętego. Spodziewał się wszystkiego: odmowy, entuzjastycznej zgody, cichej zgody, nawet awantury, ale nie tego. Tosia na widok jego miny zaśmiała się.

– No już! – powiedziała i uszczypnęła go w ramię. – Nie wiem, czego się spodziewałeś, ale ja ostatnio też coraz częściej myślę o tym, że nie mamy na co czekać.

Marcin momentalnie poderwał ją z kanapy razem z nią obrócił się wokół własnej osi. Ze szczęście upuścił drugą kartkę, tę, którą trzymał w prawej ręce. Kiedy w końcu pozwolił Tosi odetchnąć, ta zauważyła leżący na podłodze papier. Schyliła się, żeby go podnieść i wyrzucić, ale gdy go odwróciła, zobaczyła napis „MIESZKANIE”.

– O! Fajna alternatywa. Ale chyba nie będę żałowała – roześmiała się i zgniotła kartkę, uważając widać, że to miał być żart. – Zresztą po ślubie powinniśmy zamieszkać razem tak czy siak, więc już teraz powinniśmy się rozejrzeć za czymś większym niż to.

Marcin zrobił minę niewiniątka. Wiadomość o mieszkaniu w obliczu nadchodzącego ślubu wydawała mu się niczym, ale nadal chciał, by Tosia była zaskoczona. Przez chwilę chciał nawet zachować nadal tajemnicę, w końcu jednak nie wytrzymał.

– W zasadzie… – zaczął i uśmiechnął się, jakby chciał ją za coś przeprosić.

Tosia zrobiła wielkie oczy i rozprostowała kartkę, którą wciąż trzymała w ręku. Spojrzała badawczo na Marcina, a on odchrząknął i powiedział, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic szczególnego:

– No cóż. Myślę, że będziesz chciała zobaczyć jutro mieszkanie, które dla nas kupiłem.

Relacje Ani z Pawłem jakoś się układały. Na początku było niezręcznie. Pierwszy spacer minął głównie w milczeniu. Oboje nie wiedzieli, co mogą powiedzieć. Paweł odprowadził ją pod dom, ale nie chciał wejść. Następnego dnia przysłał SMS-a, czy niczego jej nie potrzeba. Odpisała, że nie. Czuła się nieźle, nie wymiotowała, choć czasem było jej niedobrze. Uważała na to, co je. Ciągle miała ochotę na kakao i pomarańcze. Widać Paweł dowiedział się o tym od którejś z dziewczyn, bo pojawił się dwa dni potem z torbą pomarańczy i zgrzewką mleka.

– Nie powinnaś dźwigać, więc pomyślałem, że mogę robić za ciebie zakupy.

Spojrzała na niego uważnie. Nie chciała, żeby ją wyręczał. Nie potrzebowała jego pomocy.

– Tylko te cięższe – dodał usprawiedliwiająco na widok jej zawziętej miny.

– Okej, wejdź. Ile jestem ci winna?

– Nic. W końcu teraz jesz dla dwojga. A pomarańcze mają dużo kwasu foliowego.

– Biorę tabletki. Ale dzięki.

Znów zapadła niezręczna cisza. Paweł odstawił mleko, a Ania włożyła pomarańcze do szafki. W końcu chłopak zaryzykował.

– Słuchaj, a może dasz się zaprosić na prawdziwą randkę? Poszlibyśmy do kina i na kolację.

Spojrzała na niego tak, że nie musiała nic mówić.

– Proszę. Przez jeden wieczór nie będziemy myśleć o dziecku. Chcę cię lepiej poznać, ale nie wiem jak. Spróbujmy zacząć, jakbyśmy dopiero się poznali. Przecież niewiele o sobie wiemy.

Zastanowiła się.

– Dobra. Ale ten weekend odpada. Jadę do domu. Chcę powiedzieć rodzicom, że jestem w ciąży.

– Okej. Chcę pojechać z tobą. W końcu powinienem ich poznać.

– To nie jest najlepszy pomysł. Mój tata ma dość konserwatywne poglądy.

– Chyba mnie nie zastrzeli? – próbował zażartować.

– Nie, ale pewnie nie polubi.

– Przynajmniej nie wyjdę na tchórza. Jeśli pozna mnie później i tak mnie nie polubi. A tak może choć będzie traktował poważnie.

– Zastanowię się.

Rozmawiali jeszcze chwilę, w końcu Paweł wyszedł. Ania zrobiła sobie herbatę i zamyśliła się. Paweł jej zaimponował. Nie wiedziała, że jest taki odpowiedzialny. Miał rację. Jej tata nie polubi chłopaka, który jego córce zrobił dziecko, ale jeśli go nie pozna, to prawdopodobnie od razu go znienawidzi. Teraz przynajmniej będzie musiał go szanować, choć w minimalnym stopniu. Znała swojego ojca. Nie był łatwym człowiekiem, miał swoje poglądy i trzymał się ich dość kurczowo. Wiedziała, że nie wygna jej z domu, nie wyklnie i nie wyprze się, ale nie będzie pochwalał tej ciąży. Spodziewała się dość przykrego spotkania, wielu gorzkich słów i wyrzutów. Na szczęście nie musiała się obawiać, że ojciec spróbuje namawiać ją na usunięcie ciąży. Był głęboko wierzący i coś takiego nawet nie przyjdzie mu do głowy. Ale uzna, że córka splamiła jego honor. Wiedziała, że to będzie trudna rozmowa, ale nie bała się jej. Jej ojciec mimo wszystko był dobrym człowiekiem i z czasem da się przekonać do wnuka. Albo wnuczki. Po prostu musi minąć trochę czasu.

Paweł jednak pojechał razem z Anią. Postanowili, że Ania najpierw przedstawi Pawła. O dziecku mieli powiedzieć dopiero następnego dnia. Rodzice przyjęli ich ciepło. Mama oczywiście upiekła ciasto, tata wyjął na deser koniak. Ani jakoś udało się wymówić od wypicia toastu za zdrowie gościa, choć nie było to łatwe, bo tata uważał, że koniak odrobina tego trunku leczy wszelkie dolegliwości. Powiedziała więc, że przeziębiła pęcherz i bierze antybiotyk. Z zaleceniami lekarzy tata nigdy się nie kłócił.

– Wiesz, Aneczko – mama zniżyła głos. Ania pomagała jej sprzątnąć ze stołu, a tata z Pawłem oglądali skoki narciarskie. – Bardzo miły ten Paweł. Tylko taki młody. Damian już miał pracę, a ten dopiero studiuje.

Mama nie do końca mogła pogodzić się z tym, że Ania rozstała się z Damianem. Bardzo chciała, by córka wyszła za mąż. Mimo że była inteligentną kobietą, pracującą, to jednak najbardziej liczyło się dla niej to, żeby córkę wydać dobrze za mąż.

– Oj, mamciu. To Damian mnie zostawił. Nie wracajmy już do tego. A Paweł jest odpowiedzialnym i porządnym facetem… Ale na ślub będziecie musieli poczekać! – zaśmiała się. Znała przekonania swoich rodziców.

Pierwszy dzień minął spokojnie, ale Ania była zdenerwowana. Bała się, że mama coś wyczuje, więc opowiadała, jak wiele ma pracy i jak bardzo jest zmęczona. Miała nadzieję, że to będzie usprawiedliwieniem na wszystko. Drugiego dnia obudziła się wcześnie. Ściskało ją w dołku i było jej niedobrze. Nie wiedziała, czy to z powodu ciąży, czy nerwów. Postanowiła, że załatwi tę sprawę jak najszybciej. Najwyżej wyjadą wcześniej.

Usłyszała, jak rodzice wracają z porannej mszy i szykują śniadanie. Poszła obudzić Pawła, ale ten już nie spał. Uśmiechnął się do niej krzepiąco, ale nadal nie czuła się za pewnie. Ona wiedziała, czego się spodziewać, on nie.

Na śniadanie ledwo skubnęła trochę jajka. Poczekała, aż rodzice zjedzą spokojnie.

– Muszę wam coś powiedzieć. Mamo, może usiądziesz?

Mama już zaczęła sprzątać ze stołu.

– Wiem, że tego nie pochwalicie, ale mam nadzieję, że mnie zrozumiecie – wzięła głęboki oddech. – Jestem w ciąży.

– O Jezu! – jęknęła mama. Tata nic nie mówił. Patrzył na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

– Aniu, to… – mama próbowała coś powiedzieć, zerkając na swojego męża.

Tata przeniósł wzrok na Pawła.

– Tak – powiedział Paweł. – To ja jestem ojcem dziecka.

Ania zastanawiała się, jak on może być teraz taki opanowany.

– I od razu chcę powiedzieć – podjął Paweł – że nie zostawię Ani i naszego dziecka samych.

Ojciec Ani nadal milczał. Nigdy wcześniej nie zdarzało się, aby milczał.

Ania była pewna wybuchu złości, tyrady, czegokolwiek, tylko nie takiej ciszy.

– Tato, powiedz coś.

Spojrzał na nią. W jego oczach czaiło się niedowierzanie.

– Jak mogłaś…?

– Tato…

Wstał od stołu. Pierwszy szok minął, teraz pojawił się gniew, na początku skrywany, rozwijający się jednak z każdym wykrzyczanym słowem.

– Wierzyłem, że dobrze cię wychowałem! Taki wstyd! Panna z brzuchem! A ty?! – wymierzył palec w Pawła. – Jak to sobie wyobrażasz?! Nie masz pracy, sam jesteś jeszcze dzieckiem! Gdzie zamieszkacie po ślubie?!

– Tato… – szepnęła Ania. – My nie zamierzamy się pobrać.

Tego było za wiele. Ojciec wybuchnął. W oczach Ani pojawiły się łzy. Wiedziała, że ojciec ma rację. Nie tak ją wychowywał. Miał prawo być zły. Słuchała go ze spuszczoną głową, nie widziała więc, jak Paweł wstaje i podchodzi do jej krzesła.

– Dość – usłyszała głos chłopaka. Cichy, ale stanowczy.

Ojciec jednak nadal się pieklił.

– Dość – powtórzył Paweł nieco głośniej.

Tym razem ojciec przerwał. W rodzinie panował patriarchat i do tej pory nikt mu nie przerwał w taki sposób. Rozwścieczony spojrzał na Pawła.

Paweł podjął wyzwanie.

– Jest pan wściekły, ale nie ma pan prawa tak traktować córki. – Podniósł Anię delikatnie i wyprowadził ją zza stołu. – Pójdziemy na spacer – powiedział – a jak wrócimy, to może będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić! – warknął tata.

– Grzegorz – tym razem wtrąciła się mama, a Ania spojrzała na nią zaskoczona, bo takie zachowanie zdarzyło się po raz pierwszy. – Masz rację – zwróciła się do Pawła. – Idźcie na spacer.

Chodzili tak długo, że Ania zupełnie przemarzła. Kiedy wrócili, mama zrobiła wszystkim herbatę. Ojciec był blady, ale wydawał się spokojniejszy. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. W końcu to mama odważyła się pierwsza odezwać.

– Aniu, zawsze będziesz naszą córeczką. Oboje bardzo cię kochamy i chcemy twojego szczęścia. Tata się dziś zdenerwował i na pewno się tego spodziewałaś, bo nasza rodzina wyznaje pewne wartości i te staraliśmy ci się wpoić. Skoro jednak postanowiłaś pójść własną drogą, musimy to zaakceptować. Nie odwrócimy się od ciebie.

– Dziękuję, mamo.

Znów zapadła cisza. W końcu tata chrząknął.

– Jak… – głos mu się załamał. Odchrząknął jeszcze raz. – Jakie macie plany?

– Dziecko urodzi się w sierpniu, do czerwca mogę więc pracować, a potem zrobię roczną przerwę. Na uczelni wezmę urlop dziekański. Za rok spróbuję wrócić do pracy i na studia. Mam troszkę oszczędności, do końca roku jeszcze coś uzbieram.

– A mieszkanie? Nie możesz przecież nadal mieszkać z koleżankami.

– O tym jeszcze nie myślałam – Ania wydawała się zawstydzona. Nie chciała dolewać oliwy do ognia, więc nie powiedziała, że Marta i Tosia się wyprowadzają. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi.

– Jeśli Ania się zgodzi, zamieszkam z nią i postaram się jej pomóc.

– Razem bez ślubu? – tata prawie wstał, ale mama dotknęła jego ramienia i przytrzymała go na fotelu.

– Grzegorz… – upomniała. – Nerwy tu nie pomogą. Sami rozumiecie, że życie na kocią łapę nie zgadza się z naszymi wartościami.

Paweł zastanawiał się, co powiedzieć. Nie chciał znów wywołać kłótni.

– Może na ten rok przyjedziesz do domu? – zaproponowała mama cicho.

Ania poderwała głowę. O tym nie pomyślała. Nie myślała, że jej rodzice coś takiego zaproponują. Ojciec gniewnie prychnął. Więc to był pomysł mamy.

– Musiałabym się zastanowić. To trudna decyzja. Nie chciałabym stawiać was w niezręcznej sytuacji. Ciąży i tak się nie ukryje, ludzie będą gadać.

Tata znów prychnął.

– Nic nie wiecie, nic nie zaplanowaliście. Jesteście nieodpowiedzialni i oboje za młodzi na dziecko – starał się mówić cicho, ale w głosie wciąż było słychać wzburzenie.

– Proszę dać nam szansę. Tak czy inaczej jesteśmy związani ze sobą na całe życie. Chcemy się lepiej poznać. Nie zaczęliśmy najlepiej, ale może okazać się jeszcze, że uda nam się stworzyć rodzinę. Dla Ani i dla dziecka najważniejsze jest teraz, żeby ten czas był spokojny. Nie powinna się denerwować. A wszystko inne może się jeszcze ułożyć, jeśli wszyscy będziemy tego chcieli.

Paweł starał się mówić łagodnie, ale jemu także trudno było powstrzymać emocje. Zauważył, że Ania ma łzy w oczach i stara się to ukryć.

– Myślę, że pojedziemy wcześniejszym pociągiem – dodał po chwili milczenia. – Dziś niczego nie rozstrzygniemy, a Ania powinna unikać stresujących sytuacji. Ona jest teraz najważniejsza.

Mama pokiwała głową. Nie podobało jej się to wszystko, ale nie była tak porywcza jak mąż. Potrafiła też łatwiej przystosować się do nowej sytuacji. Zwłaszcza, gdy nie mogła z niej jakoś wybrnąć. A ten chłopak… Sytuacja nie była dla niego najlepsza, ale mama nie mogła nie zauważyć, że mimo wszystko Paweł to dobry chłopiec. Przynajmniej nie zostawił ich córki samej. Już samo to, że przyjechał, by wesprzeć ją w tej rozmowie, zasługiwało na szacunek. Wiedziała, że w końcu jej mąż też to zauważy. Liczyła też na to, że Bóg ich nie opuści i jednak Ania z Pawłem się pobiorą. A że młodzi teraz są trochę bardziej oporni…

Przeprowadzka Marty spowodowała niezłe zamieszanie. Marta spakowała swoje ubrania, kosmetyki i wtedy pojawił się problem. Po tylu latach wspólnego mieszkania, zapomniały, co jest czyje.

– Ja nigdy nie miałam suszarki – zarzekała się Ania, bo Marta twierdziła, że suszarka nie jest jej, Tosia też nie pamiętała, żeby kiedykolwiek kupowała suszarkę. W końcu to Tosia zaczęła myśleć praktycznie.

– Dobra, robimy tak: pakujemy to, co jest Marty, zostawiamy to, co nasze, a to, co nie ma właściciela składamy na kanapie.

Okazało się, że kanapy było za mało. Suszarka, cztery garnki, trzy talerze, siedem kubków, trochę sztućców, sztuczna choinka, dwa pluszowe misiaki, żelazko, deska do prasowania, kilka książek, trochę biżuterii i dywanik z łazienki. Trzy dziewczyny stały nad kanapą w milczeniu.

– To co robimy? – zapytała Tosia.

– Garnki, talerze i cała reszta mi niepotrzebna – powiedziała Marta – bo Krzysiek ma to wszystko. Ale suszarka jednak by mi się przydała. Powinnam jakoś układać te włosy.

– Ja chcę to – Ania wyjęła ze stosu kilka książek. – Jeśli nie macie nic przeciwko.

Tosia i Marta pokiwały głowami, że nie mają. Stosik powoli się pomniejszał. W końcu zostały na nim tylko dywanik i dwa pluszaki.

– Dywanik niech zostanie w łazience, w końcu do niej pasuje. Może nawet nie my go kupiłyśmy – zaproponowała Marta. – A co do pluszaków, to wiem, kto mógłby się nimi zająć – uśmiechnęła się, a jej przyjaciółki przytaknęły. One nie potrzebowały już zabawek, a Marta z pewnością chce je oddać jakimś dzieciakom.

– To co? Ostatnia kawka? ­– zaproponowała Ania i nie czekając na odpowiedź, poszła nastawić wodę.

Siedząc przy stoliku, rozmawiały o wywiadzie, który ukazał się w tym miesiącu w „Twoim Stylu”. Wywiadzie szczególnym dla nich, bo udzieliła go Marta, którą nominowano do jednej z tych nagród dla kobiet roku. Oczywiście chodziło o program „Badaj piersi – to nie boli”. Marta otrzymywała czasem listy od kobiet, które po udziale w spotkaniu znajdowały guzek i szły do lekarza, żeby sprawdzić, czy to nie nowotwór. Nie wiedziała jednak, że takie listy trafiają nie tylko do niej. Telefon od dziennikarki był dla niej wielką niespodzianką. A kiedy usłyszała, co dokładnie planują w redakcji, wpadła niemal w histerię. Wywiad nie był niczym niezwykłym – przecież od samego początku starała się, by wiadomość o programie zaistniała w mediach. Ale wiadomość o półnagiej sesji zbiła ją z pantałyku. Dopiero kiedy poznała szczegóły, zgodziła się pozować. Owszem – na planie zdjęciowym nie była całkiem ubrana, ale gdy zobaczyła zdjęcia zrozumiała, że nikt nie mógł pomyśleć, że te mają one coś wspólnego z erotyką. Najbardziej podobało jej się to, na którym obiema dłońmi osłania nagą pierś, w której wyczuła guzki. Na innym zdejmowała perukę – niby gest mało oryginalny, znany z tylu filmów, a jednak Krzysiek stwierdził, że to właśnie to zdjęcie najlepiej oddaje jej charakter.

