Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Konkurs dla nieśmiałych

Biedronka ogłosiła konkurs literacki. Jest o co powalczyć, pula nagród to 200 000 zł. Temat: (nie, nie zakupy w Biedronce) opowiadanie dla dzieci. Forma dowolna, ilość znaków 20-60 tys.

Oczywiście, że się podjarałam. Już zaczęłam szukać bohatera (u mnie zawsze zaczyna się od postaci). Konkurencja (o taką nagrodę) będzie gigantyczna, ale kto wie – może akurat mój tekst się spodoba. Zawsze to szanse większe niż w lotka.

Formalnie zerknęłam tylko do regulaminu, ot tak, dla pewności, że wszystko na legalu i nie pakuję się w jakiś kanał.

I teraz wisienka na torcie: nie mogę wziąć udziału w tym, bo ośmieliłam się dwie książki wydać jako selfpublisherka. Wydając, musiałam opatrzyć je ISBN-em, takie mamy prawo. Się Wam nawet pochwalę – zarobiłam na nich jakieś 50 zł. Nadal za mało, żeby wydawca mógł mi wypłacić. I sławna się stałam, że hej. Na FB lubi mnie 62 osoby.

Co więcej: znam fajnego kolesia, który pisze cudne wiersze. Do szuflady pisze, opublikował tylko to, co u niego zamówiło pewne wydawnictwo – pisał na konkretny temat, pod szablon itd. Ale wyszło pod jego nazwiskiem – też nie może wziąć udziału. A szkoda, bo ma świetne pióro i fajne pomysły.

Poczułam się zdyskryminowana. Tak, mam odwagę puścić w świat swoje hobby. Piszę bloga i wydaję sama, bo nikt mnie wydać nie chciał. Próbowałam (to znaczy chcieli, ale za 6000 zł – nie mam). Rynek wydawniczy dla autora nie jest łatwy, a sława – ilu znacie współczesnych, w sensie żyjących obecnie pisarzy polskich? Podpowiadam: Miłosz, Szymborska i Różewicz umarli.

Czy sławni pisarze mogą się pokusić o udział w takim konkursie? O tak! To kasa jak za Nagrodę Nike. Ale skoro czytam, że Biedronka ma misję podniesienia czytelnictwa wśród dzieci i chce, żeby te dzieci czytały dobrą literaturę, to do cholery, dlaczego nie pozwolić znanym też wystartować? Ich opowiadanie wcale nie musi okazać się najlepsze.

Napisałam do Biedronki z pytaniem: dlaczego?. Sfrustrowana czekam na odpowiedź.

Z ostatniej chwili.

A oto odpowiedź. Czegoś podobnego się spodziewałam.

„Szanowna Pani,

dziękujemy za zainteresowanie Konkursem „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”. Konkurs skierowany jest do debiutantów, by dać im możliwość zaistnienia na rynku.

Dziękujemy jednak za uwagi, będziemy je brać pod uwagę przy organizacji przyszłych edycji Konkursu.

Z wyrazami szacunku,

Koordynator Konkursu „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci””

Po co ten redaktor, po co?

Jestem redaktorem. Całkiem niezłym. Co robię? Czytam książki. Wydawałoby się, że to praca jak marzenie: siedzę sobie, kawka, książeczka… Otóż nie do końca.

Redaktor to pierwszy czytelnik. Musi być surowy, bo jeśli on czegoś nie dopatrzy, to kolejni dadzą autorowi bobu. Redaktor ma się czepiać. Wszystkiego. Przecinków przede wszystkim, ale treści, stylu i nawet merytoryki, jeśli coś mu nie pasuje. Redaktor czyta wszystkie książki: powieści, wiersze, opowiadania, ale też prace naukowe. Tak. Większość redaktorów spędza cudowne godziny nad rozprawami filozoficznymi, pedagogicznymi, matematycznymi i innymi. Naprawdę cudowne. Okazuje się nawet, że można sprawdzać książkę i wyłapywać błędy, nie bardzo rozumiejąc, co się czyta. Z literaturą piękną problem jest tylko taki, że nie powinno się zbyt ingerować w styl autora, a już w ogóle w treść. Co najwyżej można autorowi zasugerować to i owo, ale delikatnie.

Co jeśli redaktor się nie czepia? Wychodzą wydawnicze buble. Niestety. I niestety wciąż się na takie buble natykam, i wkurza mnie niemiłosiernie taka fuszerka.

