Rozdział 10. Reportaż

Poprzedni

– Nazywam się Edyta Bronowska. Znacie mnie państwo z reportażu „Władza do kupienia”. Dzisiejszy reportaż miał nosić tytuł „Wigilia Marii”. Tego państwo nie obejrzycie. Zobaczycie za to portret człowieka. „Byłam komunistką” to słowa mojej dzisiejszej bohaterki. Obejrzyjcie do końca, zanim ocenicie.

Kolejne ujęcia – zmontowane zgodnie z planem. W końcu minuta na wigilię.

– Czego się spodziewałam? Nie wiem. Chyba sielsko-anielskiej kolacji w gronie bliskich. Taka powinna być wigilia Marii. Nie była.

Sekunda – ujęcie próbne z mieszkania pani Marii Przygotowany stół wigilijny, w tle choinka. Tylko tyle Przemek nakręcił – całe szczęście nie skasował – wszystko może się przydać.

– Na stole nie ma opłatka, bo nie ma z kim się przełamać. Ten wieczór nie skończył się tak, jak miał. Nie nakręciliśmy materiału. Nie zobaczycie państwo wigilii Marii. Wigilia Marii to pustka. Życie Marii to pełnia. Dlatego pokazaliśmy wam człowieka: kobietę…

„…nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków…”

…byłą komunistkę…

„…byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu…”

…dyrektor…

„…partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku…”

…wolontariuszkę…

„…czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie?”.

Koniec

Rozdział 9 Wigilia

Poprzedni

Materiał był gotowy.

A Edyta była zadowolona. Zostało tylko nakręcić wigilię.

Mieszkanie pani Marii było świątecznie udekorowane. W rogu stała niewielka choinka, a na oknie szopka bożonarodzeniowa. Paliły się świece. Stół był nakryty dla dwóch osób, ale było na nim niewiele jedzenia: talerzyk z dwoma kawałkami ryby, drugi z kilkoma pierogami, mały dzbanek z barszczem, owoce na paterze i kilka plastrów makowca.

Pani Maria była w szarej wełnianej sukience, na szyi miała złoty łańcuszek. Z uśmiechem zaprosiła ich do środka. Przemek wyglądał na nieco zdezorientowanego, ale szybko ustawił kamerę. Edyta jeszcze raz przyjrzała się mieszkaniu, jakby czegoś szukała. Inaczej wyobrażała sobie ten moment.

– Jesteście zdziwieni – zauważyła pani Maria. – Jak mówiłam – nie mam rodziny. Święta spędzam sama. Z Michałem rozmawialiśmy do późna, potem szliśmy na pasterkę. Teraz słucham kolęd. Czytam. Jutro pójdę na spacer, zjem obiad, obejrzę jakiś film.

Wzruszyła ramionami.

Edyta jeszcze raz spojrzała na stół wigilijny. Nie było na nim opłatka. Przypomniała sobie wczorajsze spotkanie dla samotnych i ubogich, dzieciarnię z domu dziecka, panią Krysię. To nie tak powinno wyglądać, nie tak powinno być. W mieszkaniu zapanowała niezręczna cisza.

– Przepraszam – powiedziała Edyta. Złapała torebkę i wyszła na klatkę.

Telefon dzwonił nienośnie długo – mama zajęta w kuchni pewnie nie słyszała dzwonka. W końcu jednak odebrała.

– Wesołych świąt, kochanie.

– Wesołych świąt. Mamuś, czy… – Edyta nie wiedziała, jak zadać to pytanie. – Mamo, czy ja mogę przyjechać na święta?

– Ależ oczywiście, Edytko, przecież nie musisz pytać. Wiesz, że dla ciebie zawsze jest tu miejsce.

– A czy znajdzie się miejsce dla jeszcze dwóch osób?

– Twoi przyjaciele? Oczywiście. Znajdzie się miejsce dla każdego. Dzieciaki prześpią się na materacach, będą przeszczęśliwe.

– Nie wiem, czy nocleg będzie potrzebny. Na razie myślałam tylko o wigilii.

– Przyjeżdżaj. Poczekamy z kolacją.

– Dzięki, mamo. Kocham cię.

Przemek i pani Maria siedzieli na kanapie i rozmawiali, ale kiedy weszła, rozmowa zamilkła.

– Pani Mario, mam nadzieję, że się pani nie pogniewa. Zapraszam was na kolację do moich rodziców.

– Cóż… – pani Maria sporzała na Edytę. Na jej ustach pojawił się delikany uśmiech. – Nie mogę odmówić. Tylko może spakuję jedzenie?

– Jeśli pani chce. W domu na pewno jest jedzenia, którego wystarczy dla wszystkich.

– W takim razie wezmę tylko makowca. Wyszedł mi wyjątkowo delikatny.

– Czyli pakować kamerę?

– Pakuj. Dziś nie będziemy kręcić.

W domy było ciepło i gwarno. W niewielkim mieszkaniu królowali siostrzeńcy i bratanice Edyty. Najmłodsze próbowało ściągnąć z choinki bombki. Starsze wypatrywały na zachmurzonym niebie pierwszej gwiazdki.

– Ciocia, ciocia już jest! – kiedy tylko weszła otoczyła ją gromadka rozemocjonowanych kilkulatków.

– Cicho, wrzaskulce! – Edyta roześmiała się i przybiła piątki czterem wyciągnietym łapkom.

– A to twój chłopak? – zapytał najstarszy, ośmioletni Kuba.