Wywiad był dokładnie taki, o jakim mogła marzyć: rzeczowy. Dziennikarka zadawała krótkie pytania dotyczące najpierw jej choroby, potem tego, jak organizowała spotkania. Marta odpowiadała krótko i starała się niczego nie pominąć. Mówiła o tym, jak odkryła guzek, jak bała się iść do lekarza. Opowiedziała o Tosi i Ance zaciągających ją tam siłą, o uczuciach, które wywołała diagnoza. Nawet o tym, jak o chorobie dowiedział się jej brat i rodzice.

– A mi najbardziej podoba się ten fragment: „Całe życie udawałam silną i niezależną, buntując się przeciwko stereotypowi kobiety słabej i bezbronnej, przeciw przemocy wobec kobiet. Ten bunt dawał mi energię – to była ciągła adrenalina: praca z kobietami bitymi, porzuconymi, bezradnymi. Dopiero choroba pokazała mi, że ja też jestem słaba, że ten mój bunt to nie jest siła. Okazało się, że jednak się boję. Byłam tak przerażona, że nie mogłam nic zrobić. Ten strach mnie sparaliżował. I wtedy właśnie pojawiła się największa, prawdziwa siła. Lekarz powiedział »Będzie mogła pani karmić piersią«, a ja poczułam, że mam po co żyć, że muszę walczyć. Że przegram, jeśli nie podejmę leczenia. Teraz już nie muszę grać silnej, nie muszę się buntować, ale wiem, że są ciągle rzeczy, o które warto walczyć, i wiem, że mogę tę walkę podjąć i wygrać”. Cała ty.

Ania siedziała w fotelu i chyba bezwiednie głaskała się po brzuchu, gdy Tosia czytała fragment wywiadu. A Marta… się zaczerwieniła. Po chwili ciszy w końcu wydukała:

– Bo widzicie: ja tego jeszcze nie czytałam.

Obie przyjaciółki zrobiły wielkie oczy. One same przeczytały wywiad kilkanaście razy. Ich egzemplarze były wymięte od ciągłego noszenia w torebkach i neseserach, czytania w kuchni, przed salą sądową i przed gabinetem lekarskim.

– No wiecie – Marta wyraźnie była speszona – mi się zawsze wydawało, że te kobiety, o których piszą w gazetach, to jakieś heroski. A ja się wcale taka nie czuję. Nie jestem bohaterką. Po prostu nie potrafię usiedzieć bezczynnie, jeśli wiem, że coś mogę zrobić.

Tosia i Anka gruchnęły śmiechem.

Rozdział 22

POPRZEDNI

Ten wieczór był wyjątkowy. Marcin po wielu miesiącach ciężkiej pracy, skończył wyjątkowo intratny projekt biurowca. Przez ostatnie tygodnie całymi dniami i nocami nanosił poprawki inwestora. W końcu cała dokumentacja była kompletna, a projekt został zaakceptowany. Żeby uczcić wielki sukces, Marcin i Łukasz zabierali swoje narzeczone do bardzo drogiej i bardzo ekskluzywnej restauracji.

– Za kolejny taki projekt. Niech się pojawi jak najszybciej – wzniósł toast Łukasz.

Wszyscy upili odrobinę szampana z wyjątkiem Pauliny, która była w czwartym miesiącu ciąży i toast wznosiła wodą gazowaną.

– Będziesz mógł w końcu zabrać się za projektowanie swojego domu – podrzucił Marcin. – Nie zostało ci za wiele czasu.

Paulina się uśmiechnęła.

– Chyba na początku będziemy musieli jakoś zmieścić się w tej kawalerce. Ale mam zamiar przycisnąć Łukasza – żartobliwie pogroziła palcem swojemu chłopakowi.

– Jak długo chcesz pracować? – zapytała Tosia. Dla niej ciąża teraz, kiedy dopiero zaczynała karierę, byłaby dużą przeszkodą. Kiedyś chciałaby mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem Paulina pracowała niewiele dłużej od niej i nie miała umowy na stałe.

– Dopóki będę się dobrze czuła. Jakoś nie mam mdłości, nic mnie nie boli i tylko trochę chce mi się spać. Naprawdę życzę takiej ciąży każdej dziewczynie.

– Jestem dla ciebie pełna podziwu. Nie wiem, kiedy będę gotowa na dziecko, ale póki co bałabym się przeraźliwie.

– Powiem ci w sekrecie – uśmiechnęła się Paulina i udała, że próbuje ukryć to, co chce powiedzieć, przed Łukaszem i Marcinem. – Liczę na to, że chłopcy kiedyś wezmą mnie na wspólniczkę.

Tosia uśmiechnęła się i zamilkła. Nie wiedziała, czy Paulina nie mówi serio mimo żartobliwego tonu. Pamiętała za to, że kiedy Marcin z nią pracował, wiele razy musiała słuchać, że nie potrafią się dogadać. Marcin tworzył świetny zespół z Łukaszem, ale z Pauliną nie potrafił się dogadać. A ponieważ Łukasz często jej ustępował, Marcin miał pretensje także do przyjaciela. Skończyło się na poważnej rozmowie wspólników. Od tej pory Łukasz dawał Paulinie do wykonania projekty, nad którymi pracował sam. W pozostałych zaś współpracowali z zaprzyjaźnionym biurem projektowania zieleni.

Łukasz miał niewyraźną minę. Najwidoczniej Paulina mówiła serio i widać temat ten nie był nowością.

– Na razie musisz dbać o siebie, a kiedy urodzi się Łukasz junior może się okazać, że wcale nie chcesz wracać do pracy – Marcin mrugnął porozumiewawczo do Łukasza.

– Chyba wolałabym dziewczynkę. Już niedługo się okaże.

Obiad upłynął w bardzo miłej atmosferze. Dania, jak to bywa w ekskluzywnych restauracjach, były równie smaczne, co małe. Zamówili więc jeszcze kawę i desery. W efekcie wyszli jako jedni z ostatnich gości.

W domu Marcin przytulił się do Tosi.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Chciałabyś mieć dziecko

– Ale teraz? – Tosia wystraszyła się.

– Nie, w ogóle. Kiedyś.

– W ogóle kiedyś tak. Teraz jeszcze nie. Nie czuję się dość bezpiecznie w związku z pracą i finansami. Ale powiem ci, kiedy przyjdzie na to pora.

Marcin złapał ją w pół i pociągnął w stronę łóżka, a ona się roześmiała.

– To może poćwiczymy trochę, żeby nabrać wprawy.

W sylwestra obiecała sobie, że zmieni swoje życie. Jeszcze nie czuła się ciężarna, ale wiedziała, że ma siedem miesięcy, by przyzwyczaić się do myśli o zostaniu mamą. Impreza oczywiście odbywała się u nich. Ekipa była stała. Tosia zaprosiła Marcina, Marta Krzysztofa, przyszli Magda i Sławek i przyprowadzili Pawła. Zabawa była udana, chłopcy kupili fajerwerki, które odpalili o północy. Ania starała się dobrze bawić, ale bała się, że ktoś w końcu zapyta, dlaczego nie pije alkoholu. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, że do lodu dolewa tylko soku. O północy udało jej się także tak pomanewrować, by uniknąć picia szampana.

Następnego dnia poranne mdłości Ani były niczym w porównaniu z kacem Marty i Tosi oraz Marcina i Krzysztofa, którzy zostali na noc. Reszta towarzystwa wróciła do akademika. Ania przygotowała dla wszystkich tradycyjne kacowe śniadanie, czyli jajecznicę na boczku i herbatę z cytryną. Marta i Tosia powitały misę wjeżdżającą na stół z wdzięcznością, Marcin z Krzysztofem z niedowierzaniem. Ania zjadła i wróciła do ich niewielkiej sypialni. Musiała zebrać myśli. Był Nowy Rok, dobra pora na zastanowienie się co dalej.

Wzięła swój pamiętnik i otworzyła na zapiskach z zeszłego roku. Przeczytała postanowienia i uśmiechnęła się. Postawiła plusy przy tych, które udało jej się spełnić i minusy przy niespełnionych. Plan roczny na zeszły rok mogła zaliczyć do udanych. Teraz musiała się zastanowić nad planem na ten rok.

Granicą była połowa sierpnia. Lekarz wyznaczył jej datę porodu na osiemnastego. Szczęście w nieszczęściu – zdąży zaliczyć rok na studiach i zakończy naukę grup w szkole. Na studiach weźmie dziekankę. W pracy urlop macierzyński. Na szczęście miała umowę o pracę i mogła liczyć na zasiłek. Postanowiła rozstać się z OmegaNetem. Czuła się kiepsko i nie chciała ryzykować, że nie da rady podołać obowiązkom. Wpadła głupio, ale cóż… może to był jedyny sposób, żeby zostać mamą. A skoro miała być mamą, to musiała już teraz zadbać, żeby dziecko dobrze się rozwijało. Żałowała trochę, bo miała z tej roboty niezłe pieniądze. Część uczciwie przepuściła na ciuchy i kosmetyki. Gdyby wiedziała, zaczęłaby oszczędzać. Cóż. Mówi się trudno. Teraz może jeszcze uda jej się coś uskrobać. Będzie potem mogła dłużej być z dzieckiem, dorabiając tylko tłumaczeniami. No tak – powinna zacząć szukać kontaktów. Więc jednak nie będzie teraz miała mniej pracy. Zwolni trochę z opowiadaniami. Na dziekance nadrobi. Plan wydawał się realny. Trudny, ale realny. Wszystko mogło się jeszcze ułożyć. Może wydanie książki jej pomoże.

Ktoś zapukał do drzwi, otworzyła chyba Marta.

– Tak, jasne. Jest w pokoju. Wchodź.

Po chwili do pokoju wszedł Paweł.

– Cześć.

– Cześć.

– Chciałem z tobą porozmawiać.

Próbowała udawać, że jest spokojna, ale żołądek zacisnął jej się w węzeł. Przeczuwała, co za chwilę usłyszy i przez jej głowę przebiegały setki myśli o tym, jak powinna się zachować.

Paweł usiadł obok niej. Był spokojny, ale jego oczy były zmęczone i czujne.

– Jesteś w ciąży – stwierdził.

– Nie.

– Nie jestem głupi. Na weselu nic nie piłaś, wczoraj też nie. Poza tym słyszałem, jak Marta mówi o tym Krzyśkowi.

Zaskoczył ją. Nie wiedziała, że Marta jednak się zdradziła, ale nie mogła mieć o to do niej pretensji. Sama mówiła Damianowi wszystko, kiedy byli parą. Wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Nie chciała, by głos się jej załamał.

– No dobra. Ale dlaczego chcesz o tym ze mną rozmawiać?

– Bo to moje dziecko.

– A to skąd wziąłeś! – chciała, by zabrzmiało to jakby powiedział przed chwilą kompletną bzdurę, ale wyszło jej raczej żałośnie.

– Nie jestem głupi. Potrafię liczyć. Sześć tygodni temu… – zawahał się. – Nie zabezpieczyliśmy się. Nie masz faceta, a nie jesteś z rodzaju tych, co puszczają się na prawo i lewo.

– Z tobą się puściłam.

– Słuchaj. Zakochałem się w tobie, gdy tylko cię zobaczyłem. Przez półtora roku próbowałem poderwać. Myślałem, że mi się udało, ale ty powiedziałaś, że mnie przepraszasz, że to było chwilowe i musiałaś rozładować napięcie.

– Jesteś dla mnie za młody; jesteś za młody, żeby być ojcem. Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia jeden. A ty dwadzieścia cztery. I co z tego? Słuchaj. Nie proszę cię, żebyś mnie pokochała. Ale będziemy mieli dziecko. To wszystko zmienia. Nieważne, ile mam lat: będę ojcem, czy tego chcemy, czy nie. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Chyba że… – urwał i spojrzał na nią przerażony, jakby dopiero teraz pomyślał o jeszcze jednym rozwiązaniu.

Wiedziała, że prędzej czy później czeka ją ta rozmowa. Ciąży nie może ukrywać w nieskończoność. Dziecka tym bardziej. Nie zniknie nagle, nie wróci do rodziców. Rzeczywiście nie liczyła na to, że Paweł się nie doliczy. Ale miała nadzieję, że będzie mogła się lepiej przygotować do tej chwili. Przez chwilę pomyślała, że i tak może sobie pogratulować opanowania. Paweł patrzył na nią cały czas, czekając na to, co powie. Przez chwilę miała wrażenie, że chłopak czeka na wyrok, który padnie z jej ust. Zamknęła oczy.

– Okej. Tak, jestem w ciąży. I tak, to jest twoje dziecko. Chciałam ci powiedzieć, gdy będę gotowa. Na razie to wszystko jest zbyt zagmatwane… I nie, nie usunę dziecka – spojrzała na niego. Nagle poczuła się lekko i wiedziała, że cokolwiek teraz się stanie, ona temu sprosta.

– Więc jednak – wypuścił głośno powietrze, jakby przez ten czas nie oddychał. – Wiesz, przez cały ten czas myślałem, że sobie coś wkręcam – zaśmiał się nerwowo. – To jak teraz będzie?

– Nie wiem. Nie będę ci bronić dostępu do dziecka. Będziesz mógł się z nim spotykać, kiedy będziesz chciał. Jakoś się dogadamy.

– A co z nami? Nie ma żadnych szans?

– Nie wiem. Naprawdę chcesz ryzykować? Lubię cię, ale nie wiem, czy potrafię pokochać i związać się z tobą.

– Daj mi szansę. I tak powinniśmy się lepiej poznać. Jak nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Ale może kiedyś uznasz, że jednak nie jestem taki najgorszy i zechcesz… – nie skończył.

Milczała. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Owszem, wpadło jej do głowy, że mogłaby być z Pawłem, jeśli on tego będzie chciał. Uważała go za dobrego człowieka i porządnego faceta. Ale nie czuła tej chemii, którą tak lubiła w nowych związkach.

– Muszę się zastanowić.

– Okej. Mogę przyjść jutro?

– Chyba tak. Ale jutro nie dam ci jeszcze odpowiedzi.

– Wiem, i jej nie oczekuję.

Paweł wstał, zawahał się, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć lub zrobić, w końcu jednak wyszedł, a Ania siedziała oszołomiona. Dopiero po chwili weszły Tosia i Marta.

– Chłopcy wyszli. W salonie wszystko było słychać.

– I tak byście się kiedyś dowiedziały.

– Ale jak to się stało?

– Mówiłam wam, że go spotkałam. Zaprosił mnie na kawę, poszliśmy do niego do akademika. Jakoś tak wyszło. Ja dawno nie miałam faceta, on – mówi, że jest we mnie zakochany, więc nie musiałam go namawiać. Oboje straciliśmy głowy i zapomnieliśmy o gumkach.

Ania nie wytrzymała i zaczęła płakać. Obie ją przytuliły.

– Boję się. I nie wiem, co zrobić.

– Wszystko się ułoży. Paweł to dobry chłopak. Spróbuj dać mu szansę. Nie musisz za niego wychodzić, ale będziesz miała kogoś, kto ci pomoże. A jeśli się wam nie uda, to spróbujecie choć dobrze i wspólnie wychować dziecko.

– Ale ja go nie kocham.

– Nie musisz go kochać. Poznajcie się, zaprzyjaźnijcie. Nie róbcie nic na siłę. Może kiedyś uznacie, że warto ze sobą zostać. A jeśli nie, to przynajmniej dobrze wychowacie dziecko.

Wiedziała, że dziewczyny mają rację, ale była przerażona. Sytuacja ją przerastała. Nie wiedziała, co powinna zrobić, nie potrafiła się na nic zdecydować i nie miała sił się nad tym zastanawiać. Ostatnio żyła w olbrzymim stresie, a to nie służyło dziecku. Myślała, że jak Paweł będzie wiedział, to ona będzie spokojniejsza. Niestety nie była. Jedno zmartwienie zniknęło, pojawiły się setki innych.

– Chyba nie mam wyjścia. Tak czy inaczej będziemy mieć dziecko i nic już tego nie zmieni.

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Ciąża Ani wszystko komplikowała. Marta już kilka razy zbierała się, by zacząć temat przeprowadzki, ale za każdym razem rezygnowała. Tosia pewnie skorzysta z okazji i przeniesie się do Marcina, ale co zrobi Ania? Jak da sobie radę? Sama nie utrzyma dwupokojowego mieszkania, a nie znajdzie współlokatorki do mieszkania z dzieckiem. Krzysztof czekał blisko miesiąc, zanim wrócił do tematu. Wysłuchał jej tłumaczenia i pokiwał głową.

– Rozumiem. Ale chciałbym wiedzieć, na czym stoję.

Uśmiechnęła się. Podobno to kobiety naciskają na zacieśnienie związku. W ich przypadku było odwrotnie, ale to chyba nie powinno dziwić nikogo, kto znał Martę i jej podejście do mężczyzn.

– Krzysiek, wiesz, że… – zawahała się. Ciągle nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, choć wyznali już sobie miłość. – Wiesz, że cię kocham. Ale te dziewczyny kocham jak siostry, a jedna z nich ma teraz kłopoty. Nie mogę jej tak po prostu zostawić. Taka już jestem.

– Wiem. Gdybyś taka nie była, pewnie nie zwróciłbym na ciebie uwagi. Mam więc za swoje – próbował zamienić niezręczną sytuację w żart.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i po raz kolejny przez jej głowę przeleciała myśl o niezwykłym szczęściu.

W końcu jednak zebrała się na odwagę.

– Mam do was pytanie – zagadnęła. – Krzysiek zaproponował mi wspólne mieszkanie. Co o tym myślicie?

Ania podniosła oczy znad laptopa, Tosia ściszyła telewizor.

