Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny

 

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciaki

Poprzedni

Czekali na panią Marię jeszcze piętnaście minut. Razem z nią weszli do środka. Dopiero wtedy Edyta zauważyła czerwoną tabliczkę, do tej pory zasłoniętą przez ślizgawkę: „Powiatowy Dom Dziecka”.

Przywitała ich jedna z wychowawczyń, przechodząca przez hol.

‒ Dzień dobry, pani Marysiu. Oj, urwanie głowy dziś, troje dzieci się pochorowało. Wchodźcie, wchodźcie. Wszystko jest gotowe, ale dzieci mogą się różnie zachowywać.

Weszli do sali. Edyta zauważyła kilkanaścioro dzieci bawiących się w w różnych miejscach, w tym kilkoro w kojcu dla niemowląt. W rogu pokoju stało łóżeczko niemowlęce, z którego słychać było kwilenie. Między dziećmi chodziła opiekunka. Na podłodze rozrzucone były klocki, samochody i pluszaki. Z boku stały krzesełka i stoliki. Sala przypominałaby przedszkole, gdyby nie obecność niemowląt i maluszków.

Pani Maria została zauważona natychmiast. Podbiegła do niej pięcioletnia dziewczynka w pomarańczowej koszulce i chwyciła za rękę, zupełnie nie zwracając uwagi na Edytę i Przemka.

‒ Babciu, babciu, chodź. Musisz zobaczyć Krzysia. On jest zupełnie nowy, wszystkiego się boi i ciągle płacze, bo chce do domu i do mamy, ale jego mama jest teraz w szpitalu i on nie może do niej jechać.

Wydawało się, że buzia małej się nie zamyka.

Przemek filmował, Edycie zaś pozostawało tylko się przyglądać, jak dzieci obsiadają panią Marię, wdrapują się jej na kolana i robią wszystko, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Zauważyła też jednego chłopca, mniej więcej czteroletniego, który stał z boku i przyglądał się temu wszystkiemu. Widać było, że przed chwilą jeszcze płakał, na policzkach wciąż miał mokre strumyczki łez, ale teraz zamieszanie odwróciło jego uwagę.

‒ Chcecie usłyszeć straszną opowieść o bardzo niestrasznym kocie? ‒ zapytała pani Maria, a wszystkie dzieciaki od razu usiadły na podłodze obok niej. Pani Maria przysunęła fotel.

‒ Kubuś na pewno też chce ją usłyszeć. I inne maluchy.

Podeszła do kojca, po kolei wyjęła wszystkie niemowlaki i posadziła przy starszych dzieciach, które od razu się nimi zajęły. Na koniec wyjęła z łóżeczka kilkumiesięcznego chłopca. Z nim na rękach usiadła wygodnie na fotelu i zaczęła opowieść.

‒ Daleko, daleko, w górach, na małej wsi mieszkał ogromny, szary kocur, który zwał się Zbój. Zbój był taki duży, że bały się go nawet okoliczne wilki, a jak wiadomo, wilki nie boją się niczego. W ciemności zielone oczy polującego Zbója błyszczały jak dwie lampy. Każdy, kto je zobaczył, chował się natychmiast, drżąc na całym ciele. Nie było nikogo, kto odważyłby się zaczepić Zbója.

Obok Edyty stanęła kobieta w kolorowej sukience i czarnym żakiecie.

‒ Dzieciaki uwielbiają te opowieści. Całymi dniami je potem inscenizują.

Edyta spojrzała zaskoczona.

‒ Kamila Sobczak, dyrektor placówki.

‒ Edyta Bronowska, dziennikarka Naszej TV. Pani Maria często was odwiedza?

‒ Tak, dwa lub trzy razy w tygodniu. Jest nieoceniona. Dzieciaki ją uwielbiają, a dla nas jest wielką pomocą.

‒ A zgodziłaby się pani odpowiedzieć na kilka pytań przed kamerą?

‒ Oczywiście, ale nie dziś. Może jak przyjdziecie państwo w czwartek?

‒ Dobrze. Dziś nakręcimy to, co dzieje się w sali. Może któreś dziecko zgodzi się powiedzieć kilka słów do kamery.

‒ Polecam Madzię. Jest bardzo wygadana ‒ Pani dyrektor uśmiechnęła się.

‒ To ta dziewczynka w pomarańczowej koszulce.

‒ Właśnie ta.

Opowieść trwała około dziesięciu minut. Przez kolejne pół godziny dzieci bawiły się w „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Chodzi lisek wkoło drogi”. Kiedy zabawy zaczęły im się już nudzić, pani Maria zakomenderowała wyjście na dwór i ogłosiła konkurs na to, kto pierwszy się ubierze. Opiekunki pomagały najmłodszym. Po chwili zwycięzcą ogłoszony został Szymon. W ramach nagrody został pierwszym berkiem.

