Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Hospicjum

Poprzedni

Hospicjum przywitało ich wnętrzami w pastelowych kolorach. Panowała cisza i spokój, tylko czasem przez korytarz przechodziła pielęgniarka.

‒ Och, zupełnie zapomniałam – pani Maria odwróciła się do nich. ‒ Nie powiedziałam wam, że musicie mieć miękkie buty.

‒ Żaden problem. Mogę kręcić w skarpetkach – powiedział Przemek. ‒ Chyba nawet dziś mam czyste – uśmiechnął się szeroko, zupełnie, jakby posiadanie czystych skarpet było czymś niezwykłym i niecodziennym.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Oj, przydałby się tu ktoś taki jak pan. Zaraz zapytam, pani Edyto, może któraś z pielęgniarek ma zapasowe buty. Staramy się nie przeszkadzać pensjonariuszom tupaniem. Niektórzy są w dobrym stanie, ale niektórzy bardzo cierpią i hałas bardzo ich irytuje.

Zniknęła w pobliskim pokoju i za chwilę wyłoniła się z parą gumowych chodaków i wielkimi laczkami.

‒ Dziś nie ma jednego z pielęgniarzy. Jego buty powinny na pana pasować. Zapewnię go, że miał pan czyste skarpetki. To miły młody człowiek, na pewno się nie pogniewa.

Edyta była lekko zaniepokojona. Jak mają zrobić tu materiał? Ma rozmawiać szeptem? Myślała gorączkowo nad jakimś rozwiązaniem, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Tymczasem pani Maria weszła do jednej z sal. Na fotelu przy łóżku siedziała staruszka.

‒ Dzień dobry, pani Eugenio – powiedziała pani Maria wyjątkowo głośno.

‒ Ach, Marysia, dziecko kochane. Jak miło, że mnie odwiedzasz. A nie musisz mówić tak głośno ‒ poklepała się po uchu. ‒ Przyszedł mój nowy aparat, słyszę teraz, jak trawa rośnie.

‒ Przyszłam pani poczytać. Mam świetną książkę. Romans hrabiego z młodą guwernantką.

Twarz staruszki rozświetliła się.

‒ Jak ty wiesz, co mnie ucieszy. Słuchałam sobie dziś radia, ale tam mówią tylko o takich smutnych rzeczach. Za stara jestem na słuchanie o smutnych rzeczach.

‒ Proszę więc posłuchać tego. Obiecuję, że kończy się dobrze.

Pani Maria wyjęła z torebki harlekina i zaczęła czytać. Najwyraźniej była to książką, którą obie panie już znały, bo lektura zaczynała się w połowie.

Edyta zostawiła Przemka i poszła poszukać kogoś z personelu, z kim mogłaby porozmawiać. W dyżurce nie spotkała nikogo, dlatego zaczęła szukać gabinetu dyrektora. Znalazła go na końcu korytarza. W maleńkim pokoiku pomalowanym na biało stały dwa biurka z jasnego drewna i szafki z szufladami. Z dwu osób mężczyzna rozmawiał przez telefon, kobieta wpisywała coś do komputera.

‒ Dzień dobry – Edyta postanowiła zwrócić się do kobiety. ‒ Szukam dyrektora.

‒ Proszę poczekać, zaraz pewnie skończy rozmawiać. A w jakiej sprawie?

‒ Nazywam się Edyta Bronowska. Jestem z Naszej TV. Kręcimy materiał o pani Marii Wolskiej, chciałam o niej porozmawiać przed kamerą.

‒ O, to się dyrektor ucieszy.

Mężczyzna spojrzał na obie z przyganą. Po chwili odłożył słuchawkę. Okazało się, że chętnie porozmawia, ale dopiero za pół godziny.

Wracając, Edyta spotkała pielęgniarkę. Zapytana, czy wypowie się przed kamerą, najpierw odmówiła, ale po chwili dała się namówić. Przemek nadal był w sali starszej kobiety. Chyba ucieszył się, że nie musi słuchać dalszego ciągu przygód hrabiego Montgomery’ego i ślicznej guwernantki imieniem Holly.

‒ Jak długo pracuje pani w hospicjum?

‒ Odkąd udało się je otworzyć, czyli od ośmiu lat. To dobra praca. Ciężka, ale spokojna. Przedtem pracowałam w szpitalu.

