Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Młodość Marii

Poprzedni

‒ Środa to mój dzień na naładowanie baterii. Nie wiem, czy będziecie mieli dziś co kręcić.

‒ Spokojnie, coś się znajdzie.

‒ W takim razie najpierw odwiedzimy bibliotekę. Czytanie to moje największe hobby.

Zdjęcia w ciemnych bibliotecznych salach okazały się niemożliwe. Coś tam nakręcili, ale Przemek przez cały czas kręcił głową z niezadowoleniem. Poprzedniego dnia Edyta długo zastanawiała się, co dalej. Z niechęcią przyznała, że nie tak powinna robić reportaż. Czasu nie mogła już cofnąć, ale postanowiła naprawić błędy. Dlatego zaraz po wejściu do mieszkania pani Marii, zapytała:

‒ Od jak dawna odwiedza pani dom dziecka?

‒ To będzie… ‒ pani Maria zawahała się ‒ … tak, to będzie już jakieś dziesięć lat.

‒ Dwa razy w tygodniu przez dziesięć lat?

‒ O, na początku to nie wyglądało tak. Dopóki pracowałam, nie miałam tyle czasu.

‒ Proszę opowiedzieć, jak to się zaczęło?

‒ To była sprawka mojego męża. Kiedyś wpadłam w dołek pod tytułem „Tak strasznie żałuję, że nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków”. Moje koleżanki wciąż rozprawiały o tym, jakie wspaniałe wnuki mają. A ja? Co ja mogłam powiedzieć? Że mam piękne zdjęcia z wakacji? Przechodziłam menopauzę i uzmysłowiłam sobie, że to koniec, że skończył się mój czas, czas na założenie rodziny. Straciłam grunt pod nogami. Nie miałam celu w życiu, tego celu, który koleżanki odnajdywały w trakcie weekendów spędzonych z wnukami. Mój mąż miał cudowną umiejętność dostrzegania sedna problemu. Pewnej soboty zaprowadził mnie do domu dziecka i przez płot pokazał bawiącego się na podwórzu chłopca. To był Paweł. „Ty nigdy nie będziesz mieć wnuków, a on nigdy nie miał babci. Rozmawiałem z dyrektorką, możesz przychodzić do ośrodka, kiedy tylko będziesz chciała”. Przez miesiąc się wahałam, a potem poszłam. Zaglądałam do nich prawie codziennie po pracy i często w weekendy. Zabierałam dzieci na święta do nas. Znów czułam, że mam cel, że na czymś mi zależy. Że coś się zaczęło, a nie skończyło. Ze wszystkich koleżanek miałam najwięcej wnuków.

‒ A wcześniejsze cele? Co zajmowało panią wcześniej?

Pani Maria zaśmiała się niespodziewanie.

‒ A to nie będzie się podobać widzom. Choć pewnie część osób i tak mnie skojarzy.

Edyta spojrzała na nią zdziwiona i zainteresowana. Czy to znaczyło, że jej bohaterka była niegdyś znaną osobą? Do tej pory była przekonana, że Robert kazał jej robić nudny materiał o zwykłej kobiecie, anonimowej sąsiadce wszystkich.

‒ Byłam komunistką.

Mówiąc to, pani Maria miała wciąż błysk uśmiechu w oczach, zupełnie, jakby to wyznanie stanowiło żart.

Przemek i Edyta spojrzeli na siebie. Przyznawanie się do komunizmu było w obecnych czasach publicznym samobójstwem. Będą musieli to wyciąć.

‒ Spokojnie – pani Maria nadal mówiła wesołym tonem. ‒ Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej „przeszłości”.

Ostatni wyraz zaakcentowała, zupełnie, jakby mówiła przynajmniej o przeszłości kryminalnej. I pewnie część odbiorców tak właśnie potraktuje to ogłoszenie. Potem wstała i sięgnęła po album ze zdjęciami schowany w jednej z szafek.

‒ No to od początku. Urodziłam się na spokojnej wsi. To zdjęcie z mojej pierwszej komunii. Mój ojciec – to ten wysoki z wąsami ‒ wojnę przepracował w obozie pracy, a mama – stoi tu, w białej bluzce ‒ na gospodarce niemieckiej. Ich jedynym marzeniem było chyba tylko, żeby spokojnie przeżyć resztę życia. A moim, żeby jak najszybciej wyrwać się ze wsi. Jak tylko skończyłam osiemnaście lat, zapisałam się do partii. O, tu mam zdjęcie z jednego ze zjazdów. To ja.

