Pyskata Karolinka

Karolinka leżała na łóżku i przytulała pluszową żyrafkę. Była obrażona na mamę i tatę, którzy jej nie rozumieli. Tymczasem mama i tata siedzieli przy kuchennym stole. Oni także byli smutni.

Karolinka i jej rodzice znów się pokłócili. Tym razem w czasie kolacji.

– Kochanie, kolacja – powiedziała mama i postawiła na stole talerz z kanapką z szynką i papryką.

– Kochanie, kolacja – powiedziała Karolinka, przedrzeźniając mamę.

Tata spojrzał na nią ostrzegawczo. Przedrzeźnianie nie było jego ulubioną zabawą.

– Jedz, po kolacji pogramy w „Chińczyka” – powiedział.

– Nie w „Chińczyka”.

– A w co?

– W nico.

Rodzice przestali jeść.

– Karolinko, to nie jest grzeczne zachowanie. Jeśli nie chcesz z nami grać, po prostu powiedz – powiedziała mama.

– Chcę grać!

– Ja już nic nie rozumiem – tata spojrzał uważnie na córkę.

Karolinka nie wiedziała, co powiedzieć, więc pokazała rodzicom język i mocno odsunęła talerzyk z kanapką na znak, że nie będzie jeść. Talerz prześliznął się po stole i spadł na podłogę, gdzie rozsypał się na drobne kawałeczki.

– Idź do swojego pokoju! Natychmiast! – krzyknęła mama.

– Nie!

– Mama coś powiedziała – dodał stanowczo tata, ale córka go nie słuchała.

– Nie pójdę!

Tata wziął nadąsaną pięciolatkę na ręce i zaniósł do jej pokoju. Zamknął drzwi, ale dziewczynka je otworzyła. Tata zaprowadził ją do pokoju jeszcze raz, ale Karolinka znów z niego wyszła, a w zasadzie wybiegła z krzykiem:

– To nie sprawiedliwe!

– To kara za to, że zbiłaś talerz. Wyjdziesz z pokoju, jak przeprosisz.

– Nie przeprosisz! – krzyknęła Karolinka i zrobiła złośliwą minę.

Tata znów zamknął córkę w pokoju, tym razem jednak został pod drzwiami. Po chwili usłyszał stłumione chlipanie, znak, że Karolinka płacze przykryta kołdrą. Wrócił do kuchni, w której mama posprzątała już rozbite naczynie.

Minęło kilka minut. Karolinka wypłakała się i wyżaliła ulubionej przytulance. Nie chciała rozgniewać rodziców. No, może trochę. I chciała, żeby się jej słuchali, żeby robili tak, jak ona chce. Bo ona wiedziała najlepiej, co jest fajne, a co nie.

W końcu do pokoju zajrzała mama, żeby powiedzieć dziewczynce, że pora się wykąpać i położyć spać. Naburmuszona dziewczynka dała się zaprowadzić do łazienki, a potem, wciąż obrażona, poszła spać.

Przyśnił jej się bardzo dziwny sen. Była w swoim pokoju, siedziała na łóżku, a na fotelu przy biurku siedział czarodziej. To musiał być czarodziej. Miał fioletową pelerynę w pomarańczową kratkę i spiczasty zielony kapelusz w żółte grochy. W ręku trzymał żółtą różdżkę zakończoną skomplikowanym zawijasem. Karolinka wiedziała nawet, jak on ma na imię – słyszała je ostatnio w przedszkolu. Czarodziej Sawuar Wiwr. Czarodziej nic nie mówił, ale patrzył na Karolinę pytająco, a dziewczynka wiedziała, o co chcę ją zapytać.

– Ja wcale się nie lubię kłócić z rodzicami, ale oni nie chcą mnie w ogóle słuchać.

Czarodziej podniósł brew wyraźnie zdziwiony.

– Naprawdę. Ja chcę tylko, żeby mnie słuchali.

Czarodziej kiwnął głową. A potem machnął różdżką w stronę sypialni rodziców. Z różdżki wyskoczyło kilka małych iskierek.

Rano Karolinka wyszła z pokoju jeszcze zaspana.

– Dzień dobry, słoneczko – przywitała ją mamusia.

– Mamusiu, śnił mi się taki śmieszny czarodziej.

– Wyczarował coś?