Edyta przyglądała się zabawom dzieci. W pewnym momencie kilkoro zamiast ganianego wybrało piaskownicę. Wśród nich była wspomniana wcześniej Madzia. Edyta skinęła na Przemka i podeszła do dzieci.

‒ Cześć, jestem Edyta.

‒ Ta pani z telewizji, wiemy – odezwała się Madzia. Inne dzieci patrzyły na Edytę, milcząc. ‒ Pani Monika mówiła, że robi pani raport o babci.

‒ Nie raport, tylko reportaż. Chcę pokazać innym, co robi pani Maria.

‒ I bardzo dobrze – odparła buńczucznie dziewczynka. ‒ W końcu w telewizji pokażecie coś sensownego.

Edyta miała ochotę się roześmiać. Ciekawe, gdzie mała usłyszała to stwierdzenie, bo sama chyba na nie nie wpadła.

‒ A co ty byś pokazała, gdybyś kręciła reportaż o pani Marii?

‒ Wszystko! To najfajniejsza babcia na świecie!

Do okrzyku przyłączyły się inne dzieci i Edyta musiała poczekać, aż przycichną.

‒ To powiedzcie teraz innym, tylko po kolei, dlaczego tak ją lubicie. Może najpierw ty – wskazała Madzię.

‒ Ja najbardziej kocham babcię Marysię, bo zgodziła się być moją babcią, dopóki nie znajdzie się moja prawdziwa babcia. Bo wie Pani, ona zginęła i nie może się znaleźć. A babcia Marysia powiedziała, że ona nie ma takiej ślicznej wnusi i chętnie będzie moją babcią.

‒ Babcia ładnie pachnie, jak się do niej przytulam – powiedziała cicho młodsza dziewczynka.

Zamieszanie w piaskownicy przykuło uwagę jednego z chłopców, który podszedł do kamery i wprost ogłosił:

‒ Pani Marysia jest najlepsza, bo opowiada najlepsze historie.

‒ I pomaga Bartkowi i Kaśce w lekcjach, żeby nie mieli samych jedynek.

Teraz przed kamerą zaczęła się prawdziwa licytacja. Edyta miała tylko nadzieję, że montażysta zdoła coś z tego wyciąć.

‒ A mi babcia narysowała takiego pięknego konika.

‒ I umie czesać warkoczyki i koka.

‒ Ja ją lubię najmocniej za to, że nigdy nie krzyczy.

‒ I nie bije.

‒ Tak, a jak ktoś się uderzy, to zawsze go przytula.

Dzieciaki teraz już zupełnie nie zwracały uwagi na to, że są kamerowane. W końcu jednak dwoje z nich się pokłóciło i Edyta musiała interweniować, zanim doszło do bójki. Postanowiła, że następnym razem postara się rozmawiać z dziećmi osobno. Razem stanowiły żywioł nie do ogarnięcia.

Po powrocie z dworu na dzieci czekało drugie śniadanie. Pani Maria pomagała jeść najmłodszym, zachęcając jednocześnie starsze do zjedzenia całej porcji. Wcześniej bezceremonialnie podeszła do Edyty i wręczyła jej miseczkę z papką dla jednego z niemowląt.

‒ Każde ręce są potrzebne.

Wskazała jej berbecia siedzącego już w krzesełku.

‒ Podawaj mu małe porcje, bo czasami pluje. Im mniej ma wtedy w buzi, tym lepiej dla ciebie. Tu masz fartuszek.

Maluch na szczęście postanowił, że da spokój tej nowej pani i ładnie zjadł, opluwając jedynie siebie.

Po posiłku część młodszych dzieci poszła do swoich pokoi na drzemkę, a starsze jedna z opiekunek zebrała razem. Dziś mieli rozmawiać o nadchodzących świętach. Czterolatki dostały potem rysunek choinki do ozdobienia, a pięcio- i sześciolatki próbowały swoich sił w kreśleniu szlaczków i liter. Pani Maria w tym czasie zajmowała się niemowlakiem: nosiła go na rękach i nuciła mu piosenki, aż w końcu zasnął. Dopiero wtedy usiadła przy jednym ze stolików i wyjęła z torby kanapki.

‒ Też muszę coś zjeść. Zaraz dzieciaki zaczną wracać ze szkoły i będą potrzebowały pomocy przy odrabianiu lekcji. Nie wszystkie, oczywiście, ale część.

Następny