Na zdjęciu młoda, ciemnowłosa dziewczyna ubrana w bluzkę z kołnierzykiem, spódnicę za kolana i rozpinany sweter patrzyła w obiektyw bez uśmiechu. Wyglądała bardzo młodo, jak dziewczynka.

‒ Zrobiłam maturę, zaczęłam pracować w księgowości przedsiębiorstwa związanego z produkcją stali. Zaangażowałam się w pracę partyjną i życie zawodowe. Szybko awansowałam, dostałam mieszkanie zakładowe. Małą kawalerkę z łazienką na korytarzu, ale za to tylko dla mnie. Byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu. Zaczytywałam się w dziełach Marksa, Lenina. Wierzyłam, że poprawiamy życie ludzi, że życie w komunie jest najlepszym, najsprawiedliwszym sposobem rozwiązywania problemów. Hasło równości wszystkich przemawiało do mnie. W końcu awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u? ‒ dopytał Przemek.

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził. Taki gówniarz byłem, ale pamiętam, jak codziennie panią wyklinał. W moich oczach była pani największym potworem, demonem i niemal szatanem.

Edyta nagle poczuła się zdezorientowana. Pochodziła z niewielkiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od miasta powiatowego, i o ile nazwa PPM coś jej mówiła, o tyle nazwisko Chruszczewska było jej kompletnie obce. Tymczasem Przemek przejął rozmowę.

‒ Tata był spawaczem i należał do związków. Zalazła im pani za skórę.

‒ Nie tylko im. Partii też, choć o tym się głośno nie mówiło, bo partia prała swoje brudy w swoich czterech ścianach. Ale to dopiero pod koniec urzędowania. Jak przejęłam stołek, to przedsiębiorstwo ledwo ziało. Okazało się, że nie wszystkim zależy na tym, żeby było lepiej. Po raz pierwszy zobaczyłam, że założenia swoje, a ludzie swoje. Firma była rozkradana i to od góry. W dodatku wielu uważało, że taka młoda i do tego kobieta nie da sobie rady z postawieniem firmy na nogi. Potem zastanawiałam się, czy przypadkiem nie o to właśnie chodziło, że mianowano mnie, żebym nie przeszkadzała ważniakom w ich lewych interesach. Ale znacie to powiedzenie, że rzeczy niemożliwych dokonują ci, którzy nie wiedzą, że są niemożliwe. Zakasałam rękawy i w błogiej nieświadomości zaczęłam realizować to, co mi oficjalnie kazano. Kiedy z województwa zaczęły iść pochwały, przestano mi robić pod górkę. Dziesięć lat później nasz PPM miał jeden z najlepszych wyników finansowych. Przyjeżdżały do nas partyjne delegacje, nawet były plany, żeby sam sekretarz nas odwiedził.

‒ Ojciec tak tego nie wspominał.

‒ Oczywiście, że nie. Pod koniec nie było różowo. Partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku. Już wtedy nie byłam ani naiwna, ani przekonana o wielkości komunizmu. Nie potrafiłam tego wszystkiego tak zostawić. Czułam się odpowiedzialna i jedyna do łagodzenia tego sporu. Ze wszystkiego najbardziej bałam się, że sytuacja wymknie się spod kontroli, że poleje się krew. Dzięki Bogu w końcu to inni podjęli decyzję za mnie. Solidarność wygrała, Wałęsa został prezydentem, a ja poleciałam ze stołka. Nie ja jedna. Pozbywano się niewygodnych ludzi. To był ciężki rok. Odchorowałam tę sytuację, zanim znów stanęłam na nogi. Wtedy też pomógł mi mąż. Tak już było, że kiedy nade mną zbierały się czarne chmury, on wyciągał kolorowy parasol.

‒ Mówiła pani, że nie miała czasu na założenie rodziny.

