Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

Rozdział 15

POPRZEDNI

Ten weekend miał być dla Tosi bardzo ważny. Babcia Marcina miała osiemdziesiąte urodziny i z tej okazji urządzono dla niej uroczysty obiad. A Marcin postanowił przedstawić Tosię swojej rodzinie. Wcześniej poznała jego rodziców, była u nich kilka razy na niedzielnym obiedzie. Byli to wspaniali ludzie, a ich pasją było zwiedzanie świata i o swoich wycieczkach mogli opowiadać godzinami. Poza tym mama Marcina uwielbiała gotować i robiła to przy każdej okazji. Tata był pasjonatem motoryzacji, jeździł starym mercedesem, do którego, jak mówił, ma wielki sentyment, i w którym bez przerwy coś naprawiał, poprawiał i reperował. Mama z wojaży przywoziła głównie nowe przepisy, a tata tysiące zdjęć, które potem katalogował i puszczał na slajdach każdemu, kto chciał oglądać.

Tosia i Marcin weszli do sali restauracyjnej, przy stole siedziało już kilkanaście osób. Marcin przedstawił Tosię rodzinie. Było jej bardzo miło, gdy jeden z wujków powiedział, że jest bardzo ładna, a ciocia dodała, że pewnie jest też mądra, skoro udało jej się skończyć prawo. Po krótkiej wymianie uprzejmości ze starszymi, Marcin przedstawił Tosię swojemu kuzynostwu. Tu rozmowy okazały się dużo bardziej zabawne, zwłaszcza, że młodzi szybko zaczęli traktować Tosię jak należącą do rodziny.

– Babcia wie? – zapytała jedna z kuzynek, Marta.

– Nie. Myśli że będzie ciasto i kawa u Sowów. I że będą tylko rodzice, Sowowie i Misiurscy – wyjaśniła inna, Patrycja.

– To będzie miała niespodziankę.

– Taką mamy nadzieję. Pojechała po nią Ania.

W rozmowę włączył się kuzyn.

– To się wam tak wydaje. Ania podjeżdża, „Babcia, jedziemy do nas na kawkę”, a babcia szybko: sztuczna szczęka, sztuczne rzęsy, sztuczny biust. Jeszcze tylko mały make-up i gotowa.

Tosi zrobiła zdziwioną minę. Takie żarty o nestorce rodu wydały jej się niegrzeczne.

– No i widzisz, idioto, płoszysz dziewczynę Marcina. Tosia, ty nie słuchaj Roberta. To jest wariat jak mało kto. A za babcię da się pokroić w plasterki i usmażyć na ropie naftowej. To ona go wychowywała, gdy ciocia musiała wracać do pracy.

– Dlaczego na ropie?

– Bo będzie śmierdziało.

Tosia zawsze chciała mieć taką wielką rodzinę i powoli oswajała się z bezpośredniością, która panowała na sali. Ona sama nie znała za dobrze swoich kuzynek i na pewno nie powiedziałaby do żadnej „idiotko”. Tym bardziej podobało jej się, że Robert nie pogniewał się na Patrycję, tylko roześmiał się i po chwili już dogryzał kuzynowi, który najwyraźniej w ostatnim czasie trochę przytył.

W końcu przyjechała jubilatka. Powitało ją gromkie „Sto lat”. W oczach babci Lalki, jak mówili na nią wszyscy, stanęły łzy. Była to drobna, szczupła jeszcze osóbka z wielkim kokiem na szczycie głowy. Ubrana była skromnie, w siwą garsonkę i białą bluzkę, ale na szyi miała przepiękny wisior z korala. Także na czerwono, tylko w nieco jaśniejszym kolorze, umalowała usta.

Odśpiewano wszystkie cztery zwrotki życzeń, po czym do babci zaczęli podchodzić po kolei dzieci, synowe, zięciowie, a na końcu wnuki.

– Wszystkiego najlepszego, babciu. Zdrowia, szczęścia i jak najwięcej radości – powiedział Marcin, po czym dodał: a to jest moja dziewczyna, Tosia.

– Życzę pani dużo, dużo zdrowia i szczęścia. To dla mnie zaszczyt panią poznać.

Babcia wyściskała ich oboje, podziękowała i jeszcze zdążyła skomplementować Tosię, mówiąc Marcinowi, że ma piękną partnerkę i że cieszy się, że z nią przyjechał.

Kelnerzy podali do stołu obiad, potem desery i kawę. Wszędzie wokół trwały rozmowy, po najedzeniu się wszyscy zaczęli zmieniać miejsca. Ciocie podchodziły do Tosi, pytały, skąd jest i co robi. Kuzyni zaczęli po chwili sobie żartować także z niej. Kuzynki stwierdziły, że napiją się wina i zaprosiły Tosię do siebie, twierdząc, że z chłopami nie ma co gadać. Okazało się, że dziewczyny kuzynów były już zadomowione, znały się dość dobrze z resztą. Monika, jedna z kuzynek, nie mogła pić, bo była w piątym miesiącu ciąży, objadała się za to lodami i dawała innym głaskać po brzuchu. Z kolei Gosia, dziewczyna Kamila, odpowiadała na pytania o ślub, który miał się odbyć w następnym roku, i o budowę domu, którą planowali. Czas płynął tak szybko, że Tosia nie zauważyła, kiedy zrobiło się późno i goście zaczęli się rozchodzić. Wujkowie popili i śpiewali teraz piosenki ludowe. Jak Tosia się dowiedziała, był to stały punkt programu zebrań rodzinnych. Wieczór przeciągał się, w końcu jednak wszyscy się rozeszli do domów.

– Całe szczęście, że jutro niedziela. Inaczej nie wiem, jak bym wstała do pracy – ziewnęła Tosia wchodząc pod kołdrę.

– Widzisz, jak fajnie być swoim szefem. Ja mogę wstawać, kiedy chcę. Szef mi pozwala – roześmiał się Marcin i przytulił do dziewczyny.

– Fajną masz rodzinkę.

– Aha – mruknął jej w szyję Marcin i po chwili już spał.

Malowanie nie tylko zajmowało Ani wolny czas, ale także dawało wiele satysfakcji. Malowała codziennie. Okazało się, że nie zapomniała jeszcze, jak to się robi. Bardzo szybko zwykłe rysunki przestały jej wystarczać. W saloniku stanęły małe sztalugi, a na nich rama. Ania postanowiła, że rysunek trzech przyjaciółek, który jej się udał, przeniesie na płótno. Może dziewczyny zgodzą się na powieszenie go nad kanapą?

Poszukiwania tematu do pracy doktorskiej jakoś jej nie szły. Ciocia przesłała jej całe mnóstwo świeżo wydanych powieści. Wszystkie miały rewelacyjne recenzje, ale Ania nie mogła odnaleźć w nich tego czegoś. Nie chciała tłumaczyć dzieła z najwyższej półki, ale popularne szmatławce też jej nie satysfakcjonowały. Za dwa tygodnie miała być rozmowa kwalifikacyjna na studia doktoranckie, a ona nie wiedziała zupełnie, co powie komisji. Malując, zastanawiała się, co ma zrobić. Jedyne, co jej przychodziło do głowy, to szczerość.

„Szanowne grono, moja praca doktorska będzie polegała na tym samym, co praca magisterska. Ale nie wiem jeszcze, czego dokładnie będzie dotyczyć, bo nie wiem, jaką książkę przetłumaczyć”.

Coś takiego powinna powiedzieć, ale w jakiś bardziej składny sposób.

Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy i nadszedł dzień rozmów kwalifikacyjnych na studia doktoranckie. Ania nadal nie czuła się dobrze przygotowana. Przed salą stał już spory tłumek. Przyjmowano ludzi ze wszystkich kierunków z wydziału. Ania była mniej więcej w połowie listy wywieszonej na drzwiach sali. Ludzie mieszali się, wymieniali wrażeniami. Kilka osób przeglądało notatki. Tym Ania zazdrościła. Chciałaby mieć notatki. Niestety musiała improwizować. Obawiała się, że to może nie wystarczyć.

– Dzień dobry.

– Dzień dobry, pani… – profesor zerknął do dokumentów – …Anno. Proszę usiąść.

Z opowieści innych wynikało, że będzie rozmawiał z nią głównie profesor najbardziej związany z jej kierunkiem. Zastanawiała się, z której filologii. Okazało się, że z polonistyki.

– Co panią do nas sprowadza?

– Chęć dalszego studiowania – uśmiechnęła się lekko, żeby wyglądać pewniej i żeby jej banalna odpowiedź wyglądała na dobrze przemyślaną.

Profesor odpowiedział uśmiechem i kontynuował:

– A dlaczego chce pani dalej studiować.

– Chcę pogłębiać swoją wiedzę. Uważam, że nie osiągnęłam jeszcze szczytu swoich możliwości, mogę się rozwijać. Praca nad magisterium dała mi wiele satysfakcji, wiem jednak, że jeszcze wiele przede mną. Widzę wyzwanie, któremu chcę sprostać.

– A czy może nam pani opowiedzieć o tym wyzwaniu?

– Moja praca doktorska miałaby polegać na tym samym, co praca magisterska. Byłoby więc to tłumaczenie powieści niemieckojęzycznej i jej ogólna interpretacja. Myślę, że mogę swoją pracę porównać do książki z Biblioteki Narodowej: szeroki wstęp i tekst… Tyle, że wstęp miałby być w dwu językach. W tej chwili największym wyzwaniem dla mnie jest znalezienie książki, która byłaby obiektem moich badań. Jak na razie nie trafiłam na taką, która przekonałaby mnie do siebie od pierwszego czytania. Przeczytałam większość nagrodzonych książek w Niemczech z ostatnich trzech lat, niestety nie zawsze zgadzam się z opinią komisji. Jedyne, co mi pozostaje, to nadal czytać i szukać.

– Czy mogłaby nam Pani dokładniej wyjaśnić, czego pani szuka? Chodzi na przykład o konkretną tematykę?

– Najłatwiej mi będzie odpowiedzieć na to pytanie, przywołując doświadczenia z pisania pracy magisterskiej. Książkę, którą przetłumaczyłam, znalazłam na półce u mojej ciotki, która mieszka w Niemczech. Ciocia kupiła ją jakiś czas temu i nie miała czasu przeczytać. Sięgnęłam po nią, bo nudziłam się w czasie wakacji. Zafascynowała mnie w niej postać głównego bohatera. Przede wszystkim sposób kreowania go przez narratora. To była ta iskra, która sprawiła, że czytałam tę książkę jeszcze wielokrotnie i w końcu zdecydowałam się ją przetłumaczyć. Trudność polegała na oddaniu właśnie tego, jak narrator opowiada o głównym bohaterze. Powiedziałabym, że była to próba przełożenia niezwykłej formy, nie zaś tylko treści – wzięła oddech. – Powinnam chyba dodać, że nie była to książka utytułowana nagrodami, lecz jednak mająca w sobie coś, co mnie przyciągnęło. Czegoś takiego szukam teraz. To może być bohater, akcja, forma lub jakiś mały element, który sprawi, że będę chciała zgłębić bardziej tekst.

– Mówi Pani o pracy nad jedną książką… Jak ma to wpisywać się w plan studiów doktoranckich?

– Wydaje się, że łatwo jest przetłumaczyć dowolny tekst. Wystarczy znać słówka i gramatykę. Jednak dobre tłumaczenie to nie tylko fabuła. To także przekazanie atmosfery, próba odtworzenia stylu w innym języku. Tłumacz nie może też interpretować w trakcie tłumaczenia, bo odbiera wówczas możliwość interpretacji czytelnikowi. Chciałabym, żeby moje tłumaczenie jak najwierniej oddawało oryginał. Nie da się tego zrobić bez rzetelnej wiedzy z teorii literatury. Praca analityczna, która powstaje razem z tłumaczeniem, pomaga mi zrozumieć książkę, jej wieloznaczność, a przez to lepiej oddać jej sens. Jest to jednocześnie praca w dwóch wymiarach. Piszę bowiem pracę analityczną książki niemieckojęzycznej i własnego tłumaczenia. Staram się oba te elementy zespolić ze sobą. Dzięki temu nie interpretuję tylko oryginału i nie tłumaczę tylko książki. Łączę obie te rzeczy w całość.

– Dziękujemy. Czy ktoś ma jeszcze jakieś pytania? – Profesor rozejrzał się, ale nikt nic nie powiedział. – Nie? Dobrze. To jeszcze raz dziękujemy i mam nadzieję do zobaczenia… Lista osób przyjętych zostanie wywieszona na tablicy za około tydzień.

– Ja również dziękuję i do widzenia.

Marta oglądała telewizor, kiedy Tosia wróciła z pracy. Ani jeszcze nie było.

– Cześć – rzuciła z przedpokoju Tośka.

– Cześć.

Tosia na chwilę zniknęła w łazience, by za chwilę wejść do kuchni. Zdjęła pokrywkę z garnka i wlała sobie miskę zupy pieczarkowej.