‒ A jak długo zna pani panią Marię Wolską?

‒ Jakieś sześć lat, dużo lepiej odkąd zaczęła u nas pomagać.

‒ Proszę powiedzieć, na czym polega taka pomoc.

‒ Pani Maria odwiedza naszych podopiecznych raz w tygodniu. Czyta im, gra z nimi w karty, rozmawia z nimi. Dla nich to bardzo ważne. Do wielu nikt nie przychodzi. Czekają na te wizyty. Było też kilka razy tak, że wiadomo było, że ktoś niedługo odejdzie, to wie pani, dzwoniła, dowiadywała się, a potem to przychodziła i siedziała przy łóżku chorego do końca.

‒ Dla was, personelu, to duża pomoc?

‒ Trochę. Najważniejsze jednak, że pacjenci są spokojniejsi, weselsi. Dla wielu świadomość, że nie umierają samotnie jest bezcenna.

‒ A opieka, wie pani: karmienie, mycie?

‒ Ach, nie. To zupełnie nie jest działka pani Marysi. Już lepiej niech zabawia pacjentów, a czynności medyczno-sanitarne pozostawi nam.

Pielęgniarka wydawała się ostatnim pytaniem rozbawiona, Edyta zaś poczuła się zbita z tropu. Co to mogło znaczyć? Żeby jednak nie wyjść na totalną ignorantkę, postanowiła się pożegnać.

‒ Dziękuję.

Pani Maria kończyła właśnie czytanie. Staruszka ukradkiem ocierała łzy koronkową chusteczką.

‒ Taka piękna historia. A ten hrabia to taki prawdziwy mężczyzna. Mój Filip też taki był. Raz mi tylko powiedział, że mnie kocha. Jak się Władziu i Władzia urodzili. Ale ja to widziałam. W oczach miał taki błysk, jak patrzył na mnie. I jak mnie do tańca porwał, to czułam, że żyję.

‒ Muszę już iść do pana Henryka.

‒ Idź, idź, dziecko kochane. Na pewno czeka na ciebie. Ja tu sobie powspominam.

Pani Maria wyszła na korytarz.

‒ Miła staruszka – zagaił Przemek.

‒ Tak – uśmiechnęła się pani Maria. ‒ Uwierzy pan, że ona ma sto dwa lata?

Przemek wytrzeszczył oczy.

‒ To tyle można?

‒ Można. Ale dużym kosztem. Ma alzheimera, nie pamięta wielu rzeczy. Ale może tak jest lepiej. Pochowała męża, dwoje dzieci. Z wnuków żyje jeszcze tylko jedno. A prawnuki rozjechały się gdzieś po świecie. Opłacają jej hospicjum, ale nie przyjeżdżają. Pani Eugenia uwielbia historie miłosne. Pielęgniarki bez końca opowiadają jej, jak poznały swoich mężów. Teraz idę do pana Henryka. Jest ciężko chory, praktycznie nie wstaje już z łóżka. Mam dla niego przegląd sportowy, poczytam mu trochę, potem przyjdzie jego córka. A potem mam partyjkę pokera.

Oczy Przemka zrobiły się jeszcze większe, a Edyta aż się uśmiechnęła. Wiedziała, że Przemek ma wielką słabość do gier w karty.

‒ Jak postawię kamerę na statywie, to mogę się przyłączyć? ‒ zapytał nieśmiało.

Pani Maria wybuchnęła śmiechem i energicznie pokiwała głową.

‒ Tylko najpierw porozmawiamy z dyrektorem – wtrąciła szybko Edyta.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny

 

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciaki

Poprzedni

Czekali na panią Marię jeszcze piętnaście minut. Razem z nią weszli do środka. Dopiero wtedy Edyta zauważyła czerwoną tabliczkę, do tej pory zasłoniętą przez ślizgawkę: „Powiatowy Dom Dziecka”.

Przywitała ich jedna z wychowawczyń, przechodząca przez hol.

‒ Dzień dobry, pani Marysiu. Oj, urwanie głowy dziś, troje dzieci się pochorowało. Wchodźcie, wchodźcie. Wszystko jest gotowe, ale dzieci mogą się różnie zachowywać.