‒ Tak, to prawda. Męża poznałam, mając czterdzieści lat. Był lokalnym przedsiębiorcą i najspokojniejszym człowiekiem na świecie. Zresztą za komuny, żeby prowadzić swój biznes, trzeba było mieć albo plecy, albo właśnie pokłady anielskiej cierpliwości. Śmieszy mnie, kiedy teraz wciąż słyszę o tym, jak ciężko w Polsce być biznesmenem.

Edyta już otwierała usta, żeby skontrować, ale pani Maria ją ubiegła.

‒ Ja wiem, że może i powinno być lepiej, ale kiedy pamięta się, co było trzydzieści lat temu, to… no cóż… wtedy naprawdę było bardzo ciężko. Prywaciarz był wrogiem ustroju. I należało go tępić wszystkimi możliwymi sposobami. Ale trudno tępić kogoś, kto nikomu nie zagraża. A Michał taki właśnie był. Z nikim nie wchodził w konflikty, nie zagrażał żadnemu z lokalnych ważniaków. Miał swoją wielką pasję, stolarkę, i nic więcej go nie interesowało. Znalazł dla siebie niszę, która dla innych była albo nieciekawa, albo nieopłacalna. Ale on nigdy nie potrzebował dużo. Kiedy próbowano zniechęcić go biurokracją, sumiennie wypełniał zobowiązania, składał wszystkie papierki, choćby były najbardziej absurdalne. To był ten moment, kiedy zaczynałam być zmęczona. Osiemdziesiąty szósty rok. Zazdrościłam mu tego spokoju. Ja żyłam wtedy w trakcie wojny i już od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy na pewno walczę po właściwej stronie. Tyle że racje drugiej strony też mnie nie przekonywały. Trwałam w tym chorym układzie i nie wiedziałam, jak się wyrwać. Spotykałam Michała co jakiś czas a to w ratuszu, a to w którym z urzędów. Któregoś razu zaprosił mnie na kawę. Potem zadzwonił, zapytał, jak się czuję. Umówiliśmy się na kolację. Pewnego dnia zabrał mnie do swojej pracowni. Pachniało w niej drewnem i bejcą. Dał mi hebel do ręki i pokazał, jak pracować. Cisza i spokojne ruchy, opanowanie. Zrozumiałam, dlaczego tak trudno wyprowadzić go z równowagi. To nie była szalona miłość, raczej dojrzały związek ludzi po przejściach.

‒ Kiedy straciła pani pracę, byliście już małżeństwem?

‒ Nie. Byliśmy wolnym związkiem. Każde miało swoje mieszkanie, ale często pomieszkiwaliśmy u siebie. Kiedy mnie zwolniono, zaczęłam chorować. Najpierw zdiagnozowano u mnie wrzody w dość poważnym stadium rozwoju. Musiałam przejść operację. Potem nagle wypadły mi włosy. To było straszne. Podejrzewano Bóg wie jakie choroby. Dopiero pewna pani doktor, młoda dziewczyna, powiedziała, że na stażu w Berlinie spotykała pacjentów, którzy łysieli od stresu. I że to minie, ale muszę zacząć o siebie dbać. Zaleciła mi zmienić pracę, codzienne spacery i lekkostrawną dietę. To jakoś w tym czasie zorientowaliśmy się, że Michał już od niemal miesiąca mieszka u mnie. I jakoś tak naturalnie pojawił się pomysł, że może się pobierzemy. To w zasadzie nawet nie były zaręczyny, choć oczywiście dostałam potem pierścionek. Ślub był skromny. Tu jest kilka zdjęć. My, rodzice i najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół. Zamiast wesela urządziliśmy uroczysty obiad. Ślubu kościelnego ksiądz mi odmówił. Był bardzo prozwiązkowy i dla niego chyba też byłam pomocnikiem szatana. Dopiero jakiś czas temu, kiedy parafię objął proboszcz nieznający mojej historii, udało się nam pobrać. Niestety nasi rodzice tego nie dożyli.

Na zdjęciach panna młoda ubrana była w jasną garsonkę, na głowie miała kapelusik, który częściowo zakrywał bardzo krótkie włosy. Obok stał mężczyzna mniej więcej tego samego wzrostu, mocno zbudowany, w czarnym garniturze. Można się było domyślić, że przy pannie młodej stoją jej rodzice, przy panu młodym jego matka.

