Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Tytuły, tytuły… Kilka najtrudniejszych słów

Wymyślenie tytułu napisanego lub planowanego dzieła jest trudniejsze niż samo pisanie. Można od tytułu zacząć, ale po pierwsze mija się to z celem, bo fabuła i cel książki mogą się zmienić w trakcie pisania, a po drugie – na końcu jest łatwiej (albo nie, ale to już indywidualna sprawa każdego autora – w moim przypadku – nie).

Pierwszy tytuł powstaje najczęściej dlatego, że jakoś trzeba nazwać nowy plik. Można mieć kilka dokumentów nazwanych „Bez tytułu”  lub „Nowy dokument” z cyfrą, ale to bardzo utrudnia znalezienie tego właściwego. Powieść, którą możecie czytać w kategorii „Jedna za wszystkie” nosił pierwotny tytuł „kolejne opowiadanie o przyjaźni”. Dlaczego taki? Bo miało być to opowiadanie i to kolejne, które zaczęłam pisać o przyjaźni. Kiedy skończyłam, uznałam, że po pierwsze: za długi, po drugie: mało chwytliwy, znaczy – nie zachęca. Jakoś tak mam, że długie tytuły kojarzą mi się z pracami naukowymi i książkami o niczym. Myślałam, myślałam, aż wymyśliłam „Babską przyjaźń”. Funkcjonował ten plik pod taką nazwą bite pół roku, ale gdy przyszło co do czego i postanowiłam opublikować go na blogu, zmieniłam na „Jedna za wszystkie”. „Babska przyjaźń” wydawała się trochę zbyt oczywista i stylistycznie niezbyt udana. „Jedna za wszystkie” wydawała się znacznie lepiej oddawać treść książki. Więc poszło. Niestety. Bo jest jeszcze jedna ważna rzecz – tytuł nie powinien być banalny. Wiem, bo trochę tych tytułów obrobiłam (zawodowo jestem redaktorem i często zdarza się, że pomagam Autorowi w wymyślaniu – cudze rzeczy łatwiej określić). Tak więc nie zdziwcie się, jeśli pewnego pięknego wieczoru kategoria „Jedna za wszystkie” zmieni nazwę (bo banalna, a jeszcze nie daj Boże, ktoś to zechce porównać z arcydziełem szacownego pana Dumas). Jest jeden warunek – musi mi wpaść do głowy coś bardziej sensownego. A może ktoś z Was ma propozycję. Chętnie poznam i rozważę.

Bywa też tak, że pierwszy tytuł siłą rzeczy jest najlepszy, ale z jakichś względów niewygodny. Sami oceńcie: plik, w którym piszę „Bez skrupułów” od początku istnienia nosi tytuł „Suka”. Dlaczego więc nie zatytułowałam tak kategorii: bo nie chcę z góry oceniać (i sugerować oceny) głównej bohaterki. Co prawda sama tak o sobie mówi, ale w końcu to jej pamiętnik – ma prawo, a Czytelnik swój rozum i powinien samodzielnie uznać, czy jej nie znosi, czy jej współczuje, czy może nawet ją podziwia.

Tytuł to najtrudniejsza część pisania, bo sam w sobie jest całością, małym dziełem, a najkrótsze formy, jak powszechnie wiadomo, są najbardziej skomplikowane.