– Pyszota! Umieram z głodu – powiedziała i usiadła przy stole. – Jak było…? O kurka!

– No, poszłam w Poznaniu do fryzjera… Jak ci się podobam?

– Wiesz, nie gniewaj się, ale dlaczego się obcięłaś tak krótko?

– No dobra, nie byłam u fryzjera. Sławek obciął mi włosy swoją maszynką raptem dwie godzinki temu, jak wróciłam. Myślałam, że już mi nie wylecą, ale jednak naświetlenia zrobiły swoje i w Poznaniu prawie cały czas chodziłam w turbanie. Jedna koleżanka nauczyła mnie robić.

– Kurczę… Przykro mi…

– A mi chyba nie. Zawsze miałam krótkie włosy, to nie mam czego żałować. Teraz są po prostu krótsze.

– No, o sto procent. Nie jest ci smutno?

– A to coś zmieni? Poza tym miałaś przezabawną minę, gdy mnie zobaczyłaś. Poczekaj, aż zobaczysz Ankę. Dla waszych min było warto – Marta się uśmiechnęła łobuzersko.

Ania ich nie zawiodła. Weszła i wrzasnęła od samych drzwi, bo Marta wystawiła łysą głowę zza framugi i szeroko się do Anki uśmiechnęła.

– Czyś ty zdurniała? Ludzi straszysz. Zdejmij to coś z głowy.

– Ale ja nic nie mam na głowie.

– No przecież widzę, że masz jakąś silikonową łysinę czy coś. Wolę nie wiedzieć, skąd to wytrzasnęłaś.

– Aniu, ale ja na prawdę niczego nie mam na głowie. To jest moja osobista łysina.

– Ale jak…? Obcięłaś…? – Ania zaczęła się jąkać.

– Nieee!! – Marta udała oburzoną. – Same wypadły.

Machnęła ręką i poszła wlać Ani zupę. Utrata włosów trochę ją zabolała, ale starała się nie robić z tego wielkiego halo. Na początku zastanawiała się nad kupnem peruki, teraz uznała, że tak, jak jest, jest dobrze.

– Chcę trochę poeksperymentować. Nie mam teraz włosów, ale mogłabym na przykład mocniej malować oczy. Będą wyrazistsze.

– Kocie oczko – Ania ze zrozumieniem pokiwała znad talerza.

– Kupiłam eyeliner. Nie mam pojęcia, jak się tym posługiwać, ale chyba damy radę go rozpracować.

Cały wieczór spędziły na zabawie kosmetykami. W końcu Marta uznała, że będzie już wiedziała, jak szybko następnego dnia zrobić sobie makijaż. Nie wstydziła się przyznać przed sobą, że ma on jej zastąpić utracone włosy. Do tej pory nie malowała się mocno. Używała głównie tuszu do rzęs i pomadki ochronnej. Teraz chciała mocniejszym makijażem dodać sobie pewności siebie.

Akcja „Badaj piersi – to nie boli” powoli się rozwijała. Okazało się, że w Gdańsku na spotkanie przyszło więcej osób, niż było miejsc siedzących na sali. Wśród kobiet było dużo młodych dziewczyn, więc Marta uznała, że dobrym pomysłem było rozpropagowanie spotkania na uczelniach. W Poznaniu plakaty zawisły więc na wszystkich możliwych wydziałach, a dodatkowo w licznych liceach, technikach i szkołach zawodowych. Sukces trójmiejski zachęcił kilka dużych, krajowych mediów, które zgodziły się objąć akcję patronatami. Marta cieszyła się z tego, choć trochę ukłuło ją, że nastąpiło to tak późno – kiedy najtrudniejsza praca została wykonana przez nią i jej koleżanki z obu stowarzyszeń oraz przyjaciółki. Bez wsparcia Tosi i Ani pewnie by się poddała.

Była zadowolona i już snuła plany zmian. Chciała rozszerzyć spotkania. Myślała o tym, że powinny na nich występować kobiety, które nie poddały się chorobie, zwyciężyły ją i mogą o tym opowiedzieć, by zachęcić inne. Zastanawiała się, czy w Toruniu, gdzie miały się odbywać kolejne wykłady, nie wystąpić i nie opowiedzieć, jak wczesna diagnoza uratowała jej piersi, a może także życie.

Rozdział 14

POPRZEDNI

Wielkanoc zapowiadała się w tym roku bardzo ciepła i rodzinna. Tosia uprosiła Bielicką i Wagnera i dostała trochę wolnego. Do domu przyjechała obładowana prezentami. Wielką radość sprawiło jej ich wybieranie. W końcu mogła pozwolić sobie na piękne i dość drogie upominki. Już na Boże Narodzenie trochę zaszalała, teraz kupiła mamie prześliczne, prawdziwe perfumy, babci naszyjnik z naturalnych pereł. Dla pana Jana wyszperała w antykwariacie pierwsze wydanie „Potopu” Sienkiewicza – na ten prezent zrzuciły się razem z mamą i babcią. Bo oczywiście pan Jan miał być u nich na wielkanocnym śniadaniu.

Jak zawsze w sobotę rano Tosia poszła do kościoła ze święconką. Po drodze wspominała ubiegłoroczne święta i uśmiechała się do siebie. Od tamtej pory tak wiele się zmieniło. Przed kościołem zobaczyła Mariolę. W Boże Narodzenie widziała się z nią tylko przez chwilę, po pasterce obie były przemarznięte i spieszyły się do domów, potem Tosia wracała do Gdańska. Teraz mogły dłużej porozmawiać, szczególnie że świeciło piękne słońce i było wyjątkowo ciepło, a Mariola była tylko ze swoim synkiem, który grzecznie siedział w wózku.

– Wiesz? Interes nawet się kręci. Władowaliśmy masę kasy na remont szklarni i budynków, ale póki co starcza nam na raty i wszystkie opłaty.

– Ale jak ty sobie radzisz z prowadzeniem całej księgowości i opieką nad dzieckiem? A przecież jeszcze musisz zadbać o małżeństwo. Ja nie mam czasu już na nic, a jestem w wolnym związku, nie mam dzieci ani domu. Podziwiam cię.

Mariola się roześmiała.

– Ale święta w tym roku robi mama z siostrą. Ja nie dałabym już rady.

– No tak, od czego są mamy.

– Wiesz, moja mama nigdy nie pracowała. Całe życie w domu. Ja bym tak nie chciała. Nie jest łatwo, szczególnie z eksportem łatwo się zakręcić, ale póki co pomaga mi jedna taka księgowa, na którą nie ma mocnych. A ja się ciągle uczę. Na początku zatrudniliśmy dwie kobiety. Teraz mamy cztery i zaczynamy zastanawiać się nad piątą.

– Kurczę, to naprawdę odnieśliście sukces.

– Do sukcesu jeszcze sporo nam zostało, ale… Wiesz? Mam teraz pewność, że cokolwiek by się nie działo, dam sobie radę. Nie stoczyliśmy się, nie żłopiemy piwa pod sklepem.

Mariola się uśmiechnęła i w uśmiechu tym kryło się sporo dumy.

– No, tego by jeszcze brakowało.

Tosia spojrzała na Mariolkę z wyrzutem.

– To teraz powiedz lepiej, co u ciebie – zapytała Mariola.

Zanim Tosia opowiedziała o Marcinie, pracy, marzeniach, których tyle pojawiło się ostatnio, dziewczyny doszły do skrzyżowania. Rok wcześniej szły dalej, teraz Tosia musiała skręcić.

– A mogę zadać ci niedyskretne pytanie?

– To zależy.

– Wiesz, po wsi chodzą różne plotki. Jak to jest z twoją mamą i Giermakiem?

– Myślę, że się kochają.

– Serio?

– Po wsi chodzą plotki, a ty jesteś zdziwiona?

– Nooo… Ludzi gadają często, co im ślina na język przyniesie. Ty chyba nie wiesz, co gadali o nas i otwarciu firmy.

– Wiem – udało się wtrącić Tosi. – Babcia mi trochę mówiła.

– No właśnie. A jest kilka takich, które twojej mamie zazdroszczą.

– No tak, moja mama to dla nich wróg publiczny numer jeden.

– Chyba tak. No, ale ja lecę, bo Mikołaj się krzywi, chyba mu się znudziło siedzenie w wózku.

– Życz wszystkim wesołego Alleluja.

– I ty również.

Maj minął nie wiadomo kiedy. A w czerwcu były urodziny Ani. Do tej pory spędzała je z Damianem, teraz miała cały dzień dla siebie i swoich przyjaciół. Poza tym niedawno została panią magister i postanowiła to uczcić. Całą imprezę bardzo dokładnie zorganizowała. Zaprosiła najbliższych i kilkoro znajomych z pracy. Zaplanowała menu i zarezerwowała stolik w Parlamencie. Zapowiadała się wspaniała zabawa.

O dziewiętnastej zaczęli schodzić się pierwsi goście, nie licząc Tosi i Marty, które przez cały dzień krzątały się wokół sałatek, kanapek i koreczków. Jubilatka przyjmowała z wdziękiem prezenty i kwiaty, a jej współlokatorki nalewały drinki i sadzały gości w ciasnym saloniku.

– Sto lat, sto lat… – w drzwiach wejściowych pojawił się Sławek, za nim Magda. Odśpiewali „Sto lat” tak, że słyszała ich cała kamienica, wycałowali jubilatkę, po czym Sławek zapytał: – A znajdzie się jeszcze jedno miejsce?

– Jasne, a dlaczego pytasz?

– Bo za drzwiami został prezent.

Ania skoczyła jak oparzona.

– Zdurniałeś ostatecznie? – zapytała już przy drzwiach, za którymi stał Paweł. Wciągnęła Pawła do środka, nadal rugając zaśmiewającego się do rozpuku Sławka.

– Pamiętasz Pawła?

– Jasne, pamiętam. Jak leci?

– W porządku. I wszystkiego najlepszego. Niestety nie mam prezentu, ale przyniosłem wino.

– Dzięki. Wchodź.

Powoli zebrali się wszyscy i impreza rozkręciła się na dobre. Najpierw były żarty i żarciki, ale żeby zintegrować wszystkich Ania wyciągnęła niezastąpione „Tabu”. Jak się okazało nie wszyscy grali wcześniej w tę grę, więc zabawa była przednia. Zanim grupa Ani wygrała, wszyscy dobrze się poznali i najwyraźniej polubili. Przenieśli się do Parlamentu.

– Zatańczysz? – zapytał ją Paweł.

– Jasne.

Paweł przyjechał, żeby dowiedzieć się, czy bez problemów przeniesie się do Gdańska ze Szczecina i przypadkiem trafił na urodziny Ani. Przyszedł namówiony przez Sławka, ale chyba tego nie żałował, bo przez większą część wieczoru flirtował z jubilatką. Wyraźnie było widać, że jest nią zainteresowany, ale ona nic sobie z tego nie rozbiła, a chwilami wręcz unikała. Był od niej trzy lata młodszy, co w jej mniemaniu zupełnie go dyskwalifikowało. Nie mogła jednak nie zauważyć, że chłopak wspaniale tańczy.

Obracając się z Pawłem zobaczyła, że Marta ich obserwuje i mruga do niej okiem. „No tak, już nawet Marta zauważyła. I co ja mam teraz zrobić”, pomyślała, ale piosenka się skończyła, a Paweł odprowadził ją do stolika i poszedł po piwo.

– On bardzo cię lubi.

– Skoro nawet ty to zauważyłaś.

Dziewczyny siedziały przy śniadaniu, a właściwie obiedzie. Była niedziela. Do domu wróciły bardzo późno, bo zabawa była naprawdę udana. Marta pierwsza zwlokła się z łóżka i zaczęła przygotowywać śniadanie. Jak zawsze na kaca przygotowała porządny posiłek, czyli jajecznicę ze szczypiorkiem, chleb z pomidorami i herbatę z cytryną. A przy kacowym śniadaniu najlepiej sprawdzała się miła pogawędka na luźne tematy, na przykład zastanawianie się, czy Paweł jest zakochany w Ani i czy to dlatego przenosi się do Gdańska.

Marta biegła. Wymijała turystów kręcących się po plaży. Dobiegła do Sopotu i zawróciła. Powoli zbliżała się do domu. Była zmęczona, ale nadal niezbyt spokojna.

– Biegałaś? – spytała Tosia, gdy tylko Marta weszła do mieszkania.

– Jo.

– Stało się coś? – tym razem głos dobiegł zza komputera Ani.

– Zaraz pogadamy. Tylko wezmę prysznic, może to mi pomoże.

Tosia i Ania spojrzały na siebie znacząco. Marta musiała czymś bardzo się przejąć, a od czasu choroby przejmowała się niewieloma rzeczami. Musiało się zdarzyć coś na prawdę poważnego.

– To mów, co się stało.

