Po co ten redaktor, po co?

Jestem redaktorem. Całkiem niezłym. Co robię? Czytam książki. Wydawałoby się, że to praca jak marzenie: siedzę sobie, kawka, książeczka… Otóż nie do końca.

Redaktor to pierwszy czytelnik. Musi być surowy, bo jeśli on czegoś nie dopatrzy, to kolejni dadzą autorowi bobu. Redaktor ma się czepiać. Wszystkiego. Przecinków przede wszystkim, ale treści, stylu i nawet merytoryki, jeśli coś mu nie pasuje. Redaktor czyta wszystkie książki: powieści, wiersze, opowiadania, ale też prace naukowe. Tak. Większość redaktorów spędza cudowne godziny nad rozprawami filozoficznymi, pedagogicznymi, matematycznymi i innymi. Naprawdę cudowne. Okazuje się nawet, że można sprawdzać książkę i wyłapywać błędy, nie bardzo rozumiejąc, co się czyta. Z literaturą piękną problem jest tylko taki, że nie powinno się zbyt ingerować w styl autora, a już w ogóle w treść. Co najwyżej można autorowi zasugerować to i owo, ale delikatnie.

Co jeśli redaktor się nie czepia? Wychodzą wydawnicze buble. Niestety. I niestety wciąż się na takie buble natykam, i wkurza mnie niemiłosiernie taka fuszerka.

Przykłady: dziecku kupiłam wznowienie „Koziołka Matołka”. Na redakcyjnej nie ma nawet wzmianki, że była jakakolwiek korekta, o redakcji nie mówiąc. I to widać. Makuszyński pisał swoje dzieło dość dawno, interpunkcja się od tego czasu zmieniła. Książka jest dla dzieciaków, ale roi się w niej od błędów (przecinki przed „lub” i inne takie). No wypadałoby choć korektę zrobić i takie najgrubsze rzeczy poprawić. Aha – z oryginałem nie sprawdzałam, bo nie mam jak, ale jeśli w oryginale są błędy to można, a nawet trzeba je poprawić. Mówimy o wznowieniu, a nie o edycji krytycznoliterackiej!

Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, kiedy na stronie redakcyjnej nazwisko redaktora jest, a w książce błąd błędem pogania. Czytam i oczom nie wierzę. Czytam więc teraz sagę fantasy o światowej sławie. Tłumaczona oczywiście. Od tłumacza oczekiwałabym, że język ojczysty zna równie dobrze, jak obcy. Ale… to redaktor ma sprawdzić, czy w tłumaczeniu wsio w pariadkie. Najlepiej, jeśli sam potrafi zweryfikować tłumaczenie z oryginałem, ale jeśli nie, to ma przecież tego tłumacza, który powinien również dopilnować, żeby w tekście błędów czy nieścisłości nie było. W końcu to jego nazwisko jest na tytułowej! No więc czytam i szlag mnie trafia. Zdania ze składnią koślawą, błędy gramatyczne, a czasem to tekst się kupy nie trzyma.

Redaktor: szara eminencja tekstu. Dobry autor szanuje redaktora, bo wie, że dzięki niemu nie zaliczy wtopy. Bo we własnym tekście nie widzi się błędów – autor wam to mówi.

Tytuły, tytuły… Kilka najtrudniejszych słów

Wymyślenie tytułu napisanego lub planowanego dzieła jest trudniejsze niż samo pisanie. Można od tytułu zacząć, ale po pierwsze mija się to z celem, bo fabuła i cel książki mogą się zmienić w trakcie pisania, a po drugie – na końcu jest łatwiej (albo nie, ale to już indywidualna sprawa każdego autora – w moim przypadku – nie).

Pierwszy tytuł powstaje najczęściej dlatego, że jakoś trzeba nazwać nowy plik. Można mieć kilka dokumentów nazwanych „Bez tytułu”  lub „Nowy dokument” z cyfrą, ale to bardzo utrudnia znalezienie tego właściwego. Powieść, którą możecie czytać w kategorii „Jedna za wszystkie” nosił pierwotny tytuł „kolejne opowiadanie o przyjaźni”. Dlaczego taki? Bo miało być to opowiadanie i to kolejne, które zaczęłam pisać o przyjaźni. Kiedy skończyłam, uznałam, że po pierwsze: za długi, po drugie: mało chwytliwy, znaczy – nie zachęca. Jakoś tak mam, że długie tytuły kojarzą mi się z pracami naukowymi i książkami o niczym. Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam „Babską przyjaźń”. Funkcjonował ten plik pod taką nazwą bite pół roku, ale gdy przyszło co do czego i postanowiłam opublikować go na blogu, zmieniłam na „Jedna za wszystkie”. „Babska przyjaźń” wydawała się trochę zbyt oczywista i stylistycznie niezbyt udana. „Jedna za wszystkie” wydawała się znacznie lepiej oddawać treść książki. Więc poszło. Niestety. Bo jest jeszcze jedna ważna rzecz – tytuł nie powinien być banalny. Wiem, bo trochę tych tytułów obrobiłam (zawodowo jestem redaktorem i często zdarza się, że pomagam Autorowi w wymyślaniu – cudze rzeczy łatwiej określić). Tak więc nie zdziwcie się, jeśli pewnego pięknego wieczoru kategoria „Jedna za wszystkie” zmieni nazwę (bo banalna, a jeszcze nie daj Boże, ktoś to zechce porównać z arcydziełem szacownego pana Dumas). Jest jeden warunek – musi mi wpaść do głowy coś bardziej sensownego. A może ktoś z Was ma propozycję. Chętnie poznam i rozważę.

Bywa też tak, że pierwszy tytuł siłą rzeczy jest najlepszy, ale z jakichś względów niewygodny. Sami oceńcie: plik, w którym piszę „Bez skrupułów” od początku istnienia nosi tytuł „Suka”. Dlaczego więc nie zatytułowałam tak kategorii: bo nie chcę z góry oceniać (i sugerować oceny) głównej bohaterki. Co prawda sama tak o sobie mówi, ale w końcu to jej pamiętnik – ma prawo, a Czytelnik swój rozum i powinien samodzielnie uznać, czy jej nie znosi, czy jej współczuje, czy może nawet ją podziwia.

Tytuł to najtrudniejsza część pisania, bo sam w sobie jest całością, małym dziełem, a najkrótsze formy, jak powszechnie wiadomo, są najbardziej skomplikowane.