‒ Miałam czterdzieści pięć lat. Michał zaproponował, żebym pracowała u niego. Przyszła wolność, rozwijał skrzydła. Zajęłam się prowadzeniem biura. Nasze meble zaczęły cieszyć się popularnością, firma rosła. To było nasze dziecko i najpiękniejsze lata mojego życia. Nigdzie się nie spieszyliśmy, nie mieliśmy parcia na robienie kariery: ja swoją miałam już za sobą, a Michał nigdy jej nie pragnął. Żyliśmy spokojnie. Wynajęliśmy mieszkanie Michała, zamieszkaliśmy w moim. Zimą jeździliśmy w góry, na narty, latem nad morze. Michał uwielbiał filmy, więc często chodziliśmy do kina, wypożyczaliśmy filmy na video.

‒ Żadnych zmartwień, żadnych problemów? ‒ zapytała Edyta.

‒ Ależ oczywiście, problemy były codziennie. A to rura pękła, a to kontrola izby skarbowej. Chciałam mieć z Michałem dziecko, ale było za późno. Czasem budziły się demony przeszłości, pojawiały się plotki. Mój mąż do wszystkiego miał dystans. Czasem nawet to mnie denerwowało. Miałam wrażenie, że lekceważy problemy. A on po prostu potrafił od razu określić, co jest naprawdę ważne. Jeśli nie był w stanie czegoś zmienić, to odpuszczał. Ja nadal nie opanowałam tej umiejętności. Dlatego raczej nie oglądam wiadomości, nie interesuję się polityką. Jeśli na świecie dzieje się coś naprawdę ważnego, to i tak się o tym dowiem. To, co pokazują w mediach często tak naprawdę nie ma wpływu na nasze życie. Pada wiele pustych słów, krytyki, a mało konkretów. Zamiast się nimi przejmować, roztrząsać, lepiej zrobić coś konkretnego. Teraz na przykład pora na drugie śniadanie. Słyszę, że pani Przemkowi burczy w brzuchu – zażartowała pani Maria, ale Przemek zrobił taką minę, jakby rzeczywiście przed chwilą zaburczało mu w brzuchu.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny

 

Rozdział 2. Pierwsze spotkanie

Poprzedni

 

Przemek podjechał do Edyty koło dziesiątej. Był ubawiony sytuacją, a jeszcze bardziej tym, że Edyta dała się wrobić w świąteczny materiał.

‒ Ja mogę kręcić wszystko – rzucił, kiedy powiedziała, że cieszy się tylko z tego, że to z nim będzie pracować. Lubiła go, był najlepszym kamerzystą, a przy tym mieli podobne poczucie humoru i podejście do życia. Tym razem jednak nie podzielała jego wesołego nastroju.

‒ To gdzie jedziemy?

Podała adres.

Osiedle bloków z wielkiej płyty straszyło szarymi elewacjami i odrapanymi płotami, w większości niekompletnymi. Tyle pozostało z chluby PRL-u. Mieszkania tu nadal cieszyły się popularnością, bo były tańsze niż te budowane na nowych osiedlach. Ale okolica nie zachęcała do zamieszkania.

Znaleźli blok numer trzydzieści. Domofon był wyrwany, więc od razu weszli na trzecie piętro i zapukali do mieszkania numer osiemnaście. Kobieta, która im otworzyła, była szczupła i nie wyglądała na swój wiek. Miała farbowane na jasny brąz włosy sięgające podbródka. Ubrana była w spodnie, dopasowany t-short i kardigan przewiązany luźno paskiem. Edyta zauważyła lekki makijaż i pomalowane na pastelowy róż paznokcie. Nie tego się spodziewała.

‒ Pani Edyta i pan Przemysław – stwierdziła pani Maria Wolska. ‒ Zapraszam do środka, właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

W korytarzu stała wielka lakierowana szafa, z której właścicielka wyjęła wieszaki. Drzwi do łazienki i jednego z pokoi, pomalowane farbą olejną na kremowo, były zamknięte. Weszli do drugiego pokoju, pomalowanego na jasny żółty. Na zielonym wypoczynku leżała beżowa kapa. Przed kanapą stała ława nakryta koronkową serwetą. Naprzeciwko stał stary telewizor otoczony kwiatami doniczkowymi. Boczną ścianę zajmowała lakierowana meblościanka, którą zdobyły kryształowe wazony, miski i porcelanowe filiżanki. Całości obrazu dopełniał zielony dywan przykrywający prawie całą powierzchnię podłogi i bukiet z suszonych kwiatów stojący na ławie. Edyta miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o jakieś trzydzieści lat. Przemek rozglądał się ciekawie, pewnie planując już rozłożenie sprzętu.