– Nie. Ale miał taki duży kapelusz. I siedział w u mnie w pokoju i mnie słuchał.

– To musiał być ciekawy sen.

– Yhy.

Mama kończyła właśnie robić śniadanie, ulubioną kaszkę Karolinki. Po śniadaniu dziewczynka zaczęła bawić się lalką. Zabawę przerwał tata.

– Ubieraj się, Karolciu. Idziemy do przedszkola.

Karolinka już miała iść się ubrać, ale podeszła do lusterka. A tam czekała na nią zabawa w miny. Tata wyszedł z sypialni.

– Ty jeszcze nie ubrana? Zdejmuj pidżamę, szybciutko.

Dziewczynka w lusterku zrobiła brzydką minę – skrzywiła usta i zmarszczyła nos.

– Nie zdejmę.

Tata kiwnął głową, zupełnie, jakby niczego nie usłyszał i poszedł do łazienki.

– Jak będziesz gotowa, to przyjdź umyć zęby. Nałożę ci pastę na szczoteczkę.

– Nie nakładaj! Sama chcę! – wrzasnęła Karolinka.

Tata już wszedł do łazienki. Dziewczynka stała zadziwiona, wpatrzona w miejsce, gdzie przed chwilą był jej tata.

– Córeczko, ty jeszcze nie ubrana? – zdziwiła się mama, wychodząc z kuchni. – Pomóc ci założyć rajstopy?

Karolinka cicho się zgodziła i już po chwili była gotowa.

W przedszkolu spotkali Maję. Koleżanki zaczęły się gonić, mimo że zarówno mama Mai, jak i tata Karoliny wołali je do szatni. W końcu dziewczynki dobiegły do swoich szafek.

– No, zdejmuj buty! – zachęcił Karolinkę tata.

– Nie mogę – zapłakała dziewczynka i na znak swojej niemocy położyła się na brzuchu na podłodze.

Tata zupełnie jakby tego nie zauważał. Patrzył na drzwi, jakby na kogoś czekał.

– Nie mogę! – powiedziała jeszcze raz Karolinka, tym razem głośniej.

Tata nadal patrzył w okno, a po chwili zaczął oglądać rysunki na tablicy zawieszonej na ścianie.

– Nie mogę! – wrzasnęła z całych sił Karolinka i żeby podkreślić mocy swoich słów, uderzyła rękoma i nogami w podłogę.

Tata nadal niczego nie słyszał.

Zaskoczona Karolina wstała i usiadła na ławce. Tata chyba żartuje. Powinien zacząć na nią krzyczeć, tłumaczyć, że się śpieszy. A on jej nie widział!

– Tato – rozpłakała się, tym razem naprawdę zasmucona. – Tatusiu, pomóż mi. Nie umiem zdjąć chustki.

Tata oderwał wzrok od rysunków.

– Już ci pomagam.

Dzień w przedszkolu szybko minął. Po kolorowaniu po Karolinkę przyszła mama.

– Ubieraj się szybciutko, skarbie, upieczemy dziś ciasto.

– Super!

– No, to zbieramy się i idziemy na zakupy.

Ale Karolinka najpierw chciała jeszcze pobawić się, a potem porozmawiać z Martą.

– Karolina! – powiedziała mama, ale córeczka jej nie słyszała.

– Karolina! – powtórzyła mama.

Karolinka przybiegła do szatni i zaczęła skakać po kolorowych kaflach podłogowych.

– Karolinko, ubieraj się – przerwała jej mama.

Dziewczynka nie cierpiała, kiedy mama ją popędzała i przeszkadzała jej w zabawie.

– Nie mogę! – wrzasnęła i położyła się na podłodze. Ale mama na nią nie patrzyła.

– Eeeeeee! – zaczęła krzyczeć dziewczynka.

Mama oglądała coś za oknem. Jako to? Od samego rana tata i mama dziwnie się zachowywali. A przecież mieli jej słuchać. A może to ona powinna inaczej do nich mówić?

– Pomożesz mi, mamo?

– Oczywiście córeczko.

Sytuacja powtórzyła się przy kolacji. Rodzice nie zauważali niegrzecznych grymasów, nie słyszeli protestów. Za każdym razem, gdy była niegrzeczna, rodzice przestawali ją widzieć. Zupełnie jakby była niewidzialna.