Weszli do sali. Edyta zauważyła kilkanaścioro dzieci bawiących się w w różnych miejscach, w tym kilkoro w kojcu dla niemowląt. W rogu pokoju stało łóżeczko niemowlęce, z którego słychać było kwilenie. Między dziećmi chodziła opiekunka. Na podłodze rozrzucone były klocki, samochody i pluszaki. Z boku stały krzesełka i stoliki. Sala przypominałaby przedszkole, gdyby nie obecność niemowląt i maluszków.

Pani Maria została zauważona natychmiast. Podbiegła do niej pięcioletnia dziewczynka w pomarańczowej koszulce i chwyciła za rękę, zupełnie nie zwracając uwagi na Edytę i Przemka.

‒ Babciu, babciu, chodź. Musisz zobaczyć Krzysia. On jest zupełnie nowy, wszystkiego się boi i ciągle płacze, bo chce do domu i do mamy, ale jego mama jest teraz w szpitalu i on nie może do niej jechać.

Wydawało się, że buzia małej się nie zamyka.

Przemek filmował, Edycie zaś pozostawało tylko się przyglądać, jak dzieci obsiadają panią Marię, wdrapują się jej na kolana i robią wszystko, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Zauważyła też jednego chłopca, mniej więcej czteroletniego, który stał z boku i przyglądał się temu wszystkiemu. Widać było, że przed chwilą jeszcze płakał, na policzkach wciąż miał mokre strumyczki łez, ale teraz zamieszanie odwróciło jego uwagę.

‒ Chcecie usłyszeć straszną opowieść o bardzo niestrasznym kocie? ‒ zapytała pani Maria, a wszystkie dzieciaki od razu usiadły na podłodze obok niej. Pani Maria przysunęła fotel.

‒ Kubuś na pewno też chce ją usłyszeć. I inne maluchy.

Podeszła do kojca, po kolei wyjęła wszystkie niemowlaki i posadziła przy starszych dzieciach, które od razu się nimi zajęły. Na koniec wyjęła z łóżeczka kilkumiesięcznego chłopca. Z nim na rękach usiadła wygodnie na fotelu i zaczęła opowieść.

‒ Daleko, daleko, w górach, na małej wsi mieszkał ogromny, szary kocur, który zwał się Zbój. Zbój był taki duży, że bały się go nawet okoliczne wilki, a jak wiadomo, wilki nie boją się niczego. W ciemności zielone oczy polującego Zbója błyszczały jak dwie lampy. Każdy, kto je zobaczył, chował się natychmiast, drżąc na całym ciele. Nie było nikogo, kto odważyłby się zaczepić Zbója.

Obok Edyty stanęła kobieta w kolorowej sukience i czarnym żakiecie.

‒ Dzieciaki uwielbiają te opowieści. Całymi dniami je potem inscenizują.

Edyta spojrzała zaskoczona.

‒ Kamila Sobczak, dyrektor placówki.

‒ Edyta Bronowska, dziennikarka Naszej TV. Pani Maria często was odwiedza?

‒ Tak, dwa lub trzy razy w tygodniu. Jest nieoceniona. Dzieciaki ją uwielbiają, a dla nas jest wielką pomocą.

‒ A zgodziłaby się pani odpowiedzieć na kilka pytań przed kamerą?

‒ Oczywiście, ale nie dziś. Może jak przyjdziecie państwo w czwartek?

‒ Dobrze. Dziś nakręcimy to, co dzieje się w sali. Może któreś dziecko zgodzi się powiedzieć kilka słów do kamery.

‒ Polecam Madzię. Jest bardzo wygadana ‒ Pani dyrektor uśmiechnęła się.

‒ To ta dziewczynka w pomarańczowej koszulce.

‒ Właśnie ta.

Opowieść trwała około dziesięciu minut. Przez kolejne pół godziny dzieci bawiły się w „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Chodzi lisek wkoło drogi”. Kiedy zabawy zaczęły im się już nudzić, pani Maria zakomenderowała wyjście na dwór i ogłosiła konkurs na to, kto pierwszy się ubierze. Opiekunki pomagały najmłodszym. Po chwili zwycięzcą ogłoszony został Szymon. W ramach nagrody został pierwszym berkiem.