– To super? – Tosia nie wiedziała najwyraźniej, czy powinna się cieszyć, czy nie. Ania poparła ją uniesieniem brwi i pytającym spojrzeniem.

– No, ale czy to w porządku? Co z wami?

– Chyba damy radę się tu jakoś utrzymać – stwierdziła Ania, a Tosia poparła ją skinieniem głowy.

– A ty, Tosiu, nie chcesz się wyprowadzić? Macie z Marcinem dłuższy staż, tobie się bardziej należy.

– W jego kawalerce nie starczy miejsca. Deska kreślarska zajmuje więcej jak pół pokoju. Poza tym jakoś o tym nie myśleliśmy! – zaśmiała się. – Teraz wydaje mi się to wręcz dziwne. Zaręczeni, ale nie mieszkają ze sobą. Cud jakiś albo anomalia.

– Nie zrozumcie mnie źle – dodała Ania, patrząc przepraszająco na obie – ale mi to nawet pasuje. We trzy z dzieckiem nie dałybyśmy rady. Prawdę mówiąc, myślałam, że to Tosia się wyprowadzi, ale skoro tak wyszło.

– Bo mi jest głupio, że was same zostawiam. Zresztą Tosia się pewnie w końcu wyprowadzi i jak dasz sobie radę sama?

– Nie wiem. Zawsze zostaje mi asystenciak. Ale tym będę się martwić, kiedy się stanie.

– Nadal mam jednak wrażenie, że zachowuję się nie w porządku.

Tosia z Anią zaczęły przekonywać ją, że nie ma się przejmować. Że przecież one nie są dziećmi, że zarabiają i mają więcej kasy niż na studiach, więc stać je na mieszkanie we dwie i że tak naprawdę robi im przysługę. Ania nawet zaklepała już w żartach większy pokój.

– Ty się tam zamkniesz, a ja będę miała wolny dostęp do kuchni. I nie będę ci przeszkadzać – przekomarzała się z Tosią.

W końcu udało im się przekonać Martę, że jeśli tylko chce, to może się wyprowadzić nawet następnego dnia.

– Dzięki, dziewczyny. Jesteście kochane.

– Oj, nie przesadzaj – niby ofuknęła ją Tosia.

NASTĘPNY

Rozdział 21

POPRZEDNI

Mama zadzwoniła wieczorem.

– Cześć, kochanie – przywitała się. – Dzwonię w niezbyt przyjemnej sprawie. Zmarł tata Martyny. Wiem, że go nie znałaś, ale pomyślałam, że może chciałabyś być na pogrzebie. Cioci i Martynie będzie miło. One teraz i tak są takie biedne.

Wujek Tosi chorował już od dłuższego czasu. Od ponad roku nie wstawał z łóżka, spodziewano się jego śmierci już od dawna. Wiadomość nie była więc szokiem, ale Tosi zrobiło się smutno.

– Kiedy pogrzeb?

– W czwartek. Dadzą ci wolne?

– Nie wiem. Poproszę. A jak się czują ciocia i Martyna?

– Są smutne. Martynka chyba bardziej niż ciocia, ale ciocia miała tyle rzeczy na głowie, że chyba do niej to jeszcze nie dotarło. A z drugiej strony ona teraz martwi się o to, z czego będą żyły. Martyna dostanie rentę po wujku, ale to są grosze. A ciocia nie pracowała, odkąd musiała się zająć wujkiem i teraz chce znaleźć jakąś pracę. Ma nadzieję, że może w jakimś sklepie. Podobno będą budować Biedronkę w Miastku. Ciocia liczy, że przyjmą ją na kasę. Zawsze to jakiś grosz. U nich teraz tak skromnie.

Tosia bez problemu dostała wolne w dniu pogrzebu. Bielicka, Wagner i pani Basia kazali przekazać kondolencje rodzinie.

Pogrzeb był spokojny. Śmierć wujka nie była szokiem, wszyscy się jej spodziewali. Ciocia i Martyna szły z mamą wujka, która popłakiwała, ale była spokojna. Staruszka przyjaźniła się z babcią Tosi, choć była od niej sporo starsza. Tosia znała ją jako zawsze uśmiechniętą, ubraną w spodnie i kurtkę pasjonatkę zbierania grzybów. Teraz przekonała się także, że pani Wojnarska jest niezwykle ciepłą i sympatyczną osobą.

– Proszę przyjąć kondolencje po stracie syna. Nie znałam wujka za dobrze, ale wiem, że to wielka strata dla waszej rodziny – powiedziała Tosia, gdy przyszła pora na kondolencje.

– Dziękuję, dziecko. Tak miło, że przyjechaliście aż z Gdańska – uśmiechnęła się lekko do niej i do Marcina, który oczywiście nie zgodził się, żeby Tosia jechała sama. – Zostaniecie na obiedzie?

Obiad odbywał się w domu babci. Tosia i babcia zaraz po złożeniu kondolencji pojechała tam z Marcinem, by podgrzać rosół i wstawić ziemniaki. Reszta rodziny miała się pojawić chwilę później. Wujek miał aż siedmioro rodzeństwa, spodziewano się więc wielu gości. Na szczęście pan Jan pożyczył im dodatkowe krzesła i stół, tak więc wszyscy jakoś się zmieścili. Tosia i mama roznosiły jedzenie i zbierały brudne talerze i sztućce, a Marcin zaszył się w kącie kuchni i wycierał umyte przez babcię naczynia.

Przy stole panowała raczej wesoła atmosfera. Ciocia i Martyna uśmiechały się delikatnie, jeden z braci wujka wspominał, jak razem jeździli na potańcówki i jakie powodzenie miał Józio. Po kawie część osób wyszła, zrobiło się luźniej. W końcu zostały tylko ciocia, Martyna i mama wujka.

– Dziękuję wam za pomoc – powiedziała ciocia. – To dla mnie wiele znaczy. Musimy teraz z Martynką ułożyć sobie życie od nowa. Nie będzie łatwo, zwłaszcza że Martynka za rok pójdzie na studia. Myśli o architekturze – to mówiąc spojrzała na Marcina i uśmiechnęła się do niego.

– Oj, mamo! Czy to teraz ważne?

– Ważne. Tata bardzo chciał, żebyś studiowała. Marzył o lepszym życiu dla ciebie. Szkoda, że nie będzie mógł zobaczyć, jak odbierasz dyplom.

Ciocia nagle zaczęła płakać.

– Przepraszam was bardzo – wyszeptała przez łzy, przytulona do mamy Tosi. – Ostatnie lata były takie trudne, ale ja pamiętam te lepsze dni. To był dobry człowiek. I to już tydzień od jego śmierci, a ja jeszcze go nie opłakałam. Te sprawy urzędowe, kościelne…

Mama mocniej przytuliła ciocię, też płacząc.

Wieczorem, leżąc już w łóżku, Tosia myślała o cioci. Nie wiedziała, że ciocia tak bardzo kochała wujka. Kiedy mogła ich lepiej poznać, wujek już był ciężko chory, a ciocia często zmęczona pielęgnowaniem go. Teraz zastanawiała się, jak to będzie z nią i Marcinem. Które z nich odejdzie prędzej i kiedy? Może mają przed sobą długie lata życia, a może zostały im tylko miesiące? Zastanawiała się też, jak może pomóc rodzinie. Jeśli Martyna zdecyduje się na studia, pomogą jej zdobyć jakieś stypendia i znaleźć porządną pracę. Może w knajpie, w której kiedyś kelnerowała, zgodzą się zatrudnić jej kuzynkę. Jej myśli krążyły niespokojnie. W końcu zmęczona zasnęła.

Ania w końcu odważyła się zadzwonić do redaktora, którego numer dostała od Sudeckiego. Odłożyła słuchawkę mocno oszołomiona.

– Wydaję książkę – ogłosiła dziewczynom, wchodząc do pokoju.

– Tak po prostu? – zapytała Tosia i odłożyła czasopismo, które właśnie czytała. Zanosiło się na dłuższą rozmowę.

– Wychodzi na to, że tak po prostu. Sudecki dał mi telefon człowieka, który przeczytał moje tłumaczenie u recenzenta. Zadzwoniłam do tego redaktora. Powiedział, że przeczytał książkę bardzo uważnie i przemyślał to na wszystkie możliwe sposoby. Książka bardzo mu się spodobała, podobnie jak jego żonie, córce i kilku innym osobom. W następnym tygodniu będzie w Gdańsku i chce, żebyśmy się spotkali. Umówiliśmy się wstępnie na czwartek na piętnastą. Przywiezie umowy, żebym mogła się z nimi zapoznać. Już ma kontakt z niemieckim wydawnictwem mającym prawa do oryginału. Negocjują licencję.

– Wow! Twoje tłumaczenie musiało być naprawdę niezłe.

– Chcecie przeczytać?

– Jasne.

Do Ani powoli docierało to, że być może spełnią się jej najskrytsze marzenia, te, do których bała się przyznać nawet sobie, bo były zbyt odważne. Będzie mogła tłumaczyć książki. Zrobienie dwóch specjalizacji się opłaci. Nie wyobrażała sobie pracy w biurze, tłumaczenia kolejnych umów handlowych, papierów prawnych i tym podobnych, choć godziła się na taką wizję, jeśli nie będzie miała innego wyboru. Co innego tłumaczenie literatury. Zawsze uwielbiała czytać i podziwiała tłumaczy, dzięki którym mogła poznawać dzieła rosyjskie, francuskie czy angielskie.

Jeśli zacznie dostawać zlecenia na tłumaczenia, będzie mogła ograniczyć pracę w szkole. Lubiła uczyć, ale ostatnio była zmęczona. Miała ochotę zamknąć się gdzieś na kilka dni i porządnie wyspać. Z tego wszystkiego spóźniał jej się okres, a przedłużał zespół napięcia przedmiesiączkowego. Denerwowały ją powiększone i bolesne piersi i wypryski na twarzy. Zastanawiała się nad rzuceniem pracy w OmegaNecie albo przynajmniej nad ograniczeniem ilości godzin do jednej tygodniowo. Panowie mówili już naprawdę dobrze, a ona coraz częściej łapała się na myśli, że nie nauczy ich wiele więcej.

Następnego dnia obudził ją budzik. Zwlokła się z łóżka i poczłapała do łazienki. Nie czuła się najlepiej.

– Chcesz kawy? – zapytała Tosia, gdy Ania weszła do kuchni.

– Nie, dzięki. Chyba zrobię sobie miętę. Musiałam czymś się zatruć.

– A może jesteś w ciąży?

– Chyba ty!

– Ja nie. Właśnie mam okres. Dobra, ty rób sobie miętę, a ja lecę. Trzymaj kciuki, mam dziś rozprawę.

Pozbierała się jakoś i poszła na zajęcia. Cały dzień zastanawiała się nad słowami Tosi. Nie powiedziała dziewczynom wszystkiego. Nie miała ostatnio stałego partnera, ale… cóż tu ukrywać. Nie żyła w celibacie. W tym miesiącu zdarzyła jej się mała przygoda, lecz nigdy nie przyznałaby się przyjaciółkom, z kim spędziła upojne chwile. Kiedy wracała do domu, miała w torebce test ciążowy. Dziewczyn jeszcze nie było. Przeczytała instrukcję. Nie chciała czekać. Pożałowała, że nie kupiła dwóch. Jeśli jutro nie dostanie okresu, kupi drugi. Otworzyła opakowanie.

Pół godziny później siedziała przy stoliku w kuchni, a test leżał przed nią. Weszła Marta z zakupami.

– Cześć. Co tak siedzisz?

– Chyba jestem w ciąży.

– Co?

– Chyba jestem w ciąży.

Marta aż usiadła z wrażenia.

– Ale jak to?

– Normalnie. Spóźnia mi się okres, jestem senna, a dziś rano miałam mdłości.

– Ale z kim?

– Powiem wam, gdy nadejdzie odpowiednia chwila.

– Znamy go?

– Powiem wam, kiedy będzie właściwy moment. Najpierw muszę z nim porozmawiać.

– Czyli znamy go i nie chcesz, żeby któraś z nas chlapnęła.

– Proszę, nie mów nikomu.

– A Tosia już wie?

– Powiem jej potem. I tak byście się w końcu domyśliły. Ale nikomu innemu nie mówcie. Proszę.

Dzień ślubu Magdy i Sławka powitał wszystkich słońcem i mrozem. Śnieg skrzył się, a drzewa wyglądały jak pokryte szkłem. Marta wstała wcześnie, jakby był to dzień jej ślubu. Cieszyła się jak dziecko. Rodzice i Sławek też już nie spali. Wszystko niby było gotowe, ale niedługo mieli zacząć zjeżdżać się goście, trzeba było przygotować trochę jedzenia i czystych naczyń na kawki, herbatki. Rzeczywiście nie minęło wiele czasu, zanim przyjechały ciotki, a po nich Krzysztof, który został przedstawiony rodzinie i pozostawiony na jej pastwę. Marta musiała pomóc Magdzie się wyszykować, a poza tym sama także musiała się ubrać i umalować.

Ślub był piękny. Zrobiło się już ciemno, w kościele panował półmrok czasem rozjaśniamy przez lampy błyskowe. Chór uświetnił całą uroczystość i Marta ze zdumieniem zauważyła, że w oku kręci jej się łza. „Ech!”, pomyślała i uśmiechnęła się lekko. Znała się dobrze, ale takie momenty wzruszeń zawsze ją zaskakiwały. Na co dzień starała się być twarda, miło jej więc było, kiedy mogła się przekonać, że jej wrażliwość jeszcze żyje.

Sala weselna była rzęsiście oświetlona. Gdy już odśpiewano „Sto lat” i złożono życzenia, goście mogli się rozgrzać obiadem, a potem zaczęły się tańce. Marta z tłumu bawiących się wyłowiła Anię i Tosię.

– I jak się bawicie?

– Super. Mam nadzieję, że moje wesele też będzie takie fajne.

Tosia nie zdążyła powiedzieć nic więcej, bo Marcin porwał ją do kolejnego tańca. Ania z Martą wróciły na chwilę do stołu.

– A ty jak się czujesz?

– W porządku. Podobno na każdym weselu musi być jakaś ciężarna.

Ania się uśmiechnęła. Czuła się nieźle. Jadła niewiele i miała nadzieję, że do oczepin nie zaśnie, a potem będzie mogła cichutko wymknąć się do swojego pokoju. Nie zdołały dłużej porozmawiać, bo Krzysztof już ciągnął Martę na parkiet. Orkiestra była znakomita i grała bez wytchnienia. W końcu jednak zaśpiewano „A teraz idziemy na jednego” i parkiet opustoszał.

– Masz fajną rodzinę – stwierdził Krzysiek.

– Dzięki. Myślałam, że cię zamęczą.

– Nie. Twój tata jest w porządku. Zna się na autach.

Marta tylko się uśmiechnęła, bo auta były wielką pasją ojca. Każdy, kto chciał zaskarbić sobie jego sympatię, zagadywał go o samochody.

– A tak poza tym, jak się bawisz?

– Doskonale. Dawno już nie byłem na weselu. No i oczywiście mam znakomitą partnerkę…

– Dzięki – Marta uśmiechnęła się i trochę zaczerwieniła. Nie mogła się przyzwyczaić do tego, że Krzysztof prawi jej komplementy i wciąż ją adoruje.

– A tak poza tym mam dla ciebie propozycję.

Spojrzała na niego zainteresowana.

– Wiem, że wykorzystuję okazję, że dzisiejszy dzień jest wyjątkowy, a ty już trochę wypiłaś…

– Tylko tego szampana na początku i jeden kieliszek wódki – zastrzegła.

– …niemniej… nie jesteś całkiem racjonalna i może dasz się namówić…

– Na co?

– Przemyślałem to sobie dokładnie. To propozycja i chcę, żebyś ją dobrze przemyślała, zanim odpowiesz.

Marta spojrzała na niego uważnie. Nagle poczuła się całkiem trzeźwa. Czyżby Krzysztof chciał się jej oświadczyć? Ale przecież są ze sobą tak krótko. Co ona mu powinna odpowiedzieć? Nie chce go odrzucać, ale powiedzieć „tak” tylko dlatego, że nie ma innego wyboru…

– Mam trzydzieści cztery lata i nie związałem się do tej pory z żadną kobietą, bo nie znalazłem odpowiedniej. Ty jesteś idealna. Imponujesz mi i ciągle muszę się starać, żeby cię dogonić. Nie dajesz się łatwo życiu i to też mi imponuje.

Oczy Marty powiększyły się niepokojąco.

– Nie, nie proszę cię o rękę! – zaśmiał się, bo mina Marty wyraźnie potwierdziła, że zgadł, czego się ona obawia. – Na to na pewno byś się nie zgodziła, a ja nie lubię dostawać kosza. Chcę, żebyś się zastanowiła nad możliwością zamieszkania ze mną.

Na chwilę zapadła cisza.

– O kurczę.

– Takiej reakcji się nie spodziewałem…

Marta się zaśmiała.

– No wiesz… ja muszę to z dziewczynami obgadać.

– Czy możesz ze mną zamieszkać? Chyba możesz sama decydować o takich sprawach.

– Tak. I chyba… chyba chciałabym zaryzykować… ale…

Krzysiek miał minę, jakby niczego nie rozumiał.

– Musiałabym je uprzedzić. Wiesz. Tosia zawsze może wyprowadzić się do Marcina, ale Ania. Muszę to z nimi pogadać i wiedzieć, że to nie wpłynie na ich życie.

– Ania jest doktorantką. Z pewnością dostanie akademik.

– Tak, tylko… ale nikomu nie mów. – Marta ściszyła głos. – Ania jest w ciąży. Nie chce nam powiedzieć, kto jest ojcem. Sama z dzieckiem w akademiku? Kiepski pomysł.

– Nie wiedziałem.

Krzysiek wyglądał na strapionego, ale Marta uśmiechnęła się do niego.

– Nikt nie wie i niech tak zostanie. Dziś się bawimy, a ja się zastanowię, pogadam z dziewczynami i wtedy zobaczymy. Kiedyś w końcu będziemy musiały zamieszkać osobno. Może to jest ta chwila?