Zjadła makaron z sosem i wstała od stołu. Wzięła talerz i odłożyła do zmywarki.

– Pięknie posprzątałaś, kochanie – pochwaliła ją mama.

A potem ucieszyła się, gdy Karolinka sama umyła zęby i pozbierała klocki z podłogi.

Tej nocy Karolince znów przyśnił się Czarodziej Sawuar Wiwr.

– Rodzice mnie słyszą, kiedy mówię ładnie.

Czarodziej uśmiechnął się i pokiwał głową.

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciaki

Poprzedni

Czekali na panią Marię jeszcze piętnaście minut. Razem z nią weszli do środka. Dopiero wtedy Edyta zauważyła czerwoną tabliczkę, do tej pory zasłoniętą przez ślizgawkę: „Powiatowy Dom Dziecka”.

Przywitała ich jedna z wychowawczyń, przechodząca przez hol.

‒ Dzień dobry, pani Marysiu. Oj, urwanie głowy dziś, troje dzieci się pochorowało. Wchodźcie, wchodźcie. Wszystko jest gotowe, ale dzieci mogą się różnie zachowywać.

Weszli do sali. Edyta zauważyła kilkanaścioro dzieci bawiących się w w różnych miejscach, w tym kilkoro w kojcu dla niemowląt. W rogu pokoju stało łóżeczko niemowlęce, z którego słychać było kwilenie. Między dziećmi chodziła opiekunka. Na podłodze rozrzucone były klocki, samochody i pluszaki. Z boku stały krzesełka i stoliki. Sala przypominałaby przedszkole, gdyby nie obecność niemowląt i maluszków.

Pani Maria została zauważona natychmiast. Podbiegła do niej pięcioletnia dziewczynka w pomarańczowej koszulce i chwyciła za rękę, zupełnie nie zwracając uwagi na Edytę i Przemka.

‒ Babciu, babciu, chodź. Musisz zobaczyć Krzysia. On jest zupełnie nowy, wszystkiego się boi i ciągle płacze, bo chce do domu i do mamy, ale jego mama jest teraz w szpitalu i on nie może do niej jechać.

Wydawało się, że buzia małej się nie zamyka.

Przemek filmował, Edycie zaś pozostawało tylko się przyglądać, jak dzieci obsiadają panią Marię, wdrapują się jej na kolana i robią wszystko, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Zauważyła też jednego chłopca, mniej więcej czteroletniego, który stał z boku i przyglądał się temu wszystkiemu. Widać było, że przed chwilą jeszcze płakał, na policzkach wciąż miał mokre strumyczki łez, ale teraz zamieszanie odwróciło jego uwagę.

‒ Chcecie usłyszeć straszną opowieść o bardzo niestrasznym kocie? ‒ zapytała pani Maria, a wszystkie dzieciaki od razu usiadły na podłodze obok niej. Pani Maria przysunęła fotel.

‒ Kubuś na pewno też chce ją usłyszeć. I inne maluchy.

Podeszła do kojca, po kolei wyjęła wszystkie niemowlaki i posadziła przy starszych dzieciach, które od razu się nimi zajęły. Na koniec wyjęła z łóżeczka kilkumiesięcznego chłopca. Z nim na rękach usiadła wygodnie na fotelu i zaczęła opowieść.

‒ Daleko, daleko, w górach, na małej wsi mieszkał ogromny, szary kocur, który zwał się Zbój. Zbój był taki duży, że bały się go nawet okoliczne wilki, a jak wiadomo, wilki nie boją się niczego. W ciemności zielone oczy polującego Zbója błyszczały jak dwie lampy. Każdy, kto je zobaczył, chował się natychmiast, drżąc na całym ciele. Nie było nikogo, kto odważyłby się zaczepić Zbója.

Obok Edyty stanęła kobieta w kolorowej sukience i czarnym żakiecie.

‒ Dzieciaki uwielbiają te opowieści. Całymi dniami je potem inscenizują.

Edyta spojrzała zaskoczona.

‒ Kamila Sobczak, dyrektor placówki.

‒ Edyta Bronowska, dziennikarka Naszej TV. Pani Maria często was odwiedza?

‒ Tak, dwa lub trzy razy w tygodniu. Jest nieoceniona. Dzieciaki ją uwielbiają, a dla nas jest wielką pomocą.