Przykłady: dziecku kupiłam wznowienie „Koziołka Matołka”. Na redakcyjnej nie ma nawet wzmianki, że była jakakolwiek korekta, o redakcji nie mówiąc. I to widać. Makuszyński pisał swoje dzieło dość dawno, interpunkcja się od tego czasu zmieniła. Książka jest dla dzieciaków, ale roi się w niej od błędów (przecinki przed „lub” i inne takie). No wypadałoby choć korektę zrobić i takie najgrubsze rzeczy poprawić. Aha – z oryginałem nie sprawdzałam, bo nie mam jak, ale jeśli w oryginale są błędy to można, a nawet trzeba je poprawić. Mówimy o wznowieniu, a nie o edycji krytycznoliterackiej!

Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, kiedy na stronie redakcyjnej nazwisko redaktora jest, a w książce błąd błędem pogania. Czytam i oczom nie wierzę. Czytam więc teraz sagę fantasy o światowej sławie. Tłumaczona oczywiście. Od tłumacza oczekiwałabym, że język ojczysty zna równie dobrze, jak obcy. Ale… to redaktor ma sprawdzić, czy w tłumaczeniu wsio w pariadkie. Najlepiej, jeśli sam potrafi zweryfikować tłumaczenie z oryginałem, ale jeśli nie, to ma przecież tego tłumacza, który powinien również dopilnować, żeby w tekście błędów czy nieścisłości nie było. W końcu to jego nazwisko jest na tytułowej! No więc czytam i szlag mnie trafia. Zdania ze składnią koślawą, błędy gramatyczne, a czasem to tekst się kupy nie trzyma.

Redaktor: szara eminencja tekstu. Dobry autor szanuje redaktora, bo wie, że dzięki niemu nie zaliczy wtopy. Bo we własnym tekście nie widzi się błędów – autor wam to mówi.

Ambicje pisarzy, czyli burza w szklance wody

Uśmiałam się wczoraj serdecznie, czytając o pewnej autorce, która na fb wyraziła w sposób bardzo ekspresyjny swoją frustrację wynikającą ze zbyt niskiej (w mniemaniu tejże autorki) sprzedaży jej książki, którą pisała trochę ponad rok (sic!). Wypowiedź tejże pani zniechęciła mnie do sięgnięcia po jej książkę ostatecznie. A oto dlaczego:

1. Wypowiedź na fb językowo nie powaliła, z góry zakładam, że książka może być równie niepowalająca. Jeśli ktoś nie dba o poziom w krótkim poście, to poziomu w powieści nie utrzyma. A że nominowana do Nike i czegoś jeszcze – już od kilku lat wydaje mi się, że moje gusta rozbiegają się z gustami komisji.

2. Kiedy sięgam po książkę, to mam nadzieję, że autor: ALBO dobrze się bawił, pisząc ją, sprawiło mu to frajdę, i teraz ja będę frajdę miała, czytając, ALBO chciał mi coś ważnego powiedzieć, coś, co mu w sercu ciążyło, duszę gniotło, myśli przytłaczało, w trudem i w bólach przelał to na papier, nadając taką a nie inną formę, i oto jest.

Autorka uznała, że skoro napisała, to ktoś (!) jej powinien za to zapłacić. I tu popełniła wielki błąd. Jej książki nikt z czytelników nie zamawiał, nie prosił o nią. Taki to już fach pisarza. Dla kasy to można felieton napisać na zamówienie, a nie powieść. Pisarz pisze, bo musi, chce, pragnie, potrzebuje, z nadzieją, że ktoś to przeczyta, że może się spodoba i kilka groszy skapnie. Ale przede wszystkim, tak ja uważam, pisze dla siebie.

Pani założyła, że od razu zostanie J.K. Rowling, najwyraźniej.

3. Nie bardzo mnie kusi czytanie książki osoby, która nie radzi sobie z emocjami i uwywnętrznia je na fb. Co innego, gdyby swoje przemyślenia wyraziła w błyskotliwym wywiadzie (po nominacji do Nike jakiś mógłby się trafić), felietonie chociażby (byle zamówionym i dobrze opłaconym), gdyby zrobiła to, kreując swoją osobę pisarza niespełnionego, zawiedzionego, który ze swoim niespełnieniem zmierzy się w książce kolejnej. Niestety postawa autorki to raczej tupanie trzylatka, bo rodzice nie chcą mu puścić bajki. Grozi, że nie będzie więcej pisać? Sądząc po sprzedaży książki – nikt z tego powodu nie będzie płakał. Obrazi się na czytelników? Straszne. Na mnie nie, bo nie czytałam. Budzi się we mnie niechęć, bo takie posty odbieram jako przejaw manii wyższości i przerostu ambicji. Tymczasem spotkałam w życiu kilku Pisarzy i to bardzo skromni ludzie są. Bardzo pozytywni.