Wracając na salę spotkali Pawła, który robił kawę i nakładał sobie wielki kawałek ciasta. Uśmiechnął się do nich szeroko:

– To kiedy bawimy się u Tosi i Marcina? Bo mi się podoba.

NASTĘPNY

Rozdział 20

POPRZEDNI

Tosia wróciła z pracy zdenerwowana. Na samym wstępie trzasnęła drzwiami, a dopiero potem wyrzuciła z siebie, że przegrała swoją pierwszą sprawę. Nie udało jej się wywalczyć wyższych alimentów dla klientki. Była na siebie zła.

– Zawsze ktoś przegrywa – próbował pocieszyć ją Marcin. – Widocznie tym razem tamci mieli lepsze argumenty.

– Oj, ty nic nie rozumiesz. Ja nie wierzyłam, że ta sprawa jest do wygrania, a teraz kancelaria najpewniej straci klientkę. Wcześniej była u innej adwokat, ale tamta podobno nie traktowała jej poważnie. Ja też nie potraktowałam jej tak, jak powinnam.

– To co jeszcze mogłaś zrobić?

– Uwierzyć, że to jest do wygrania.

Tosia miała wyrzuty sumienia. Opowiadała o tej sprawie i Marcinowi, i dziewczynom, bo nie potrafiła się do niej przekonać. Jej klientka, pani Agata, była rozwiedziona z pierwszym mężem, z którym miała dwóch siedmioletnich synów. Otrzymywała od niego spore alimenty na dzieci i na siebie, dopóki nie wyszła ponownie za mąż. Wówczas sąd przychylił się do prośby eksmęża i zmniejszył wysokość alimentów, przyznając je tylko dzieciom. Drugi mąż pani Agaty nie zarabiał za wiele, ona nie zamierzała podjąć pracy, a w drodze było kolejne dziecko. Nikt nie miał przekonania do tej sprawy. Marta uznała nawet, że na pewno dali ją Tosi, bo każdy by ją przegrał i nikt nie chciał ryzykować.

Tosia zrobiła, co mogła, a mogła niewiele. Niestety klientka i jej mąż mieli tylko wielkie roszczenia. Nie mogli przedstawić rachunków za wynajmowane mieszkanie, bo wynajmowali je bez umowy. Pani Agata miała co prawda jakieś wyliczenia związane z prowadzeniem domu, ale te były zupełnie nieprzydatne, bo wyssane z palca i niczym nie poparte. Koszt utrzymania dzieci także opierał się na wyimaginowanych kalkulacjach kobiety. Tosia wyszukała nieco danych statystycznych, ale okazało się, że alimenty płacone przez pierwszego męża jej klientki w zupełności powinny zaspokajać potrzeby jej dzieci. Przygotowała się do rozprawy najlepiej, jak mogła, biorąc pod uwagę okoliczności, ale nie przewidziała wszystkiego.

Na sali była oczywiście Bielicka, która monitorowała wszystkie jej przygotowania, nie wtrącając się jednak. Tosia nie wierzyła w wygraną, ale starała się ukazać swoją klientkę jako troskliwą matkę, która stara się zapewnić swoim synom jak najlepsze warunki życia. Niestety jej starania spełzły na niczym, gdy zaczął zeznawać ojciec chłopców. Tosia starała się nie pokazywać, że nie wie, o czym mówi ten mężczyzna. Okazało się bowiem, że to ojciec kupił bliźniakom wyprawki do szkoły, poza tym zafundował im też komputer i program do nauki języka angielskiego. Dodał tu, że od chłopców wie, że z komputera najczęściej korzysta jego eksżona i jej obecny partner, który ponoć lubi popołudniami grać w strzelanki.

Wypowiedź mężczyzny spowodowała burzę. Pani Agata zaczęła wrzeszczeć, że komputer jest niezdrowy dla dzieci i że jej eksmałżonek może go sobie zabrać i wsadzić… Tosia próbowała ją uspokoić, niestety okazało się, że dopiero interwencja sędziego i groźba wyprowadzenia z sali zamknęły kobiecie usta. Tosi płonęły uszy i policzki. Dowody przedstawione przez drugą stronę były niepodważalne i wynikało z nich jasno, że ojciec nie tylko płaci wysokie alimenty, ale też często funduje dzieciom różne rzeczy, począwszy od ubrań, a skończywszy na zabawkach. Płaci też za naukę języka angielskiego w prywatnej szkole.

Do końca rozprawy Tosia starała się nie stracić opanowania i udowodnić, że wydatki te to to obowiązek troskliwego ojca. Wyrok jej nie zaskoczył. Sędzia odrzucił powództwo. Zaskoczyło ją jedynie, kiedy usłyszała, jak sędzia przypomina obu stronom, że w następnym miesiącu mają wyznaczoną datę kolejnej rozprawy. Tym razem o ograniczenie praw rodzicielskich jej klientki.

– Powinnam zawsze wierzyć, że klient ma rację. Ale ta kobieta to chora manipulatorka. Na koniec powiedziała mi, że zadzwoni do Wagnera ze skargą na mnie. Nie wygrałam i teraz ona nie wie, czy powierzy naszej kancelarii dalsze prowadzenie sprawy.

Tosia nie wytrzymała i z jej oczu popłynęły łzy.

Następnego dnia szła do pracy jak na stracenie. Bała się, że już na wstępie usłyszy wezwanie do gabinetu Wagnera.

– Podobno wczoraj była pani wspaniała na sali sądowej – przywitała ją ciepło pani Basia.

– Chyba myśli pani o jakiejś innej sprawie. Ja przegrałam.

– Nie, nie. Myślę właśnie o pani. Mecenas Bielicka mówiła, że zachowała się Pani wspaniale, że nawet jej trudno było zachować zimną krew.

– I co z tego, skoro stracimy klientkę.

– Pani Antosiu – tylko pani Basia tak do niej mówiła – z tej klientki to i tak nic by nie było. Mecenas Bielicka zadzwoniła do jej poprzedniej adwokat, mecenas Majewskiej, bo zna ją trochę i delikatnie podpytała. Podobno ta kobieta wszystkich oszukuje, nie mówi wszystkiego, a część rzeczy zmyśla. Ponoć na poprzedniej rozprawie nakłamała i to się wydało, gdy tylko jej mąż wszedł i zaczął zeznawać. Mecenas Majewska sama zrezygnowała z prowadzenia tej sprawy. Uznała, że nie będzie się męczyć. Do tej pory ta pani zalega jej z honorarium.

Wezwania do szefa nie było… Tylko Bielicka poprosiła ją do siebie. Razem przeanalizowały przebieg rozprawy i zastanowiły się, co Tosia mogła jeszcze zrobić. Nie było tego wiele, więc dziewczyna wyszła z gabinetu pocieszona. W sumie usłyszała wiele miłych słów pod swoim adresem i to złagodziło gorycz porażki. Uspokoiła się zaś zupełnie, gdy dowiedziała się, że pani Agata zrezygnowała z ich usług.

Ania w końcu się zdecydowała. Biła się z myślami przez kilka dni, napisała nawet mejla do profesora Sudeckiego z prośbą o opinię. Poparł ją gorąco i zaprosił na rozmowę w następny czwartek. Decyzja zapadła. Będzie tłumaczyła zbiór opowiadań. Niemal od razu zabrała się za pracę. Energia ją rozpierała, jak zawsze, gdy zaczynała coś nowego. Chciała wykorzystać ten zapał.

Tłumaczyła, gdzie tylko mogła. Nawet wieczorami, kiedy siedziała z dziewczynami w pokoju, poprawiała coś w laptopie.

– Czy ty choć na chwilę się odrywasz od tego pudełeczka?

– Tak.

– Chciałabym to zobaczyć.

Tosia z Marcinem oglądali jakiś program na Discovery, a Marta przerzucała leniwie kartki czasopisma. Komentarz Marty spowodował, że Ania oderwała oczy od monitora.

– Nie zobaczysz. Ale dziś w czasie przerwy spotkałam Pawła i poszliśmy na kawę.

Tosia spojrzała znacząco na Martę.

– I co?

– Co „co”?

– No, co się wydarzyło?

– Nic się nie wydarzyło. Siedziałam głodna w bibliotece. Burczenie w brzuchu wygoniło mnie do sklepu, tam spotkałam Pawła. Poszliśmy na kawę. Gadaliśmy z godzinkę, potem ja poszłam do szkoły, a on na zajęcia.

– O czym gadaliście?

– Nie wiem. O tym, o czym gadają znajomi, gdy się spotkają. O pracy, studiach. Nie wiem, o czym jeszcze.

– A co tam u niego? – zapytał Marcin.

– W porządku. Zaliczył poprawkę. Teraz ma zasadniczo luzy. I dostał zaproszenie od Sławka na wesele.

– O! A z kim pójdzie – Marta była ciekawa wszystkiego, co wiązało się ze ślubem.

– Nie pytałam go o to. Co ja jestem – gestapo?

Marta i Tosia nadal kibicowały Pawłowi w podbijaniu serca Anki i miały nadzieję, że już ją zaprosił na wesele. Ania niestety wykazywała niezwykły jak na nią upór.

Tymczasem Ania miała zupełnie inne powody do zamyślenia, niż wydawało się jej przyjaciółkom. Nie chciała im nic jeszcze mówić, udawała więc, że pracuje, choć tak naprawdę tłumaczenie nie szło jej zupełnie. Tego dnia nie tylko spotkała Pawła. Wcześniej była na spotkaniu z Sudeckim, który radosnym głosem obwieścił jej, że jeśli tylko chce, to jej tłumaczeniem jest zainteresowane pewne wydawnictwo. Jego naczelny zobaczył jej pracę u recenzenta i bardzo mu się spodobała. Chce porozmawiać o możliwości współpracy. Na początek jest zainteresowany wydaniem ukończonej już powieści z szerokim komentarzem Ani. Ania dostała numer telefonu redaktora i teraz biła się z myślami – zadzwonić, czy poczekać.

Oczywiście dziewczyny zaraz zaczęłyby zachęcać ją do wystukania numeru i umówienia się na najbliższy możliwy termin. Ale ona – nigdy nie śmiała śnić o takim wyróżnieniu, w dodatku nie uważała, żeby tłumaczenie, które zrobiła do magisterki było aż tak dobre. Musiałaby do niego usiąść na nowo. Z jednej strony serce jej tłukło się jak oszalałe z radości – z drugiej – była przerażona. W jej spokojnym jak dotąd życiu wydarzenia zaczynały pędzić, a ona powoli czuła się coraz bardziej zagubiona. Miała dwie dobre prace, pisała doktorat, a teraz pojawiała się kolejna szansa. Zaczynała się zastanawiać czy sprosta tym wszystkim wyzwaniom.

Gdyby taka szansa pojawiła się przed jej koleżankami, prawdopodobnie zaraz zabrałyby się do pracy. Marta była jak wulkan energii – od razu zaczęłaby szukać błędów i przygotowywać materiał do druku. Tosia zauważyłaby możliwości i zaczęła planować kolejne kroki, na przykład wydanie drugiej książki lub napisanie własnej. A ona sama – cóż. Nie miała wielkich ambicji, nie chciała zbawiać świata ani zrobić oszałamiającej kariery. Myślała, że zdobędzie fajny zawód, trochę popracuje, potem zajmie się rodziną i będzie jedynie dorabiać tłumaczeniami nudnych dokumentów do pensji męża. Życie zaskoczyło ją zupełnie i nagle okazało się, że jej plany są nieaktualne. Musiała sobie to wszystko na nowo poukładać.

– Zaprosiłam Krzysztofa na ślub.

– I co?

– Zgodził się.

Marta ledwo weszła do domu, już musiała podzielić się radosną nowiną z dziewczynami. Do ślubu było coraz mniej czasu, a ona długo się wahała, czy może zaprosić na taką uroczystość faceta, z którym spotyka się od niedawna. Ich znajomość posuwała się do przodu małymi kroczkami. Często się spotykali, Marta lubiła spędzać z nim czas i on chyba odwzajemniał jej uczucia. Od kilku tygodni nie byli już tylko randkowiczami, choć nie padły jeszcze żadne deklaracje ani obietnice. Z Marty trudno było zresztą wyciągnąć, co czuje. Krzysztof był jej pierwszym tak poważnym partnerem, o żadnym wcześniejszym związku nie myślała na serio i nie chciała zapeszać nawet przed koleżankami. W rzeczywistości już jakiś czas temu zdała sobie sprawę z tego, że wpadła po uszy. Jest zakochana jak nigdy. Nie była jednak specjalistką w tych sprawach, a ukończona psychologia wcale nie ułatwiała jej podjęcia naturalnych decyzji. Analizowała więc wszelkie możliwe scenariusze i czekała spokojnie na rozwój sytuacji.

– Tak! Powiedział, że bardzo mu będzie miło poznać moją rodzinę.

Anka zrobiła zaskoczoną minę.

– Ten twój Krzysiek jest jakiś dziwny. Każdego normalnego faceta trzeba ciągnąć na niedzielny obiadek do mamusi wołami, bo im się wydaje, że wypicie kompotu to prawie jak zaręczyny. A twój Krzyś marzy wprost o poznaniu całej rzeszy ciotek, babć i wujków, którzy zaraz będą go wypytywać kim jest, jak się poznaliście i kiedy wasz ślub?

– Nie wiem, czy marzy, ale widać nie robi to na nim tak piorunującego wrażenia. Zresztą: moja mama wie o Krzyśku, a skoro ona wie, to ciotki też wiedzą, bo one ciągle wiszą na telefonie. Jedyna osoba, której się boję to ciocia Wioletka. Jej głupota jest tak nieziemska, że może odstraszyć każdego. Będę musiała wyraźnie zaznaczyć, że to nabytek i jej głupota nie ma szans być dziedziczona przeze mnie i przez moje dzieci.

Marta bardzo przejmowała się weselem. Była świadkową, ale momentami zachowywała się jak panna młoda. Tosia została jej powiernicą i pomocnicą, a Ania pomagała jak mogła, jeśli akurat nie przygotowywała się do zajęć. Przed wszystkim Marta musiała zorganizować wieczór panieński i nie mógł być to byle jaki wieczór. Dziewczyny obskoczyły wszystkie knajpy na starym mieści i w końcu zarezerwowały stolik. Striptiz i inne tego typu numery od razu zostały skreślone jako niesmaczne. Marta, a wraz z nią Tosia i Ania, musiały więc wymyślić coś innego.

W międzyczasie Marta poszukiwała odpowiedniego stroju. Na co dzień nosiła rzeczy wygodne i sportowe. Lubiła szukać ubrań w second handach. Miała kilka „fatałaszków”, jak je nazywała, na imprezy, ale niczego, co nadawałoby się na eleganckie wesele.

– Chodźcie ze mną na zakupy. Przecież ja nie mam co na siebie włożyć. Muszę kupić wszystko: sukienkę, żakiet, płaszcz, szalik, kozaki i zwykłe buty.

– Buty możesz wziąć z obrony.

– Wezmę, jeśli będą pasowały. A jak nie będą, to muszę kupić. Do kościoła też nie pójdę w trekingach.

W oczach Marty rysowała się rozpacz. Z natury nie cierpiała zakupów, przerażały ją ceny na metkach, wielkość sklepów i ilość ludzi, którzy kręcili się w kółko bez większego powodu. W dodatku nie potrafiła się zdecydować i gdy znalazła dwie fajne rzeczy, przez co najmniej pół godziny stała w przebieralni oglądając się ze wszystkich stron i zastanawiając, do czego jej będą pasować.

– I jeszcze perukę.

Tosia i Ania aż otworzyły oczy ze zdziwienia. Marta miała już króciutkie włosy, ale widać było, że są zniszczone i nie wróciły jeszcze do stanu sprzed choroby. Ale Marta zawsze mówiła, że jej nie zależy, i nie chciała kupować peruki.

– No co? Nie chcę do końca życia oglądać się na zdjęciach w takiej fryzurze. Poza tym peruka zadziała jak czapka i będzie mi cieplej. A na weselu zawsze mogę ją zdjąć i zszokować więcej jak połowę rodziny. Miny niektórych byłyby bezcenne.

W efekcie trzy dni spędziły w centrach handlowych. Marta była zmordowana ciągłym przymierzaniem, ale w końcu zadowolona ułożyła rzeczy na łóżku. Rzeczywiście musiała kupić wszystko. Najmniejszy problem był z sukienką. Do sklepów weszły już kolekcje sylwestrowe i było z czego wybierać. Dziewczyny namówiły Martę na króciutką, złotą sukienkę z cekinami. Była prosta, ale efektowna, a Marta miała tak zgrabne nogi, że szkoda było je zakrywać. Do tego kupiła ciemnozielony, niemal czarny żakiet i złote sandałki. Płaszcz wybrała szary, do kolan, a do niego czarne wysokie kozaki i jasną jedwabną chustę w ogromne, rysowane kwiaty. Tosia wyszperała w dodatkach grubą zieloną bransoletę. Strój był kompletny, a Marta zachwycona. Zwłaszcza gdy się ubrała, a na głowę włożyła perukę. Wybrała włosy jasnobrązowe, średniej długości, lekko falujące.

– Dzięki – powiedziała, wchodząc do pokoju już w swoich ulubionych dżinsach i swetrze.

– A tego nie ściągasz? – zapytała Tosia pokazując na perukę.

– Muszę się przyzwyczaić. To trochę dziwne, mieć nagle tyle włosów. Podoba mi się, ale ciągle łapię się na ich odgarnianiu.

NASTEPNY

Rozdział 19

Poprzedni

Od zaręczyn Tosi i Marcina minęło sporo czasu, a ona nadal nie powiedziała o nich ani mamie, ani babci. Chciała zrobić to osobiście, ale nie mogła się wyrwać z Gdańska. W końcu udało jej się uporać z natłokiem obowiązków w pracy i razem z Marcinem mogli pojechać do Kaliski.