‒ A zgodziłaby się pani odpowiedzieć na kilka pytań przed kamerą?

‒ Oczywiście, ale nie dziś. Może jak przyjdziecie państwo w czwartek?

‒ Dobrze. Dziś nakręcimy to, co dzieje się w sali. Może któreś dziecko zgodzi się powiedzieć kilka słów do kamery.

‒ Polecam Madzię. Jest bardzo wygadana ‒ Pani dyrektor uśmiechnęła się.

‒ To ta dziewczynka w pomarańczowej koszulce.

‒ Właśnie ta.

Opowieść trwała około dziesięciu minut. Przez kolejne pół godziny dzieci bawiły się w „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Chodzi lisek wkoło drogi”. Kiedy zabawy zaczęły im się już nudzić, pani Maria zakomenderowała wyjście na dwór i ogłosiła konkurs na to, kto pierwszy się ubierze. Opiekunki pomagały najmłodszym. Po chwili zwycięzcą ogłoszony został Szymon. W ramach nagrody został pierwszym berkiem.

Edyta przyglądała się zabawom dzieci. W pewnym momencie kilkoro zamiast ganianego wybrało piaskownicę. Wśród nich była wspomniana wcześniej Madzia. Edyta skinęła na Przemka i podeszła do dzieci.

‒ Cześć, jestem Edyta.

‒ Ta pani z telewizji, wiemy – odezwała się Madzia. Inne dzieci patrzyły na Edytę, milcząc. ‒ Pani Monika mówiła, że robi pani raport o babci.

‒ Nie raport, tylko reportaż. Chcę pokazać innym, co robi pani Maria.

‒ I bardzo dobrze – odparła buńczucznie dziewczynka. ‒ W końcu w telewizji pokażecie coś sensownego.

Edyta miała ochotę się roześmiać. Ciekawe, gdzie mała usłyszała to stwierdzenie, bo sama chyba na nie nie wpadła.

‒ A co ty byś pokazała, gdybyś kręciła reportaż o pani Marii?

‒ Wszystko! To najfajniejsza babcia na świecie!

Do okrzyku przyłączyły się inne dzieci i Edyta musiała poczekać, aż przycichną.

‒ To powiedzcie teraz innym, tylko po kolei, dlaczego tak ją lubicie. Może najpierw ty – wskazała Madzię.

‒ Ja najbardziej kocham babcię Marysię, bo zgodziła się być moją babcią, dopóki nie znajdzie się moja prawdziwa babcia. Bo wie Pani, ona zginęła i nie może się znaleźć. A babcia Marysia powiedziała, że ona nie ma takiej ślicznej wnusi i chętnie będzie moją babcią.

‒ Babcia ładnie pachnie, jak się do niej przytulam – powiedziała cicho młodsza dziewczynka.

Zamieszanie w piaskownicy przykuło uwagę jednego z chłopców, który podszedł do kamery i wprost ogłosił:

‒ Pani Marysia jest najlepsza, bo opowiada najlepsze historie.

‒ I pomaga Bartkowi i Kaśce w lekcjach, żeby nie mieli samych jedynek.

Teraz przed kamerą zaczęła się prawdziwa licytacja. Edyta miała tylko nadzieję, że montażysta zdoła coś z tego wyciąć.

‒ A mi babcia narysowała takiego pięknego konika.

‒ I umie czesać warkoczyki i koka.

‒ Ja ją lubię najmocniej za to, że nigdy nie krzyczy.

‒ I nie bije.

‒ Tak, a jak ktoś się uderzy, to zawsze go przytula.

Dzieciaki teraz już zupełnie nie zwracały uwagi na to, że są kamerowane. W końcu jednak dwoje z nich się pokłóciło i Edyta musiała interweniować, zanim doszło do bójki. Postanowiła, że następnym razem postara się rozmawiać z dziećmi osobno. Razem stanowiły żywioł nie do ogarnięcia.

Po powrocie z dworu na dzieci czekało drugie śniadanie. Pani Maria pomagała jeść najmłodszym, zachęcając jednocześnie starsze do zjedzenia całej porcji. Wcześniej bezceremonialnie podeszła do Edyty i wręczyła jej miseczkę z papką dla jednego z niemowląt.

‒ Każde ręce są potrzebne.

Wskazała jej berbecia siedzącego już w krzesełku.