Tosia zrobiła dla nich herbatę i wyjęła z szafki delicje.

– Nic mi się ostatnio nie udaje.

– Nie przesadzasz?

– Nie wiem. Może i przesadzam, ale od kilku dni naprawdę nic mi się nie udaje. Całkiem jakby coś się sprzysięgło przeciwko mnie.

Spojrzała na koleżanki.

– Opowiadałam wam o akcji, na którą namówiłam Fundację i Amazonki i za którą jestem odpowiedzialna. No i właśnie w tym kierunku niczego nie mogę załatwić. Z koleżankami namówiłyśmy kilkunastu lekarzy z całej Polski, żeby poprowadzili warsztaty tutaj, w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Jeśli udałoby się w wielkich miastach, uderzyłybyśmy do małych. Znalazłyśmy sponsorów i wywalczyłyśmy dofinansowanie z Unii. Wszystko jest gotowe, mamy terminarz, miałam nagrane spotkania z kilkoma dziennikarzami z ogólnopolskich czasopism, a tu nagle wszyscy oni odwołali rozmowy albo chcieli je przesunąć na termin po akcji. Masakra, bo mamy mnóstwo ulotek, które chcemy rozdać, ale to nie będzie miało takiego odzewu, jak mała wzmianka o spotkaniach w prasie.

– A jakie gazety chciałaś w to zaangażować?

– Byłam ugadana z babką z „Claudii”, „Zwierciadła” i „Przyjaciółki”.

– To tylko trzy gazety.

– No, niby tak, ale to ogólnopolskie i bardzo poczytne czasopisma. Pierwsze spotkanie jest za dwa tygodnie, a tu nic. Po prostu czasem mam wrażenie, że to mnie przerasta. Na początku wydawało mi się, że to świetny pomysł, że każdy da się namówić, że przecież cel jest szczytny, że warto. Ale niektórzy są beznadziejni.

Marta była wyraźnie przybita. Od czasu choroby ciągle działała, wręcz rzuciła się w wir wydarzeń, tryskając energią i pomysłowością. Teraz nagle straciła tę siłę, która pchała ją do przodu.

– Inne dziewczyny też tak zareagowały?

– Jak?

– Poddały się.

– W sumie…

Tosia z Anią spojrzały na nią pytająco.

– No, wiecie…

Najwyraźniej Marta miała na sumieniu coś, do czego trudno było jej się przyznać.

– Martunia… co zrobiłaś?

– Raczej czego nie zrobiłam. Inne dziewczyny nie wiedzą. To ja miałam spotkać się z dziennikarzami i wyjaśnić im, dlaczego chcemy uświadamiać kobiety, pokazywać im, jak się badać, dlaczego warto się szczepić.

– No, chyba żartujesz. Przecież sama tego nie udźwigniesz.

– Sama nie wiem już, co mam robić.

Zapadła cisza. W tej sytuacji trudno było pocieszyć Martę. Siedziały tak przez chwilę, aż Tosia podniosła głowę i spojrzała na nie uważnie.

– Wiecie co? Dlaczego to ma się nie udać? Przecież to świetny pomysł i… kurczę! To się musi udać. Chodzi o życie setek kobiet.

– Co to znaczy, że musi się udać?

– Po pierwsze umów się z tymi dziennikarzami na pasujące im terminy. A po drugie: nie załamuj się!!! Jak się nie da drzwiami, to oknem.

– To chyba nie najlepsze powiedzenie w tej sytuacji.

– Jestem prawnikiem, a nie filologiem. Zresztą grunt, żebyście zrozumiały, o co mi chodzi. Pierwsze spotkanie jest tutaj, prawda?

– Tak.

Marta nadal była przybita i było to słychać w tym jednym, cichym słowie. Nie bardzo wiedziała, o co chodzi jej przyjaciółce. Co z tego, że spotkanie jest w Gdańsku, skoro nie da się go odpowiednio nagłośnić. Przyjedzie może kilka osób i projekt okaże się klapą. Urzędnicy cofną im dotację, gdy przeczytają raport.

– No! Myślisz zbyt konwencjonalnie. Organizujecie wielką akcję, ale promocje możecie mieć… hm… powiedzmy lokalną. W końcu najlepszy jest marketing szeptany.

– Ale nie zrobimy teraz marketingu szeptanego – zauważyła cicho Marta.

– A właśnie, że tak. Ilu ludzi znamy?

– Na naszej klasie mam ponad stu znajomych, ale tylko część z Trójmiasta? – Ania chyba też nie bardzo wiedziała, o co chodzi Tosi.

– Nie o takich znajomych pytam. W samej tylko twojej szkole pracuje kilkanaście kobiet. A kilkadziesiąt się w niej uczy.

Ania spojrzała na Tosię zaskoczona. Nie pomyślała o takich znajomych.

– W mojej kancelarii pracuje ledwie kilka pań, ale namówię szefa, żeby każdej kobiecie, która pójdzie na spotkanie dał w tym dniu wolne.

– Zwariowałaś?

– Nie. Osobiście wręczę mu ulotkę.

– No tak, ale to tylko kilka kobiet – zauważyła sceptycznie Marta.

– Tak, ale każda ma kilka koleżanek, dla których dostaną ulotki. A przez kancelarię codziennie przewija się co najmniej kilka klientek. Zawsze podchodzą do pani Basi. I to na jej biurku znajdzie się informacja o wykładzie.

– Wiem! A ja w tym tygodniu zrobię kilka lekcji o zdrowiu. Dzieciaki zapytam, jakie znają choroby, na pewno któreś wymieni raka. Z dorosłymi pogadam poważniej o zapobieganiu. A na koniec dostaną ulotki – dzieciaki dla rodziców, dorośli dla siebie i swoich znajomych. Wiecie co? Zaproszę nawet te wredne baby w sekretariacie.

– Aha, w każdym sekretariacie albo dziekanacie musi siedzieć choć jedna wredna baba – Marta zauważyła już nieco weselej.

– A co do dziekanatu – pogadaj ze Sławkiem i Magdą. Są na studiach, mają setki znajomych i dostęp do recepcji akademików.

Marta spojrzała na nie wciąż jeszcze nieprzekonana.

– Ale w ten sposób nie dotrzemy do szerszego grona, a tylko do wybranych grup społecznych.

– No dobra – zgodziła się Anka. – A od czego są darmowe gazetki. Te chętnie poprą akcję i napiszą o niej.

– Wykorzystajcie też Internet.

– Umieściliśmy wiadomość na naszych stronach i stronach zaprzyjaźnionych stowarzyszeń.

– To za mało. Zacznij od Trójmiasto.pl, może większe portale się zainteresują.

– Myślisz?

– No, skoro „Zwierciadło” się zainteresowało…

Marta uśmiechnęła się.

– Wiecie co? Jak to było w tym filmie? Na nikogo w życiu nie mogłam tak liczyć jak na was.

– Tak, tylko to było do robotników na budowie.

Marta zaśmiała się i w jej oczach znów zabłysły iskierki.

– Dziewczyny!

– Co?

– Kocham was. A teraz lecę. Muszę poodpisywać na mejle. Jeszcze pomyślą, że mi nie zależy.

Rozdział 13

POPRZEDNI

Życie Tosi zaczynało być obrzydliwie uporządkowane, niemal nudne, czego nie omieszkała jej wytknąć Marta. Ta nie mogła się skarżyć na brak zajęć, sama je sobie organizowała i w nosie miała przestrogi lekarzy. Przedrzeźniała ich, zrzędliwym głosem: „Nie może się pani przemęczać”, „Odpoczywać, odpoczywać, odpoczywać”. Szczególnie tego ostatniego, potrójnego „odpoczywać” nadużywała. Stosowała je za każdym razem, gdy ktoś zaczynał ją ostrzegać, że za wiele pracuje, nadwyręża się i tak dalej.

Tosia tymczasem zaczęła wreszcie czuć się pewnie. Szczególnie w pracy. Coraz częściej Bielicka powierzała jej przygotowanie sprawy i Tośka odkryła w sobie talent detektywistyczny. W bibliotece i Internecie potrafiła wyszperać wszystko. Coraz częściej mogła też uczestniczyć w rozmowach z klientami.

– Wiesz? Dopiero teraz przekonuję się, że prawo było dobrym wyborem – mówiła wieczorem do Marcina. Przed chwilą obejrzeli film i teraz leżeli wtuleni w siebie.

– A wcześniej nie byłaś tego pewna?

– Chciałam iść na polonistykę, ale wybrałam prawo. Nie ma co ukrywać, zrobiłam to dla kasy. Ile zarabia początkująca nauczycielka?

– Jak dla mnie najważniejsze, że w ogóle przyszłaś na studia. Inaczej nigdy bym cię nie znalazł w tej Kalisce.

Tosia pocałowała delikatnie swojego chłopaka. Przypomniała sobie, że kiedyś marzyła właśnie o takiej chwili. Poczuła, że chyba nie mogłaby być szczęśliwsza. Osiągnęła więcej, niż chciała. Przez chwilę wystraszyła się, że za chwilę się obudzi i to wszystko okaże się tylko snem.

Ich soboty przetrwały chorobę Marty i wielką miłość Tosi. Mimo wszystko się spotykały – najpierw w szpitalu, a potem w swoim saloniku. Zmieniło się tylko to, że nie wychodziły już do klubów, za to więcej rozmawiały i oglądały więcej filmów. Tym razem Ania przyniosła „Lepiej późno niż później”.

– Jack Nicholson jest boski. A Diane Keaton niesamowita.

– Nicholson jest stary.

– Oj, Tosia, ty się nie znasz. Zresztą obejrzysz, to zobaczysz.

Ance można było zaufać w kwestii filmów. Zawsze przyniosła coś dobrego. I tym razem wstrzeliła się w temat. Tosia była zachwycona.

– Skąd ty bierzesz te wszystkie filmy?

– Ty ciągle pracujesz, a ja mam trochę czasu, więc poczytam sobie trochę recenzji, powypytuję…

– Ale świetny ten film… i cofam do powiedziałam, Nicholson może i stary, ale boski… oj, boski.

– A ty, Martunia, co tak siedzisz.

– A tak sobie myślę… ja chyba przypominam trochę tę córkę?

– Ty? – Tosia otworzyła szeroko oczy.

– No, też boję się zaangażować.

– To teraz chyba Anka lepsza. Lata z kwiatka na kwiatek.

– Ja? Za co? Zresztą ja już swoje przeżyłam. Wielką miłość już miałam. Teraz płaczę i się śmieję, jak ta główna bohaterka.

– Teraz Tosi kolej, choć długo zwlekała.

– Oj, zwlekałam, zwlekałam… Nie byłam pewna.

– Bo to jest w miłości najpiękniejsze. Ta niepewność.

Marta zaczęła się śmiać.

– No. Ance to możesz wierzyć. Nikt tyle miłości, co ona, nie przeżył.

– I chyba się mi skończyło to szczęście i już do końca życia sama będę.

– Ale co ty mówisz? – Tosia była oburzona. – Szczęście nie jest czymś, czego mamy limit.

– A ja czasem ma wrażenie, że to właśnie tak jest. Że musimy przeżyć tyle samo szczęścia, co nieszczęścia.

– A jak to udowodnisz?

– A choćby twoja mama. – Widać Ania dużo myślała na ten temat. – W dzieciństwie była raczej szczęśliwa, nie głodowała, nie musiała ciężko pracować. A potem cała rodzina się od niej odcięła na dwadzieścia pięć lat. A teraz nagle twoja mama znów jest szczęśliwa. Jest jeszcze całkiem młoda, ma trochę ponad czterdzieści lat i znalazła miłość. Wycierpiała wiele, ale teraz jest szczęśliwa i to szczęście jej wynagrodzi całe lata trudu. No, i jeszcze ma ciebie. Ile ją to musiało kosztować, że skończyłaś studia, a nie zawodówkę. Inni by może tak zrobili, poszli po najmniejszej linii oporu. A twoja mama wybrała trudniejszą drogę i teraz spotkała ją za to nagroda.

– Wow, nieźle to sobie wymyśliłaś. Nawet ma to jakiś sens.

– No tak, ale mnie na przykład stawia to w niezbyt dobrej sytuacji. Przez dwadzieścia pięć lat byłam szczęśliwa, a teraz co? Wszystko mi się odwróci?

– W pewien sposób twoja choroba…

– No tak…

– A Tosia… dwadzieścia pięć lat łatwo jej nie było. A teraz – mamą nie musi się opiekować, bo znalazła lepszego opiekuna. A sama ma Marcina i ten nie pozwoli jej skrzywdzić. Nawet moje życie jest tego dowodem. Zawsze marzyłam o rodzinie, mężu, domu. I pewnie będę w życiu szczęśliwa, ale nie jako matka, a jako pani profesor.

Tosi teoria Ani nawet się podobała, bo oznaczała ona, że teraz i ona, i jej mama będą szczęśliwe. Ale Marta miała nieco inne spojrzenie.