Babcia była oczywiście w kuchni i kleiła pierogi, a mama robiła na drutach i oglądała jakiś serial. Kiedy Tosia i Marcin weszli do domu, obie wyszły do korytarza, żeby się przywitać. To właśnie tę chwilę Tosia wybrała, by wyciągnąć przed siebie dłoń i pomachać pierścionkiem.

– Zostałam narzeczoną – obwieściła, zamiast powiedzieć „Dzień dobry”.

W korytarzu rozległo się głośne „Aaaa!”, a babcia i mama zaczęły ściskać dziewczynę. Po chwili ściskały też Marcina i mu gratulowały. Tosia oczywiście musiała natychmiast ze szczegółami opowiedzieć, jak wyglądały zaręczyny. Marcin postanowił się wycofać. Przeprosił grzecznie i powiedział, że ma ważną sprawę do pana Jana. Wymknął się czym prędzej, zastanawiając się, o której powinien wrócić, żeby uniknąć całego zamieszania i kolejnego opowiadania o wycieczce na Giewont.

Pan Jan przywitał go serdecznie i uśmiał się szczerze, kiedy dowiedział się, co sprowadza chłopaka. Pogratulował mu również, poklepując go z po plecach, po czym zaproponował piwo i wspólne oglądanie meczu, który właśnie leciał w telewizji.

Tosia tymczasem opowiadała, jak pojechali na urlop, jak Marcin pokazywał jej góry i w reszcie, jak zdobyli Giewont.

– Jak weszliśmy na szczyt, oniemiałam z zachwytu. Widok był przepiękny. Coś niesamowitego. Pod nami płynęły chmury. Usiadłam na kamieniu i piłam z butelki wodę. Marcin zapytał, czy chcę bułkę, ale zamiast niej włożył mi do ręki pudełeczko. A ja je prawie ugryzłam! – Tosia się zaśmiała, a babcia i mama razem z nią. – I wtedy… po prostu skamieniałam. Przez głowę przeleciała mi tylko jedna myśl: to teraz! Poprosi mnie o rękę! I najśmieszniejsze jest to, że nagle ogarnęła mnie panika. Po prostu nie wiedziałam, co będę mogła odpowiedzieć. To znaczy wiedziałam, że chcę się zgodzić, ale nie wiedziałam, jak. Marcin ukląkł i powiedział, że chce ze mną spędzić resztę życia. I zapytał, czy chcę wyjść za niego.

Mamie i babci w oczach kręciły się łzy.

– A ja nie mogłam wydusić słowa, więc tylko pokiwałam głową i dopiero, kiedy włożył mi pierścionek, zdołałam wydusić: Tak! I wtedy ludzie wokół nas zaczęli bić brawo.

Mama westchnęła i lekko otarła łezkę, babcia zaś otwarcie się popłakała i zaczęła jeszcze raz ściskać wnuczkę.

– To kiedy ślub? – zapytała babcia, gdy udało jej się opanować.

– Jeszcze nie wiem, babuniu. Jeszcze o dacie nie myśleliśmy.

– No, ale musisz mi jedno obiecać… Chodźcie.

Babcia poprowadziła je obie do swojego pokoju.

– Nie mam wielkich skarbów, więc nie zapiszę ci w spadku wspaniałego brylantowego garnituru. Ale chciałabym, żebyś na ślubie miała coś wyjątkowego.

Wyjęła z szafy pudełko na buty, a z niego spore zawiniątko w szarym papierze.

– Będzie trzeba to wyprać… Leżał dość długo i pewnie nie pachnie za ładnie, ale gdy ostatnio sprawdzałam, to nie był pogryziony przez mole.

Tosia i jej mama patrzyły zaciekawione, jak babcia wyciąga z zawiniątka zwój białej koronki.

– To mój welon.

Babcia zaczęła rozkładać koronkę na łóżku. Jeden jej koniec był udrapowany i przyczepiony do wianka wzmocnionego drucikiem. Drugi koniec był jakieś trzy metry dalej. Tosia ze zdumieniem patrzyła, jak babcia rozkłada kolejne elementy.

Koronka była prześliczna, bardzo delikatna i bardzo misterna.

– To jedwabna nitka. Zrobiła mi to moja babcia. Obiecałam sobie, że dam go pierwszej wnuczce, która będzie wychodzić za mąż. Musisz go przyjąć. Oczywiście wianek się usunie, jest zniszczony, ale koronka się zachowała znakomicie i będzie można z niej zrobić piękny welon.

Tosia uściskała tylko babcię. Teraz ona także była wzruszona. W końcu przestały się ściskać i babcia zaczęła z pudełka wyjmować zdjęcia.

– Tu jestem z moimi rodzicami.

Na zdjęciu stała młoda dziewczyna, podobna do jednej z kuzynek Tosi, w jasnej sukience. Na głowie miała ten welon, który babcia przed chwilą wyjęła. Obok stali jej rodzice. Pradziadek Tosi był bardzo wysoki i nosił olbrzymie wąsy, które zasłaniały mu pół twarzy. Prababcia była wzrostu babci. Miała krótkie włosy ułożone w fale i bardzo elegancką garsonkę o przedwojennym kroju.

– A to ja z Tadeuszem. Bardzo elegancko tego dnia wyglądał. Przyjechał po mnie dorożką. Rodzice byli tacy dumni, że będą mieć takiego zięcia. A ja jeszcze bardziej się w nim zakochałam – zaśmiała się. – Najpierw pojechaliśmy do urzędu, a potem do kościoła. Miałam niewielkie wesele. W czasie wojny zginęły prawie całe nasze rodziny. Była tylko moja chrzestna matka i wuj Tadka z żoną i córką. Pojechaliśmy do restauracji. Byłam wtedy po raz pierwszy w tak szykownym miejscu. Miałam raptem osiemnaście lat. Zjedliśmy obiad. A potem pojechałam do mojego nowego domu… – babcia zawiesiła głos. Najwyraźniej wspominała dawne czasy i starych znajomych. W pewnym momencie jakby się otrząsnęła.

– No, ale to minęło. Teraz będziemy się bawić na twoim weselu.

Ania najczęściej zasypiała, kiedy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Ale tego wieczora obracała się z boku na bok, a sen nie nadchodził. Leżała więc, patrząc w ciemność. Myśli jej błądziły swobodnie, aż w pewnym momencie zeszły na temat związku Tosi i Marcina. Znali się niewiele ponad rok, a już byli zaręczeni. Cieszyła się ich szczęściem, ale nie mogła nie zastanawiać się, dlaczego jej się coś takiego nie przydarzyło. Przecież to ona najbardziej marzyła o tym, by założyć rodzinę. Tosia chciała zawsze wydostać się z biedy. Siebie i matkę. Marta miała zamiar uratować cały świat. Może to prawda, że spotyka nas to, czego się nie spodziewamy. Że to, do czego dążymy nie zawsze jest tym, do czego zostaliśmy przeznaczeni.

Zazdrościła Tosi Marcina. Nie mogła przecież nie zauważyć, jak oni do siebie pasują. To były idealne dwie połówki. Znali się trochę ponad rok, ale czasem zachowywali się jak stare dobre małżeństwo. Przychodziło im to z wielką łatwością. Jedno zaczynało zdanie, drugie je kończyło. Na wspólnych spotkaniach nie siedzieli obok siebie, ale i tak wiedziało się, że to para. Na czym polega ich tajemnica? Tak bardzo chciałaby to wiedzieć i móc wykorzystać, by samej też być tak szczęśliwą. Jej związki były udane, ale prędzej czy później się kończyły.

Pierwszego chłopaka miała już w szóstej klasie. Miał na imię Michał. Chodzili ze sobą przez pół roku. Włóczyli się po mieście, całowali w kątach szkoły. I trzymali za ręce. Ostatnio widziała go w kościele, gdy była u rodziców. Był z żoną i dwójką dzieci. Takie miłości rzadko kiedy trwają dłużej, więc nie ma czego żałować.

Potem chodziła trochę na randki, nie zawsze się na nich dobrze bawiła. Na kolonii poznała Zbyszka. Ich związek opierał się głównie na wspólnej zabawie na kolonijnych dyskotekach i skradzionych całusach w ciemnych zakamarkach. Chodzili ze sobą przez dwa tygodnie kolonii, potem pisali do siebie listy. Związek jednak nie przetrwał nawet miesiąca.

W liceum miała dwóch chłopaków. Pierwszy z nich to była krótka znajomość. Marcin był przystojny, starszy od niej o dwa lata i całkowicie zawrócił jej w głowie. O mały włos nie oblała przez niego pierwszej klasy. Była wtedy zagrożona z fizyki i chemii. Teraz wie, jak była zaślepiona. Zerwała z nim po pół roku. Mieli razem jechać na zimowisko. Usłyszała, jak mówił do kolegi, że wiele sobie obiecuje po tym wyjeździe. A ona miała szesnaście lat i wcale nie chciała tracić dziewictwa. Na zimowisko nie pojechała. Mamie powiedziała prawdę. Nie żałowała.

I wtedy poznała Daniela. Mieszkali razem w internacie, znali się wcześniej, ale nie zwracała na niego uwagi. Przychodził do nich wieczorami, żartował. Był lubiany przez nią i jej współlokatorki. One śmiały się, że pewnie się w niej podkochuje. To on pomógł jej zdać. Spędzili długie godziny w kujni, pokoju do nauki. Przerobił z nią całą fizykę i chemię. Wyszła z obu przedmiotów na trzy. A z Danielem bardzo się zaprzyjaźnili. Coś zaczęło między nimi iskrzyć. Tylko że on był starszy o trzy lata i wyjechał na studia.

Nagle sobie uświadomiła, co takiego wyjątkowego jest w Tosi i Marcinie. Oni się nie tylko kochają. Oni się po prostu, zwyczajnie lubią. Przecież ona też to przeżyła. Była wtedy młoda i nie potrafiła tego docenić, a potem nie dostała drugiej szansy.

Daniel po wakacjach zaprosił ją do siebie na grilla. Mama się zgodziła, mieszkał przecież niedaleko i obiecał, że odwiezie ją następnego dnia do domu. Impreza była bardzo udana. A chłopak zaimponował jej, bo był szarmancki i uprzejmy. To tego wieczora się w nim zakochała. Ale pocałunek ją zaskoczył. Chłopak odwiózł ją, tak jak obiecał. Dał się zaprosić na herbatę, pochwalił ciasto mamy, porozmawiał z tatą o ostatnim meczu i musiał wracać. Odprowadziła go do samochodu. Chciał go uścisnąć na pożegnanie, a on ją pocałował. Tak po prostu. „Przyjadę za tydzień. Pójdziemy gdzieś”. Widywali się co weekend przez dwa lata. Na zimowisku, na które pojechali w ferie z jego znajomymi ze studiów, spali razem. Daniel nie naciskał, sama chciała. Wiedziała, że to odpowiedni facet i nie będzie żałować. I nie żałuje. Był wspaniały. Szkoda tylko, że ich drogi się rozeszły. Całkiem naturalnie. On miał coraz więcej zajęć na politechnice. Ona ostro uczyła się do matury. Poszedł z nią na studniówkę, potem przyjechał na koniec roku. Ona dostała się na studia w Gdańsku, on był w Poznaniu. W wakacje pojechali na biwak. Dobrze się bawili, ale już jako przyjaciele. Rozstali się w prawdziwej przyjaźni. Teraz dzwonili do siebie na święta, o ile Daniel był w Polsce. Okazało się, że jest utalentowanym inżynierem i szybko dostał posadę przy budowie wielkich konstrukcji, o których tyle mówiło się na Discovery.

Zaczęła się zastanawiać, czy istniała szansa, żeby ich związek przetrwał. Pewnie tak. Z tego, co wie, Daniel nadal nie ma stałej partnerki. Ale teraz jest już chyba za późno. Ona się zmieniła, on pewnie też. A poza tym ona wcale nie ma zamiaru wyjeżdżać. Nie teraz, kiedy ma szansę coś osiągnąć.

No i na końcu był Damian. To była wielka miłość, jak z romansu, od pierwszego wejrzenia. Był taki przystojny, zabawny, wyluzowany. Całkiem inny niż dojrzały Daniel. Pozwoliła porwać się namiętności. Teraz dopiero dostrzegła, że fakt, że byli ze sobą tak długo, zakrawa na cud.

Oczy zaczęły się jej kleić. Uśmiechnęła się do siebie. Więc jednak jest recepta. Tylko czy uda jej się znaleźć znów faceta, z którym połączy ją nie tylko miłość, ale też przyjaźń?

Z tą myślą zasnęła.

Magda zadzwoniła rano. Była umówiona na jedenastą do salonu sukni ślubnych, a jej koleżanka właśnie poinformowała ją, że nie przyjdzie. Wiedziała, że Marta nie jest wielbicielką zakupów, ale nie miała do kogo się zwrócić. Ktoś musiał jej powiedzieć, jak wygląda, a Marta miała tę zaletę, że nigdy nie owijała w bawełnę. Jeśli suknia będzie okropna, to przyszła szwagierka na pewno to powie. Magda wybrała numer.

– Będę, tylko powiedz, gdzie i o której. Aha! Pewnie dziewczyny będą chciały przyjść, gdy tylko się dowiedzą. Mogę je zabrać?

Ania nie mogła. Bardzo żałowała, ale miała za dużo pracy. Za to Tosia aż podskoczyła z radości. Być może nie planowała ślubu w najbliższym czasie, ale zawsze warto się rozeznać, zobaczyć, co jest na rynku, co się podoba. Na wybór przyjdzie jeszcze pora.

Przed jedenastą były na umówionym miejscu. Okazało się, że miały odwiedzić dwa salony. Zapowiadał się pracowity dzień, zwłaszcza dla Magdy, która miała przymierzać suknie.

– Musicie mi pomóc, bo sama nie będę potrafiła wybrać. Pewnie przy trzeciej tak mnie omotają, że zgodzę się na każdą.

– Ale musisz nam powiedzieć, czego chcesz. Jaka to ma być sukienka? – Marta jak zawsze była konkretna.

– No właśnie, nie wiem. Wiem, że powinna być szykowna. Bardzo elegancka i… no wiecie… jak dla księżniczki. Nie może być tandetna.

– Dobra. Powiedz, co odpada.

– Różyczki, kwiatki, marszczenia, tiule, cekiny i falbanki. I koło.

– A kolor?

– Biała!

– Nie mogę uwierzyć, że to już za dwa miesiące. To będą najlepsze święta – Marta zaskoczyła obie entuzjazmem. – No co? – zdziwiła się, widząc ich zaskoczone miny. – Też jestem kobietą, a na ślubie nie byłam od lat. W zasadzie nie byłam na żadnym ślubie, bo ten ciotki Ziuty się nie liczy. Miałam wtedy dziesięć lat. W tym roku mam zamiar super się bawić. A teraz znajdźmy dla ciebie idealną suknię.

Pierwszy salon nie zachwycił dziewcząt. Sukni do wynajęcia nie było za wiele, a ekspedientka próbowała wcisnąć im jakąkolwiek, nie zwracając uwagi na to, że Magda od razu powiedziała, czego szuka. W efekcie kazała dziewczynie mierzyć sukienki w kolorze écru, na kole albo spływające tiulem. Tosia nie wiedziała, czy się śmiać czy płakać, Marta widocznie się wkurzyła, a Magda nie wiedziała, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. W końcu zdecydowała, że ma tego dość. Ubrała się, wyszła z przebieralni i oświadczyła, że widziała już wystarczająco wiele, a za pół godziny musi być w drugim salonie.

Ekspedienta z kolejnego sklepu okazała się zupełnym przeciwieństwem poprzedniczki. Zaprosiła je do stolika i zaproponowała kawę. Na paterze stały czekoladki, którymi je poczęstowała. Przyniosła też filiżankę dla siebie, usiadła naprzeciw Magdy.

– Czy nie będą miały Panie nic przeciwko, żebyśmy przeszły na ty?

Pokręciły głowami.

– Aśka – podała im rękę.

– Magda.

– Tosia.

– Marta.

Chwilę rozmawiały. Powiedziały, czym się zajmują, Magda opowiedziała, jak wyglądają przygotowania do ślubu. Pokazała zdjęcia sali, które miała na komórce. W końcu rozmowa zeszła na sukienkę. Magda powiedziała Aśce to samo, co dziewczynom. Dziewczyna podniosła się i rzuciła:

– To bierzemy się do pracy.

Magda wstała, żeby pójść do przebieralni, ale Aśka ją zatrzymała.

– Spokojnie. Najpierw znajdziemy sukienki, które się wam spodobają, a potem będziesz mogła je mierzyć.

Zniknęła za ścianą i po chwili pojawiła się niosąc stertę białego materiału.

– No dobra, drogie panie – zaśmiała się – suknia numer jeden: na szerokich ramiączkach, spódnica w kształcie litery A, niewielki tren, gorset mocno marszczony, ozdobą są te kryształy, które mienią się w świetle – odwróciła trzymaną w rękach sukienkę. – Z tyłu wiązana.

Dziewczyny popatrzyły na siebie i razem kiwnęły głową. Suknia powędrowała do przebieralni.

– Suknia numer dwa. Bez ramiączek, spódnica w kształcie rybki, rozszerzana od połowy ud, na dole bardzo szeroka i z długim trenem. Jest szyta z warstw szyfonu, które bajecznie się układają. Delikatne koronki wykończają każdą warstwę i gorset, który jest delikatnie marszczony.

Trzy głowy kiwnęły energicznie.

– Suknia numer trzy. Bez ramiączek. Bardzo prosta, spódnica w kształcie litery A, jedyna ozdoba to ten piękny haft ciągnący się aż na tren.

Kolejna sukienka trafiła do przebieralni.

– A to bardzo delikatna sukienka z koronki. Spódnica jest prosta, opada pięknymi fałdami w dół. Przy twojej figurze powinna się cudowanie układać. Długie rękawki i kwadratowy dekolt z przodu i tyłu nadają jej średniowiecznego szyku.