‒ Podawaj mu małe porcje, bo czasami pluje. Im mniej ma wtedy w buzi, tym lepiej dla ciebie. Tu masz fartuszek.

Maluch na szczęście postanowił, że da spokój tej nowej pani i ładnie zjadł, opluwając jedynie siebie.

Po posiłku część młodszych dzieci poszła do swoich pokoi na drzemkę, a starsze jedna z opiekunek zebrała razem. Dziś mieli rozmawiać o nadchodzących świętach. Czterolatki dostały potem rysunek choinki do ozdobienia, a pięcio- i sześciolatki próbowały swoich sił w kreśleniu szlaczków i liter. Pani Maria w tym czasie zajmowała się niemowlakiem: nosiła go na rękach i nuciła mu piosenki, aż w końcu zasnął. Dopiero wtedy usiadła przy jednym ze stolików i wyjęła z torby kanapki.

‒ Też muszę coś zjeść. Zaraz dzieciaki zaczną wracać ze szkoły i będą potrzebowały pomocy przy odrabianiu lekcji. Nie wszystkie, oczywiście, ale część.

Następny

 

Piętnasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Obiad u rodziców był zaskakująco bezkonfliktowy. Kiedy tylko weszłam doskoczyła do mnie Kasia. Z całej rodziny Kasię lubię najbardziej.

Cześć, Beciu. Tak się cieszę, że przyszłaś. Mamy dla ciebie niespodziankę.

Przed oczami stanęła mi postać wyimaginowanego Wiesia. Zdjęłam płaszcz. Z kuchni wyszła Ania z filiżanką.

Zrobiłam ci herbatę.

Dziękuję.

Mama krzyknęła z kuchni, że obiad będzie za pół godziny.

Powiedziałam dzień dobry tacie i Tomkowi, którzy oglądali telewizję. Obaj burknęli coś pod nosem.

Wiesz już, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka? – zapytała Kasia, kiedy weszłam do pokoju.

Nie.

A co byś wolała?

Chyba jest mi to obojętne.

Ja chciałabym mieć dziewczynkę – powiedziała Ania i pocałowała w głowę Krzysia, który właśnie doczłapał do nas i wdrapał się jej na kolana.

Mama! – krzyknął, a Kasia się roześmiała, zabrała go z kolan Ani i zaczęła łaskotać.

Chłopcy są kochani, ale dziewczynka to dziewczynka. Ubierałabym jej sukienki i wiązała warkoczyki. I piekłybyśmy razem ciastka.

A z Michałem nie możesz piec ciastek? – zapytałam. W moim przekonaniu płeć nie ma znaczenia. Owszem, nie będę chłopcu ubierać sukienek, ale mogę z nim piec, nauczyć go sprzątać, chodzić na zakupy. A z dziewczynką wspinać się na ścianki, ścigać na gokartach i majsterkować.

Niestety Michaś wdał się w Tomka i waszego tatę. To mały mężczyzna. Uwielbia śrubokręt i młotek. Z Tomkiem wieczorami urządzają wyścigi samochodowe albo oglądają żużel.

Ania zaśmiała się.

Może Krzyś da się namówić do zabawy w kucharza. No, ale powiedz, jak się czujesz.

Dobrze, dzięki.

Mdłości już minęły?

Tak. Za to mam straszny apetyt. Mogłabym jeść i jeść.

Ja żułam gumę do żucia. Trochę pomagało.

Chyba spróbuję.

Zastanawiam się, dlaczego Ania wyszła za Tomka. Mój brat wdał się w ojca. Ma ten sam zawód i te same przekonania. Ania skończyła ekonomik, pracowała jako kasjerka w banku. Po urodzeniu dziecka jednak zrezygnowała z pracy i została w domu. Zapytałam ją, czy kiedyś chce znów pracować. Odpowiedziała: „A po co? Przecież Tomek dobrze zarabia”.

Ania i Kasia nie krytykują mnie, choć też nigdy nie stanęły w mojej obronie. Godzą się na taki styl życia, jaki narzucają im mężczyźni wokół. Być może Kasia zachowa więcej samodzielności, bo jej chłopak pochodzi z innej rodziny niż nasza. Jego mama pracuje i on sam zachęca Kasię, żeby się rozwijała. Ciekawe tylko, czy ona sama będzie chciała pracować.