– Nie godzę się, bo to znaczy, że nic nie jest zależne od nas. A ja będę do końca walczyć. I o siebie, i o inne. Ja uważam, że każdy jest kowalem swojego losu.

Ania złożyła pracę magisterską w kwietniu, czym wprawiła w zdumienie wszystkich z wyjątkiem przyjaciółek i profesora Sudeckiego. Ten był zachwycony. Kazał poprawić jej jeszcze kilka szczegółów, po czym gładko przeszedł do planowania jej pracy doktorskiej. Miała wyglądać podobnie jak jej praca magisterska, więc należało wybrać odpowiedniego pisarza.

– Pani Anno, to wiele pracy. Mogę pani pomoc zdobyć prowadzenie zajęć na studiach zaocznych, ale to będą zajęcia bezpłatne.

– Dziękuję, panie profesorze, ale jeszcze nie jestem magistrem, a co dopiero doktorantką.

– No cóż, nie jestem w komisji rekrutacyjnej, ale wiem, że ma pani olbrzymie szanse. Szczególnie, że może się pani przygotować. Komisja ceni sobie, gdy kandydat ma gotowy konspekt swojej pracy. Wie wtedy, że taka osoba ma poważne zamiary. Mimo że jej konspekt i tak się zmieni.

Ania zaczęła więc poszukiwania. Całymi godzinami siedziała na niemieckich stronach i forach, szukając ciekawej książki do tłumaczenia. Wiedziała, że to musi być coś współczesnego. Sporządziła listę tytułów i zadzwoniła do ciotki.

– Wiecie co?

– Co? – Marta zaparzyła kawę i siadła przed stertą papierów.

– Nagle zrobiło mi się za dużo czasu. Skończyłam pracę, obrona za tydzień. Trochę powtarzam materiał, ale ile można. Zajęcia w szkole też nie zabierają za wiele czasu. Nie muszę dbać o żaden związek i nagle okazało się, że mam całe mnóstwo czasu dla siebie.

– To chyba dobrze.

– No, nie wiem… Czuję się trochę zagubiona. Czasem po prostu nie wiem, co mam robić. Trochę nudy nikomu nie zaszkodziło, ale ja mam jej ostatnio za dużo.

– Zrób mi kolację – Tosia weszła do mieszkania.

– Znów późno wracasz.

– No tak, w kancelarii jest teraz urwanie głowy. Wszyscy mecenasi, także Bielicka siedzą do późna, nie mogę wychodzić przed nimi… No, może gdybym miała małe, chore dziecko i była samotną matką…

– No wiesz, to niesprawiedliwe. W twojej kancelarii na pewno nie panuje taka atmosfera. – Marta była oburzona.

– Martunia, taka praca. Wszyscy siedzą po godzinach. Wychodzi wcześniej tylko asystentka Wagnera, ale ona naprawdę ma małe dziecko. Na dodatek jest samotną matką, więc… Ale ja wam przerwałam, o czym rozmawiałyście?

– Ania mówiła właśnie, że ma za wiele czasu.

– To podziel się ze mną – zażartowała Tosia. – Mi go bardzo brakuje. Praca zajmuje tyle czasu, z Marcinem widzimy się głównie dlatego, że wieczorami po mnie przyjeżdża. A tyle jest jeszcze rzeczy do zrobienia.

– To ja ci chyba zrobię tę kolację. I nie musisz sprzątać w tym tygodniu łazienki. Nudziło mi się po południu.

Ania postanowiła jakoś jednak zapełnić swój wolny czas. Do pracy chodziła głównie popołudniami, wtorki całe miała wolne. Postanowiła odnowić zwyczaje z młodości i odwiedziła sklep papierniczy. Kupiła kilka ołówków, blok techniczny, pastele i farby akwarelowe. Na początek nie mogła wymyślić żadnego dobrego tematu, ale po chwili spojrzała na zdjęcie, które Marcin pstryknął im na sylwestra. Uchwycił je kiedy tańczyły – wszystkie wystrojone, roześmiane, z kieliszkami w dłoni. Trzy przyjaciółki. Pomyślała, że na początek może zacząć od kopiowania i zaczęła szkicować.

W kwietniu były dwudzieste szóste urodziny Marty. W tym roku chciała je naprawdę uczcić. Po raz pierwszy poczuła, że ten dzień jest świętem.

Wstała późno, nigdzie się nie spieszyła. Ubrała się w najlepsze ciuchy i ułożyła włosy. Zawsze miała krótkie, po naświetleniach zmieniła kolor i z szatynki stała się płomiennie ruda. Na wieczór zaprosiła Sławka, Magdę, dziewczyny i Marcina. Zaplanowała kolację po włosku: makaron, trzy sosy – pomidorowy, carbonara i szpinakowy – a do tego wino i sery. Chciała, by był to wyjątkowy dzień. Zaplanowała coś jeszcze.

– Wszystkiego najlepszego, kochanie – zabrzmiał głos w słuchawce. – Kiedy nas odwiedzisz?

– Dziękuję, mamo. Nie wiem.

– Kochanie, Sławek był u nas dwa razy. Nie wiedział, co u ciebie. Jak go o coś pytaliśmy, natychmiast zmieniał temat. Czekaliśmy trzy miesiące, ale chyba powinnaś nam powiedzieć. Zaczynamy się martwić.

– Mamusiu, nic mi nie jest.

– Zawsze tak mówisz. A ja chcę wiedzieć, jaka jest prawda.

– Dobrze, powiem ci. Naprawdę nic mi już nie jest. Jestem jeszcze na zwolnieniu. Nie pracuję, bo musiałam odpocząć po zabiegu.

– Po jakim zabiegu, kochanie? Co się stało, miałaś usuwany wyrostek?

– Nie, mamo. Najpierw musisz wiedzieć, że jestem już zdrowa, nic mi nie jest. Miałam usunięte guzki w lewej piersi.

Marta powiedziała to wszystko na jednym wydechu. Po drugiej stronie linii dało się słyszeć gwałtowny wdech. Po chwili łamiącym się głosem mama zapytała:

– Dlaczego nam nie powiedziałaś?

– Nie mogliście mi pomoc, nie chciałam was martwić. Były przy mnie dziewczyny. I Sławek. Choć on dowiedział się przez przypadek.

Marta opowiedziała mamie o Sławku, a potem długo jeszcze mówiła o tym, jak znalazła guzki w piersi, jak przechodziła przez badania i operację. Z drugiej strony panowała cisza.

– Nie przyjeżdżałam, bo nie wiedziałam, jak wam to powiedzieć.

– Słoneczko… – w głosie mamy słychać było łzy i nagle Marta zauważyła, że ona też płacze. – Zawsze będziemy z tobą. A teraz muszę porozmawiać z tatą.

– Mamuś, mam dziś kolację urodzinową, ale jutro do was przyjadę. Tęsknię za wami.

– Dobrze, kochanie. Będziemy czekać.

Kolacja była wspaniała. Dokładnie taka, jaka miała być. Goście chwalili jedzenie, żartowali, podarowali Marcie przepiękną białą orchideę. A Sławek wycałował ją na wieść, że porozmawiała w końcu z rodzicami.

Rozdział 12

Poprzedni

Życie nagle zaczęło pędzić jak szalone. Po powrocie po świętach do pracy na Tosię czekała masa roboty papierkowej. Zakopała się więc w stertach dokumentów na całe dnie, bo po tym, jak udało jej się wygrać sporą sumkę dla córeczki Kotarbińskiej, dostawała co łatwiejsze sprawy. Wieczory spędzała z Marcinem lub z Marcinem i Martą. Anię widywała rano i przy łóżku Marty. Nie czuła się jeszcze najpewniej w związku, nagle cały jej starannie przemyślany plan na życie przestał być aktualny. Pewnie coś z niego da się uratować, nie miała jednak czasu, żeby to przemyśleć. Całe życie planowała zająć się mamą, gdy tylko stanie jako tako na nogach. Tymczasem mamą zaopiekowała się chwilowo babcia, o opiekę starał się chyba pan Jan, a samą Tosią opiekować zobowiązał się Marcin. Gdzie w tym wszystkim było jej miejsce? Przecież nie chce być bezwolną kobietką zdaną na łaskę i niełaskę faceta. W sumie na ślub i dziecka było o wiele za wcześnie. Zresztą jaki ślub, jakie dziecko, są ze sobą niecały miesiąc! Ale co teraz? Jedyna sensowna myśl, jaka przyszła jej do głowy, to zająć się sobą. Przyłożyć się do kariery, skończyć akredytację, zarobione pieniądze odkładać – zawsze się przydadzą w taki czy inny sposób. Mogą być nawet jej zabezpieczeniem na wypadek, gdyby z Marcinem nie wyszło. W końcu powinna kiedyś kupić mieszkanie. Nie można do końca życia mieszkać na wynajmowanym, a książeczka od dziadka to ułamek potrzebnej sumy.

Z jednej strony starała się nadal być sobą. Z drugiej – do tej pory nie miała stałego chłopaka i nie była tak zakochana ani tak szczęśliwa. Więc nie była sobą.

– No, powiedz, czy tobie też tak trudno było to wszystko pogodzić?

– Ale co? – Ania nie rozumiała.

– No, jak być sobą i połową związku jednocześnie?

– Samo ci przyjdzie – Ania się uśmiechnęła. – Zachowuj się naturalnie, bo inaczej sama się pogubisz. Zresztą Marcin zakochał się w tobie, a nie w połowie związku.

– Bo ja się trochę wstydzę przy ludziach… no wiesz… pocałować czy przytulić do niego.

Ania zaczęła się serdecznie śmiać, na co Tosia się obruszyła. To tak traktuje się zwierzenia przyjaciółki.

– To chyba naturalne, potem się przyzwyczaisz. Sama tego nie pamiętam. Ja chyba zawsze miałam jakiegoś faceta. Też jestem w nowej sytuacji.

– Chyba nie zawsze?

– No, może nie zawsze, ale od piętnastego roku życia. Na początku to były związki na miesiąc, dwa, może na rok. Najdłuższej byłam z Damianem.

– Powoli się przyzwyczajam, ale ciągle łapię się na tym, że jestem skrępowana w towarzystwie.

– Jak ty przeżyłaś północ w sylwestra?

– Wszyscy się upili, więc było mi łatwiej.

Ania bardzo starała się być szczęśliwa. Łatwo jej nie było. Ciągle odczuwała potrzebę wtulenia się w kogoś, porozmawiania z kimś, a tego kogoś wciąż brakowało. Poranne rozmowy z Martą i wieczorne z Tosią były kiepskim substytutem związku. Postanowiła, że się nie podda. Musi nauczyć się żyć sama. Skąd może wiedzieć, że znajdzie jeszcze tego jedynego. Przecież nie będzie spędzać całych dni na poszukiwaniu miłości. Może jej nie znaleźć i zmarnuje życie.

Żeby nie mieć za wiele czasu wolnego, ostro wzięła się za pracę magisterską. Miała jeszcze pół roku, a powoli kończyła pisać rozprawę, książkę przetłumaczyła już dawno, dwa razy nanosiła poprawki. Ostatnią wersję oddała profesorowi Sudeckiemu przed kilkoma dniami i liczyła na jego pozytywną opinię.

– Pani Aniu, gratuluję. Wyciągnęła pani z tego tekstu wszystko. Doskonałe. Doskonałe.

Te słowa dodały jej skrzydeł. Nagle przypomniała sobie o doktoracie. No tak. Pozna po nim nowych ludzi, będzie jeździć na konferencje, rozwinie się, zaistnieje w świecie. Nie wyszedł jej cel numer jeden, ale jest jeszcze cel numer dwa. Kto wie? Może nie dane jej zostać żoną i matką. Może będzie kiedyś profesorem. Może nawet znanym na całym świecie. Będzie mogła pisać i publikować, a to niemało. Będąc matką, najpewniej musiałaby zrezygnować z ambitnych planów zawodowych.

Pracę skończyła jako pierwsza w grupie. Odłożyła ją na dwa tygodnie i jeszcze raz przeczytała. Nie znalazła w niej błędów, więc spokojnie oddała ją Sudeckiemu. Gdzieś po drodze zaczęła drugi semestr w szkole. Zachowała wszystkich swoich uczniów, dzięki czemu dostała niewielką podwyżkę i obietnicę, że w następnym roku dostanie o dwie grupy więcej. Jeszcze nie zdecydowała, czy się zgodzi. Jeśli dostanie zacznie robić doktorat, będzie musiała zająć się pracą naukową. Powoli w jej głowie rodził się plan.