Ta sukienka jednak nie przypadła do gustu Magdzie, która uważała, że ma szerokie ramiona i nieładnie jej w kwadratowym dekolcie, więc ekspedientka odłożyła ją na bok i obie dziewczyny poszły do garderoby. Aśka zapięła guziczki w pierwszej sukni. Gdy Magda wyszła, Tosia aż westchnęła. Przyszła panna młoda wyglądała olśniewająco. Magda stanęła na podeście i odwróciła się do lustra. Kryształki zamigotały w świetle.

– Wow!

Aśka uśmiechnęła się szeroko. Poprawiła tren i ułożyła fałdy wokół stóp Magdy.

– I co myślicie?

– Ja najpierw muszę obejrzeć wszystkie – stwierdziła Marta. – Ale póki co, to w tej mi się ekstra podobasz. Sławek padnie z wrażanie, kiedy cię zobaczy.

Zobaczyły jeszcze, jak będzie układał się tren po podwiązaniu i Magda poszła mierzyć kolejny strój, sukienkę z szyfonu. Ta sukienka także była cudowna i cała trójka uznała, że będzie trudno wybrać.

Kolejna suknia, z haftem, odpadła. Magda uznała, że nie najlepiej czuje się w bardzo szerokiej spódnicy, a gorset trochę za bardzo ją obciskał. Na wieszakach zostały kryształy i szyfon. Magda po raz kolejny włożyła sukienkę z kryształami. Aśka w tym czasie wyszukała odpowiednie dodatki. Wpięła przyszłej pannie młodej welon – krótki, sięgający tylko łopatek zakończony delikatną koronką. Na szyi zapięła łańcuszek z wisiorkiem w kształcie kwiatka misternie wyplecionego z drucików i kryształków. Chciała jeszcze zaproponować ciepłe bolerko ze sztucznego futerka, ale okazało się, że Magda pożyczy od kuzynki biały płaszczyk, który powinien ochronić ją trochę przed grudniowym mrozem. Dziewczyny przyglądały się zachwycone. Całość prezentowała się przepięknie.

Do drugiej sukienki Aśka dobrała delikatny diadem i długi, szyfonowy welon. Na jego końcu połyskiwała srebrna nitka.

– Nie jestem w stanie się zdecydować – stwierdziła stojąca na podeście Magda. – Obie są takie piękne i w obu dobrze się czuję.

Marta i Tosia nie wiedziały, jak jej pomóc. Trudno było wybrać, jeszcze trudniej coś doradzić. Siedziały na kanapie i milczały. W końcu to Tosia przełamała ciszę:

– Możemy losować – zaproponowała nieśmiało.

– Nie. Chyba się zdecydowałam.

Spojrzały na nią zaciekawione, ale Magda zamiast powiedzieć coś jeszcze, odwróciła się do przebieralni.

– Ej! – oburzyła się Marta. – Nie bądź taka! Powiedz, którą wybrałaś.

– Przebiorę się i chcę na nie jeszcze raz rzucić okiem.

Dziewczyny nie miały wyboru – musiały poczekać. W końcu Magda wyłoniła się zza kotary.

– Wybieram szyfony. Te kryształy rzeczywiście pięknie się lśnią, ale bardzo podoba mi się, jak układa się tren. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę szła przez kościół, a on będzie się za mną ciągnął…

Wszystkie trzy się roześmiały, bo to było marzenie chyba każdej dziewczynki.

– No i do tego ten welon…

Następny

Rozdział 18

POPRZEDNI

Po rozmowie z dziewczynami Tosia zaczęła się zastanawiać nad wspólnym zamieszkaniem z Marcinem. Z Anią i Martą mieszkała pięć lat. Tak przywykła do ich obecności, że nie wyobrażała sobie mieszkania bez nich. Teraz zdała sobie sprawę, że zakończył się kolejny rozdział jej życia. Prędzej czy później któraś z nich się wyprowadzi. I na razie to ona jest główną kandydatką do tej roli. Wyprowadzenie się do Marcina było zresztą kolejnym krokiem w ich związku, wydawało się naturalne. A jednak na razie nie czuła się dobrze z myślą o wspólnym zamieszkaniu.

– Wiesz, dziewczyny boją się, że się wyprowadzę.

– Kiedyś będziesz musiała.

Marcin siedział przy desce kreślarskiej, a Tosia przeglądała dokumenty do nowej sprawy. Pracowała już ponad rok i powierzano jej coraz poważniejsze zadania. Pomagała też w wielu sprawach mecenas Bielickiej. Była z siebie dumna, ale często musiała brać pracę do domu.

– Nigdy wcześniej nie myślałam o tym i teraz… sama nie wiem. Jakoś nie wyobrażam sobie mieszkania bez nich. Poza tym… tu jakoś też nie widzę miejsca dla siebie. To tylko mała kawalerka i większość miejsca zajmuje twoja deska. A ja chciałabym mieć swój kącik.

Marcin oderwał wzrok od planu, nad którym pracował. Do tej pory nie rozmawiali o wspólnym zamieszkaniu. Tak jak było, było dobrze. Ale rzeczywiście – pobiorą się i zamieszkają razem. Rozejrzał się po kawalerce. Może faktycznie trochę mało w niej miejsca. Tosia miała swoją szafkę, ale będzie potrzebowała więcej przestrzeni. Łóżko też było raczej jednoosobowe i jak spali razem, to często budził na krawędzi. Raz na jakiś czas mu to nie przeszkadzało, ale na co dzień. Roześmiał się.

– Dopiero teraz to zauważyłem. Faktycznie oboje się tu nie zmieścimy. A przynajmniej nie z moimi papierami. Jeśli zdecydujemy się zamieszkać razem, będziemy musieli wynająć lub kupić większe mieszkanie. W dwupokojowym moglibyśmy mieć jeden pokój na sypialnię, a drugi na pracę. A jakbyśmy się zdecydowali na trzy pokoje, to będzie jeszcze miejsce na salon. Mógłbym wynająć jakieś biuro, ale lubię pracę w domu. No i to dużo kosztuje.

– Wiesz, dla mnie myśl o wyprowadzce jest dość abstrakcyjna. A myśl o wynajmowaniu czy kupnie wspólnego mieszkania mnie raczej przeraża. To strasznie poważne i takie… ostateczne. We wspólnym mieszkaniu to będzie jak rodzina, a mi odpowiada ten stan bycia w związku, ale bycia też niezależną. Jak zamieszkamy razem, to będziemy tacy strasznie dorośli i ustatkowani. A ja się tak nie czuję. Mam jeszcze tyle rzeczy do zrobienia zanim zostanę żoną i mamą.

Marcin podszedł do Tosi i ją przytulił.

– Masz na to jeszcze sporo czasu. Ja też jeszcze nie myślałem o ślubie, w końcu możemy być zaręczeni, jak długo chcemy. A wyprowadzić się możesz dopiero wtedy, kiedy będziesz na to gotowa. Przyzwyczaicie się wszystkie do tej myśli. Zaś co do zostania mamusią… na ten temat jeszcze kiedyś porozmawiamy. Na razie chyba jest na to za wcześnie.

– Ale mówiłeś, że chcesz być tatą – Tosia nagle wystraszyła się, że Marcin nie chce mieć dziecka, a ona wiedziała, że kiedyś będzie chciała zostać mamą.

– Ale nie za rok! – Marcin udał przerażonego. – Na razie nie musisz się martwić. No i nie musisz się wyprowadzać.

– To i tak przerażające. Pewnie to śmieszne dla kogoś z zewnątrz, ale my przez te pięć lat się od siebie uzależniłyśmy. Ania wyrzuca śmieci i kupuje detergenty. Marta kupuje jedzenie, ja zmywam naczynia, myję okna i podłogi, Ania łazienkę, Marta ściera kurze. Nasz podział obowiązków jest idealny. No i nasze sobotnie wieczory.

– Przecież będziesz mogła do nich jeździć. Sam cię będę woził na wasze babskie spotkania. W końcu dzięki nim cię poznałem i jestem im to winien.

Tosia się uśmiechnęła. Po raz kolejny pomyślała, że miała farta. Marcin niczego od niej nie wymagał i znakomicie ją rozumiał.

– Poza tym muszę kiedyś z Łukaszem i kumplami wychodzić na kręgle – zauważył chłopak i puścił do niej oko.

Ania przez wakacje przyzwyczaiła się, że miała mnóstwo czasu wolnego, więc wrześniowy natłok zajęć ją zaskoczył. Schowała sztalugi, bo musiała się przygotowywać do kolejnych lekcji, a najwięcej czasu zajmowało jej przygotowywanie się do spotkań w OmegaNet. Panowie tłumaczyli jej, co chcą przedyskutować na następnym spotkaniu, podawali polskie terminy, których chcieli użyć. Ćwiczyli też mnóstwo idiomów i zwrotów potocznych. Ani bardzo przydały się wizyty u cioci, dzięki którym poznała niemiecki codzienny, całkiem inny niż język, którego uczyli w szkole.

Od października Ania miała wrażenie, że jej doba powinna mieć czterdzieści osiem godzin. Powrót do zajęć na uniwersytecie sprawił jej mnóstwo frajdy, zwłaszcza, że w końcu odwiedziła nową bibliotekę. Spodobało jej się tam bardzo.

– W końcu mamy bibliotekę na poziomie. Można przyjść z komputerem, samemu szukać książek i nie trzeba wypisywać tych okropnych świstków. Super sprawa. Coś mi się wydaje, że polubię przebywanie w czytelni.

– A do tej pory nie lubiłaś? – Marta udała zdziwioną, bo wiedziała, ile czasu Ania spędza w czytelni.

Czytelnia stała się nowym odkryciem Ani. Rano wychodziła z laptopem, kupowała kawę i rogalika, bo jak twierdziła, w końcu ją stać na takie burżujstwo, a potem zaczynała dzień, na który składały się przygotowania do zajęć, lekcje w szkole, rozmowy w OmegaNet i wykłady na uniwerku.

Nadal szukała książki do tłumaczenia i wyszukiwanie kolejnych tytułów zajmowało jej resztki wolnego czasu. Miała już kilka typów, w tym doskonały zbiór opowiadań Herzmana. Ta książka kusiła ją bardzo. Ania widziała w niej niezwykły potencjał, ale postanowiła dać sobie czas do świąt i dopiero wtedy zdecydować. Z powodu braku czasu czytała mniej i bardziej wybiórczo, liczyła jednak wciąż na jakieś odkrycie.

– A wiecie, dziś spotkałam w czytelni Pawła.

– Naprawdę – Marta udała zdziwioną i mrugnęła do Tosi. Ania nie wiedziała, że dziewczyny mogą wiedzieć coś o tym spotkaniu. Marta „przypadkiem” powiedziała Magdzie, że Ania jest tak zachwycona biblioteką, że cały czas tam przesiaduje. I także „przypadkiem” przy tej rozmowie był Paweł. Oczywiście powiedziała o tym Tosi. Teraz czekała na rozwój wypadków.

– I co u niego?

– Nie udało nam się długo pogadać, bo musiałam lecieć na zajęcia, a jemu też się chyba gdzieś spieszyło. Ale miło było go zobaczyć.

– No, a co z twoją książką? – zmieniła temat Tosia, która bała się, że podstęp Marty zaraz się wyda i będzie draka.

Tosia i Marta nie rozumiały obiekcji Ani odnośnie Pawła i postanowiły trochę ich poswatać. Oczywiście nic na siłę. Obgadały sytuację i stwierdziły, że Ania po prostu nie daje mu szans. Więc trzeba mu troszkę podpowiedzieć. Postanowiły wykorzystać Martę i Sławka lub Magdę jako łańcuszek informacyjny dla Pawła. A co on zrobi z tymi wiadomościami, to już jego sprawa. Jak widać wykorzystywał je właściwie.

Ania tymczasem opowiadała im o swoich wątpliwościach dotyczących tłumaczenia opowiadań. Niewiele z tego rozumiały, więc tylko potakiwały głowami. W końcu zamilkła, a Tosia zaczęła opowiadać o nowej sprawie.

Marta stała przed klatką schodową i patrzyła, jak z parkingu odjeżdża srebrny samochód. Przed chwilą pożegnała się z Krzysztofem. Teraz byli już na ty. A randka była wspaniała. Świetne kino, doskonała kolacja i dużo śmiechu. A na koniec… rozmarzyła się jeszcze raz i weszła do środka.

– I jak było? – usłyszała, zanim zdążyła zamknąć drzwi.

Dziewczyny siedziały przy piwie w towarzystwie Marcina, Magdy i Sławka. Marta nie miała sił gniewać się na nie za zorganizowanie tej obławy. Tosia jednak tego nie wiedziała.

– Marcin przyszedł do mnie, a Sławek z Magdą do ciebie. Nie wiedzieli, że masz dziś randkę.

Marta się uśmiechnęła. Miała wspaniały wieczór i mogła się tym podzielić z innymi.

– Chyba nie jestem taka okropna, że musicie się usprawiedliwiać ze spotkania w niedzielni wieczór.

– Tylko dbasz o swoje prywatne sprawy i nie pozwalasz nikomu wtykać w nie nosa – wytknął jej przekornie Sławek, za co zaraz dostał kuksańca od Magdy.

– To jak było? – Ania drążyła temat.

– Miło! – powiedziała Marta zadziornie.

Pięć par oczu spojrzało na nią wyczekująco. Tylko Tosia odważyła się powiedzieć:

– Ze szczegółami, kobieto.

– Najpierw było kino. Świetny film, musicie go obejrzeć. Potem poszliśmy na kolację. Rozmawialiśmy o filmie, o naszym dzieciństwie, o pracy. Trochę żartowaliśmy, śmialiśmy się. Jedzenie było pyszne, wypiłam nawet kieliszek wina. Oczywiście za zgodą lekarza… – dodała, jakby ktoś miał jej za złe picie alkoholu.

– A tak w ogóle, to spotykanie się ze swoim lekarzem nie jest zabronione? – zapytał złośliwie Sławek, ale widać było po jego minie, że cieszy się, iż jego siostra mimo choroby jest szczęśliwa.

Marta nie odpowiedziała na zaczepkę. Była szczęśliwa. Do tej pory nieczęsto umawiała się na randki, nie była ekspertem w kwestiach damsko-męskich i na spotkaniach tego typu czuła się raczej niezręcznie. Nie wiedziała, co mówić, jak się zachowywać. Ale ta randka była dokładnie taka, o jakiej marzyła. Tylko zakończenie mogła mieć inne.

– No, ale pocałował cię? – Anka wyrwała się, jakby wiedziała, o czym myśli Marta.

– Nie… to znaczy nie do końca.

Dziewczyny zawyły, Sławek i Marcin spojrzeli na siebie, jakby chcieli znaleźć się jak najdalej stąd.

– Jak to nie do końca?

– No… odprowadził mnie do drzwi, potem się pożegnaliśmy, potem myślałam, że mnie pocałuje, a on pochylił się i pocałował mnie, ale w rękę!

Trzy dziewczyny wydały okrzyk zawodu, a chłopcy na siebie spojrzeli i zaczęli bąkać coś o konieczności wyjścia do sklepu po więcej piwa. A Marta musiała znów dokładnie opowiedzieć, jaki jest Krzysztof, bo samo „przystojny, mądry i szarmancki” nie wystarczyło.

NASTĘPNY

Rozdział 17

Poprzedni

Tosia wróciła do pustego mieszkania. Ania była pewnie w szkole, Marta w pracy. Spokojnie się rozpakowała i sprawdziła stan lodówki. Niewiele w niej było, a ona miała ochotę na prawdziwy obiad. Pomyślała o gorącym rosole.

Zanim dziewczyny wróciły, rosół był gotów. Przy kolacji Tosia opowiadała o swoich wrażeniach.

– A najbardziej podobało mi się na Giewoncie. No i Marcin dał mi to.

Tu zaprezentowała małe, drewniane, góralskie pudełeczko. Ania pierwsza wpadła na pomysł, żeby je otworzyć i wtedy ze środka wypadł pierścionek.

Zachwytom nie było końca. Jednocześnie jednak pojawił się problem.

– To pewnie teraz się od nas wyprowadzisz? – zapytała Ania.

Zapadła cisza. Dziewczyny do tej pory nie rozmawiały o tym, że któraś może się wyprowadzić. Mieszkały ze sobą tyle lat, przeżyły różne wzloty i upadki, ale nawet Ania nie wspomniała nigdy o tym, że chce się wyprowadzić do Damiana. Teraz wizja rozstania wszystkie zasmuciła. W końcu Tosia trochę się otrząsnęła.

– Wiesz. Nie myślałam o tym. Jesteśmy ze sobą nie tak znowu długo, a wspólne mieszkanie to jednak duży krok na przód.

– A zaręczyny nie? – zauważyła trzeźwo Marta.

Tosia spojrzała na Martę z ukosa.

– Ojej, ale my się miałyśmy dziś dobrze bawić. Zresztą – na razie nic mi nie wiadomo o przeprowadzce, a chyba wypadałoby porozmawiać o tym z narzeczonym.

– Jak to poważnie brzmi… narzeczony – zamyśliła się Ania, po czym wybuchnęła śmiechem. – I pomyśleć, że kiedyś wypowiedzenie tego słowa było dla mnie spełnieniem największych marzeń.

Poważna atmosfera zaraz się rozwiała, bo Tosia zagroziła przyjaciółkom, że obie będą jej druhnami i obie wystąpią w różowych sukienkach.

– Jak bardzo różowych? – grobowym głosem zapytała Marta, która nie cierpiała tego koloru.

– Bardzo – poważnie odpowiedziała jej Tosia. – To będzie taki jasny róż, dość wyrazisty. Jak u lalki Barbie. No i oczywiście sukienki muszą mieć falbanki przy rękawach i tiulowe halki.

Wieczór skończył się na tym, że Marta zarzekała się, że na żaden ślub nie pójdzie, a przynajmniej nie w takim stroju, za to Ania przekonywała ją, że w różowym tiulu będzie im bardzo twarzowo. Tosia niewiele mówiła, bo od śmiechu rozbolały ją brzuch i policzki. Promieniała szczęściem. Miała wspaniałego mężczyznę i dwie najlepsze przyjaciółki na świecie. Czego więcej można chcieć?