Wielki też uśmiech wzbudził we mnie lament niemal świętokrzyski, że w Polsce ludzie nie czytają. A otóż nieprawda. Wsiadam do kolejki i widzę tu czytnik, tam czytnik, tu książka, tam gazeta, a obok czasopismo. Nad poziomem czytelnictwa w Polsce lamentuje tylko rynek wydawniczy, który chciałby, żeby książek więcej się sprzedawało. Tymczasem ludzie czytają pożyczone, wypożyczone i „wypożyczone” (czyli z netu ściągnięte). Bo niestety prawda jest taka, że jeśli czytam miesięcznie 4-6 tytułów (a są jeszcze mąż i córa), a każdy to co najmniej 39,90, to mój budżet tego nie dźwiga. Regał też.

A swoją drogą, to ciekawe, ile książek miesięcznie i czyjego autorstwa (mam nadzieję, że głównie debiutantów) kupuje wspomniana autorka. Powinna wszak być dla innych przykładem, wymagać najpierw od siebie, potem od innych.

PS. Mojego e-booka kupiły 4 osoby. Bardzo im za to dziękuję. Moją radość mąż skwitował: „Kupiły, żeby wrzucić na Chomika”. Jupi! To super, niech wrzucają. Może jeszcze 4 przeczytają i kolejnego kupi 8?

Natchnienie, czyli wielka ściema

Pisać dziś zamierzam o tym, czego nie ma. Nie istnieje bowiem coś takiego jak natchnienie, choć wielu by chciało. Jest to twór stworzony przez poetów głównie (zwłaszcza romantycy go uwielbiali) celem przypisania sobie cechy boskiej i ukrycia, że pisanie to zwyczajnie ciężka praca.

Zamiast natchnienia każdy twórca (czy to pisarz, malarz, filozof czy murarz) posiada trzy boskie cechy: talent, potrzebę i pracowitość.

Talent. I to jest ten pierwiastek boski, który jednakowoż nie zapewnia sukcesu w żadnej mierze. Natomiast on pozwala na popisy improwizacyjne czy to na romantycznych bankietach, czy też koncertach freestyle’u. Talent posiada każdy, tylko nie zawsze jest to ten talent, którego oczekuje. No i niestety: nie każdemu dano równo. Jeden ma większy talent, drugi mniejszy. To jednak o niczym nie przesądza, bo talent, choć ważny, ustępuje pozostałym dwóm czynnikom.

Potrzeba. Można talent, literacki dla przykładu, posiadać, ale ignorować go kompletnie, nie wykorzystywać, zaniedbywać i błysnąć od wielkiego dzwonu, składając życzenia świąteczne sms-em. Ale potrzeba zawsze weźmie górę, nawet nad lenistwem i złym losem. Mój tato, leśnik z powołania, po zawale do lasu jeździł ot tak (ciągnie wilka do lasu), choć pracować nie mógł. Ale choć połaził, pooddychał, z drzewami się przywitał, dziki postraszył.

Do zaspokajania posiadania potrzeby talentu nie potrzeba, ale fajnie, jeśli oba te elementy występują w jednym człowieku. Jest wówczas dużo łatwiej. Jeśli jednakowoż talentu Bozia nie dała, a potrzeba jest wielka, można wypracować w sobie umiejętności takie, że może nie będzie się mistrzem, ale porządnym rzemieślnikiem.

Trzecim niezbędnym elementem jest zwyczajna ciężka praca, do której to ani Mickiewicz, ani Słowacki w życiu się nie przyznają, bo skaziłoby to ich image wieszcza natchnionego w czarnej pelerynie bądź nakrochmalonej koszuli. Prus i Sienkiewicz takich problemów nie mają, Szymborska też nie (miała za to notes do notowania pomysłów, które potem mogła wykorzystać). Jakoś nie widzę „przed oczyma duszy mojej” mistrza piszącego w szale 12 ksiąg trzynastozgłoskowcem, czy poematu dygresyjnego o imć Beniowskim. Za to w obu tych szanownych działach odnajduję mozół i trud, by stworzyć ideał.

Aha, tenże szał… Można by go od biedy za jakoweś natchnienie uznać, ale wówczas smutne byłoby i biedne, oj bardzo biedne, życie pisarza. Tu mogę sądzić tylko po sobie: szał pojawia mi się rzadko i nieregularnie, zazwyczaj w miejscu mocno niedogodnym, i mija, zanim dotrę do komputera. Jeśli zawodowcy mają podobnie, to cóż… Mickiewicz do tej pory ślęczały nad trzynastozgłoskowcem, szukając sensownego rymu do słowa „znienacka”.