Po zdjęciu bandaży okazało się, że pierś nie jest bardzo zmieniona. Marta odleżała swoje w szpitalu i wróciła do domu. Dziewczyny zachowały się wspaniale, przygotowały dla niej powitalne przyjęcie, na które przyszli też Sławek i Magda, i oczywiście Marcin. Wieczór upłynął w cudownej atmosferze. Nikt nie pytał Marty o samopoczucie, poczuła się, jakby znów była dawną sobą. Gdzieś w środku wiedziała, że już nic nigdy nie będzie takie samo, ona nie będzie taka sama, ale cieszyła się, że inni nadal traktują ją po staremu.

– Wróciłam – oznajmiła, wchodząc do biura. Powitały ją okrzyki i zapytania, czy dobrze się czuje. Oczywiście nikt nie wiedział, co tak naprawdę jej dolega, nikt też nie śmiał o to zapytać. Wyjątkiem była szefowa Marty, pani Danuta, która wiedziała, jaką operację przeszła dziewczyna.

– Czy lekarze nie kazali ci się oszczędzać?

Pani Danuta wlała do dwóch szklanek wodę i podała jedną z nich Marcie.

– Kazali. I mam zamiar ich słuchać, dlatego nie będę mogła pracować jeszcze przez jakieś dwa miesiące, ale chciałam wiedzieć, co u was.

– I bardzo dobrze. Zdrowie jest najważniejsze. Kiedy zaczynasz leczenie?

– Za trzy dni. Potem będę musiała jeszcze trochę odpocząć.

– Będziemy czekać. Twoją grupę prowadzi Gosia. Temat się przyjął. Przychodzą do nas kobiety, które chcą się przyłączyć, ale Gosia twardo realizuje twój program. Jak wrócisz, będziesz miała co robić.

– Tylko nie wiem, czy będę miała tyle czasu, co wcześniej. – Marta już w szpitalu wpadła na pewien pomysł. – Chcę przystąpić do Amazonek. Mogę tam pomóc tylu kobietom. To dla mnie nowe wyzwanie. I może w ten sposób pomogę sobie. – Dodała ciszej.

– Jeśli chcesz, możesz przyjść zawsze do mnie.

– Dziękuję, ale z tym muszę poradzić sobie sama. Wyżalić mogę się przyjaciółkom. Mogę też pożyczyć od nich pieniądze, ale sama muszę poukładać sobie życie. Nikt mi w tym nie pomoże.

– A jak twoi rodzice?

– Jeszcze nie wiedzą.

Rozdział 11

Poprzedni

Chciałabym być mądrzejsza – powiedziała Tosia do babci i odłożyła na stolnicę kolejnego pieroga z kapustą i grzybami. Przed nią stała miska z farszem i leżały kółka z ciasta.

No wiesz? Przecież skończyłaś studia, więc chyba jesteś dość mądra.

Oj, babciu! Wiesz przecież, że nie o studia tu chodzi. Chciałabym być mądrzejsza życiowo.

No, to tu ci mogę pomoc, kochanie. W końcu mam sześćdziesiąt osiem lat i trochę już przeżyłam – zamyśliła się na chwilę, po czym dodała: – W zasadzie nigdy o tym nie myślałam, ale chyba mogę uchodzić za kobietę mądrą życiowo.

Nie wiem, co zrobić z Marcinem. – Tosia odłożyła kolejnego pieroga.

A co byś chciała? – babcia uśmiechnęła się filuternie, bo dobrze wiedziała, o co chodzi wnuczce. Postanowiła jednak niczego jej nie ułatwiać.

No właśnie nie wiem. Widziałaś, babciu, co dał mi pod choinkę. Takich prezentów nie robi się koleżance. A ja nie wiem, czy chcę być dla niego kimś więcej.

Tosia gryzła się, od kiedy przyjechała. Marcin podarował jej piękny kaszmirowy szal, z pewnością bardzo drogi. Ona dla niego miała tylko zabawną figurkę świętego Mikołaja.

Lubisz go, to pewna. Pytanie tylko, jak bardzo.

Bardzo – Tosia spuściła oczy. Zawsze wstydziła się mówić o swoich uczuciach. – Bardzo go lubię, chyba nawet kocham. Tak jak jest, jest bezpiecznie. Boję się, że jeśli zostaniemy parą, to kiedyś się rozstaniemy i stracę przyjaciela. A jeśli nie zostaniemy, to on w końcu kogoś znajdzie i ja i tak zostanę sama.

A więc w najlepszym razie będziesz miała wspaniałego mężczyznę, a przy tym przyjaciela, a w najgorszym tak czy inaczej będziesz sama. Skoro sama nie możesz zdecydować, to może zdaj się na innych. Ufasz Marcinowi?

Nigdy mnie nie zawiódł. Powierzyłabym mu PIN do mojej karty bankomatowej.

A życie? Spytałabyś go o najważniejszą decyzję w swoim życiu?

Hmmm… nie wiem. Widzisz, babciu, obawiam się, że gdyby miał wybrać: swoje życie, czy moje, wybrałby moje. Ale ja nie jestem pewna, czy chciałabym takiego poświęcenia.

Kochanie, ja nie mówię o rzucaniu się ze skały w urwisko. Ale już wiem, że to nie ze mną powinnaś teraz rozmawiać. Wiesz, gdzie jest telefon.

Ale czy to jest rozmowa na telefon?

Niby nie, ale tak jest łatwiej. Bardziej zastanawiamy się wtedy, co mówimy, bo całą treść musimy przekazać słowami. Więc już teraz zastanów się, jak mu wytłumaczyć, dlaczego dzwonisz.

Tosia na telefon zdecydowała się dopiero po świętach. Przez ten czas dokładnie przemyślała sobie, co powie. W słuchawce usłyszała dobrze znany głos. Przełknęła ślinę.

Cześć.

Cześć. Już z powrotem w Gdańsku?

Nie, jestem jeszcze w domu, ale chciałam z tobą porozmawiać. To pewnie najważniejsza decyzja w moim życiu i nie wiem co zrobić. Moja babcia twierdzi, że ty na pewno pomożesz podjąć mi najlepszą decyzję.

No, to słucham.

Ale najpierw muszę cię zapytać: czy twoja propozycja, ta z czerwca, jest nadal aktualna? Czy ty nadal… – zawahała się.

Czy nadal mi się podobasz i chcę czegoś więcej niż przyjaźni?

Tak.

Chcę. Nadal wszystko jest aktualne.

Cóż. Nie wiem, czy mnie dobrze zrozumiesz. Bardzo cię lubię i to jest bardzo kusząca propozycja, ale też bardzo się boję. Boję się, że jeżeli nam nie wyjdzie, stracę przyjaciela, a dla mnie przyjaźń jest najważniejsza na świecie. Do tej pory niewiele więcej miałam.

W słuchawce panowała cisza. Tosia już myślała, że może połączenie zostało przerwane, kiedy usłyszała, jak Marcin cicho mówi z niedowierzaniem:

Czy ja dobrze zrozumiałem? Chcesz, żebym za ciebie zdecydował, czy masz ze mną być?

Tak. Może to głupota, ale moja babcia w ciebie wierzy. Twierdzi, że każda inna osoba będzie kierowała się chęcią wyswatania nas, a tylko ty będziesz chciał mojego szczęścia.

A czy ja ci się choć trochę podobam?

No wiesz? – Tosia się roześmiała, bo pytanie brzmiało zabawnie, choć było chyba na miejscu. – Jak kogoś lubię, to nie patrzę na to, czy jest ładny, czy nie. Ale ty mi się podobasz. Podobałeś mi się już wtedy, w Rocku.

Tosieńka! Mój Boże! Co ja mam teraz zrobić? Co ja mam z tobą zrobić, zwłaszcza przez telefon?

A co? W cztery oczy było by łatwiej? – Tosia nagle zwątpiła w sens całej tej rozmowy.

Oczywiście, złapałbym cię teraz, pocałował i wtedy wszystko by się wyjaśniło.

Nagle Tośce wszystko się ułożyło. Już wiedziała, czego chce.

To mnie łap. I całuj.

Tośka! – usłyszała w słuchawce i Marcin się rozłączył.

Odłożyła telefon i się popłakała, śmiejąc się jednocześnie w głos. Z salonu mama spojrzała na nią jak na wariatkę.

Cooo!!?? – usłyszało rano w dzień sylwestra pół Gdańska.

Tosia spodziewała się spontanicznej reakcji dziewczyn, ale nie aż tak głośnej. Poza tym zamiast szaleć z radości, obie usiadły i tylko ten okrzyk wyrwał się z ich ust.

Wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Kiedy otworzyłam drzwi, Marcin zrobił to, co obiecał. Na to wyszły z salony mama i babcia, które pewnie podsłuchiwały. Mama płakała, babcia się uśmiechała, a on mnie całował.

Ty kretynko, idiotko…

Ale… Tośka, jejuśku… Tośka…

…kompletnie kopnięta wariatko…

…czyś ty całkiem oszalała? – skończyły chórem obie przyjaciółki Tosi.

Nie, babcia miała rację. Tylko on mógł mi pomóc podjąć tę decyzję. Wszyscy chcieliby szczęśliwego zakończenia, a tylko on chciał mojego szczęścia. Teraz musi się postarać i udowodnić, że miał rację – uśmiechnęła się, a oczy jej jakoś tak dziwnie zabłysły. Po raz pierwszy jej dwie bardzo wygadane koleżanki zapomniały języków w gębach. Uśmiechając się ciągle, wyszła. Powinny mieć teraz trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej wiadomości. Poza tym musiała przygotować się na wieczorną imprezkę. W końcu to była pierwsza impreza z jej nowym chłopakiem.

Po przerwie świątecznej romans Ani z Philipem trwał. Razem się bawili na częstych w okresie karnawałowym wyjściach, Philip także zaczął odwiedzać Anię w jej mieszkaniu, Tosia go polubiła, a Marta zaśmiewała się, kiedy Ania opowiadała jej, jak ten facet bosko całuje. Jednak nie wyszli poza pocałunki. Nawet jeśli były one bardzo namiętne, nie prowadziły do niczego więcej. Ania w końcu zaczęła mieć wątpliwości i na nowo odezwały się ukryte od czasów liceum kompleksy. Nadal twierdziła, że nie zależy jej na trwałym związku, a jednak oczekiwała jakichś zobowiązań.

Pewnie mu się nie podobam. Gdybym miała taki ładny, perkaty nosek, a nie tego kulfona…

Kochanie, ale tobie nie do twarzy z perkatym noskiem. Ten kulfonik, jak go nazywasz, masz po swoim tatusiu i z innym chyba nie będziesz ładniej wyglądać – próbowała pocieszać ją Tosia, która była w tak dobrym humorze, że nie wierzyła, że ktokolwiek na świecie może być nieszczęśliwy.

Ja myślę, że powinnaś uzbierać kilka tysięcy i zrobić sobie operację – skwitowała Marta. – Zapytam lekarza, jak będzie obchód, czy mają tu oddział chirurgii plastycznej.

Więc jednak… – w oczach Ani niemal pojawiły się łzy.

Żadne „jednak”, wariatko. Jesteś taka, jaka jesteś. A jesteś ładna, nawet jeśli jakiś Francuzik nie potrafi tego docenić. I te twoje włosy…

Marta zazdrościła Ani włosów zawsze. Sama obcinała swoje krótko, bo nie były ani gęste, ani mocne. Warkocz Ani sięgał jej natomiast do pasa i był niewiele cieńszy od jej nadgarstka. Teraz dodatkowo Marta zaczęła obawiać się radioterapii. Wiedziała, że po chemii włosy wypadają. Czy po radioterapii także? Nie wiedziała, czy powinna o to zapytać lekarza. W końcu włosy nie są najważniejsze, a ona nie chce wyjść na idiotkę.

Ania tymczasem rozważała wszelkie powody swojego niepowodzenia.

Ja nie wiem – stwierdziła w końcu ze złością. – Chyba w końcu spytam go, o co mu chodzi, bo dostanę kręćka, a się nie domyślę.

Sytuacja wyjaśniła się niedługo potem. W szkole Ania udawała, że wszystko jest w porządku. Jeszcze tego brakowało, żeby wszyscy się domyślili, że coś jest nie tak. Dopiero w piątek umówieni byli na wyjście. Tego dnia Tosia zaraz po pracy pobiegła do Marcina, Marta nadal była w szpitalu. Ania miała całą chatę dla siebie i miała zamiar to wykorzystać. Do tej pory jej życie seksualne było dość regularne: najpierw był Damian, potem Aleks. Ale od powrotu z Niemiec nie miała żadnego mężczyzny i powoli zaczynało jej to doskwierać. Nie tolerowała przygód na jedną noc, ale w końcu w Philipem umawiała się już kilka tygodni.

Wieczór był całkiem udany, bawiła się nieźle, towarzystwo dopisało. W końcu Philip odprowadził ją do domu. Pocałunek na dobranoc był bardzo gorący. Ania pociągnęła chłopaka za marynarkę w stronę drzwi, ale ten delikatnie się oswobodził i z uśmiechem pokiwał przecząco głową.