Zajęcia w szkole odciągnęły Anię od szukania książki. Zachowała większość swoich uczniów i dodano jej jeszcze dwie grupy. Na dodatek wieści o bardzo dobrej nauczycielce szybko się rozeszły, okazało się, że kilka osób chce się u niej uczyć biznesowego niemieckiego. Ania chętnie podjęła się wyzwania, ale musiała się douczyć. Do tej pory terminy ekonomiczne traktowała lekko, znała tylko te podstawowe, teraz zaczęła zgłębiać język umów, handlu i operacji giełdowych.

– Przy okazji sama się czegoś nauczę. Choć przyznam się wam szczerze, że większość tego jest dla mnie bardziej niezrozumiała niż język chiński. Chyba to ci panowie będą mnie dokształcać.

Zajęcia okazały się bardzo przyjemne. „Uczniowie” byli młodymi ludźmi, którzy rozkręcili niezły biznes komputerowy i teraz mieli okazję wejść na rynek niemiecki. Niestety okazało się, że znają tylko podstawy języka, głównie ze szkoły. Korepetycje okazały się niezbędne, a na naukę w szkole nie bardzo mieli czas. O Ani usłyszeli u znajomych, którzy chodzili na jej zajęcia.

Ustalili, że będą się spotykali się w ich biurze, atmosfera była daleka od szkolnej. Ania została na samym początku poczęstowana kawą i ciastkami.

– Wie pani, my musimy umieć i napisać, i przeczytać, i porozmawiać. Zwłaszcza te rozmowy są dla nas ciężkie, bo materiały pisane możemy zawsze dać do tłumaczenia. Nie chodzi tylko o to, żeby znać język, ale też żeby umieć zażartować – powiedział jeden.

– Dlatego my byśmy chcieli nie chodzić tylko na zajęcia, ale przede wszystkim rozmawiać. Tak jakbyśmy byli na spotkaniu. Trochę niemiecki znamy, nawet sami się przyuczaliśmy w zeszłym roku, ale teraz potrzebujemy kogoś, kto będzie nas poprawiał. A czasem pomoże – dodał drugi.

– A jak często miałyby się odbywać te zajęcia?

– Myśleliśmy o trzech spotkaniach w tygodniu – odparł jej trzeci.

Ania spojrzała na całą trojkę.

– Ok. To zostało nam tyko ustalić cenę.

– Nasza propozycja to dwieście złotych za półtorej godziny.

Ania zrobiła wielkie oczy, ale szybko się otrząsnęła.

– Cóż, jest to bardzo dobra oferta.

Marta była bardzo ciekawa spotkania z doktorem. Do tej pory widywała go tylko w kitlu i raczej w oficjalnych sytuacjach. Doktor Kamiński już na nią czekał przy stoliku. Pomachał jej na powitanie, po czym pomógł usiąść.

– Co dla pani zamówić?

– Może być biała kawa.

– I oczywiście lody…

Marta odpowiedziała uśmiechem na uśmiech doktora.

– Oczywiście lody.

Na początku rozmawiali o spotkaniach. Marta musiała opowiedzieć dokładnie, jak zrodził się ten pomysł, jak zaraziła nim kobiety z obu stowarzyszeń i jak organizowały pierwsze spotkania. Nie pominęła też problemów z nagłośnieniem akcji ani udziału swoich przyjaciółek w rozwiązaniu kłopotów.

– To dzięki nim tak naprawdę się nie poddałam. Gdyby nie ich wsparcie i pomysły, nie wiem, czy „Badaj piersi” miałoby jakieś szanse na taki sukces.

– Można pani pozazdrościć takich przyjaciółek.

– Oj, można.

Marta roześmiała się. Nagle rozmowa zeszła na bardziej ogólne tematy, zaczęli mówić o swoich znajomych, potem o sobie. W końcu zrobiło się dość późno i nadeszła pora pożegnać się. Kiedy Marta wróciła do domu, Ania i Tosia siedziały przed telewizorem.

– Chyba byłam na niby randce… – powiedziała niepewnie, stając w drzwiach.

– Jak można być na niby randce? – zapytała Ania.

– No… miało być spotkanie w sprawie „Badaj piersi”, ale w końcu rozmawialiśmy o wszystkim. A jeszcze na koniec nie pozwolił mi za siebie zapłacić i zaproponował, żebyśmy w niedzielę poszli do kina – zawahała się przez chwilę. – To już chyba będzie prawdziwa randka.

Obie współlokatorki patrzyły na nią wielkimi oczyma i uśmiechały się zdumione. Marta wyglądała na przestraszoną i najwyraźniej zaskoczoną takim obrotem sprawy.

– Martunia? Czy ty masz pietra?

– Nooo…

Roześmiały się wszystkie trzy. Marta zrobiła sobie kolację i usiadła z nimi.

– To jaki jest ten doktor?

– Przystojny…

– Patrz, Tosia, jak ona się z nami droczy. Szczegóły, kobieto, szczegóły.

– Przecież jem.

– To jedz mniejszymi kęskami i nawijaj.

– No więc jest naprawdę przystojny. Wysoki, czarnowłosy, szczupły. Ma zielone oczy i bardzo ciemne i długie rzęsy. Prosty nos, włosy trochę dłuższe, kręcą mu się lekko. Był ubrany w dżinsy, zwykły t-shirt i sportową marynarkę. Wyglądał świetnie. Przy nim ja w trekingach i bojówkach i z moją łysinką wyszłam na szarą myszkę.

– A może ty jednak chcesz kupić sobie perukę? – Ania nie mogła uwierzyć, że Marcie nie przeszkadza brak włosów.

– Trochę zaczyna wiać mi po głowie, ale peruki nie kupię. Prędzej jakąś fajną czapkę.

– No, a tak poza tym to jak było – dopytała Tosia.

– Bardzo sympatycznie. Nie zauważyłam, kiedy minął ten czas. No, a poza tym, to on jest strasznym dżentelmenem.

– I to ci przeszkadza? – w głosie Ani pobrzmiewała niepewność.

– A powinno?

– No, ty taka feministka… – Ania zawsze uważała, że facet powinien otwierać drzwi, pomagać nałożyć płaszcz i służyć ramieniem i dziwiła się Marcie, że ta traktuje mężczyzn po partnersku i nie wymaga od nich tego typu gestów.

– A właśnie, że mi nie przeszkadza, bo jemu to strasznie pasuje. To odsuwanie krzesła, puszczanie przodem. Nawet zapłacił za nas jakoś tak delikatnie: „Pani pozwoli, że ja zapłacę”. „Ale to nie wypada”. „Bardzo proszę, będzie mi przyjemnie postawić pani kawę”. I jak się z takim kłócić?

Tosia i Ania spojrzały na siebie znacząco.

– To wy jesteście jeszcze per pan pani? – zapytały jednocześnie.

– Tak jakoś wyszło…

Rozdział 16

Poprzedni

Wakacje powoli się kończyły. Zbliżał się za to długo planowany urlop Tosi i Marcina. Zaplanowali całe dwa tygodnie w Zakopanem. Tosia jeszcze nigdy nie była w górach i cieszyła się na ten wyjazd jak mała dziewczynka. Kupiła buty trekingowe, plecak i kurtkę przeciwdeszczową, by być przygotowaną na każdą pogodę, a w weekendy wertowała przewodniki i mapy, zaznaczając sobie, co chce zobaczyć.

Do Zakopanego przyjechali rano. Nocleg mieli w znanym Marcinowi pensjonacie. Z ich okna otwierał się widok na Giewont.

– I tam wejdziemy? – zapytała Tosia pokazując palcem w kierunki krzyża.

– Koniecznie.

– Stąd wydaje się, że to strasznie daleko. Damy radę dojść na szczyt i z niego zejść w jeden dzień?

– No, Mała – Marcin cmoknął ją w czoło. – Ty jeszcze nie wiesz, ile tu da radę.

Tosia spojrzała na niego z przerażeniem.

– Coś mi się wydaje, że ja z tego urlopu wrócę strasznie zmęczona. Na mapach to wyglądało dużo mniej przerażająco.

Marcin zaśmiał się i zaczął rozpakowywać plecak.

– Ale dziś nie będziemy szaleć – krzyknął z łazienki. – Dziś biorę cię na Krupówki. I pozwalam zabrać tylko dwadzieścia złotych. Jeśli weźmiesz więcej, wydasz wszystko. Wejdziemy też na Gubałówkę, bo to niewysoko i droga łatwa. A zjedziemy wyciągiem krzesełkowym. Spodoba ci się.

– Czy ty masz wszystko zaplanowane?

– Tak mniej więcej. Nie znasz gór, więc mogę ci wszystko pokazać. Będziemy robić tak, że jak jeden dzień spędzimy w górach, to drugi na mieście. Tu też jest co oglądać. Zobaczysz. Zakochasz się w starym cmentarzu.

– A nie wystarczy ci, że zakochałam się w tobie?

– No wiesz. Ten cmentarz nie jest dla mnie żadną konkurencją…

Zakopane zauroczyło i oszołomiło Tosię. Średnio spodobał jej się tłum na Krupówkach, ale gdy tylko zeszli do poziomu stoisk z pamiątkami, trudno było ją odciągnąć. Od razu zaczęła wybierać ciupagę dla pana Jana, komplet drewnianych akcesoriów kuchennych i po góralskiej chuście dla mamy i babci, zabawną rzeźbę górala dla Ani, a dla Marty wielkie kolorowe korale. Na szczęście dwadzieścia złotych starczyło tylko na ciupagę. Na kolejnych stoiskach wypatrzyła bowiem kilkanaście innych rzeczy, które mogłaby komuś podarować i już zaczęła się zastanawiać, co wybrać. W końcu Marcin oderwał ją od stoisk i zaciągnął na Gubałówkę. Kawa na szczycie smakowała wybornie. Oczywiście Tosia umazała się bitą śmietaną z gofra i całą drogą do wyciągu wycierała nos z czekolady. Przestała dopiero, kiedy zobaczyła, jak wsiada się na krzesełka.

– Na bank spadnę i będzie wstyd – stwierdziła.

– Nawet małe dzieci sobie świetnie radzą, więc się nie bój.

Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy. Rano, często nieco później niż zamierzali, wyruszali na zwiedzanie. Wracali wieczorem tak zmęczeni, że sił starczało im tylko na kolację i prysznic. Pierwsza kąpała się Tosia. I zanim Marcin zdążył się umyć, ona już spała, choć codziennie obiecywała, że na niego poczeka.

Byli nad Morskim Okiem i Czarnym Stawem, przeszli Doliny Kościeliską i Chochołowską, weszli na Nosal i na Kasprowy, a na końcu zdobyli Giewont. Kiedy weszli na szczyt i znaleźli się pod krzyżem, Tosia siadła z impetem.

– Nigdzie się nie ruszam. Myślałam, że mam lepszą formę, zwłaszcza, że męczysz mnie już niemal dwa tygodnie. Ale teraz wymiękam.

– Chcesz coś do picia?

– Aha.

Marcin podał jej wodę.

– A coś do jedzenia?

Tosia piła łapczywie, trudno jej było się odezwać, ale wyciągnęła wolną rękę. Marcin coś jej do niej włożył. Odłożyła butelkę i już chciała ugryźć, ale zorientowała się, że to nie bułka. W dłoni trzymała małe czerwone pudełeczko. Spojrzała na Marcina. Patrzył na nią, ale się nie odezwał. Tosia spojrzała jeszcze raz na pudełeczko. Coś dławiło ją w gardle. Otworzyła wieczko. W środku był złoty pierścionek, a ułożone w gwiazdkę brylanciki zaskrzyły się w słońcu. Tosia jeszcze raz spojrzała na Marcina, który klęknął przed nią.

– Wiem, że jesteśmy ze sobą zaledwie osiem miesięcy, ale jestem pewien, że to z tobą chcę spędzić resztę życia. Wyjdziesz za mnie?

Tosia nagle poczuła, że nie jest w stanie powiedzieć ani słowa. Kiwnęła głową. Marcin wyjął jej pudełeczko z rąk, wyjął pierścionek i włożył jej na palec. Potem ją pocałował, a wokół rozległy się brawa.

Ostatnie dwa dni spędzili na odpoczywaniu. Zrezygnowali z dalekich wycieczek, za to spali do południa. Tosia co dzień po przebudzeniu patrzyła na pierścionek na swojej dłoni. Ona zaręczona, kto by pomyślał. Co teraz? Powie dziewczynom i mamie, i babci. Ucieszą się. A może powinna zacząć planować ślub? Musi zapytać Marcina, czy chce się z nią żenić od razu. Ona wolałaby zaczekać. W jej życiu tyle się wydarzyło, że potrzebowała teraz trochę spokoju, a myśl o przygotowaniach do ślubu wzbudzała raczej panikę. Jeszcze wybieranie sukienki mogło być przyjemne, ale reszta… Brrr. Otrząsnęła się. Na razie nie musi panikować. Przecież o terminie zadecydują oboje.

Ania jednak dostała się na studia doktoranckie. Sprawdziła listę z tysiąc razy. Na pewno widniało na niej jej nazwisko. Jak tylko minął pierwszy szok, zadzwoniła do mamy.

– Mamuś, dostałam się!! – wrzasnęła przez telefon. Siedzące na ławce studentki spojrzały na nią.

– Pierwszoroczna…

– No, ale ma uciechę…

– Trafi na zajęcia do Kowalskiego i jej się odechce.

Ania zrobiła zdziwioną minę… A owszem, pierwszoroczna. A zajęcia z doktorem Kowalskim wspominała całkiem sympatycznie.

Rodzice ucieszyli się niezmiernie. Byli bardzo dumni z córki. Szczególnie mama się o nią troszczyła. Bała się, że Ania zagubi się w wielkim mieście, nie da sobie sama rady, zwłaszcza po rozstaniu z Damianem, który jej zdaniem chronił Anię przed wszystkimi pułapkami i trudnościami. Tymczasem jej córka znalazła pracę, a teraz dostała się na doktorat. Do szczęścia brakowało jej silnego mężczyzny i przynajmniej dwójki dzieci.

Ania rzuciła się w wir poszukiwań tytułu do tłumaczenia, a myśl o byciu doktorantką dodawała jej sił. Całe dnie spędzała na czytaniu, organizując książki, gdzie tylko mogła. Niestety. Nadal nie mogła znaleźć tej jedynej. Spędzała mnóstwo czasu na aukcjach internetowych, wydając większość swoich oszczędności na kolejne woluminy, które powoli zaczynały piętrzyć się w mieszkaniu. A ona czytała je całymi dniami, niektóre po dwa, trzy razy, odkładając te, które jej się spodobały, a odsprzedając te, które odrzucała.

– Moje życie zaczyna toczyć się wokół poczty – żartowała wieczorami. – Albo odbieram przesyłkę, albo nadaję.

Był piękny, późnoletni wieczór i Ania z Martą wybrały się na spacer. Na plaży nadal było jeszcze wielu turystów korzystających z ostatnich promieni słońca.

– A co z pracą?

– Jak to co? To co do tej pory. Zajęcia na uni mam we wtorki i środy. W pozostałe dni mogę kształcić młodzież, naszą chlubę – odparła patetycznie na pytanie Marty i roześmiała się, po czym wróciła do poważnego tonu. – Zresztą.. Skoro się już usamodzielniłam, nie wrócę na garnuszek rodziców.

Miała w sobie olbrzymie pokłady energii, jak zawsze zresztą, gdy stawała przed nowym wyzwaniem. Praca w szkole dawała jej sporo satysfakcji. Lubiła w niej to, że szybko dostrzegała efekty swoich wysiłków. Native speakerzy chwalili jej uczniów, a ona za każdym razem, kiedy słyszała pochlebstwa, pękała z dumy. Miło jej było słyszeć, że któryś z podopiecznych zaskoczył jakimś zwrotem czy powiedzonkiem rodowitego Niemca. A po doktoracie wiele sobie obiecywała. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby przestać się uczyć i rozwijać. Studia pozwolą jej na pogłębianie wiedzy. Nie wiedziała jeszcze, do czego to prowadzi; może zostanie na uczelni, może doktorat pozwoli jej znaleźć pracę w renomowanym biurze tłumaczy. Może zdecyduje się zdać egzamin na tłumacza przysięgłego. Widziała przed sobą tyle możliwości i nie mogła, a w zasadzie nie chciała się decydować na nic konkretnego.

Marta regularnie odwiedzała doktora Kamińskiego. Co miesiąc przechodziła przez badania, które miały potwierdzić, że nowotwór nie był złośliwy i został usunięty z jej organizmu.

Doktor był przystojnym mężczyzną po trzydziestce. Na początku trochę onieśmielał Martę, choć ta przenigdy by się do tego nie przyznała. Zawsze, kiedy przychodziła, pytał o jej samopoczucie, plany, po prostu interesował się nią, a nie jej chorobą. Wręcz polubiła te wizyty i z przykrością myślała o tym, że kiedyś będą one rzadsze.

– Pani Marto. Zawiodłem się na pani – powiedział, gdy tylko stanęła w drzwiach jego gabinetu.

– Słucham? Ale… czy coś się stało, wyniki są nie w porządku?

– Wyniki są doskonałe, leczenie przynosi dokładnie takie skutki, na jakie liczyliśmy.

– Nawet te uboczne, niestety – Marta pokazała palcem na swoją głowę.

– Spokojnie, odrosną. Zawsze może pani kupić perukę, teraz jest spory wybór, można mieć co dzień inną długość włosów.

– Tak. Ale peruka nie jest mi potrzebna, zawsze miałam krótkie włosy, więc mi to nie przeszkadza… Tylko co w takim razie jest nie tak?

– Nie zaprosiła mnie pani na wykłady „Badaj piersi”.

– Ach, to! – Marcie wyraźnie ulżyło i odprężyła się na krześle. – Nie chciałam, żeby czuł się pan doktor zobowiązany tylko dlatego, że akurat jestem jego pacjentką. A skąd pan wie, że to moja inicjatywa?

