Konkurs dla nieśmiałych

Biedronka ogłosiła konkurs literacki. Jest o co powalczyć, pula nagród to 200 000 zł. Temat: (nie, nie zakupy w Biedronce) opowiadanie dla dzieci. Forma dowolna, ilość znaków 20-60 tys.

Oczywiście, że się podjarałam. Już zaczęłam szukać bohatera (u mnie zawsze zaczyna się od postaci). Konkurencja (o taką nagrodę) będzie gigantyczna, ale kto wie – może akurat mój tekst się spodoba. Zawsze to szanse większe niż w lotka.

Formalnie zerknęłam tylko do regulaminu, ot tak, dla pewności, że wszystko na legalu i nie pakuję się w jakiś kanał.

I teraz wisienka na torcie: nie mogę wziąć udziału w tym, bo ośmieliłam się dwie książki wydać jako selfpublisherka. Wydając, musiałam opatrzyć je ISBN-em, takie mamy prawo. Się Wam nawet pochwalę – zarobiłam na nich jakieś 50 zł. Nadal za mało, żeby wydawca mógł mi wypłacić. I sławna się stałam, że hej. Na FB lubi mnie 62 osoby.

Co więcej: znam fajnego kolesia, który pisze cudne wiersze. Do szuflady pisze, opublikował tylko to, co u niego zamówiło pewne wydawnictwo – pisał na konkretny temat, pod szablon itd. Ale wyszło pod jego nazwiskiem – też nie może wziąć udziału. A szkoda, bo ma świetne pióro i fajne pomysły.

Poczułam się zdyskryminowana. Tak, mam odwagę puścić w świat swoje hobby. Piszę bloga i wydaję sama, bo nikt mnie wydać nie chciał. Próbowałam (to znaczy chcieli, ale za 6000 zł – nie mam). Rynek wydawniczy dla autora nie jest łatwy, a sława – ilu znacie współczesnych, w sensie żyjących obecnie pisarzy polskich? Podpowiadam: Miłosz, Szymborska i Różewicz umarli.

Czy sławni pisarze mogą się pokusić o udział w takim konkursie? O tak! To kasa jak za Nagrodę Nike. Ale skoro czytam, że Biedronka ma misję podniesienia czytelnictwa wśród dzieci i chce, żeby te dzieci czytały dobrą literaturę, to do cholery, dlaczego nie pozwolić znanym też wystartować? Ich opowiadanie wcale nie musi okazać się najlepsze.

Napisałam do Biedronki z pytaniem: dlaczego?. Sfrustrowana czekam na odpowiedź.

Z ostatniej chwili.

A oto odpowiedź. Czegoś podobnego się spodziewałam.

„Szanowna Pani,

dziękujemy za zainteresowanie Konkursem „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci”. Konkurs skierowany jest do debiutantów, by dać im możliwość zaistnienia na rynku.

Dziękujemy jednak za uwagi, będziemy je brać pod uwagę przy organizacji przyszłych edycji Konkursu.

Z wyrazami szacunku,

Koordynator Konkursu „Piórko 2015. Nagroda Biedronki za książkę dla dzieci””

Ambicje pisarzy, czyli burza w szklance wody

Uśmiałam się wczoraj serdecznie, czytając o pewnej autorce, która na fb wyraziła w sposób bardzo ekspresyjny swoją frustrację wynikającą ze zbyt niskiej (w mniemaniu tejże autorki) sprzedaży jej książki, którą pisała trochę ponad rok (sic!). Wypowiedź tejże pani zniechęciła mnie do sięgnięcia po jej książkę ostatecznie. A oto dlaczego:

1. Wypowiedź na fb językowo nie powaliła, z góry zakładam, że książka może być równie niepowalająca. Jeśli ktoś nie dba o poziom w krótkim poście, to poziomu w powieści nie utrzyma. A że nominowana do Nike i czegoś jeszcze – już od kilku lat wydaje mi się, że moje gusta rozbiegają się z gustami komisji.

2. Kiedy sięgam po książkę, to mam nadzieję, że autor: ALBO dobrze się bawił, pisząc ją, sprawiło mu to frajdę, i teraz ja będę frajdę miała, czytając, ALBO chciał mi coś ważnego powiedzieć, coś, co mu w sercu ciążyło, duszę gniotło, myśli przytłaczało, w trudem i w bólach przelał to na papier, nadając taką a nie inną formę, i oto jest.

Autorka uznała, że skoro napisała, to ktoś (!) jej powinien za to zapłacić. I tu popełniła wielki błąd. Jej książki nikt z czytelników nie zamawiał, nie prosił o nią. Taki to już fach pisarza. Dla kasy to można felieton napisać na zamówienie, a nie powieść. Pisarz pisze, bo musi, chce, pragnie, potrzebuje, z nadzieją, że ktoś to przeczyta, że może się spodoba i kilka groszy skapnie. Ale przede wszystkim, tak ja uważam, pisze dla siebie.

Pani założyła, że od razu zostanie J.K. Rowling, najwyraźniej.

3. Nie bardzo mnie kusi czytanie książki osoby, która nie radzi sobie z emocjami i uwywnętrznia je na fb. Co innego, gdyby swoje przemyślenia wyraziła w błyskotliwym wywiadzie (po nominacji do Nike jakiś mógłby się trafić), felietonie chociażby (byle zamówionym i dobrze opłaconym), gdyby zrobiła to, kreując swoją osobę pisarza niespełnionego, zawiedzionego, który ze swoim niespełnieniem zmierzy się w książce kolejnej. Niestety postawa autorki to raczej tupanie trzylatka, bo rodzice nie chcą mu puścić bajki. Grozi, że nie będzie więcej pisać? Sądząc po sprzedaży książki – nikt z tego powodu nie będzie płakał. Obrazi się na czytelników? Straszne. Na mnie nie, bo nie czytałam. Budzi się we mnie niechęć, bo takie posty odbieram jako przejaw manii wyższości i przerostu ambicji. Tymczasem spotkałam w życiu kilku Pisarzy i to bardzo skromni ludzie są. Bardzo pozytywni.

Wielki też uśmiech wzbudził we mnie lament niemal świętokrzyski, że w Polsce ludzie nie czytają. A otóż nieprawda. Wsiadam do kolejki i widzę tu czytnik, tam czytnik, tu książka, tam gazeta, a obok czasopismo. Nad poziomem czytelnictwa w Polsce lamentuje tylko rynek wydawniczy, który chciałby, żeby książek więcej się sprzedawało. Tymczasem ludzie czytają pożyczone, wypożyczone i „wypożyczone” (czyli z netu ściągnięte). Bo niestety prawda jest taka, że jeśli czytam miesięcznie 4-6 tytułów (a są jeszcze mąż i córa), a każdy to co najmniej 39,90, to mój budżet tego nie dźwiga. Regał też.

A swoją drogą, to ciekawe, ile książek miesięcznie i czyjego autorstwa (mam nadzieję, że głównie debiutantów) kupuje wspomniana autorka. Powinna wszak być dla innych przykładem, wymagać najpierw od siebie, potem od innych.

PS. Mojego e-booka kupiły 4 osoby. Bardzo im za to dziękuję. Moją radość mąż skwitował: „Kupiły, żeby wrzucić na Chomika”. Jupi! To super, niech wrzucają. Może jeszcze 4 przeczytają i kolejnego kupi 8?