Powiedz mi, o co ci chodzi.

To znaczy?

Chcę wiedzieć, na czym stoję. Nie mam zamiaru wplątywać się w romans bez przyszłości. Co z tobą jest nie tak? Jesteś bi i z dziewczynami lubisz się tylko całować, nie podobam ci się…? Powiedz o co ci chodzi, bo ja głupieję.

Nie jestem bi. Podobasz mi się. Dobrze się z tobą bawię i nie wiedziałem, że dla ciebie to coś więcej. Ja mam we Francji dziewczynę i nie chcę jej zdradzić, bo się bardzo kochamy. Kiedyś się z nią nawet ożenię.

Więc dla ciebie pocałunki to nie zdrada?

Jestem Francuzem…

Philip najwyraźniej poczuł się urażony, a jego mina wyrażała jednocześnie zdumienie i całkowitą niewinność. Ani nie pozostało nic innego, jak się pożegnać. Szybko powiedziała: „To na razie” i uciekła do mieszkania. Ledwo zamknęła za sobą drzwi, wybuchnęła śmiechem.

Ale macie pojęcie – mówiła następnego dnia, siedząc przy łóżku Marty – jaki ci Francuzi mają tupet? No przecież to spełnienie niemal najgorszego ich stereotypu.

No ale Aniu, przecież on właśnie nie chciał się z tobą przespać, to chyba jest wbrew ich stereotypowi.

Wbrew? A pocałunki to nie jest zdrada, tylko dobra zabawa. Ciekawa jestem tylko, czy ta jego luba też go nie zdradza, a tylko obcałowuje pół Paryża.

Marta przysłuchiwała się rozmowie dziewczyn i zauważyła, że jej dwie współlokatorki, starsze już nieco panie, aż przechyliły głowy w ich kierunku. No tak. Romanse Ani są nieraz lepsze niż „M jak miłość” i „Klan” razem wzięte. Do obu pań rzadko wpadał ktoś z rodziny, a rozmowy toczone przy ich łóżkach dotyczyły prowadzenia domu i zdrowia. Życie młodej germanistki musiało dla obu być wielką atrakcją pobytu w szpitalu.

Ania miała o dziwo doskonały humor. Kilka miesięcy wcześniej wpadłaby pewnie w czarną rozpacz, teraz ubawiła się setnie na myśl o tym, jakie związki panują we Francji. No, ale przecież u nich też muszą istnieć normalni ludzie. Grzeczni, mili i wzorowo wychowujący swoje dzieci. Choć z drugiej strony… Obiecała sobie nigdy więcej nie zadawać się z Francuzami.

Tosia nie miała za wiele czasu i coraz rzadziej bywała w mieszkaniu. Całkowicie zajmowała ją praca i związek z Marcinem. Przyjeżdżał po nią do kancelarii, jedli obiad i razem spędzali wieczór, grając w szachy (póki co Tosia ciągle robiła podstawowe błędy, ale Marcin miał wiele cierpliwości i tłumaczył jej najprostsze strategie), oglądając filmy lub po prostu przytulając się do siebie. Wracała do domu dopiero wieczorem, często po dwudziestej drugiej. Ania bywała w domu znacznie częściej. Popijając kawę, kończyła pisać pracę lub przygotowywała się do prowadzenia zajęć. To na Anię trafił Sławek, który wpadł, bo chciał pożyczyć od Marty gogle dla Magdy, bo w weekend wybierali się na narty do Sopotu. Ania zatrzymała go, twierdząc, że jego siostra zaraz pewnie wróci, potem udała, że dostała od Marty esemesa, że ta będzie później. Sławek się spieszył, zabrał więc gogle, które wyszperał w szafce Marty, i poprosił, żeby jej przekazać, że odda je w poniedziałek.

Nie ma sprawy.

Ania piekielnie bała się, że wszystko się wyda. Marta była już przytomna po operacji, która odbyła się dwa dni temu, ale przy tej całej aparaturze nie mogła mieć włączonej komórki.

Kilka dni potem Sławek postanowił przyjść bardzo późno. W końcu dziewczyny chyba są już w domu po dwudziestej drugiej. W efekcie trafił na Tosię żegnającą się z Marcinem. Widok go nie zaskoczył, na sylwestrze wszyscy zostali poinformowani o zawiązaniu się nowego związku.

Cześć! – krzyknął z odległości kilku metrów, żeby ich nie zaskoczyć, ale mu się nie udało. Nawet uśmiechnął się, widząc zawstydzenie na twarzy Tośki.

Nie wiecie, czy Marta już wróciła? Nie mogę się do niej dodzwonić.

Tosia wyraźnie była zmieszana. Sławek wykorzystał to i wepchnął się za nią do mieszkania. W saloniku Ania pilnie doszlifowywała tłumaczenie, które miała następnego dnia oddać profesorowi Sudeckiemu.

Jest Marta? – powitał ją Sławek.

Eeee…

Sławek zaczął coś podejrzewać. Dziewczyny się go nie spodziewały, a on od tygodnia nie mógł namierzyć siostry.

Nie wyjdę stąd, dopóki nie dowiem się, co się stało z moją siostrą.

Marta mogła zrobić tylko wielkie oczy, bo nie była w stanie niczego powiedzieć. Mimo całej wiedzy psychologicznej, nie potrafiła stwierdzić, kto wykazał się większą głupotą. Dziewczyny kłamiąc, czy jej brat wierząc w te brednie.

Więc mam kochanka?

Tak – kiwnęła głową Ania.

I on ma pięćdziesiąt lat?

Tak – tym razem kiwnęła głową Tosia.

I która z was to wymyśliła?

Tym razem żadna się nie odezwała.

Ania? – w głosie Marty słychać było zniecierpliwienie.

No cóż… – Tosia niepewnie spojrzała na Martę.

Tosia?! – oczy Marty zrobiły się jeszcze większe.

Ania kompletnie nie wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji, Sławek połapał się, że coś jest nie tak… Musiałyśmy mu coś skłamać… Przecież sama chciałaś to ukrywać.

Marta nie wierzyła własnym uszom. Ukochane koleżanki powiedziały jej bratu, że jego siostra ma pięćdziesięcioletniego kochanka, którego ukrywa przed rodziną. Kłamstwo było grubymi nićmi szyte, ale najpewniej dzięki temu się udało. Jak wróci ze szpitala, powie, że zerwała z Ambrożym. Po kilku tygodniach zauroczenia okazało się, że on pragnie tylko jej ciała. Aż się do siebie uśmiechnęła na myśl, że będzie mogła wszystkim opowiadać o zmyślonym kochanku i wymyślać co tylko zechce.

Sławek jednak nie dał się zwieść. Znał swoją siostrę. Jej ukochany mógł być nawet talibem związanym z Al Kaidą, a ona i tak z dumą przedstawiłaby go wszystkim i kazała pokochać. W ich domu nie było miejsca na brak tolerancji, w końcu akceptowali nawet ciocię Wioletkę. Nikomu nie przeszkadzałby wiek wybranka Marty pod warunkiem, że byłaby z nim szczęśliwa. Następnego dnia zadzwonił do pracy Marty. Wiedział z jej opowiadań, że sekretariat prowadzi tam niezbyt bystra dziewczyna.

Dzień dobry, z tej strony Sławek Krużczyk. Moja siostra wyłączyła komórkę, a ja koniecznie muszę się z nią skontaktować w ważnej rodzinnej sprawie. Czy może mi pani do niej przełączyć?

Słucham? – po tonie głosu Sławek natychmiast zorientował się, że sekretarka jest w szoku. – To pan nic nie wie? Przecież pana siostra od dwu tygodni nie pracuje, bo leży w szpitalu Akademii Medycznej.

Co? Jak to w szpitalu? Na jakim oddziale?

Nie wiem. Przyniosła zwolnienie od jakiegoś doktora Kamińskiego z Akademii. Powiedziała, że koniecznie musi mieć wykonany jakiś zabieg, podobno niegroźny, ale po nim się długo leży. To chyba sprawy kobiece, prawda?

Sławek z trudem wydusił odpowiedź.

Tak, tak. Doktor Kamiński, pani mówi? To dziękuję, całkiem zapomniałem. Przepraszam, że niepokoję.

Liczył, że sekretarka jest głupsza, niż Marta opowiada. Bo jaki brat zapomni, że jego siostra ma mieć zabieg, po którym będzie długo leżeć. Był w szoku. Tylko Marta mogła pomyśleć, że pójdzie do szpitala nikomu nic nie mówiąc.

Kolejny telefon wykonał do Akademii Medycznej. Niestety nie dowiedział się niczego od bardzo nieprzyjemnej kobiety, która zapewne myślała, że Sławek chce złożyć skargę i zdenerwowało ją, że nie zna imienia lekarza.

Proszę pana, u nas pracuje kilkunastu lekarzy o tym nazwisku, w tym jeden wybitny, profesor Stefan Kamiński. Proszę się najpierw dowiedzieć, o kogo panu chodzi, a nie wydzwaniać bez sensu – i odłożyła słuchawkę. W ten sposób nie pozostało mu nic innego, jak tylko sprawdzić wszystkie oddziały. Zaczął od ginekologii, kierując się słowami sekretarki, że może to sprawy kobiece. Miał jednak nadzieję, że to tylko wyrostek, a Marta chce jedynie wykorzystać potem zwolnienie jako urlop, choć było to do niej bardzo nie podobne.

Słowa Tosi nie zdążyły jeszcze dobrze wybrzmieć, kiedy w drzwiach pojawił się Sławek. Nie miał kwiatów ani baloników i wyraźnie był wściekły. Widać jednak widok siostry całej i przytomnej podziałał na niego uspokajająco. Usiadł na krześle.

Onkologia była przedostatnia.

Dziewczyny patrzyły na niego w ciszy, nic nie rozumiejąc. Przecież wczoraj odstawiły szopkę wartą Oskara, a on nagle zjawia się w sali szpitalnej. Skąd? Jak? Sławek jednak sam wszystko wyjaśnił. Cicho opowiedział, jak zadzwonił do pracy, a potem przeleciał przez cały szpital, pytając w każdej rejestracji, czy mają pacjentkę Martę Krużczyk. Latał nie po kolei, tylko według chorób. Zaczął od ginekologicznego, potem chorób płuc itd. Onkologia była przedostatnia. Po kardiologii i przed prosektorium. Przy prosektorium Marta nie wytrzymała i ryknęła śmiechem, choć łzy jej ciekły po policzkach, a Sławek odwrócił się do ściany i gdy znów pokazał im swoją twarz, oczy mu się szkliły.

Czy powinienem zadzwonić do rodziców?

Rozdział 10

Tosia nie była w domu od czasu przeprowadzki. Praca w kancelarii i akredytacja zajęły ją całkowicie. Swoją nieobecność starała się wynagrodzić mamie, często dzwoniąc. Zawsze wtedy rozmawiała też z babcią i to od niej usłyszała:

– Twojej mamie coraz lepiej się układa. Kto wie, może po dwudziestu pięciu latach w końcu wyjdzie na prostą…

– Dostała pracę? Nic nie mówiła.

– Nie pracę, ale ja ci nic powiedzieć nie mogę, bo mnie twoja matka zabije, obiecałam jej. A jeszcze się sobą nie nacieszyłyśmy. W końcu mamy do nadrobienia tyle lat…

– Babciu, ale tak się nie robi. Przecież ja teraz nie usnę.

– To przyjedź, to nie jest rozmowa na telefon. I Marcina możesz wziąć. Podoba mi się ten chłopak.

– Mi też, ale nie mów tego mamie, bo mnie siłą zaciągnie do ołtarza.

Babcia okazała się wielkim odkryciem Tosi. Przedtem prawie jej nie znała, czasem tylko spotykały się na ulicy, babcia wtedy wciskała jej a to jakieś pieniądze, a to słodycze. Dziadka widywała jeszcze rzadziej. To jego winiła za to, jakie jest jej życie. To dziadek nie potrafił wybaczyć córce błędu i tak zastraszył rodzinę, że nikt nie odważył się kontaktować z Michaliną i jej dzieckiem. Tosia miała do niego żal. Kiedyś winiła też babcię, że nie potrafiła się zbuntować. Teraz ją rozumiała, bo dowiadywała się, jakie w domu były o to wojny. Babcia nie była kobietą, która się łatwo podporządkowywała. Próbowała go przekonać na wszelkie sposoby – bez skutku. Niestety – po kolejnej kłótni dziadek zagroził rozwodem, jeśli babcia nie przestanie zanosić Michalinie jedzenia i ubrań. Tosia miała wtedy jakieś trzy lata. Dla babci to był szok. Rozwód nie wchodził w grę – miała jeszcze trzy córki, wszystkie się uczyły. Groźba rozwodu ją pokonała.