– Doktor Kucyba jest moim przyjacielem ze studiów. Nasze drogi rozeszły się, on leczy w Poznaniu, ja tu, nadal jednak utrzymujemy kontakt i chyba zbyt często omawiamy sprawy zawodowe. Bardzo cenię jego opinię i często proszę go o konsultacje w trudnych przypadkach. Wymieniamy się też wszelkimi informacjami o wydarzeniach związanych z naszą pracą. Marian opowiadał mi o swoim wystąpieniu i wspominał też o organizatorce. Podał pani nazwisko i wszystko stało się jasne.

– Po raz kolejny przekonuję się, że świat jest mały, jednak zawsze jest to dla mnie zaskoczenie.

Okazało się, że doktor Kamiński bardzo popiera tego typu akcje i chciałby się do niej przyłączyć.

– Czy moglibyśmy się spotkać gdzieś na neutralnym gruncie. Może w następnym tygodniu?

– Bardzo chętnie. W zasadzie codziennie mam wolne po godzinie piętnastej. Proszę tylko powiedzieć, gdzie i o której mam się pojawić.

– Chwilka… – lekarz otworzył kalendarz. – Widzę, że mam wolny wtorek i piątek. To może piątek?

– Może być.

Rozdział 15

POPRZEDNI

Ten weekend miał być dla Tosi bardzo ważny. Babcia Marcina miała osiemdziesiąte urodziny i z tej okazji urządzono dla niej uroczysty obiad. A Marcin postanowił przedstawić Tosię swojej rodzinie. Wcześniej poznała jego rodziców, była u nich kilka razy na niedzielnym obiedzie. Byli to wspaniali ludzie, a ich pasją było zwiedzanie świata i o swoich wycieczkach mogli opowiadać godzinami. Poza tym mama Marcina uwielbiała gotować i robiła to przy każdej okazji. Tata był pasjonatem motoryzacji, jeździł starym mercedesem, do którego, jak mówił, ma wielki sentyment, i w którym bez przerwy coś naprawiał, poprawiał i reperował. Mama z wojaży przywoziła głównie nowe przepisy, a tata tysiące zdjęć, które potem katalogował i puszczał na slajdach każdemu, kto chciał oglądać.

Tosia i Marcin weszli do sali restauracyjnej, przy stole siedziało już kilkanaście osób. Marcin przedstawił Tosię rodzinie. Było jej bardzo miło, gdy jeden z wujków powiedział, że jest bardzo ładna, a ciocia dodała, że pewnie jest też mądra, skoro udało jej się skończyć prawo. Po krótkiej wymianie uprzejmości ze starszymi, Marcin przedstawił Tosię swojemu kuzynostwu. Tu rozmowy okazały się dużo bardziej zabawne, zwłaszcza, że młodzi szybko zaczęli traktować Tosię jak należącą do rodziny.

– Babcia wie? – zapytała jedna z kuzynek, Marta.

– Nie. Myśli że będzie ciasto i kawa u Sowów. I że będą tylko rodzice, Sowowie i Misiurscy – wyjaśniła inna, Patrycja.

– To będzie miała niespodziankę.

– Taką mamy nadzieję. Pojechała po nią Ania.

W rozmowę włączył się kuzyn.

– To się wam tak wydaje. Ania podjeżdża, „Babcia, jedziemy do nas na kawkę”, a babcia szybko: sztuczna szczęka, sztuczne rzęsy, sztuczny biust. Jeszcze tylko mały make-up i gotowa.

Tosi zrobiła zdziwioną minę. Takie żarty o nestorce rodu wydały jej się niegrzeczne.

– No i widzisz, idioto, płoszysz dziewczynę Marcina. Tosia, ty nie słuchaj Roberta. To jest wariat jak mało kto. A za babcię da się pokroić w plasterki i usmażyć na ropie naftowej. To ona go wychowywała, gdy ciocia musiała wracać do pracy.

– Dlaczego na ropie?

– Bo będzie śmierdziało.

Tosia zawsze chciała mieć taką wielką rodzinę i powoli oswajała się z bezpośredniością, która panowała na sali. Ona sama nie znała za dobrze swoich kuzynek i na pewno nie powiedziałaby do żadnej „idiotko”. Tym bardziej podobało jej się, że Robert nie pogniewał się na Patrycję, tylko roześmiał się i po chwili już dogryzał kuzynowi, który najwyraźniej w ostatnim czasie trochę przytył.

W końcu przyjechała jubilatka. Powitało ją gromkie „Sto lat”. W oczach babci Lalki, jak mówili na nią wszyscy, stanęły łzy. Była to drobna, szczupła jeszcze osóbka z wielkim kokiem na szczycie głowy. Ubrana była skromnie, w siwą garsonkę i białą bluzkę, ale na szyi miała przepiękny wisior z korala. Także na czerwono, tylko w nieco jaśniejszym kolorze, umalowała usta.

Odśpiewano wszystkie cztery zwrotki życzeń, po czym do babci zaczęli podchodzić po kolei dzieci, synowe, zięciowie, a na końcu wnuki.

– Wszystkiego najlepszego, babciu. Zdrowia, szczęścia i jak najwięcej radości – powiedział Marcin, po czym dodał: a to jest moja dziewczyna, Tosia.

– Życzę pani dużo, dużo zdrowia i szczęścia. To dla mnie zaszczyt panią poznać.

Babcia wyściskała ich oboje, podziękowała i jeszcze zdążyła skomplementować Tosię, mówiąc Marcinowi, że ma piękną partnerkę i że cieszy się, że z nią przyjechał.

Kelnerzy podali do stołu obiad, potem desery i kawę. Wszędzie wokół trwały rozmowy, po najedzeniu się wszyscy zaczęli zmieniać miejsca. Ciocie podchodziły do Tosi, pytały, skąd jest i co robi. Kuzyni zaczęli po chwili sobie żartować także z niej. Kuzynki stwierdziły, że napiją się wina i zaprosiły Tosię do siebie, twierdząc, że z chłopami nie ma co gadać. Okazało się, że dziewczyny kuzynów były już zadomowione, znały się dość dobrze z resztą. Monika, jedna z kuzynek, nie mogła pić, bo była w piątym miesiącu ciąży, objadała się za to lodami i dawała innym głaskać po brzuchu. Z kolei Gosia, dziewczyna Kamila, odpowiadała na pytania o ślub, który miał się odbyć w następnym roku, i o budowę domu, którą planowali. Czas płynął tak szybko, że Tosia nie zauważyła, kiedy zrobiło się późno i goście zaczęli się rozchodzić. Wujkowie popili i śpiewali teraz piosenki ludowe. Jak Tosia się dowiedziała, był to stały punkt programu zebrań rodzinnych. Wieczór przeciągał się, w końcu jednak wszyscy się rozeszli do domów.

– Całe szczęście, że jutro niedziela. Inaczej nie wiem, jak bym wstała do pracy – ziewnęła Tosia wchodząc pod kołdrę.

– Widzisz, jak fajnie być swoim szefem. Ja mogę wstawać, kiedy chcę. Szef mi pozwala – roześmiał się Marcin i przytulił do dziewczyny.

– Fajną masz rodzinkę.

– Aha – mruknął jej w szyję Marcin i po chwili już spał.

Malowanie nie tylko zajmowało Ani wolny czas, ale także dawało wiele satysfakcji. Malowała codziennie. Okazało się, że nie zapomniała jeszcze, jak to się robi. Bardzo szybko zwykłe rysunki przestały jej wystarczać. W saloniku stanęły małe sztalugi, a na nich rama. Ania postanowiła, że rysunek trzech przyjaciółek, który jej się udał, przeniesie na płótno. Może dziewczyny zgodzą się na powieszenie go nad kanapą?

Poszukiwania tematu do pracy doktorskiej jakoś jej nie szły. Ciocia przesłała jej całe mnóstwo świeżo wydanych powieści. Wszystkie miały rewelacyjne recenzje, ale Ania nie mogła odnaleźć w nich tego czegoś. Nie chciała tłumaczyć dzieła z najwyższej półki, ale popularne szmatławce też jej nie satysfakcjonowały. Za dwa tygodnie miała być rozmowa kwalifikacyjna na studia doktoranckie, a ona nie wiedziała zupełnie, co powie komisji. Malując, zastanawiała się, co ma zrobić. Jedyne, co jej przychodziło do głowy, to szczerość.

„Szanowne grono, moja praca doktorska będzie polegała na tym samym, co praca magisterska. Ale nie wiem jeszcze, czego dokładnie będzie dotyczyć, bo nie wiem, jaką książkę przetłumaczyć”.

Coś takiego powinna powiedzieć, ale w jakiś bardziej składny sposób.

Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy i nadszedł dzień rozmów kwalifikacyjnych na studia doktoranckie. Ania nadal nie czuła się dobrze przygotowana. Przed salą stał już spory tłumek. Przyjmowano ludzi ze wszystkich kierunków z wydziału. Ania była mniej więcej w połowie listy wywieszonej na drzwiach sali. Ludzie mieszali się, wymieniali wrażeniami. Kilka osób przeglądało notatki. Tym Ania zazdrościła. Chciałaby mieć notatki. Niestety musiała improwizować. Obawiała się, że to może nie wystarczyć.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, pani… – profesor zerknął do dokumentów – …Anno. Proszę usiąść.

Z opowieści innych wynikało, że będzie rozmawiał z nią głównie profesor najbardziej związany z jej kierunkiem. Zastanawiała się, z której filologii. Okazało się, że z polonistyki.

– Co panią do nas sprowadza?

– Chęć dalszego studiowania – uśmiechnęła się lekko, żeby wyglądać pewniej i żeby jej banalna odpowiedź wyglądała na dobrze przemyślaną.

Profesor odpowiedział uśmiechem i kontynuował:

– A dlaczego chce pani dalej studiować.

– Chcę pogłębiać swoją wiedzę. Uważam, że nie osiągnęłam jeszcze szczytu swoich możliwości, mogę się rozwijać. Praca nad magisterium dała mi wiele satysfakcji, wiem jednak, że jeszcze wiele przede mną. Widzę wyzwanie, któremu chcę sprostać.

– A czy może nam pani opowiedzieć o tym wyzwaniu?

– Moja praca doktorska miałaby polegać na tym samym, co praca magisterska. Byłoby więc to tłumaczenie powieści niemieckojęzycznej i jej ogólna interpretacja. Myślę, że mogę swoją pracę porównać do książki z Biblioteki Narodowej: szeroki wstęp i tekst… Tyle, że wstęp miałby być w dwu językach. W tej chwili największym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie książki, która byłaby obiektem moich badań. Jak na razie nie trafiłam na taką, która przekonałaby mnie do siebie od pierwszego czytania. Przeczytałam większość nagrodzonych książek w Niemczech z ostatnich trzech lat, niestety nie zawsze zgadzam się z opinią komisji. Jedyne, co mi pozostaje, to nadal czytać i szukać.

– Czy mogłaby nam Pani dokładniej wyjaśnić, czego pani szuka? Chodzi na przykład o konkretną tematykę?

– Najłatwiej mi będzie odpowiedzieć na to pytanie, przywołując doświadczenia z pisania pracy magisterskiej. Książkę, którą przetłumaczyłam, znalazłam na półce u mojej ciotki, która mieszka w Niemczech. Ciocia kupiła ją jakiś czas temu i nie miała czasu przeczytać. Sięgnęłam po nią, bo nudziłam się w czasie wakacji. Zafascynowała mnie w niej postać głównego bohatera. Przede wszystkim sposób kreowania go przez narratora. To była ta iskra, która sprawiła, że czytałam tę książkę jeszcze wielokrotnie i w końcu zdecydowałam się ją przetłumaczyć. Trudność polegała na oddaniu właśnie tego, jak narrator opowiada o głównym bohaterze. Powiedziałabym, że była to próba przełożenia niezwykłej formy, nie zaś tylko treści – wzięła oddech. – Powinnam chyba dodać, że nie była to książka utytułowana nagrodami, lecz jednak mająca w sobie coś, co mnie przyciągnęło. Czegoś takiego szukam teraz. To może być bohater, akcja, forma lub jakiś mały element, który sprawi, że będę chciała zgłębić bardziej tekst.

– Mówi Pani o pracy nad jedną książką… Jak ma to wpisywać się w plan studiów doktoranckich?

– Wydaje się, że łatwo jest przetłumaczyć dowolny tekst. Wystarczy znać słówka i gramatykę. Jednak dobre tłumaczenie to nie tylko fabuła. To także przekazanie atmosfery, próba odtworzenia stylu w innym języku. Tłumacz nie może też interpretować w trakcie tłumaczenia, bo odbiera wówczas możliwość interpretacji czytelnikowi. Chciałabym, żeby moje tłumaczenie jak najwierniej oddawało oryginał. Nie da się tego zrobić bez rzetelnej wiedzy z teorii literatury. Praca analityczna, która powstaje razem z tłumaczeniem, pomaga mi zrozumieć książkę, jej wieloznaczność, a przez to lepiej oddać jej sens. Jest to jednocześnie praca w dwóch wymiarach. Piszę bowiem pracę analityczną książki niemieckojęzycznej i własnego tłumaczenia. Staram się oba te elementy zespolić ze sobą. Dzięki temu nie interpretuję tylko oryginału i nie tłumaczę tylko książki. Łączę obie te rzeczy w całość.

– Dziękujemy. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – Profesor rozejrzał się, ale nikt nic nie powiedział. – Nie? Dobrze. To jeszcze raz dziękujemy i mam nadzieję do zobaczenia… Lista osób przyjętych zostanie wywieszona na tablicy za około tydzień.

– Ja również dziękuję i do widzenia.

Marta oglądała telewizor, kiedy Tosia wróciła z pracy. Ani jeszcze nie było.

– Cześć – rzuciła z przedpokoju Tośka.

– Cześć.

Tosia na chwilę zniknęła w łazience, by za chwilę wejść do kuchni. Zdjęła pokrywkę z garnka i wlała sobie miskę zupy pieczarkowej.

– Pyszota! Umieram z głodu – powiedziała i usiadła przy stole. – Jak było…? O kurka!

– No, poszłam w Poznaniu do fryzjera… Jak ci się podobam?

– Wiesz, nie gniewaj się, ale dlaczego się obcięłaś tak krótko?

– No dobra, nie byłam u fryzjera. Sławek obciął mi włosy swoją maszynką raptem dwie godzinki temu, jak wróciłam. Myślałam, że już mi nie wylecą, ale jednak naświetlenia zrobiły swoje i w Poznaniu prawie cały czas chodziłam w turbanie. Jedna koleżanka nauczyła mnie robić.

– Kurczę… Przykro mi…

– A mi chyba nie. Zawsze miałam krótkie włosy, to nie mam czego żałować. Teraz są po prostu krótsze.

– No, o sto procent. Nie jest ci smutno?

– A to coś zmieni? Poza tym miałaś przezabawną minę, gdy mnie zobaczyłaś. Poczekaj, aż zobaczysz Ankę. Dla waszych min było warto – Marta się uśmiechnęła łobuzersko.

Ania ich nie zawiodła. Weszła i wrzasnęła od samych drzwi, bo Marta wystawiła łysą głowę zza framugi i szeroko się do Anki uśmiechnęła.

– Czyś ty zdurniała? Ludzi straszysz. Zdejmij to coś z głowy.

– Ale ja nic nie mam na głowie.

– No przecież widzę, że masz jakąś silikonową łysinę czy coś. Wolę nie wiedzieć, skąd to wytrzasnęłaś.

– Aniu, ale ja na prawdę niczego nie mam na głowie. To jest moja osobista łysina.

– Ale jak…? Obcięłaś…? – Ania zaczęła się jąkać.

– Nieee!! – Marta udała oburzoną. – Same wypadły.

Machnęła ręką i poszła wlać Ani zupę. Utrata włosów trochę ją zabolała, ale starała się nie robić z tego wielkiego halo. Na początku zastanawiała się nad kupnem peruki, teraz uznała, że tak, jak jest, jest dobrze.

– Chcę trochę poeksperymentować. Nie mam teraz włosów, ale mogłabym na przykład mocniej malować oczy. Będą wyrazistsze.

– Kocie oczko – Ania ze zrozumieniem pokiwała znad talerza.

– Kupiłam eyeliner. Nie mam pojęcia, jak się tym posługiwać, ale chyba damy radę go rozpracować.

Cały wieczór spędziły na zabawie kosmetykami. W końcu Marta uznała, że będzie już wiedziała, jak szybko następnego dnia zrobić sobie makijaż. Nie wstydziła się przyznać przed sobą, że ma on jej zastąpić utracone włosy. Do tej pory nie malowała się mocno. Używała głównie tuszu do rzęs i pomadki ochronnej. Teraz chciała mocniejszym makijażem dodać sobie pewności siebie.

Akcja „Badaj piersi – to nie boli” powoli się rozwijała. Okazało się, że w Gdańsku na spotkanie przyszło więcej osób, niż było miejsc siedzących na sali. Wśród kobiet było dużo młodych dziewczyn, więc Marta uznała, że dobrym pomysłem było rozpropagowanie spotkania na uczelniach. W Poznaniu plakaty zawisły więc na wszystkich możliwych wydziałach, a dodatkowo w licznych liceach, technikach i szkołach zawodowych. Sukces trójmiejski zachęcił kilka dużych, krajowych mediów, które zgodziły się objąć akcję patronatami. Marta cieszyła się z tego, choć trochę ukłuło ją, że nastąpiło to tak późno – kiedy najtrudniejsza praca została wykonana przez nią i jej koleżanki z obu stowarzyszeń oraz przyjaciółki. Bez wsparcia Tosi i Ani pewnie by się poddała.

Była zadowolona i już snuła plany zmian. Chciała rozszerzyć spotkania. Myślała o tym, że powinny na nich występować kobiety, które nie poddały się chorobie, zwyciężyły ją i mogą o tym opowiedzieć, by zachęcić inne. Zastanawiała się, czy w Toruniu, gdzie miały się odbywać kolejne wykłady, nie wystąpić i nie opowiedzieć, jak wczesna diagnoza uratowała jej piersi, a może także życie.