‒ Ciągle trudno mi w to uwierzyć – powiedziała pani Maria, wnosząc z kuchni tacę z herbatą i ciasteczkami. ‒ Dlaczego telewizja interesuje się zwykłą emerytką?

‒ No cóż. Widocznie nie jest pani zwykłą emerytką. Święta to dobry moment, żeby pokazać ludziom ich sąsiadów, którzy robią coś ciekawego.

‒ A jak to będzie wyglądać? Bo wie pani, do tej pory nigdy nie występowałam w telewizji.

‒ Najpierw kwestia formalna. Tu są dokumenty, które musi pani podpisać. Umowa, zgoda na upublicznienie wizerunku i kilka innych. Proszę je uważnie przeczytać, jutro omówimy kwestie, które będą niejasne. O której pani wstaje?

‒ Zwykle przed szóstą.

Edyta skrzywiła się w myśli.

‒ W takim razie będziemy tu koło szóstej. Będziemy kręcić wszystko, co pani robi w ciągu dnia począwszy od śniadania aż do kolacji. Bardzo proszę, żeby robiła pani wszystko tak jak zawsze. Istnieje wielka pokusa, żeby przed kamerą pokazać się od jak najlepszej strony, ale na nagraniach od razu widać, kiedy jest naturalnie, a kiedy nie. Będziemy pani towarzyszyć przez tydzień, w trakcie nagrań będę zadawać pytania, potem przez dwa dni zajmiemy się montażem. Dwudziestego czwartego przyjedziemy na kolację jako obserwatorzy, proszę w żadnym wypadku nie traktować nas jak gości. Reportaż pójdzie na wizji dwudziestego szóstego o osiemnastej. Będzie trwał pół godziny.

‒ Jest pani bardzo konkretna. Czy będę mogła zobaczyć to, co nakręcicie, przed upublicznieniem?

‒ Materiał będzie montowany od dwudziestego drugiego, potem dodamy do niego fragmenty z Wigilii. Dwudziestego czwartego mogę przynieść to, co będziemy mieli, ale nie gwarantuję, że zmiany będą możliwe.

‒ Rozumiem. Innymi słowy podpisuję cyrograf i godzę się z góry na wszystko.

Edyta nie była pewna, czy to żart, ale wymusiła uśmiech. Pomyślała, że to może być rozwiązanie: jeśli pani Wolska się nie zgodzi, to ona nie będzie miała czego kręcić. Tylko czy Robert zrozumie?

Maria uśmiechnęła się serdecznie.

‒ Żartuję. Pan Robert wszystko mi wyjaśnił i tylko nie mógł powiedzieć, kto będzie reporterem.

Tym razem Edyta nie zdołała ukryć zaskoczenia, choć przecież mogła się domyślić, że naczelny wszystko już nagrał.

‒ Ach, pan Robert nie powiedział pani, że już się zgodziłam – pani Maria roześmiała się. ‒ Czułam, że coś kombinuje, ale obiecał mi pewną przysługę, jeśli zgodzę się wystąpić. Spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to człowiek z wielkim darem przekonywania.

Przemek oderwał wzrok od okna.

‒ Można to też tak ująć. Czy mogę zobaczyć resztę mieszkania? Będę chciał ustawić tu kilka kamer, żeby nie wozić ich ciągle ze sobą.

‒ Ależ oczywiście. Obawiam się jednak, że w domu nie spędzimy wiele czasu. Ja często wychodzę. Aha, i nie mam samochodu, korzystam z autobusów.

Edyta spojrzała na Przemka pytająco.

‒ Da radę. Ale mieszkanie i tak bym obejrzał, żeby zaplanować sobie, jak kręcić.