– Nie, kolega z pracy. Jak będziesz grzeczny, to pozwoli ci potrzymać kamerę w trakcie nagrania.

Z kuchni wyszła mama, a tato wychylił się z pokoju i zaprosił wszystkich do stołu. Edyta szybko przedstawiła panią Marię i Przemka rodzinie. Okazało się, że dodatkowe nakrycia są już rozłożone i dla każdego jest miejsce. Zaczęło się wnoszenie ciepłych potraw, dzieciaki przepychały się, w zasadzie nie wiadomo dlaczego. W końcu wszyscy mogli usiąść. Tata przeczytał fragment pisma świętego i wziął opłatek.

– Życzę nam, byśmy za rok spotkali się znów wszyscy razem – zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Odłamał kawałek i podał mamie:

– Życzę wam wszystkim, żeby powiodły się Wasze plany: Wojtkowi, żeby firma zaczęła lepiej zarabiać, Katarzynie, żeby miała czas dla siebie, Martynie, żeby nowa praca była tą wymarzoną, Markowi, by nie musiał już tak dużo pracować i miał więcej czasu dla rodziny, dzieciakom, żeby zawsze dobrze się bawiły i Edytce – żeby w końcu dostała swój program.

– A ja chcę wam podziękować za to, że przyjęliście pod swój dach obcą osobę. Życzę wam, by spotkało was tyle samo dobrego, ile od siebie dajecie.

– Cóż, nie bez przyczyny jestem kamerzystą – nie najlepszy ze mnie mówca. Ale życzę nam wszystkim, żeby jeszcze dziś spadło dużo śniegu, żeby te święta były jeszcze bardziej świąteczne, o ile to możliwe.

Życzenia zataczały krąg. W końcu mama waczęła wlewać barsz, dzieciaki pokłóciły się o uszka. Talerze robiły się puste. Nikt nie zauważył, że Wojtek odszedł od stołu. Po chwili ktoś zaczął walić do drzwi wejściowych. Pani Maria wyglądała na lekko zaskoczoną.

– Święty Mikołaj – rzuciła Edyta, która dobrze wiedziała, że jej brat co roku przebiera się, by nastraszyć dzieciaki.

Przemek chwycił za plecak i wyciągnął z niego podręczną kamerę. Zdąrzył nakręcić, jak święty wchodzi do pokoju i rozsiada się wygodnie w fotelu. Półtoraroczna Zuza zaczęła płakać, więc Martyna wzięła ją na ręce. Kuba głośno zadeklarował, że on się nie boi, bo to tylko przebrany święty Mikołaj i schował się za krzesłem.

– Ho, ho, ho! – grubym głosem powiedział Wojtek. Edyta wytarła łzy i mocniej zacisnęła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Wojtek nie tylko wypchał poduszką brzuch, ale też zadek świętego i wyglądał jak ludek Michelin.

– No, to chodź, dzielny chłopcze, do mnie. Zaraz zobaczę, czy byłeś grzeczny – i Wojtas wyciągnął zza pazuchy rulon papieru. Rozwinął go i udał, że czyta. A potem wyjął jakąś kartkę złożoną na pół.

– Tu mam list od ciebie. Chciałeś łyżwy i kij do hokeja. No, no, no! To ten karton będzie dla ciebie. Tylko skocz no tam do sieni, bo tam jakiś kij się ostał.

Przemek opluł wyświetlacz makiem. Kuba wyskoczył jak oparzony do korytarza i przytargał kij zawinięty w zielony papier.

– Jaaa! Dzięki, święty Mikołaju – rzucił się Wojtkowi na szyję i pocałował w policzek.

– A tu mam prezent dla Oli i Ali.

Wojtek wyciągnął wielkie pudło.

– I jeszcze dwa takie mniejsze.

W pudle, jak się okazało był domek dla lalek, a w pudełkach nowe lalki. Sebastian, młodszy od Kuby o trzy lata, dostał tor wyścigowy, a Zuza klocki. Dzieciaki pożegnały Mikołaja i zajęły się zabawą.

Rozmowa przy stole toczyła się wokół osoby pani Marii. Rodzice byli zainteresowani, kim jest ich gość, ale po kilku minutach temat zmienił się na wspomnienia z dzieciństwa i wymianę poglądów. Wieczór minął nie wiadomo kiedy. W końcu pora była wracać. Następnego dnia Edyta musiała domontować materiał.

Następny

Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Rozdział 7. Piąty dzień zdjęć. Bezdomny.

Poprzedni

Edyta wchodząc do mieszkania pani Marii poczuła się, jakby… przyszła do ulubionej cioci. Pachniało kawą, która już na nich czekała.

– Planowałam dziś jechać na cmentarz męża. Wczoraj zadzwoniła do mnie Brygida z MOPS-u. Na ogródkach działkowych spotkano bezdomnego. Nie chciał rozmawiać z policją ani z przedstawicielami ośrodka. Ja tam obok mam działkę, więc Brygida zapytała, czy ja mogłabym z nim porozmawiać, dowiedzieć się, kim jest, dlaczego jest bezdomny i czy zgodzi się zamieszkać w schronisku.

– Kamera raczej pani nie pomoże – zauważył Przemek.

Ogródki działkowe przywitały ich absolutną ciszą.

– Niestety moja działka jest dość mocno w głąb. Ale zapraszam.

Szli alejką, wokół stały bezlistne drzewa owocowe, wysuszone badyle kwiatów i traw. Altanki straszyły pustymi oknami.