Babcia bardzo cierpiała po śmierci dziadka, wspominała go zawsze ze łzami w oczach. Byli szczęśliwym małżeństwem. Nie przeszkadzało jej to jednak zauważyć, że tylko jego śmierć mogła znów połączyć ją z córką i wnuczką.

– To był dobry człowiek, tylko bardzo uparty – mówiła do Tosi ze smutnym uśmiechem. – I bardzo dumny. Michasia zraniła jego dumę i tego nie mógł jej wybaczyć. Nawet na łożu śmierci.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak przeprosiny.

Dla Tosi babcia stała się szybko kimś więcej niż babcią. Mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły. Babcia miała nadal młodzieńczą naturę, lubiła młodzież, chętnie z nią dyskutowała, a młodzi odwzajemniali tę sympatię, bo babcia miała liberalne poglądy i daleka była od krytykowania całego świata. Chętnie też pomagała i służyła radą, jeśli tylko ktoś o to poprosił. To babcia, nie mama, pierwsza dowiedziała się, że Tosia nie ma pojęcia, czy angażować się w związek z Marcinem. I to babcia pomagała jej powoli rozwikłać ten uczuciowy kłębek. Nie naciskała, nie narzucała swojego zdania, tylko zadawała pytania.

– Okej, w takim razie przyjeżdżam w ten weekend. Tylko jeszcze nie wiem jak.

– No, to się mama ucieszy.

Marcinowi powiedziała, że zaprasza go jej babcia. Uczuć babci była pewna, swoich nie bardzo. Marcin ze swoimi uczuciami też się nie krył. Jednak to nie Tosia i Marcin byli głównym tematem rozmów przy stole. Na kawę wpadły ciotka i kuzynka mieszkające w pobliżu. Ich nie obowiązywała tajemnica, którą zasłaniała się babcia, więc zaraz się wydało, że mama i pan Janek spędzają ze sobą wiele czasu. Pan Jan pochodził ze Śląska, przyjechał na Pomorze kilka lat wcześniej, kiedy okazało się, że jego żona jest ciężko chora i nie powinna oddychać ciężkim śląskim powietrzem. Pani Maria zmarła dwa lata po przeprowadzce. Niestety nie pomogło wiejskie życie. Pan Giermak unikał przez jakiś czas innych ludzi, zaczęto o nim mówić, że zdziwaczał. Wychodził tylko do sklepu i kościoła. I nagle, rok po śmierci żony, zaczął pomagać młodej, budującej się w okolicy parze, która wybrała życie z dala od miejskiego gwaru. Okazało się, że pan Jan jest inspektorem budowlanym. Sam zaoferował się zostać kierownikiem budowy ich domu. Chodziły nawet słuchy, że nie chciał za to żadnych pieniędzy, choć ludziom w głowie się nie mieściło, że ktoś mógłby coś robić za darmo. Pogłoski częściowo się potwierdziły: pan Jan pracował za pół darmo. We wsi orzeczono, że Giermak faktycznie zdziwaczał po śmierci małżonki. Jednak ludzie go lubili, bo każdemu pomagał, jak umiał, tylko pieniędzy nie pożyczał. Nikt nie wiedział, z czego pan Jan żyje i to było kolejnym powodem krążących po wsi plotek.

– We wsi huczy od plotek, znasz nasze społeczeństwo – szeptała jej na ucho Beatka, nieco młodsza kuzynka. – Zwłaszcza, że ludzie pamiętają stare dzieje. Co więksi idioci wymyślili nawet, że jesteś córką pana Jana, jako że on sam dzieci nie ma.

– Nie, to już przesada. Ale tak serio, to co ty o tym myślisz? Bo ja głupieję. Babcia nie chce nic powiedzieć, bo niby mamie obiecała. Mama nic nie mówi, choć plotki pewnie zna i musi już wiedzieć, że ja je słyszałam. Z panem Janem się pewnie widuje, bo w plotkach jakaś prawda być musi. Tylko dlaczego mi tego nie mówi?

– Ja myślę, że prawda jest taka, że oni mają się jakoś tam do siebie, ale może sami jeszcze nie wiedzą jak. Twojej mamie trudno, bo w życiu zawsze miała pod górkę i pewnie w szczęście takie nie wierzy. We wsi stare baby coś zwęszyły, a że w telewizji nic nie leci, to uknuły zaraz całą historię. Przecież wiadomo, że twórczość własna jest ciekawsza od cudzej.

Dziewczyny roześmiały się na myśl o lokalnych plotkarach, które całą przyjemność znajdują w tym, że Michalina Majewska znów ma romans. Z ostatniego wyszła z nieślubnym bachorem, to co teraz zmaluje, na starość?

Na deserze u babci pojawił się pan Jan. Przysiadł się zaraz do Marcina, jedynego mężczyzny w domu. Mama zaraz zrobiła dla gościa kawę i nałożyła na talerzyk sporą porcję ciasta, za co pan Jan odwdzięczył się szerokim uśmiechem. Może Tosi się wydawało, ale jej mama chyba się zarumieniła.

Do Gdańska Tosia wróciła w wybornym humorze. Dziewczyny siedziały w kuchni, zaprosiły też zaraz Marcina na wieczorną lampkę wina. Nie było specjalnie co opijać, ale szybko stwierdzono, że toast za zdrowie Marty będzie dobrym pomysłem. Tosia też miała pomysł na toast.

– Moi drodzy, za wesele w mojej rodzinie.

Dziewczyny spojrzały na nią zaskoczone, a Marcin się uśmiechnął.

– Jeszcze trochę, a najpóźniej za rok będę skakać na weselu mojej mamy – i tu opowiedziała, czego dowiedziała się od kuzynki. Na koniec wyciągnęła wnioski:

– Mama z panem Giermakiem się zakochali. I to jest super. Ale moja mama jest chyba tak samo uparta jak dziadek. Ona pewnie uważa, że w jej wieku to nie wypada się zakochiwać. Pewnie będziemy musieli ją przekonywać, że ma prawo kochać i być kochana. Mam nadzieję, że pan Janek ma dużo cierpliwości.

– Jejuśku, ale to romantyczne! – westchnęła Anka, która starała się być szczęśliwą singielką, ale nadal uwielbiała miłosne historie. – Po tylu latach twojej mamie należy się odrobina szczęścia. Tylko jak to możliwe, że twoja mama z tym panem Janem nie zeszli się wcześniej.

– Po prostu nie było okazji. Moja mama nie jest najpopularniejsza we wsi, a pan Jan też nie zabiega o to, by ze wszystkimi się znać i przyjaźnić. Spotykali się w sklepie, mówili sobie „Dzień dobry” i to wszystko.

– A twoja mama nie obawia się, że będzie porównywana z poprzednią żoną?

– Ze strony pana Jana nie. To była zupełnie inna kobieta i pan Jan dużo o niej opowiada, ale mama podoba mu się z innych powodów. Tamta była śliczna, oczytana, bardzo wesoła i towarzyska, miała wiele pięknych rzeczy, ale nie wiedziała, ile co kosztuje, bo najpierw miała gosposię, a potem pan Jan się nią zajmował. To była taka trochę księżniczka w szklanej kuli. Mama imponuje panu Giermakowi swoją zaradnością, a jak się elegancko ubierze i trochę umaluje, to widać, że jest nadal bardzo ładna. Babcia zabrała ją do fryzjera i teraz mama jest fajnie obcięta. Poza tym babcia za każdym razem jak są w mieście, kupuje mamie coś do ubrania i dzięki temu mama ma w końcu ładne i modne ubrania.

– No, a historia twojej mamy? Nie przeszkadza mu jej opinia. No wiesz – nieślubne dziecko, kobieta upadła itp.?

– Życzliwe sąsiadki zaraz go powiadomiły o moim istnieniu, jakbyśmy się nigdy nie widzieli – Tosia zaśmiała się szczerze. – Ale on ma to w nosie. Nawet więcej – podziwia mamę, że nie poddała się, nie zaczęła pić czy coś w tym stylu i wyprowadziła mnie na porządnego człowieka. Ten „porządny człowiek” to jego słowa.

– Jedno mi tylko nie pasuje – wtrąciła się Marta, jak zawsze racjonalna. – Mama w końcu nic ci nie powiedziała pewnego?

– Mama nie, ale ja wierzę w babcię, a jej się strasznie marzy zatańczyć na weselu córki.

Ania wiodła życie singielki i nawet jej się to podobało. Nagle wokół niej pojawiło się wiele nowych osób, co związane było przede wszystkim z rozpoczęciem pracy. Poznała wielu uczniów – dorosłych i dzieci, ale dużo ciekawsi wydawali jej się koledzy z pokoju nauczycielskiego. Szkoła uczyła wielu języków, głównie europejskich, ale też mniej popularnych, jak japoński. W pokoju nauczycielskim można było spotkać lektorów i native speakerów z najróżniejszych krajów. Ponieważ byli to głównie młodzi ludzie, chętnie umawiali się na piwo i wspólne wyjścia wieczorami. Ania już kilka razy wychodziła z nowymi znajomymi, szczególnie że wielu z nich było także singlami, znakomicie więc się bawili. Był jednak jeszcze jeden powód, dla którego Ania tak chętnie wychodziła – zazwyczaj w towarzystwie znajdował się Pablo, bardzo przystojny Hiszpan, który po studiach postanowił zwiedzić środkową i wschodnią Europę i został w Polsce, bo zauroczyły go Kaszuby i naturalne blondynki. Pablo nie udawał, że szuka dziewczyny na stałe, ale Ania liczyła, że skoro poświęca jej tyle uwagi, to może… Nie bardzo chciała dzielić się tym z dziewczynami, jednak Marta wypatrzyła, jak Pablo odprowadzał ją do domu. Przy śniadaniu nie dała Ani świętego spokoju.

– No, Anulka, przed nami przecież nic nie ukryjesz.

– Ale ja nie chcę niczego ukrywać, tylko jeszcze jest za wcześnie, by o czymkolwiek mówić.

– Nie ma takiej opcji jak za wcześnie – zawyrokowała Tosia. – Mów, jak jest, bo potem pewnie okaże się, że nic nie było, a my sobie nie poużywamy.

– No to co chcecie wiedzieć?

– Wszystko. Jak ma na imię, skąd go znasz i jakie masz plany względem niego.

– Pablo, znam go z pracy i planów nie mam żadnych, bo nie mam ochoty stracić pracy, bo prędzej wywalą byle germanistkę niż rodowego Hiszpana. I on chyba też nie jest mną zainteresowany. Do niczego, nawet najmniejszego buziaka nie doszło.

– I co? Tak to zostawisz?

– A co mam zrobić? Poflirtuję sobie z nim, ale na nic więcej nie mam co liczyć.

Flirt niestety niedługo się skończył. Ania pochwaliła się kilka dni potem, że Pablo zaprosił ją na kolację, z której wróciła w kiepskim humorze. Pablo wyznał jej, że bardzo mu się podoba i być może mogłoby ich połączyć coś więcej niż przyjaźń, ale on musi wracać do Hiszpanii, ponieważ jego ojciec zachorował i ktoś musi zaopiekować się matką. Na koniec pocałował ją tak, że do końca życia tego pocałunku nie zapomni.

– To jakaś tragikomedia.

– Na pewno zaraz znajdziesz sobie innego – próbowała pocieszać ją Tosia.

– A bo to warto szukać?

– No, przecież w tej waszej szkole nie jeden Hiszpan.

– Akurat Hiszpan jest jeden, ale mamy też Włocha, dwóch Niemców, Brytyjczyka i jednego Turka. Turek od razu odpada.

Szybko odpadł też Brytyjczyk, który na kolejnej imprezie pokazał, że ma mocny pociąg do polskiego piwa, ale niestety słabą głowę. Niemcy odpadli, bo mieli z kolei głowy za mocne, a polskie piwo lubili bardziej niż Brytyjczyk. Ania została też zmuszona przez profesora Sudeckiego do wzmożonej pracy nad tłumaczeniem. Nie miała czasu na imprezowanie, wieczory spędzała przed komputerem i książką. Znajomi ze szkoły nie naciskali. W dużym gronie jedna osoba mniej czy więcej nie robiła większej różnicy – zabawa i tak była udana. Ania czasem żałowała, ale konsekwentnie odmawiała. Do czasu, kiedy w szkole pojawił się Philip, nauczyciel francuskiego. Nie był zupełnie w typie Ani, ale zauroczył ją swoim zachowaniem. Jego matka była Polką, więc doskonale znał język. Ale zdecydowanie więcej łączyło go z Francją. Uwielbiał kuchnię francuską, polska była według niego za ciężka, maniery też miał francuskie, co wyraźnie rzucało się w oczy, szczególnie w zetknięciu z native speakerami z Niemiec. Wyraźnie adorował wszystkie kobiety, nawet złośliwe i wredne babki z sekretariatu, które dla nikogo nie były uprzejme i tylko do Philipa uśmiechały się od ucha do ucha. Ania też zaczęła się uśmiechać i częściej rozpuszczać włosy. Philip nie mógł nie zauważyć ich złocistego koloru i tego, że sięgają prawie do pośladek dziewczyny. Ania zawsze mówiła, że włosy to jedyna imponująca część jej ciała. Reszta była raczej drobna. Znów zaczęła wychodzić wieczorami i wracać uśmiechnięta.