Kuchnia była mała. Na podłodze leżało gumoleum ze wzorem parkietu, na środku przykryte jasnym dywanikiem. Pod jedną ścianą znajdowały się szafki pomalowane na biało, pod drugą – niewielki stół z dwoma krzesłami, przykryty ceratą w biało-szarą kratkę. Biała lodówka zajmowała kąt przy oknie, pod którym znajdował się blaszany zlewozmywak. W drugim kącie stała stara kuchenka gazowa.

‒ Trochę tu ciasno. Ale stojąc w drzwiach, będę mógł nakręcić całe wnętrze. Czy w kuchni często świeci słońce?

‒ Rano, okno jest od wschodu.

‒ Ok.

Drugi z pokoi był malutki i pomalowany na ten sam jasnożółty kolor, co poprzedni. Stała tam tylko szafa, biurko i sofa zarzucona szydełkowymi poduszkami. Na biurku leżało kilka książek obłożonych w szary papier. Jedyną nową rzeczą był laptop. Na ścianie wisiało kilkanaście fotografii w drewnianych ramkach.

Łazienka była równie skromna. Ściany pomalowano na biało. Nad zlewem wisiało lustro z półką, obok stał płytki regał, na którym znajdowały się kosmetyki i detergenty przesłonięte zasłonką w niebiesko-granatowe paski. Wanna obudowana była granatowymi płytkami, które pokrywały także podłogę. Na środku leżał biały tkany dywan. Za drzwiami znajdowała się stara pralka automatyczna i granatowy kosz na ubrania. Okna oczywiście nie było.

‒ Śniadanie je pani w kuchni, czy w pokoju? ‒ zapytał Przemek.

‒ W kuchni. Potem sprzątam przez jakieś pół godziny. Piję kawę i wychodzę. Wracam około trzeciej i jem obiad – w kuchni. Popołudniu czytam, oglądam telewizję, czasem idę na spacer, jeśli jest ładna pogoda. Czasem idę na zakupy. Często przygotowuję coś do jedzenia na kolejny dzień. Kładę się wcześnie, koło dziewiątej, chyba że jest jakiś ciekawy film albo program. A właśnie – zwróciła się do Edyty – miałam zapytać, czy może widziałam jakiś pani reportaż.

‒ Być może ostatni. Był puszczany ostatnio i ze dwa razy powtarzany. „Władza do kupienia”.

Pani Maria pokiwała głową z uznaniem.

‒ Tak. To widziałam. I to wszystko prawda?

‒ Tak. Jestem dziennikarką, pokazuję tylko prawdę.

‒ Pewnie wiele osób jest teraz na panią złych.

‒ Pewnie tak. Ale jeśli są w stanie udowodnić mi kłamstwo, niech idą z tym do sądu. Ja nie mam czego się wstydzić.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Bezkompromisowa i broni pani swego. To dobrze.

Edyta uznała, że wystarczy jej na dziś, i postanowiła się pożegnać.

‒ Proszę przeczytać umowy. My musimy już iść. Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

‒ Nie chcecie wiedzieć, gdzie jutro będziemy jechać?

‒ Nie.

Pani Maria podała im kurtki.

‒ Ale bieda – rzucił Przemek, kiedy tylko weszli do samochodu. ‒ Będę musiał kombinować, żeby nie odbijać się w tych wszystkich polakierowanych szafach.

‒ Zrobisz piękny materiał o wnętrzach z lat osiemdziesiątych. „Cud komuny nadal stoi”. Kurwa, w co ja się wpakowałam!

‒ Uuuu…

‒ Mogłaby chociaż wyglądać jak zapyziała babcia emerytka, a nie podstarzała bizneswoman.

‒ To tak wyglądają podstarzałe bizneswoman? ‒ Przemek najwyraźniej dobrze się bawił, podsycając gniew Edyty.

‒ Nie zauważyłeś, w co była ubrana?

‒ No, w spodnie, koszulkę i sweter.

Edyta spojrzała na niego jak na debila.

‒ No co?

‒ To były markowe ciuchy warte ponad pół twojej pensji.

Przemek zagwizdał.

‒ Może wystroiła się w swoje najlepsze rzeczy, żeby zrobić wrażenie?

‒ Ty nic nie rozumiesz!

‒ Wiem jedno: praca z tobą to czysta przyjemność.

Edyta zdusiła wrzask, który zbierał się w jej piersi.

Następny