Edyta przyglądała się zabawom dzieci. W pewnym momencie kilkoro zamiast ganianego wybrało piaskownicę. Wśród nich była wspomniana wcześniej Madzia. Edyta skinęła na Przemka i podeszła do dzieci.

‒ Cześć, jestem Edyta.

‒ Ta pani z telewizji, wiemy – odezwała się Madzia. Inne dzieci patrzyły na Edytę, milcząc. ‒ Pani Monika mówiła, że robi pani raport o babci.

‒ Nie raport, tylko reportaż. Chcę pokazać innym, co robi pani Maria.

‒ I bardzo dobrze – odparła buńczucznie dziewczynka. ‒ W końcu w telewizji pokażecie coś sensownego.

Edyta miała ochotę się roześmiać. Ciekawe, gdzie mała usłyszała to stwierdzenie, bo sama chyba na nie nie wpadła.

‒ A co ty byś pokazała, gdybyś kręciła reportaż o pani Marii?

‒ Wszystko! To najfajniejsza babcia na świecie!

Do okrzyku przyłączyły się inne dzieci i Edyta musiała poczekać, aż przycichną.

‒ To powiedzcie teraz innym, tylko po kolei, dlaczego tak ją lubicie. Może najpierw ty – wskazała Madzię.

‒ Ja najbardziej kocham babcię Marysię, bo zgodziła się być moją babcią, dopóki nie znajdzie się moja prawdziwa babcia. Bo wie Pani, ona zginęła i nie może się znaleźć. A babcia Marysia powiedziała, że ona nie ma takiej ślicznej wnusi i chętnie będzie moją babcią.

‒ Babcia ładnie pachnie, jak się do niej przytulam – powiedziała cicho młodsza dziewczynka.

Zamieszanie w piaskownicy przykuło uwagę jednego z chłopców, który podszedł do kamery i wprost ogłosił:

‒ Pani Marysia jest najlepsza, bo opowiada najlepsze historie.

‒ I pomaga Bartkowi i Kaśce w lekcjach, żeby nie mieli samych jedynek.

Teraz przed kamerą zaczęła się prawdziwa licytacja. Edyta miała tylko nadzieję, że montażysta zdoła coś z tego wyciąć.

‒ A mi babcia narysowała takiego pięknego konika.

‒ I umie czesać warkoczyki i koka.

‒ Ja ją lubię najmocniej za to, że nigdy nie krzyczy.

‒ I nie bije.

‒ Tak, a jak ktoś się uderzy, to zawsze go przytula.

Dzieciaki teraz już zupełnie nie zwracały uwagi na to, że są kamerowane. W końcu jednak dwoje z nich się pokłóciło i Edyta musiała interweniować, zanim doszło do bójki. Postanowiła, że następnym razem postara się rozmawiać z dziećmi osobno. Razem stanowiły żywioł nie do ogarnięcia.

Po powrocie z dworu na dzieci czekało drugie śniadanie. Pani Maria pomagała jeść najmłodszym, zachęcając jednocześnie starsze do zjedzenia całej porcji. Wcześniej bezceremonialnie podeszła do Edyty i wręczyła jej miseczkę z papką dla jednego z niemowląt.

‒ Każde ręce są potrzebne.

Wskazała jej berbecia siedzącego już w krzesełku.

‒ Podawaj mu małe porcje, bo czasami pluje. Im mniej ma wtedy w buzi, tym lepiej dla ciebie. Tu masz fartuszek.

Maluch na szczęście postanowił, że da spokój tej nowej pani i ładnie zjadł, opluwając jedynie siebie.

Po posiłku część młodszych dzieci poszła do swoich pokoi na drzemkę, a starsze jedna z opiekunek zebrała razem. Dziś mieli rozmawiać o nadchodzących świętach. Czterolatki dostały potem rysunek choinki do ozdobienia, a pięcio- i sześciolatki próbowały swoich sił w kreśleniu szlaczków i liter. Pani Maria w tym czasie zajmowała się niemowlakiem: nosiła go na rękach i nuciła mu piosenki, aż w końcu zasnął. Dopiero wtedy usiadła przy jednym ze stolików i wyjęła z torby kanapki.

‒ Też muszę coś zjeść. Zaraz dzieciaki zaczną wracać ze szkoły i będą potrzebowały pomocy przy odrabianiu lekcji. Nie wszystkie, oczywiście, ale część.