– W zasadzie jestem jedyną wolną dziewczyną w tym gronie, Grażyna znalazła sobie chłopaka, Małgośka się zaręczyła. Philip jest więc mój. A jak on tańczy, mówię wam.

Tym razem nie taiła, że ktoś jej się podoba. Przyjaciółki i tak coś by zwąchały, zwłaszcza że po kilku tygodniach wzmożonej pracy nad tłumaczeniem i magisterką, teraz wychodziła dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Wolała do wszystkiego się przyznać na początku. Inaczej Tosia i Marta zaczęłyby zadawać pytania, a ona nie zawsze lubiła na ich pytania odpowiadać.

Zbliżały się święta, wszystkich ogarnął szał zakupów i poszukiwania prezentów. Marta niestety zupełnie nie czuła atmosfery Bożego Narodzenia. Miała już wyznaczoną datę zabiegu na dwudziestego dziewiątego grudnia i nie bardzo wiedziała, co powiedzieć rodzinie, gdy spytają, dlaczego tak szybko wraca do Gdańska. Na razie trzymała się wersji, że ma w pracy przed pierwszym styczniem bardzo dużo obowiązków i dlatego nie może zostać dłużej. Koniec roku to dla wielu osób okres cięższej pracy, liczyła więc, że nikt nie będzie podejrzewał kłamstwa.

– Nie chcę ich martwić. Podobno to nic wielkiego, operacja i radioterapia powinny mnie wyleczyć. Nikt nie będzie się musiał o mnie martwić. Powiem im, kiedy już wszystko będzie dobrze.

„Albo tak źle, że nie będę mogła tego ukryć”, pomyślała i natychmiast zdusiła tę myśl. Musi być pozytywnie nastawiona, operacja musi się udać, a ona szybko wróci do swojego dawnego życia.

– My się pomartwimy i za nich i za siebie – obiecała Tosia.

Marta spojrzała na obie swoje przyjaciółki ciepło.

– Bez was nie dałabym rady. Obiecajcie, że będziecie mnie odwiedzać.

Obie przytaknęły.

– A teraz mam do was wielką prośbę. Potrzebują pożyczki. Po zabiegu muszę kupić dość drogie leki, a moje oszczędności poszły na badania i wizyty.

– Spoko – powiedziała Tosia, jakby Marta prosiła ją o pożyczenie butów, a nie sporej kwoty. – Na leki dla ciebie zawsze się znajdzie.

Ania miała niepewną minę, ale potakiwała Tosi. Marta się roześmiała. Tosia była zawsze najoszczędniejsza, bo nie miała czego wydawać, Ani zaś pieniądze nigdy się nie trzymały. Przez całe studia w zasadzie żyła na koszt rodziców, których było na to stać. Często sama uzupełniała zapasy w kuchni, kupowała detergenty, ale potrafiła też niemałe sumy zostawić w odzieżowym lub obuwniczym. W efekcie to Tosia, choć najbiedniejsza, zawsze na koniec miesiąca zostawała na plusie, a Ania była kompletnie spłukana. Marta zawsze była gdzieś w połowie. Potrafiła zaszaleć i zaoszczędzić. Niestety przez dwa miesiące – a tyle minęło od czasu, kiedy dowiedziała się, że będzie miała zabieg – jej niewielkie oszczędności rozpłynęły się na badania i wizyty u różnych specjalistów. Bała się, że nie wystarczy jej na leki z zasiłku chorobowego, który dostanie, i poczuła ulgę, że jak zawsze może polegać na przyjaciółkach.

Do domu pojechała dopiero w wigilię. Chciała jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, ale też bała się, że w końcu się wygada, z czymś wyskoczy i wszyscy się domyślą. Na miejscu okazało się, że mało kto zwraca na nią uwagę, bo rodzice postanowili kupić działkę i zbudować dom, co poruszyło całą rodzinę. Babcia bała się, czy dadzą sobie radę, w końcu nie wezmą kredytu, bo są za starzy, a oszczędności powinny zostać na czarną godzinę. Swoje obawy wyrażała bardzo dobitnie i głośno. Dziadek doradzał, co i jak, choć nie znał się na tym zupełnie. Swoje opinie i rady opierał o doświadczenia swoich znajomych, ich znajomych i rodziny i wielu innych osób. Doświadczenia te pochodziły najczęściej z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie miały więc wiele wspólnego ze współczesnym rynkiem budowlanym, ale to dziadkowi nie przeszkadzało. Cała rodzina mu potakiwała, bo nikt nie znalazł lepszej metody na dziadka. Sławek z Magdą podziwiali projekt domu, który choć mały, to jednak był doskonale rozplanowany. Okazało się, że każdy w końcu będzie miał własny pokój. Marta szybko się przyłączyła do brata i jego narzeczonej, szczególnie że przyjechał brat ojca ze swoją młodziutką żoną, która najwyraźniej chciała przypodobać się teściowej i zaczęła gorąco wspierać ją w zastanawianiu się, co będzie, jeśli Basia i Karol nie skończą domu.

– Jednej mogę się opierać, dwóm nie dam rady – powiedziała cicho mama, zakradając się do pokoju młodzieży. – Ta Wioletka jest upiorna. Wujek chyba stracił głowę.

– To kryzys wieku średniego – krótko skwitował Sławek, a Magda zmierzyła go dziwnym wzrokiem. Sławek chyba tego nie zauważył i nie skomentował.

– A nie mógł go przeżyć jako stary kawaler, tak jak przeżył chwalebne pół, daj mu Panie Boże, życia.

– Wujek ma dopiero czterdzieści sześć lat, to nie tak dużo… – próbowała bronić swojego chrzestnego Marta, ale nie zdołała powiedzieć wiele więcej, bo do pokoju wśliznął się tata.

– Mirek chyba nie ma za grosz przyzwoitości. Mogę sobie z nim porozmawiać o kobietkach w ogóle, ale podziwiać wdzięki jego żony to przesada. To przecież prawie kazirodztwo.

Marta i Sławek zaczęli chichotać. Znali swojego ojca bardzo dobrze. Potrafił skomplementować przechodzącą obok pannę w mini bardzo elokwentnie, ale pewnych rzeczy nie tolerował. Rodzina była dla niego najważniejsza i każdy kto do niej należał, był nietykalny. Jego brat był dumny z uwiedzenia dziewczyny niewiele starszej od Marty i chciał całemu światu ogłosić, jaka to boska istota. Niestety ona sama robiła raczej negatywne wrażenie – głupiej blondynki, najzwyczajniej. Babcia tego nie widziała, bo Wioletka we wszystkim się z nią zgadzała. Dziadek wszystkich krytykował, ale Wioletka wkupiła się i w jego łaski, pytając go o wszystko. Krótkie spódniczki zapewne także miały tu jakiś wpływ. Basia i Karol nie rozumieli, co Mirek widzi w takiej pustej dziewczynie. Ich dzieci nie polubiły cioteczki i ciągle robiły sobie z niej żarty, zadając jej na przykład łatwe, ale podchwytliwe pytania. W tym roku to u nich wypadała kolacja wigilijna i w zasadzie nie wiadomo było, czy z tej okazji się cieszyć, czy płakać.

W końcu jednak wszyscy musieli wyjść z pokoju i zająć się gośćmi. Mama, Marta i Magda ukryły się w kuchni, nie wpuszczając tam nikogo innego pod pozorem ciasnoty. Tata i Sławek zostali oddelegowani do prowadzenia rozmowy. Obaj przyjęli taktykę potakiwania i zaszyli się w kącie. Na szczęście chwilę potem zaczęła się wieczerza.

Święta minęły bardzo szybko. Choć na początku Marta się ich bała, teraz chętnie by je przedłużyła. Nieubłaganie zbliżał się termin operacji.

Siedemnasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Paskudnie się czuję. Przeziębiłam się. Mam gorączkę, nie mogę mówić – widocznie zainfekowana jest krtań. Od kataru boli mnie głowa i nie mogę spać. Lekarz kazał mi leżeć i dał tydzień zwolnienia. Nie podoba mi się to. Pierwsze szkolenie poszło nieźle. Facet zaczął od prostych rzeczy, każdy sobie poradził. Nie wiem jednak, jak będzie w tym tygodniu. Mam sporo obaw. Co prawda Aśka powiedziała, że z Izą dadzą sobie radę, a jednak martwię się, czy wszystko pójdzie zgodnie z planem.

Lekarz powiedział mi jasno: dla dobra dziecka mam wyleżeć. Zapisał mi tylko witaminę C, wapno i bezalkoholowy syrop. Leżę więc i cierpię.

W windzie spotkałam Zosię. Od razu zorientowała się, że jestem chora. Dwie godziny potem przyniosła mi rosół i potrawkę z ryżu i kurczaka w białym sosie. Kiedy poszłam do łazienki wywietrzyła mieszkanie i moją pościel. Będę musiała jakoś jej podziękować. Wiem, że uwielbia bonsai, wiec może kupię jej jakąś roślinkę do przycinania.

Następnego dnia rano Wojtek przyniósł mi świeże pieczywo i owoce. Nie wiedziałam, jak mu dziękować, a on powiedział, że mam zdrowieć i się nie przejmować obiadem, bo Zosia przyniesie pulpeciki, piure i duszone warzywa.

Nudzi mi się okropnie. Próbowałam oglądać telewizję, ale ciągle powtarzają te same programy. Skończyłam książkę, którą czytałam. Przeczytałam na internecie wszystkie newsy i kilka nienewsów. Potem przeglądałam strony poświęcone wychowaniu dzieci. Naczytałam się, żeby dojść do wniosku, że niektórym rodzicielstwo pada na mózg. Zdenerwowałam się tylko i poszłam się wykąpać. Gorąca woda dobrze mi zrobiła. Dopóki siedziałam w wannie, mogłam swobodnie oddychać. Wymoczyłam się więc solidnie, potem natarłam oliwką i znów wylądowałam w łóżku. Po drodze zahaczyłam o kuchnię i zjadłam resztę rosołu od Zosi.

Potem myślałam. Zosię i Wojtka znam słabo. Jesteśmy sąsiadami, nie przeszkadzamy sobie. Nigdy nie robili mi wyrzutów, gdy organizowałam imprezę, ja nie przerywałam im ich uroczystości. Kilka razy się odwiedziliśmy, a kiedy wyjeżdżam na dłużej, zostawiam im klucze – na wszelki wypadek.

Nie spodziewałabym się, że właśnie oni tak się o mnie zatroszczą. Co prawda nikt inny nie wie – nie miałam ochoty dzwonić do kogokolwiek i wysłuchiwać dobrych rad – więc ich pomoc jest nieoceniona. Gdyby nie oni, to pewnie zadzwoniłabym po Dominika.

Zastanawiałam się, jak to jest, że obcy w zasadzie ludzie tak mi pomagają. Przecież nie mogą na nic liczyć, z wyjątkiem może dobrych czekoladek i wina. Czy to przez ciążę? A może po prostu są tacy życzliwi? Czy ja na ich miejscu zachowałabym się podobnie? Teraz wiem, że powinnam, ale wcześniej…

Próbując rozwikłać tę zagadkę, zasnęłam. Obudziło mnie pukanie do drzwi. To Zosia przyniosła obiad. Posiedziała też ze mną i w końcu mi się nie nudziło. Przy tym wszystkim ani razu nie zapytała mnie konkretnie o dziecko. Rozmawiałyśmy o przeziębieniach, wiośnie i nadchodzących świętach. Zosia i Wojtek są religijni – co tydzień chodzą do kościoła, Zosia pomaga przy parafii. Ja nie pamiętam, kiedy ostatnio byłam u spowiedzi. Mimo różnic rozmawiało się nam bardzo fajnie i bardzo miło spędziłam to popołudnie. Potem poszłam jeszcze raz spać i następnego dnia czułam się już dużo lepiej.

Ten tydzień w domu to może niedużo, ale martwię się, co w pracy. Zadzwoniłam od Izy, ale zbyła mnie krótkim: „Jest dobrze. Odpoczywaj i zdrowiej”. Mam nadzieję, że po porodzie będzie to wyglądać trochę inaczej. W końcu Iza ma mi pomóc, a nie zastępować.

Chyba mam paranoję. Teraz może mnie zastąpić, bo obie pracowałyśmy nad projektem. Ale sama by go nie przygotowała, bo nie zna jeszcze za dobrze specyfiki firmy. Nie powinnam się tak martwić. Iza właśnie mi pomaga. Po prostu wszystko układa się dobrze i moja pomoc nie jest potrzebna.

 

NASTĘPNY