– Tamta zielona altanka to mój ogródek. A naszego gościa ani widu, ani słychu.

– To co robimy?

– Skoro już tu jesteśmy, to zerknę, czy mi sarny drzewek nie obgryzają. W taką pogodę nie powinny, ale lepiej się upewnić.

Edyta pokręciła się trochę, pozerkała na krzewy. Przemek z nudy wyjął kamerę i kręcił jakiś skalniak. Nagle zza sąsiedniego domku wyszedł mężczyzna.

– A państwo tu czego?

– Przyjechaliśmy z panią Marysią. Z tej działki.

– Aha!

Edyta spojrzała na mężczyznę. Wyglądał jak bezdomny – zniszczona życiem twarz, warstwy ubrań, przedarte adidasy.

– A pan tu pilnuje? – Zagadnęła.

– A pani co? Z telewizji?

Przemek dyskretnie zwrócił kamerę w ich stronę

– A żeby pan wiedział, że z telewizji – też się zaśmiała i podeszła bliżej. – Edyta Bronowska.

Wyciągnęła rękę. Bezdomny zawahał się, ale po chwili uścisnął dłoń Edyty.

– Nie będę panu ściemniać. Pani Marysia dowiedziała się, że pan tu przebywa, a że akurat kręcimy o niej reportaż, to nas tu przyciągnęła.

– A niech się nie boi, ja tu nie kradnę. Kąta tylko suchego szukałem, a tu jest taka jedna opuszczona działka. Nie ukradnę i nie zniszczą, spokojna głowa.

– Nie wygląda pan na takiego, co rozrabia. Raczej na takiego, co go życie dotknęło.

– Pomyślałby kto, że to panią obchodzi.

– Pani Wolska mnie nie obchodziła. A się okazało, że to dyrektor Chruszczewska z PPM. Pół miasta ją kocha, pół jej nienawidzi.

– Nie znam żadnej Chruszczewskiej, ale znałem kiedyś pewnego Wolskiego. Dobry człowiek był. Miał stolarnię za komuny, brata zatrudniał. A jak bratu się znarło, to bratowej pomagał, robotę dla niej znalazł. Dobry człowiek był.

– Z tego, co pan mówi, to to był mąż tej pani. Michał miał na imię?

– Ano. Świat jest mały.

Machnął ręką i zdawało się, że chce odejść.

– To jak? Opowie mi pan swoją historię?

Widać było, że bezdomny się zastanawia.

– Pani zrobisz reportaż, a ja co z tego będę miał?

– Mam panu zapłacić?

– Jakbym chciał pieniędzy, to bym poszedł do roboty. Fach mam w ręku, co pani myśli?

– Czyli bezdomność z wyboru. Filozof wolności?

– A pani to taka przekorna.

Nagle zaśmiał się gorzko.

– Takie kobiety lubiłem. Dobra, opowiem pani, a potem dacie mi święty spokój. Możesz pan kręcić otwarcie – zwrócił się nagle do Przemka. – Ja nie z tych, co się kamery boją. Ja kamery znam.

– No to słucham.

– Ano historia jak każda inna. Zakochałem się. Też była przekorna. Nie wiedziałem tylko, że do niej też inny chodzi. Na tamtego jej rodzice dobrze patrzyli. On miał ojca w komitecie, ja byłem sierotą, babka mnie chowała. Nie trudno się domyślić, którego wybrała. Jak się o mnie dowiedział, to chciał bójki. Zawzięty był, brata straszył. W końcu babka powiedziała, że mam wyjechać, żeby to się skończyło, bo tamten mnie w końcu zabije. Sprzedała pierścionek złoty, żeby mi bilet kupić. Do samej Ameryki, a to głęboka komuna była, nie wiem, co musiała zrobić, żeby mi paszport dali. No i pojechałem. I siedziałem tam trzydzieści lat. Rodzinie wysyłałem dolary, okazało się, że na leczenie brata. Potem bratowej pomagałem. Na pogrzebie babci nie byłem, na pogrzebie brata nie byłem. Przyjechałem jak zmarła bratowa. Dom był w ruinie. Nie znałem nikogo, nie miałem rodziny. Żyję sam, jestem wolny. Czeka mnie jeszcze tylko śmierć.

– Nie chciał pan wrócić do Ameryki?

– A po co? Ożeniłem się z Polką, mieliśmy dwoje dzieci. Ale jej się nie podobało, że rodzinę wspieram zamiast z nią na Hawaje latać. Rozwiedliśmy się. Zabrała mi dzieci. Nie mam tam do czego wracać. Tu przynajmniej jestem w ojczyźnie.

– To dobra opowieść.

– To słabe życie.

– Fakt.

Milczeli.

– To pana wybór, bo jak sam pan powiedział, mógłby pan znaleźć pracę, mógłby pan wrócić do Ameryki. Ja zdecydowałam robić karierę. Nie mam faceta, rodzina chciałaby, żebym wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale ja chcę mieć własny program polityczny. W ogólnokrajowej. Mój wybór. Jeśli życie na ogródkach będzie za trudne, to pewnie wie pan, gdzie się zgłosić. W niedzielę jest wigilia dla ubogich i bezdomnych. Proszę zajrzeć do MOPS-u.

– Polityczny? A póki co reportaże o miejscowych emerytkach z przeszłością?

– Takie życie. Proszę pamiętać o tej wigilii.

– Postaram się.

Odwrócił się i odszedł.