Następny

 

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciństwo pani Marii

Poprzedni

Telewizyjna furgonetka podjechała pod blok kilka minut po szóstej. Kiedy weszli do mieszkania pani Marii, poczuli zapach kawy. Przemek szybko założył im mikrofony.

‒ Proszę. Na pewno nie piliście państwo jeszcze kawy. Mąż nauczył mnie, jak zrobić doskonałą kawę w kawiarce. Stawia na nogi.

Przemek chętnie sięgnął po parujący kubek.

‒ Nakręcę, jak przygotowuje i je pani śniadanie. Możecie w trakcie rozmawiać.

Podczas gdy pani Maria przygotowywała śniadanie, Edyta oddychała głęboko. „Jestem profesjonalistką”, powtarzała w myśli. „Z każdego materiału da się zrobić reportaż. Jestem obiektywnym obserwatorem i zbieraczem informacji”.

‒ No dobra, pora zrobić reportaż – szepnęła do siebie i upiła łyk kawy. Była rzeczywiście doskonała.

Z uśmiechem weszła do kuchni i usiadła na jednym z krzeseł.

‒ Dlaczego wstaje Pani tak wcześnie?

‒ To przyzwyczajenie. Chyba przez całe życie wstawałam o szóstej – najpierw do szkoły, potem do pracy. Organizm ma swój rytm. Po prostu budzę się wyspana. Moja mama mówiła, że jestem skowronkiem, bo budziłam cały dom. Ale kładę się też dość wcześnie. Najczęściej koło dziesiątej, no, chyba że zapatrzę się w jakiś film.

‒ Każdy dzień wita pani kubkiem kawy?

‒ Każdy. Teraz nie potrafię bez tego prawidłowo funkcjonować. Do tego kubka kawy obowiązkowo kanapka z dżemem. Latem moja kuchnia zamienia się w prawdziwą halę produkcyjną. Już jako dziecko uwielbiałam dżem i tak mi zostało. Kiedyś to był wielki rarytas, bo cukier był bardzo drogi. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w mojej piwnicy. Poza tym wolę taki mniej słodki, niż te, które są w sklepie, dlatego robię go sama. Zimą mogę poczuć smaki lata: truskawki, maliny, porzeczki, śliwki. Tylko przed świętami robię dżem pomarańczowy. Wtedy cytrusy są najlepsze, więc wykorzystuję moment.

‒ Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

‒ Urodziłam się zaraz po wojnie. Rodziców los rzucił do jednej wsi z wojennej tułaczki. Mieszkaliśmy na uboczu w porządnym poniemieckim domu. Nie było elektryczności, bieżącej wody, mieliśmy piec kaflowy, w którym paliło się drewnem. Był wstawiony w ścianę między pokojem rodziców a naszym i ogrzewał od razu oba te pomieszczenia. Tata pracował, mama zajmowała się gospodarką. Miałam młodszego brata, Stasia. Niestety już nie żyje. Zmarł trzy lata temu na zawał. Rodzice bardzo się starali, żebyśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Tato był bardzo surowy. Ale wie Pani, nigdy nie podniósł na nas ręki. Mama czasem machnęła na nas ścierką, a ojciec nigdy. Umiał zapewnić sobie posłuch. Poza tym zabierał nas na wycieczki po lesie. Pod koniec wojny ojciec wstąpił do partyzantki, potem musiał to ukrywać. Ale w każdym lesie czuł się jak w domu. W domu było skromnie, jak wszędzie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia. Mama hodowała mnóstwo drobiu, no i oczywiście mieliśmy Mućkę. Chyba wszystkie krowy nazywają się Mućka, prawda? ‒ Pani Maria roześmiała się. ‒ Przed świętami rodzice bili świnię. Już jakoś tak w listopadzie, jak tylko robiło się mroźno. Nie mieliśmy lodówki i mama trzymała mięso w komórce. To była taka piwniczka, którą tato wykopał w ogródku. Latem było tam chłodniej, a zimą temperatura była jak teraz w lodówkach. Część rzeczy zostawiało się w beczce na dworze. Mróz ścisnął i to się zamrażało. W święta najbardziej lubiłam właśnie to, że było tyle mięsa. Wędzili szynki, schab, kiełbasy i boczek. Mama robiła kiełbasy i kaszanki, a tata cały taki gliniany garniec pasztetu z grubą warstwą smalcu na wierzchu. Teraz pewnie dzieci takiego czegoś by nie jadły, a my ze Stasiem uwielbialiśmy chleb posmarowany tym pasztetem. Mama sama piekła chleb raz w tygodniu. Jak skończyłam osiem lat, to mogłam jej pomagać. I do tej pory potrafię upiec chleb z pamięci, wie pani, bez przepisu ile czego. Taki na zakwasie. Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować. Potem przychodzi żal, że się tego nie przeżyło, nie zrobiło. Ale dzięki temu zrobiło się coś innego. Trzeba doceniać i szanować to, co się ma, zamiast rozmyślać, co by było gdyby.