Natchnienie można więc spokojnie między bajki włożyć. Każdy pisarz ma swój styl pracy: jeden pisze jedną stronę dziennie, inny pisze etatowo (8/24), jeszcze inny, jak go zapał złapie. Nie znam jednak żadnego, który potem tego nie czyta, nie wykreśla co najmniej połowy, nie poprawia i w nerwach nie czeka, co powiedzą czytelnicy.

Tytuły, tytuły… Kilka najtrudniejszych słów

Wymyślenie tytułu napisanego lub planowanego dzieła jest trudniejsze niż samo pisanie. Można od tytułu zacząć, ale po pierwsze mija się to z celem, bo fabuła i cel książki mogą się zmienić w trakcie pisania, a po drugie – na końcu jest łatwiej (albo nie, ale to już indywidualna sprawa każdego autora – w moim przypadku – nie).

Pierwszy tytuł powstaje najczęściej dlatego, że jakoś trzeba nazwać nowy plik. Można mieć kilka dokumentów nazwanych „Bez tytułu”  lub „Nowy dokument” z cyfrą, ale to bardzo utrudnia znalezienie tego właściwego. Powieść, którą możecie czytać w kategorii „Jedna za wszystkie” nosił pierwotny tytuł „kolejne opowiadanie o przyjaźni”. Dlaczego taki? Bo miało być to opowiadanie i to kolejne, które zaczęłam pisać o przyjaźni. Kiedy skończyłam, uznałam, że po pierwsze: za długi, po drugie: mało chwytliwy, znaczy – nie zachęca. Jakoś tak mam, że długie tytuły kojarzą mi się z pracami naukowymi i książkami o niczym. Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam „Babską przyjaźń”. Funkcjonował ten plik pod taką nazwą bite pół roku, ale gdy przyszło co do czego i postanowiłam opublikować go na blogu, zmieniłam na „Jedna za wszystkie”. „Babska przyjaźń” wydawała się trochę zbyt oczywista i stylistycznie niezbyt udana. „Jedna za wszystkie” wydawała się znacznie lepiej oddawać treść książki. Więc poszło. Niestety. Bo jest jeszcze jedna ważna rzecz – tytuł nie powinien być banalny. Wiem, bo trochę tych tytułów obrobiłam (zawodowo jestem redaktorem i często zdarza się, że pomagam Autorowi w wymyślaniu – cudze rzeczy łatwiej określić). Tak więc nie zdziwcie się, jeśli pewnego pięknego wieczoru kategoria „Jedna za wszystkie” zmieni nazwę (bo banalna, a jeszcze nie daj Boże, ktoś to zechce porównać z arcydziełem szacownego pana Dumas). Jest jeden warunek – musi mi wpaść do głowy coś bardziej sensownego. A może ktoś z Was ma propozycję. Chętnie poznam i rozważę.

Bywa też tak, że pierwszy tytuł siłą rzeczy jest najlepszy, ale z jakichś względów niewygodny. Sami oceńcie: plik, w którym piszę „Bez skrupułów” od początku istnienia nosi tytuł „Suka”. Dlaczego więc nie zatytułowałam tak kategorii: bo nie chcę z góry oceniać (i sugerować oceny) głównej bohaterki. Co prawda sama tak o sobie mówi, ale w końcu to jej pamiętnik – ma prawo, a Czytelnik swój rozum i powinien samodzielnie uznać, czy jej nie znosi, czy jej współczuje, czy może nawet ją podziwia.

Tytuł to najtrudniejsza część pisania, bo sam w sobie jest całością, małym dziełem, a najkrótsze formy, jak powszechnie wiadomo, są najbardziej skomplikowane.

O mnie i o pisaniu

Uwielbiam czytać. Od tego tak naprawdę zaczęła się moja przygoda z pisaniem. No i może od maszyny do pisania, która stała w biurze mojej chrzestnej i na której zawzięcie wystukiwałam pierwsze teksty. Miałam sześć lat, umiałam już czytać, ale nie potrafiłam pisać, więc była to bezskładna mieszanina znaków. Szkoda, że żadna z tych kartek się nie zachowała. Wtedy to właśnie postanowiłam zawodowo pisać na maszynie. O komputerze jeszcze nie słyszałam.
Kiedy już nauczyłam się  pisać sensownie, postanowiłam tworzyć wiersze. Te również się nie zachowały – na szczęście.
Pierwszą książkę pisałam pięć lat. Długo, ale uparłam się, że ją skończę w przeciwieństwie do poprzednich. Nie jest doskonała, ale jest.  Możecie ja czytac w kategorii Jedna za wszystkie (jest to jednocześnie jej tytuł). Jestem ciekawa, czy Wam się spodoba. Zapraszam do wyrażania swoich opinii.