– Zadanie wykonane, choć ja nie kiwnęłam przy nim palcem – powiedziała pani Maria idąca w ich stronę.

– Ja bym tego tak nie nazwała.

– Więcej nie da się zrobić. Każdy ma prawo decydować o sobie. Jestem pewna, że kiedy sytuacja zrobi się poważna, ten człowiek da sobie radę. Nie wyglądał na takiego, który zamarznie zamroczony tanim alkoholem.

– To co teraz? – Zapytał Przemek.

– Wciąż jest jeszcze dość czasu, żeby odwiedzić grób Michała. Potem chciałam upiec szarlotkę i poczytać książkę.

– Ja tego na pewno nie przegapię – zapalił się Przemek.

– Czytania? – zdziwiła się Edyta, a pani Maria zaczęła się śmiać.

‒ Nic z tego. Czeka nas montaż.

‒ Ale szarlotka…

Edyta spojrzała na niego znacząco. Bez słowa, ale z wyraźnie zawiedzioną miną powlókł się do samochodu. Ulice były puste, więc szybko podjechali pod dom pani Marii.

‒ Widzimy się na kolacji dla bezdomnych?

‒ Tak.

‒ W takim razie do zobaczenia.

‒ Do zobaczenia.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Zajawka

Poprzedni

W redakcji życie toczyło się swoją drogą.

– O, Edytka – przywitał ją Krzysztof. – Jak tam pani starsza?

W zeszłym roku to ona śmiała się z niego. Kręcił świąteczny program o szopkach bożonarodzeniowych.

– Jeszcze żyje – odgryzła się. Niech myślą, że wpadła.

Od razu skierowała się do gabinetu naczelnego.

– Pani Edyto, naczelny jest zajęty! – krzyknęła za nią Monika, ale Edyta nie zwolniła. Otworzyła drzwi, Robert podniósł głowę, żeby spojrzeć, kto mu przeszkadza.

– Ufasz mi? – wypaliła prosto z mostu.

– Słucham?

– Pytam, czy puścisz mój materiał bez autoryzacji.

Robert podniósł brwi.

– Jest aż taki dobry, czy aż taki zły?

– Tylko dobry.

– Wiesz, jaką to ma oglądalność. Spieprzysz – oboje polecimy.

– Nie spieprzę.

– No dobra. Ale muszę mieć zajawkę.

– Będzie na jutro. Zapisz sobie tytuł: „Byłam komunistką”.

– W takim razie masz zielone.

Przemek już czekał ze Zbyszkiem

– Przemo mówi, że masz bombę. A ja słyszałem, że kręcisz bożonarodzeniówkę. To jak?

– To będzie zajebista bożonarodzeniówka. Teraz trzeba nakręcić zajawkę. Przemek, masz to, o co cię prosiłam?

– Co mam nie mieć. Ale jak mi jeszcze raz zaczniesz wymyślać takie zdjęcia, to obiecuję, że więcej się do ciebie na robotę nie piszę.

Zajawkę Edyta robiła zawsze bardzo nieprofesjonalnie – z głowy, od razu montując. Oglądała zdjęcia wielokrotnie i miała dwustuprocentową pewność, które fragmenty będą w reportażu.

O jedenastej mogła obejrzeć czterdziestosekundowy filmik.

„Na podwórzu biegały dzieci z domu dziecka. W tle słychać było fragment wywiadu:

– Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować.

Obraz się zmienił. Teraz widać był budynki PPM-u, obecnie przekształconego na Metalpol. Przeplatały się ze zdjęciami z lat osiemdziesiątych.

– Awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u?

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził.

Znów zmiana – w kadrze widać panią Krystynę z hospicjum.

– Ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

Pojawia się postać Miśki.

– Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejedna osoba ją palcem wytyka. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy Madonna, tylko właśnie ona.

W końcu na ekranie pojawiła się pani Maria.

‒ Byłam komunistką. Spokojnie. Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej przeszłości.”

– Wysyłaj do Kaśki. Już z nią gadałam, da radę do rana zrobić grafikę. Od rana można puszczać zajawkę.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny

Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Młodość Marii

Poprzedni

‒ Środa to mój dzień na naładowanie baterii. Nie wiem, czy będziecie mieli dziś co kręcić.

‒ Spokojnie, coś się znajdzie.

‒ W takim razie najpierw odwiedzimy bibliotekę. Czytanie to moje największe hobby.

Zdjęcia w ciemnych bibliotecznych salach okazały się niemożliwe. Coś tam nakręcili, ale Przemek przez cały czas kręcił głową z niezadowoleniem. Poprzedniego dnia Edyta długo zastanawiała się, co dalej. Z niechęcią przyznała, że nie tak powinna robić reportaż. Czasu nie mogła już cofnąć, ale postanowiła naprawić błędy. Dlatego zaraz po wejściu do mieszkania pani Marii, zapytała:

‒ Od jak dawna odwiedza pani dom dziecka?

‒ To będzie… ‒ pani Maria zawahała się ‒ … tak, to będzie już jakieś dziesięć lat.

‒ Dwa razy w tygodniu przez dziesięć lat?

‒ O, na początku to nie wyglądało tak. Dopóki pracowałam, nie miałam tyle czasu.

‒ Proszę opowiedzieć, jak to się zaczęło?

‒ To była sprawka mojego męża. Kiedyś wpadłam w dołek pod tytułem „Tak strasznie żałuję, że nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków”. Moje koleżanki wciąż rozprawiały o tym, jakie wspaniałe wnuki mają. A ja? Co ja mogłam powiedzieć? Że mam piękne zdjęcia z wakacji? Przechodziłam menopauzę i uzmysłowiłam sobie, że to koniec, że skończył się mój czas, czas na założenie rodziny. Straciłam grunt pod nogami. Nie miałam celu w życiu, tego celu, który koleżanki odnajdywały w trakcie weekendów spędzonych z wnukami. Mój mąż miał cudowną umiejętność dostrzegania sedna problemu. Pewnej soboty zaprowadził mnie do domu dziecka i przez płot pokazał bawiącego się na podwórzu chłopca. To był Paweł. „Ty nigdy nie będziesz mieć wnuków, a on nigdy nie miał babci. Rozmawiałem z dyrektorką, możesz przychodzić do ośrodka, kiedy tylko będziesz chciała”. Przez miesiąc się wahałam, a potem poszłam. Zaglądałam do nich prawie codziennie po pracy i często w weekendy. Zabierałam dzieci na święta do nas. Znów czułam, że mam cel, że na czymś mi zależy. Że coś się zaczęło, a nie skończyło. Ze wszystkich koleżanek miałam najwięcej wnuków.

‒ A wcześniejsze cele? Co zajmowało panią wcześniej?

Pani Maria zaśmiała się niespodziewanie.

‒ A to nie będzie się podobać widzom. Choć pewnie część osób i tak mnie skojarzy.

Edyta spojrzała na nią zdziwiona i zainteresowana. Czy to znaczyło, że jej bohaterka była niegdyś znaną osobą? Do tej pory była przekonana, że Robert kazał jej robić nudny materiał o zwykłej kobiecie, anonimowej sąsiadce wszystkich.

‒ Byłam komunistką.

Mówiąc to, pani Maria miała wciąż błysk uśmiechu w oczach, zupełnie, jakby to wyznanie stanowiło żart.

Przemek i Edyta spojrzeli na siebie. Przyznawanie się do komunizmu było w obecnych czasach publicznym samobójstwem. Będą musieli to wyciąć.

‒ Spokojnie – pani Maria nadal mówiła wesołym tonem. ‒ Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej „przeszłości”.

Ostatni wyraz zaakcentowała, zupełnie, jakby mówiła przynajmniej o przeszłości kryminalnej. I pewnie część odbiorców tak właśnie potraktuje to ogłoszenie. Potem wstała i sięgnęła po album ze zdjęciami schowany w jednej z szafek.

‒ No to od początku. Urodziłam się na spokojnej wsi. To zdjęcie z mojej pierwszej komunii. Mój ojciec – to ten wysoki z wąsami ‒ wojnę przepracował w obozie pracy, a mama – stoi tu, w białej bluzce ‒ na gospodarce niemieckiej. Ich jedynym marzeniem było chyba tylko, żeby spokojnie przeżyć resztę życia. A moim, żeby jak najszybciej wyrwać się ze wsi. Jak tylko skończyłam osiemnaście lat, zapisałam się do partii. O, tu mam zdjęcie z jednego ze zjazdów. To ja.

Na zdjęciu młoda, ciemnowłosa dziewczyna ubrana w bluzkę z kołnierzykiem, spódnicę za kolana i rozpinany sweter patrzyła w obiektyw bez uśmiechu. Wyglądała bardzo młodo, jak dziewczynka.

‒ Zrobiłam maturę, zaczęłam pracować w księgowości przedsiębiorstwa związanego z produkcją stali. Zaangażowałam się w pracę partyjną i życie zawodowe. Szybko awansowałam, dostałam mieszkanie zakładowe. Małą kawalerkę z łazienką na korytarzu, ale za to tylko dla mnie. Byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu. Zaczytywałam się w dziełach Marksa, Lenina. Wierzyłam, że poprawiamy życie ludzi, że życie w komunie jest najlepszym, najsprawiedliwszym sposobem rozwiązywania problemów. Hasło równości wszystkich przemawiało do mnie. W końcu awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u? ‒ dopytał Przemek.

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził. Taki gówniarz byłem, ale pamiętam, jak codziennie panią wyklinał. W moich oczach była pani największym potworem, demonem i niemal szatanem.

Edyta nagle poczuła się zdezorientowana. Pochodziła z niewielkiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od miasta powiatowego, i o ile nazwa PPM coś jej mówiła, o tyle nazwisko Chruszczewska było jej kompletnie obce. Tymczasem Przemek przejął rozmowę.

‒ Tata był spawaczem i należał do związków. Zalazła im pani za skórę.

‒ Nie tylko im. Partii też, choć o tym się głośno nie mówiło, bo partia prała swoje brudy w swoich czterech ścianach. Ale to dopiero pod koniec urzędowania. Jak przejęłam stołek, to przedsiębiorstwo ledwo ziało. Okazało się, że nie wszystkim zależy na tym, żeby było lepiej. Po raz pierwszy zobaczyłam, że założenia swoje, a ludzie swoje. Firma była rozkradana i to od góry. W dodatku wielu uważało, że taka młoda i do tego kobieta nie da sobie rady z postawieniem firmy na nogi. Potem zastanawiałam się, czy przypadkiem nie o to właśnie chodziło, że mianowano mnie, żebym nie przeszkadzała ważniakom w ich lewych interesach. Ale znacie to powiedzenie, że rzeczy niemożliwych dokonują ci, którzy nie wiedzą, że są niemożliwe. Zakasałam rękawy i w błogiej nieświadomości zaczęłam realizować to, co mi oficjalnie kazano. Kiedy z województwa zaczęły iść pochwały, przestano mi robić pod górkę. Dziesięć lat później nasz PPM miał jeden z najlepszych wyników finansowych. Przyjeżdżały do nas partyjne delegacje, nawet były plany, żeby sam sekretarz nas odwiedził.

‒ Ojciec tak tego nie wspominał.

‒ Oczywiście, że nie. Pod koniec nie było różowo. Partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku. Już wtedy nie byłam ani naiwna, ani przekonana o wielkości komunizmu. Nie potrafiłam tego wszystkiego tak zostawić. Czułam się odpowiedzialna i jedyna do łagodzenia tego sporu. Ze wszystkiego najbardziej bałam się, że sytuacja wymknie się spod kontroli, że poleje się krew. Dzięki Bogu w końcu to inni podjęli decyzję za mnie. Solidarność wygrała, Wałęsa został prezydentem, a ja poleciałam ze stołka. Nie ja jedna. Pozbywano się niewygodnych ludzi. To był ciężki rok. Odchorowałam tę sytuację, zanim znów stanęłam na nogi. Wtedy też pomógł mi mąż. Tak już było, że kiedy nade mną zbierały się czarne chmury, on wyciągał kolorowy parasol.

‒ Mówiła pani, że nie miała czasu na założenie rodziny.

‒ Tak, to prawda. Męża poznałam, mając czterdzieści lat. Był lokalnym przedsiębiorcą i najspokojniejszym człowiekiem na świecie. Zresztą za komuny, żeby prowadzić swój biznes, trzeba było mieć albo plecy, albo właśnie pokłady anielskiej cierpliwości. Śmieszy mnie, kiedy teraz wciąż słyszę o tym, jak ciężko w Polsce być biznesmenem.

Edyta już otwierała usta, żeby skontrować, ale pani Maria ją ubiegła.

‒ Ja wiem, że może i powinno być lepiej, ale kiedy pamięta się, co było trzydzieści lat temu, to… no cóż… wtedy naprawdę było bardzo ciężko. Prywaciarz był wrogiem ustroju. I należało go tępić wszystkimi możliwymi sposobami. Ale trudno tępić kogoś, kto nikomu nie zagraża. A Michał taki właśnie był. Z nikim nie wchodził w konflikty, nie zagrażał żadnemu z lokalnych ważniaków. Miał swoją wielką pasję, stolarkę, i nic więcej go nie interesowało. Znalazł dla siebie niszę, która dla innych była albo nieciekawa, albo nieopłacalna. Ale on nigdy nie potrzebował dużo. Kiedy próbowano zniechęcić go biurokracją, sumiennie wypełniał zobowiązania, składał wszystkie papierki, choćby były najbardziej absurdalne. To był ten moment, kiedy zaczynałam być zmęczona. Osiemdziesiąty szósty rok. Zazdrościłam mu tego spokoju. Ja żyłam wtedy w trakcie wojny i już od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy na pewno walczę po właściwej stronie. Tyle że racje drugiej strony też mnie nie przekonywały. Trwałam w tym chorym układzie i nie wiedziałam, jak się wyrwać. Spotykałam Michała co jakiś czas a to w ratuszu, a to w którym z urzędów. Któregoś razu zaprosił mnie na kawę. Potem zadzwonił, zapytał, jak się czuję. Umówiliśmy się na kolację. Pewnego dnia zabrał mnie do swojej pracowni. Pachniało w niej drewnem i bejcą. Dał mi hebel do ręki i pokazał, jak pracować. Cisza i spokojne ruchy, opanowanie. Zrozumiałam, dlaczego tak trudno wyprowadzić go z równowagi. To nie była szalona miłość, raczej dojrzały związek ludzi po przejściach.

‒ Kiedy straciła pani pracę, byliście już małżeństwem?

‒ Nie. Byliśmy wolnym związkiem. Każde miało swoje mieszkanie, ale często pomieszkiwaliśmy u siebie. Kiedy mnie zwolniono, zaczęłam chorować. Najpierw zdiagnozowano u mnie wrzody w dość poważnym stadium rozwoju. Musiałam przejść operację. Potem nagle wypadły mi włosy. To było straszne. Podejrzewano Bóg wie jakie choroby. Dopiero pewna pani doktor, młoda dziewczyna, powiedziała, że na stażu w Berlinie spotykała pacjentów, którzy łysieli od stresu. I że to minie, ale muszę zacząć o siebie dbać. Zaleciła mi zmienić pracę, codzienne spacery i lekkostrawną dietę. To jakoś w tym czasie zorientowaliśmy się, że Michał już od niemal miesiąca mieszka u mnie. I jakoś tak naturalnie pojawił się pomysł, że może się pobierzemy. To w zasadzie nawet nie były zaręczyny, choć oczywiście dostałam potem pierścionek. Ślub był skromny. Tu jest kilka zdjęć. My, rodzice i najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół. Zamiast wesela urządziliśmy uroczysty obiad. Ślubu kościelnego ksiądz mi odmówił. Był bardzo prozwiązkowy i dla niego chyba też byłam pomocnikiem szatana. Dopiero jakiś czas temu, kiedy parafię objął proboszcz nieznający mojej historii, udało się nam pobrać. Niestety nasi rodzice tego nie dożyli.

Na zdjęciach panna młoda ubrana była w jasną garsonkę, na głowie miała kapelusik, który częściowo zakrywał bardzo krótkie włosy. Obok stał mężczyzna mniej więcej tego samego wzrostu, mocno zbudowany, w czarnym garniturze. Można się było domyślić, że przy pannie młodej stoją jej rodzice, przy panu młodym jego matka.

‒ Miałam czterdzieści pięć lat. Michał zaproponował, żebym pracowała u niego. Przyszła wolność, rozwijał skrzydła. Zajęłam się prowadzeniem biura. Nasze meble zaczęły cieszyć się popularnością, firma rosła. To było nasze dziecko i najpiękniejsze lata mojego życia. Nigdzie się nie spieszyliśmy, nie mieliśmy parcia na robienie kariery: ja swoją miałam już za sobą, a Michał nigdy jej nie pragnął. Żyliśmy spokojnie. Wynajęliśmy mieszkanie Michała, zamieszkaliśmy w moim. Zimą jeździliśmy w góry, na narty, latem nad morze. Michał uwielbiał filmy, więc często chodziliśmy do kina, wypożyczaliśmy filmy na video.

‒ Żadnych zmartwień, żadnych problemów? ‒ zapytała Edyta.

‒ Ależ oczywiście, problemy były codziennie. A to rura pękła, a to kontrola izby skarbowej. Chciałam mieć z Michałem dziecko, ale było za późno. Czasem budziły się demony przeszłości, pojawiały się plotki. Mój mąż do wszystkiego miał dystans. Czasem nawet to mnie denerwowało. Miałam wrażenie, że lekceważy problemy. A on po prostu potrafił od razu określić, co jest naprawdę ważne. Jeśli nie był w stanie czegoś zmienić, to odpuszczał. Ja nadal nie opanowałam tej umiejętności. Dlatego raczej nie oglądam wiadomości, nie interesuję się polityką. Jeśli na świecie dzieje się coś naprawdę ważnego, to i tak się o tym dowiem. To, co pokazują w mediach często tak naprawdę nie ma wpływu na nasze życie. Pada wiele pustych słów, krytyki, a mało konkretów. Zamiast się nimi przejmować, roztrząsać, lepiej zrobić coś konkretnego. Teraz na przykład pora na drugie śniadanie. Słyszę, że pani Przemkowi burczy w brzuchu – zażartowała pani Maria, ale Przemek zrobił taką minę, jakby rzeczywiście przed chwilą zaburczało mu w brzuchu.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Pani Krystyna

Poprzedni

Pani Krystyna wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Siedziała w fotelu, ubrana w ciemnoróżowy dres z laptopem na kolanach. Na rozmowę zgodziła się od razu, tylko zgodnie z przewidywaniami dyrektora poprosiła o piętnaście minut. Kiedy Edyta przyszła z Przemkiem, pani Krystyna miała na sobie jasny sweterek i szarą spódnicę. Włosy zebrała w kok i rzeczywiście zdążyła zrobić sobie lekki makijaż.

‒ Pani Maria odwiedza panią co tydzień. Co robicie?

‒ Plotkujemy, robimy sobie manicure, wspominamy.

Edyta lekko uniosła brwi, zdziwiona.

‒ Ach, bo pani nie wie pewnie, że ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Ale hospicjum to nie jest miejsce żałoby. To nie jest dom pogrzebowy, i tu nie trzeba mówić szeptem. Choć większość osób mówi. Na początku bardzo się bałam, choć sama chciałam tu być. Rodzina katowała się, żeby zapewnić mi opiekę. Mąż zrezygnował z awansu, siostra ciągle się zamieniała z koleżankami na zmiany. Nie chciałam też, żeby dzieci widziały, jak czasem boli. Wolę, żeby zapamiętały mnie na nartach, a nie przykutą do fotela.

‒ Rodzina panią odwiedza?

‒ Tak, codziennie przychodzą.

‒ Po co więc wizyta pani Marii?

‒ Rodzina to co innego. Ich wizycie zawsze towarzyszy cierpienie, ich cierpienie. Oni jeszcze nie pogodzili się z faktem, że ja umieram. Wciąż jeszcze tli się w nich nadzieja, choć chyba sami nie zdają sobie z tego sprawy. A pani Maria akceptuje to, że pewnego dnia przyjdzie i mnie już nie będzie. Kiedy jestem z dziećmi, czasem zapada taka niezręczna cisza. One boją się mi powiedzieć, że w wakacje chcą jechać na obóz, bo w wakacje już mnie nie będzie. A z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

‒ Inni wolontariusze nie są tacy?

‒ Są kochani. Widać, jak bardzo współczują i starają się nas pocieszyć. Ale chyba tylko pani Maria nas rozumie. Sama wiele przeszła, jej mąż tu umarł. Pochowała rodziców i brata. Poza tym sama jest już w tym wieku, że myśli o swojej śmierci. Młodzi, choćby mieli najlepsze chęci, nie zrozumieją nas tak, jak ona.

‒ Dziękuję za rozmowę.

‒ Nie ma za co.

„Materiał o świętej” pomyślała Edyta, zastanawiając się, co dalej. Wizyta w hospicjum miała trwać jeszcze ponad trzy godziny. Ile peanów jeszcze ma nakręcić? Mdłe, mdłe, mdłe. Przemek poszedł przygotować nagranie we wspólnej sali, w której odbędzie się partyjka pokera, ona miała czas, żeby się zastanowić. Wciąż brakowało jej punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby poprowadzić widza, sprawić, że święta Maria stanie się człowiekiem.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

Poprzedni

Maciej Zając właśnie się pojawił na korytarzu.

‒ Zapraszam do mnie. Nie będziemy przecież rozmawiać tutaj.

‒ Ilu pacjentów jest w hospicjum?

‒ Obecnie dwudziestu sześciu.

‒ A pracowników?

‒ Ośmiu.

‒ Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziesięciu.

‒ To prawda. Ale finansów starcza tylko dla ośmiu. Na szczęście są jeszcze nasi kochani wolontariusze. Przychodzi do nas sześć osób, głównie młodych ludzi, którzy pomagają przy pielęgnacji pacjentów.

‒ Co należy do ich obowiązków?

‒ Uczniowie szkoły medycznej mogą pomagać przy myciu, masowaniu. Inni pomagają w karmieniu, czytają, grają w gry. Z niektórymi pacjentami można wychodzić na spacery, o ile pogoda dopisuje.

‒ Więc pani Maria jest jedną z wolontariuszek?

‒ Tak, choć jest wolontariuszką niezwykłą.

Edyta uśmiechnęła się, zachęcając do dalszej wypowiedzi.

‒ No cóż, jest jedyną wolontariuszką w tym wieku. Pomagają nam głównie licealiści. Potem idą na studia, wyjeżdżają, zakładają swoje rodziny.

‒ To jak znalazła się tu pani Maria?

‒ Najpierw przychodziła do swojej znajomej. Kiedy ta odeszła, zapytała, czy może odwiedzać innych. Pacjenci bardzo ją lubią, zwłaszcza ci starsi. Jej obecność działa na nich bardzo kojąco, niektórzy dzięki temu godzą się z nadchodzącym końcem. Młodzi mają wiele dobrej woli, ale nie rozumieją jeszcze śmierci. Wydaje im się, że wiedzą, ale… chyba tylko bardzo chcą pomóc. Pani Maria była przy umierającym mężu, przyjaciółce i jest w tym wieku, że śmierć dotyczy także jej. Jej empatia i zgoda na to, że kiedyś też umrze, są dla naszych pacjentów bardzo ważne.

‒ Nigdy nie było żadnych zgrzytów?

Dyrektor się uśmiechnął.

‒ Nie chce mieć pani mdłego materiału o aniele dobroczynności? ‒ zapytał. ‒ Wiem, że pomaga też w domu dziecka i MOPS-ie. Pewnie wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. No cóż. Zgrzyty ciągle się zdarzają. Ale pani Maria jak na razie ze wszystkiego wychodziła obronną ręką. Mieliśmy pacjenta, który wiele lat walczył z chorobą nowotworową. Kiedy zaczął przegrywać, zgłosił się do nas. Miał czterdzieści dziewięć lat i troje dzieci. Żona pracując, nie mogła się nim zająć w domu, to on zdecydował się na hospicjum. Lekarze dawali mu miesiąc życia. Był bardzo rozgoryczony. Walczył tyle lat i przegrał. Kiedy przyszła pani Maria, wybuchł. Nawet chciałem interweniować, bo wrzeszczał na nią jak opętany. Krzyczał, że nie chce jej litości, że ona nic nie rozumie, że on ma po co żyć, bo ma żonę i dzieci, a ona powinna się zająć wnukami. Siedziała obok i nic nie mówiła, pozwalała mu się obrażać. A kiedy w końcu się zmęczył, powiedziała tylko: „Ja się nad panem nie lituję, ja panu zazdroszczę. Ma pan rodzinę, umrze pan otoczony przez żonę i dzieci. A ja jestem sama. Nie miałam rodzeństwa, nie mogłam mieć dzieci, a mąż już umarł. I przychodzę tu, bo mam nadzieję, że kiedy będę już tu leżeć, to do mnie też ktoś przyjdzie przeczytać mi gazetę”. A potem wstała i wyszła. A kiedy przyszła tu drugi raz, to ten pacjent miał dla niej kwiaty. A potem przedstawił jej swoją rodzinę. Z tego co wiem, nadal mają ze sobą kontakt. Obawiam się, że o pani Marii nie da się powiedzieć nic złego. Nie robi tego dla pieniędzy, a nawet jeśli zgodzimy się z teorią, że ludzie pomagają z czystego egoizmu, to ja bym chciał, żeby wszyscy byli takimi egoistami.

Edyta zaskoczona nie wiedziała, o co jeszcze może zapytać.

‒ Pani nie rozumie – stwierdził dyrektor z uśmiechem. ‒ Ale proszę się nie denerwować. Większość ludzi nie rozumie. Teraz dobroczynność jest w modzie. Wszyscy odliczają jeden procent, wspierają zbiórki. Rozumieją to, bo pieniądze są wymierne. Trudno im zrozumieć, że ktoś poświęca swój czas i pracę, że to może dawać satysfakcję.

‒ No cóż – Edycie przed oczyma stanęło, jak wrzuca pieniądze do puszki i oddaje ubrania, których już nie potrzebuje. Szybko otrząsnęła się ze wspomnienia.

‒ Dziękuję bardzo. Nie będę zabierać panu więcej czasu. Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy mogę porozmawiać z którymś z pacjentów?

‒ Tak. Proszę zapytać panią Krystynę z sali numer jedenaście. Jest rozmowna i na pewno nie będzie miała nic przeciwko wystąpieniu przed kamerą. Tylko proszę dać jej chwilę, na pewno będzie chciała się przygotować, wie pani, ubrać się, zrobić sobie oko.

Następny