Edyta zamilkła, nie wiedząc, o co zapytać. Pani Maria wykorzystała tę chwilę, by pozbierać i umyć naczynia.

‒ Musimy wychodzić. Pojedziecie państwo ze mną autobusem, czy podać wam adres i spotkamy się na miejscu?

‒ Nakręcimy jak wychodzi pani z domu i wsiada do autobusu. Potem pojedziemy na miejsce.

Pani Maria podała im adres, który Przemek wbił w GPS-a. Szybko zabrał potrzebny sprzęt.

Zatrzymali się przed dużym domem pomalowanym na żółto. Na trawniku przed budynkiem znajdowała się piaskownica, zjeżdżalnia i kilka różnych huśtawek.

‒ Co to, do cholery, za miejsce? ‒ poirytowała się Edyta.

‒ Adres się zgadza. Poczekamy na panią Marię i wchodzimy do środka. Nie denerwuj się tak, bo spieprzysz robotę.

Wiedziała, że Przemek ma rację. Pamiętała, że dzień wcześniej pani Maria pytała ją, czy chcą wiedzieć, gdzie będą jechać. Odmówiła, bo była zła. Teraz musiała improwizować. To było nieprofesjonalne i dlatego denerwowała się coraz bardziej.

„Naważyłam sobie piwa, to muszę je wypić. Jutro będę lepiej przygotowana”.

Następny

Rozdział 2. Pierwsze spotkanie

Poprzedni

 

Przemek podjechał do Edyty koło dziesiątej. Był ubawiony sytuacją, a jeszcze bardziej tym, że Edyta dała się wrobić w świąteczny materiał.

‒ Ja mogę kręcić wszystko – rzucił, kiedy powiedziała, że cieszy się tylko z tego, że to z nim będzie pracować. Lubiła go, był najlepszym kamerzystą, a przy tym mieli podobne poczucie humoru i podejście do życia. Tym razem jednak nie podzielała jego wesołego nastroju.

‒ To gdzie jedziemy?

Podała adres.

Osiedle bloków z wielkiej płyty straszyło szarymi elewacjami i odrapanymi płotami, w większości niekompletnymi. Tyle pozostało z chluby PRL-u. Mieszkania tu nadal cieszyły się popularnością, bo były tańsze niż te budowane na nowych osiedlach. Ale okolica nie zachęcała do zamieszkania.

Znaleźli blok numer trzydzieści. Domofon był wyrwany, więc od razu weszli na trzecie piętro i zapukali do mieszkania numer osiemnaście. Kobieta, która im otworzyła, była szczupła i nie wyglądała na swój wiek. Miała farbowane na jasny brąz włosy sięgające podbródka. Ubrana była w spodnie, dopasowany t-short i kardigan przewiązany luźno paskiem. Edyta zauważyła lekki makijaż i pomalowane na pastelowy róż paznokcie. Nie tego się spodziewała.

‒ Pani Edyta i pan Przemysław – stwierdziła pani Maria Wolska. ‒ Zapraszam do środka, właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

W korytarzu stała wielka lakierowana szafa, z której właścicielka wyjęła wieszaki. Drzwi do łazienki i jednego z pokoi, pomalowane farbą olejną na kremowo, były zamknięte. Weszli do drugiego pokoju, pomalowanego na jasny żółty. Na zielonym wypoczynku leżała beżowa kapa. Przed kanapą stała ława nakryta koronkową serwetą. Naprzeciwko stał stary telewizor otoczony kwiatami doniczkowymi. Boczną ścianę zajmowała lakierowana meblościanka, którą zdobyły kryształowe wazony, miski i porcelanowe filiżanki. Całości obrazu dopełniał zielony dywan przykrywający prawie całą powierzchnię podłogi i bukiet z suszonych kwiatów stojący na ławie. Edyta miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o jakieś trzydzieści lat. Przemek rozglądał się ciekawie, pewnie planując już rozłożenie sprzętu.

