Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Po co ten redaktor, po co?

Jestem redaktorem. Całkiem niezłym. Co robię? Czytam książki. Wydawałoby się, że to praca jak marzenie: siedzę sobie, kawka, książeczka… Otóż nie do końca.

Redaktor to pierwszy czytelnik. Musi być surowy, bo jeśli on czegoś nie dopatrzy, to kolejni dadzą autorowi bobu. Redaktor ma się czepiać. Wszystkiego. Przecinków przede wszystkim, ale treści, stylu i nawet merytoryki, jeśli coś mu nie pasuje. Redaktor czyta wszystkie książki: powieści, wiersze, opowiadania, ale też prace naukowe. Tak. Większość redaktorów spędza cudowne godziny nad rozprawami filozoficznymi, pedagogicznymi, matematycznymi i innymi. Naprawdę cudowne. Okazuje się nawet, że można sprawdzać książkę i wyłapywać błędy, nie bardzo rozumiejąc, co się czyta. Z literaturą piękną problem jest tylko taki, że nie powinno się zbyt ingerować w styl autora, a już w ogóle w treść. Co najwyżej można autorowi zasugerować to i owo, ale delikatnie.

Co jeśli redaktor się nie czepia? Wychodzą wydawnicze buble. Niestety. I niestety wciąż się na takie buble natykam, i wkurza mnie niemiłosiernie taka fuszerka.

Przykłady: dziecku kupiłam wznowienie „Koziołka Matołka”. Na redakcyjnej nie ma nawet wzmianki, że była jakakolwiek korekta, o redakcji nie mówiąc. I to widać. Makuszyński pisał swoje dzieło dość dawno, interpunkcja się od tego czasu zmieniła. Książka jest dla dzieciaków, ale roi się w niej od błędów (przecinki przed „lub” i inne takie). No wypadałoby choć korektę zrobić i takie najgrubsze rzeczy poprawić. Aha – z oryginałem nie sprawdzałam, bo nie mam jak, ale jeśli w oryginale są błędy to można, a nawet trzeba je poprawić. Mówimy o wznowieniu, a nie o edycji krytycznoliterackiej!

Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, kiedy na stronie redakcyjnej nazwisko redaktora jest, a w książce błąd błędem pogania. Czytam i oczom nie wierzę. Czytam więc teraz sagę fantasy o światowej sławie. Tłumaczona oczywiście. Od tłumacza oczekiwałabym, że język ojczysty zna równie dobrze, jak obcy. Ale… to redaktor ma sprawdzić, czy w tłumaczeniu wsio w pariadkie. Najlepiej, jeśli sam potrafi zweryfikować tłumaczenie z oryginałem, ale jeśli nie, to ma przecież tego tłumacza, który powinien również dopilnować, żeby w tekście błędów czy nieścisłości nie było. W końcu to jego nazwisko jest na tytułowej! No więc czytam i szlag mnie trafia. Zdania ze składnią koślawą, błędy gramatyczne, a czasem to tekst się kupy nie trzyma.

Redaktor: szara eminencja tekstu. Dobry autor szanuje redaktora, bo wie, że dzięki niemu nie zaliczy wtopy. Bo we własnym tekście nie widzi się błędów – autor wam to mówi.