Kiedy powiedziałam, że bardzo boję się porodu, Ania uśmiechnęła się.

Poród to jest najdziwniejsza rzecz na świecie. Najpierw potwornie się boisz, bo nasłuchałaś się opowieści i wiesz, że to boli. Kiedy się zaczyna, wiesz, że nie masz wyjścia, musisz urodzić. Adrenalina jest taka, że potem przez kilkanaście godzin nie można spać, choć wszyscy to doradzają. A kiedy już wszystko mija, nie pamięta się bólu ani zmęczenia, tylko to, jak cudownie było przytulić maleństwo. A już najdziwniejsze jest to, że kiedy minie trochę czasu, to ma się ochotę urodzić jeszcze raz. To chyba jak ze sportami ekstremalnymi – najpierw się boisz, a potem nie możesz przestać.

Już miałam zapytać o to, czy ona chce znów urodzić, ale Kasia mi nie pozwoliła.

Chcę sobie zrobić tatuaż – wyskoczyła nagle Kasia. – Co o tym myślicie?

Ja mam tatuaż.

Miny mojej siostry i bratowej były wspaniałe. Chyba nigdy nikogo nie udało mi się tak zaskoczyć. Kiedy już ochłonęły, Kasia zapytała:

A gdzie?

Całkiem na wierzchu.

Podciągnęłam rękaw. Na wewnętrznej stronie przedramienia miałam wytatuowane drobne kwiatki.

To niezapominajki. Żebym pamiętała.

A o czym masz pamiętać? – zapytała tym razem Ania.

Zawsze jest coś, co warto pamiętać – odpowiedziała tajemniczo. Nie chciałam mówić, że ten napis ma mi zawsze przypominać, od czego uciekłam i do czego dążę. Zrobiłam go jeszcze na studiach, kiedy bunt przecie rodzinie wciąż był we mnie bardzo silny.

W tej chwili do pokoju wszedł Michał. Zobaczył tatuaż i aż podskoczył.

Jaaaaaaa, ciocia ma tatuaż. Ale super!

Oczywiście zaraz pobiegł powiedzieć o tym pozostałym. Usłyszałam, jak ojciec skwitował to słowami: „To do niej podobne”. Mama zajrzała do pokoju.

To prawda? – zapytała. – Masz tatuaż?

Jeszcze raz podwinęłam rękaw.

Nawet ładny – powiedziała, ale zaraz surowo spojrzała na Kasię. – Ale ty nawet o tym nie marz. Ojciec się nie zgodzi.

Jestem już pełnoletnia – zaprotestowała moja siostra.

Dopóki mieszkasz z nami, nie myśl nawet o tatuażu.

Mama wróciła do kuchni, a w pokoju zapanowała cisza. Po chwili usiedliśmy do stołu.

Po obiedzie i deserze tata z Tomkiem wyszli, a po chwili wrócili, taszcząc kołyskę.

To dla ciebie – powiedział tata.

Nam już nie potrzebna – dodał Tomek – a była bardzo droga, to po co masz marnować pieniądze.

Zaskoczyli mnie. Mama, Kasia i Ania uśmiechały się promiennie, a ja zastanawiałam się, co mam zrobić czy choćby powiedzieć.

Dziękuję – powiedziałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

Tata odwiezie cię dzisiaj i pomoże ci ją wnieść. To kołyska po Michałku i Krzysiu – szczebiotała Kasia.

Pościel jest od mnie i od taty – powiedziała mama. – To prezent.

Podziękowałam jeszcze raz, bo nie wiedziałam, co innego mogę zrobić.

Tata rzeczywiście mnie odwiózł i pomógł zanieść kołyskę na górę, przez ten cały czas nie odezwaliśmy się do siebie. Kiedy wychodził, zatrzymał się z ręka na klamce.

Mama uważa, że powinienem przestać próbować cię zmienić. Mówi, że taką widocznie stworzył cię Bóg i powinienem to w końcu zaakceptować. Spróbuję, ale nie licz na zbyt wiele.

Potem po prostu wyszedł. Stałam na środku pokoju, zastanawiając się, jak to zrozumieć. Czy to znaczyło „mimo wszystko kocham cię, córeczko”? Zawsze się zastanawiałam, jak by to było, gdybym usłyszała od niego coś takiego.

NASTĘPNY