‒ Ciągle trudno mi w to uwierzyć – powiedziała pani Maria, wnosząc z kuchni tacę z herbatą i ciasteczkami. ‒ Dlaczego telewizja interesuje się zwykłą emerytką?

‒ No cóż. Widocznie nie jest pani zwykłą emerytką. Święta to dobry moment, żeby pokazać ludziom ich sąsiadów, którzy robią coś ciekawego.

‒ A jak to będzie wyglądać? Bo wie pani, do tej pory nigdy nie występowałam w telewizji.

‒ Najpierw kwestia formalna. Tu są dokumenty, które musi pani podpisać. Umowa, zgoda na upublicznienie wizerunku i kilka innych. Proszę je uważnie przeczytać, jutro omówimy kwestie, które będą niejasne. O której pani wstaje?

‒ Zwykle przed szóstą.

Edyta skrzywiła się w myśli.

‒ W takim razie będziemy tu koło szóstej. Będziemy kręcić wszystko, co pani robi w ciągu dnia począwszy od śniadania aż do kolacji. Bardzo proszę, żeby robiła pani wszystko tak jak zawsze. Istnieje wielka pokusa, żeby przed kamerą pokazać się od jak najlepszej strony, ale na nagraniach od razu widać, kiedy jest naturalnie, a kiedy nie. Będziemy pani towarzyszyć przez tydzień, w trakcie nagrań będę zadawać pytania, potem przez dwa dni zajmiemy się montażem. Dwudziestego czwartego przyjedziemy na kolację jako obserwatorzy, proszę w żadnym wypadku nie traktować nas jak gości. Reportaż pójdzie na wizji dwudziestego szóstego o osiemnastej. Będzie trwał pół godziny.

‒ Jest pani bardzo konkretna. Czy będę mogła zobaczyć to, co nakręcicie, przed upublicznieniem?

‒ Materiał będzie montowany od dwudziestego drugiego, potem dodamy do niego fragmenty z Wigilii. Dwudziestego czwartego mogę przynieść to, co będziemy mieli, ale nie gwarantuję, że zmiany będą możliwe.

‒ Rozumiem. Innymi słowy podpisuję cyrograf i godzę się z góry na wszystko.

Edyta nie była pewna, czy to żart, ale wymusiła uśmiech. Pomyślała, że to może być rozwiązanie: jeśli pani Wolska się nie zgodzi, to ona nie będzie miała czego kręcić. Tylko czy Robert zrozumie?

Maria uśmiechnęła się serdecznie.

‒ Żartuję. Pan Robert wszystko mi wyjaśnił i tylko nie mógł powiedzieć, kto będzie reporterem.

Tym razem Edyta nie zdołała ukryć zaskoczenia, choć przecież mogła się domyślić, że naczelny wszystko już nagrał.

‒ Ach, pan Robert nie powiedział pani, że już się zgodziłam – pani Maria roześmiała się. ‒ Czułam, że coś kombinuje, ale obiecał mi pewną przysługę, jeśli zgodzę się wystąpić. Spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to człowiek z wielkim darem przekonywania.

Przemek oderwał wzrok od okna.

‒ Można to też tak ująć. Czy mogę zobaczyć resztę mieszkania? Będę chciał ustawić tu kilka kamer, żeby nie wozić ich ciągle ze sobą.

‒ Ależ oczywiście. Obawiam się jednak, że w domu nie spędzimy wiele czasu. Ja często wychodzę. Aha, i nie mam samochodu, korzystam z autobusów.

Edyta spojrzała na Przemka pytająco.

‒ Da radę. Ale mieszkanie i tak bym obejrzał, żeby zaplanować sobie, jak kręcić.

Kuchnia była mała. Na podłodze leżało gumoleum ze wzorem parkietu, na środku przykryte jasnym dywanikiem. Pod jedną ścianą znajdowały się szafki pomalowane na biało, pod drugą – niewielki stół z dwoma krzesłami, przykryty ceratą w biało-szarą kratkę. Biała lodówka zajmowała kąt przy oknie, pod którym znajdował się blaszany zlewozmywak. W drugim kącie stała stara kuchenka gazowa.

‒ Trochę tu ciasno. Ale stojąc w drzwiach, będę mógł nakręcić całe wnętrze. Czy w kuchni często świeci słońce?

‒ Rano, okno jest od wschodu.

‒ Ok.

Drugi z pokoi był malutki i pomalowany na ten sam jasnożółty kolor, co poprzedni. Stała tam tylko szafa, biurko i sofa zarzucona szydełkowymi poduszkami. Na biurku leżało kilka książek obłożonych w szary papier. Jedyną nową rzeczą był laptop. Na ścianie wisiało kilkanaście fotografii w drewnianych ramkach.

Łazienka była równie skromna. Ściany pomalowano na biało. Nad zlewem wisiało lustro z półką, obok stał płytki regał, na którym znajdowały się kosmetyki i detergenty przesłonięte zasłonką w niebiesko-granatowe paski. Wanna obudowana była granatowymi płytkami, które pokrywały także podłogę. Na środku leżał biały tkany dywan. Za drzwiami znajdowała się stara pralka automatyczna i granatowy kosz na ubrania. Okna oczywiście nie było.

‒ Śniadanie je pani w kuchni, czy w pokoju? ‒ zapytał Przemek.

‒ W kuchni. Potem sprzątam przez jakieś pół godziny. Piję kawę i wychodzę. Wracam około trzeciej i jem obiad – w kuchni. Popołudniu czytam, oglądam telewizję, czasem idę na spacer, jeśli jest ładna pogoda. Czasem idę na zakupy. Często przygotowuję coś do jedzenia na kolejny dzień. Kładę się wcześnie, koło dziewiątej, chyba że jest jakiś ciekawy film albo program. A właśnie – zwróciła się do Edyty – miałam zapytać, czy może widziałam jakiś pani reportaż.

‒ Być może ostatni. Był puszczany ostatnio i ze dwa razy powtarzany. „Władza do kupienia”.

Pani Maria pokiwała głową z uznaniem.

‒ Tak. To widziałam. I to wszystko prawda?

‒ Tak. Jestem dziennikarką, pokazuję tylko prawdę.

‒ Pewnie wiele osób jest teraz na panią złych.

‒ Pewnie tak. Ale jeśli są w stanie udowodnić mi kłamstwo, niech idą z tym do sądu. Ja nie mam czego się wstydzić.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Bezkompromisowa i broni pani swego. To dobrze.

Edyta uznała, że wystarczy jej na dziś, i postanowiła się pożegnać.

‒ Proszę przeczytać umowy. My musimy już iść. Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

‒ Nie chcecie wiedzieć, gdzie jutro będziemy jechać?

‒ Nie.

Pani Maria podała im kurtki.

‒ Ale bieda – rzucił Przemek, kiedy tylko weszli do samochodu. ‒ Będę musiał kombinować, żeby nie odbijać się w tych wszystkich polakierowanych szafach.

‒ Zrobisz piękny materiał o wnętrzach z lat osiemdziesiątych. „Cud komuny nadal stoi”. Kurwa, w co ja się wpakowałam!

‒ Uuuu…

‒ Mogłaby chociaż wyglądać jak zapyziała babcia emerytka, a nie podstarzała bizneswoman.

‒ To tak wyglądają podstarzałe bizneswoman? ‒ Przemek najwyraźniej dobrze się bawił, podsycając gniew Edyty.

‒ Nie zauważyłeś, w co była ubrana?

‒ No, w spodnie, koszulkę i sweter.

Edyta spojrzała na niego jak na debila.

‒ No co?

‒ To były markowe ciuchy warte ponad pół twojej pensji.

Przemek zagwizdał.

‒ Może wystroiła się w swoje najlepsze rzeczy, żeby zrobić wrażenie?

‒ Ty nic nie rozumiesz!

‒ Wiem jedno: praca z tobą to czysta przyjemność.

Edyta zdusiła wrzask, który zbierał się w jej piersi.

Następny

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny