Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Pani Krystyna

Poprzedni

Pani Krystyna wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Siedziała w fotelu, ubrana w ciemnoróżowy dres z laptopem na kolanach. Na rozmowę zgodziła się od razu, tylko zgodnie z przewidywaniami dyrektora poprosiła o piętnaście minut. Kiedy Edyta przyszła z Przemkiem, pani Krystyna miała na sobie jasny sweterek i szarą spódnicę. Włosy zebrała w kok i rzeczywiście zdążyła zrobić sobie lekki makijaż.

‒ Pani Maria odwiedza panią co tydzień. Co robicie?

‒ Plotkujemy, robimy sobie manicure, wspominamy.

Edyta lekko uniosła brwi, zdziwiona.

‒ Ach, bo pani nie wie pewnie, że ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Ale hospicjum to nie jest miejsce żałoby. To nie jest dom pogrzebowy, i tu nie trzeba mówić szeptem. Choć większość osób mówi. Na początku bardzo się bałam, choć sama chciałam tu być. Rodzina katowała się, żeby zapewnić mi opiekę. Mąż zrezygnował z awansu, siostra ciągle się zamieniała z koleżankami na zmiany. Nie chciałam też, żeby dzieci widziały, jak czasem boli. Wolę, żeby zapamiętały mnie na nartach, a nie przykutą do fotela.

‒ Rodzina panią odwiedza?

‒ Tak, codziennie przychodzą.

‒ Po co więc wizyta pani Marii?

‒ Rodzina to co innego. Ich wizycie zawsze towarzyszy cierpienie, ich cierpienie. Oni jeszcze nie pogodzili się z faktem, że ja umieram. Wciąż jeszcze tli się w nich nadzieja, choć chyba sami nie zdają sobie z tego sprawy. A pani Maria akceptuje to, że pewnego dnia przyjdzie i mnie już nie będzie. Kiedy jestem z dziećmi, czasem zapada taka niezręczna cisza. One boją się mi powiedzieć, że w wakacje chcą jechać na obóz, bo w wakacje już mnie nie będzie. A z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

‒ Inni wolontariusze nie są tacy?

‒ Są kochani. Widać, jak bardzo współczują i starają się nas pocieszyć. Ale chyba tylko pani Maria nas rozumie. Sama wiele przeszła, jej mąż tu umarł. Pochowała rodziców i brata. Poza tym sama jest już w tym wieku, że myśli o swojej śmierci. Młodzi, choćby mieli najlepsze chęci, nie zrozumieją nas tak, jak ona.

‒ Dziękuję za rozmowę.

‒ Nie ma za co.

„Materiał o świętej” pomyślała Edyta, zastanawiając się, co dalej. Wizyta w hospicjum miała trwać jeszcze ponad trzy godziny. Ile peanów jeszcze ma nakręcić? Mdłe, mdłe, mdłe. Przemek poszedł przygotować nagranie we wspólnej sali, w której odbędzie się partyjka pokera, ona miała czas, żeby się zastanowić. Wciąż brakowało jej punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby poprowadzić widza, sprawić, że święta Maria stanie się człowiekiem.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

Poprzedni

Maciej Zając właśnie się pojawił na korytarzu.

‒ Zapraszam do mnie. Nie będziemy przecież rozmawiać tutaj.

‒ Ilu pacjentów jest w hospicjum?

‒ Obecnie dwudziestu sześciu.

‒ A pracowników?

‒ Ośmiu.

‒ Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziesięciu.

‒ To prawda. Ale finansów starcza tylko dla ośmiu. Na szczęście są jeszcze nasi kochani wolontariusze. Przychodzi do nas sześć osób, głównie młodych ludzi, którzy pomagają przy pielęgnacji pacjentów.

‒ Co należy do ich obowiązków?

‒ Uczniowie szkoły medycznej mogą pomagać przy myciu, masowaniu. Inni pomagają w karmieniu, czytają, grają w gry. Z niektórymi pacjentami można wychodzić na spacery, o ile pogoda dopisuje.

‒ Więc pani Maria jest jedną z wolontariuszek?

‒ Tak, choć jest wolontariuszką niezwykłą.

Edyta uśmiechnęła się, zachęcając do dalszej wypowiedzi.

‒ No cóż, jest jedyną wolontariuszką w tym wieku. Pomagają nam głównie licealiści. Potem idą na studia, wyjeżdżają, zakładają swoje rodziny.

‒ To jak znalazła się tu pani Maria?

‒ Najpierw przychodziła do swojej znajomej. Kiedy ta odeszła, zapytała, czy może odwiedzać innych. Pacjenci bardzo ją lubią, zwłaszcza ci starsi. Jej obecność działa na nich bardzo kojąco, niektórzy dzięki temu godzą się z nadchodzącym końcem. Młodzi mają wiele dobrej woli, ale nie rozumieją jeszcze śmierci. Wydaje im się, że wiedzą, ale… chyba tylko bardzo chcą pomóc. Pani Maria była przy umierającym mężu, przyjaciółce i jest w tym wieku, że śmierć dotyczy także jej. Jej empatia i zgoda na to, że kiedyś też umrze, są dla naszych pacjentów bardzo ważne.

‒ Nigdy nie było żadnych zgrzytów?

Dyrektor się uśmiechnął.

‒ Nie chce mieć pani mdłego materiału o aniele dobroczynności? ‒ zapytał. ‒ Wiem, że pomaga też w domu dziecka i MOPS-ie. Pewnie wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. No cóż. Zgrzyty ciągle się zdarzają. Ale pani Maria jak na razie ze wszystkiego wychodziła obronną ręką. Mieliśmy pacjenta, który wiele lat walczył z chorobą nowotworową. Kiedy zaczął przegrywać, zgłosił się do nas. Miał czterdzieści dziewięć lat i troje dzieci. Żona pracując, nie mogła się nim zająć w domu, to on zdecydował się na hospicjum. Lekarze dawali mu miesiąc życia. Był bardzo rozgoryczony. Walczył tyle lat i przegrał. Kiedy przyszła pani Maria, wybuchł. Nawet chciałem interweniować, bo wrzeszczał na nią jak opętany. Krzyczał, że nie chce jej litości, że ona nic nie rozumie, że on ma po co żyć, bo ma żonę i dzieci, a ona powinna się zająć wnukami. Siedziała obok i nic nie mówiła, pozwalała mu się obrażać. A kiedy w końcu się zmęczył, powiedziała tylko: „Ja się nad panem nie lituję, ja panu zazdroszczę. Ma pan rodzinę, umrze pan otoczony przez żonę i dzieci. A ja jestem sama. Nie miałam rodzeństwa, nie mogłam mieć dzieci, a mąż już umarł. I przychodzę tu, bo mam nadzieję, że kiedy będę już tu leżeć, to do mnie też ktoś przyjdzie przeczytać mi gazetę”. A potem wstała i wyszła. A kiedy przyszła tu drugi raz, to ten pacjent miał dla niej kwiaty. A potem przedstawił jej swoją rodzinę. Z tego co wiem, nadal mają ze sobą kontakt. Obawiam się, że o pani Marii nie da się powiedzieć nic złego. Nie robi tego dla pieniędzy, a nawet jeśli zgodzimy się z teorią, że ludzie pomagają z czystego egoizmu, to ja bym chciał, żeby wszyscy byli takimi egoistami.

Edyta zaskoczona nie wiedziała, o co jeszcze może zapytać.

‒ Pani nie rozumie – stwierdził dyrektor z uśmiechem. ‒ Ale proszę się nie denerwować. Większość ludzi nie rozumie. Teraz dobroczynność jest w modzie. Wszyscy odliczają jeden procent, wspierają zbiórki. Rozumieją to, bo pieniądze są wymierne. Trudno im zrozumieć, że ktoś poświęca swój czas i pracę, że to może dawać satysfakcję.

‒ No cóż – Edycie przed oczyma stanęło, jak wrzuca pieniądze do puszki i oddaje ubrania, których już nie potrzebuje. Szybko otrząsnęła się ze wspomnienia.

‒ Dziękuję bardzo. Nie będę zabierać panu więcej czasu. Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy mogę porozmawiać z którymś z pacjentów?

‒ Tak. Proszę zapytać panią Krystynę z sali numer jedenaście. Jest rozmowna i na pewno nie będzie miała nic przeciwko wystąpieniu przed kamerą. Tylko proszę dać jej chwilę, na pewno będzie chciała się przygotować, wie pani, ubrać się, zrobić sobie oko.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Hospicjum

Poprzedni

Hospicjum przywitało ich wnętrzami w pastelowych kolorach. Panowała cisza i spokój, tylko czasem przez korytarz przechodziła pielęgniarka.

‒ Och, zupełnie zapomniałam – pani Maria odwróciła się do nich. ‒ Nie powiedziałam wam, że musicie mieć miękkie buty.

‒ Żaden problem. Mogę kręcić w skarpetkach – powiedział Przemek. ‒ Chyba nawet dziś mam czyste – uśmiechnął się szeroko, zupełnie, jakby posiadanie czystych skarpet było czymś niezwykłym i niecodziennym.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Oj, przydałby się tu ktoś taki jak pan. Zaraz zapytam, pani Edyto, może któraś z pielęgniarek ma zapasowe buty. Staramy się nie przeszkadzać pensjonariuszom tupaniem. Niektórzy są w dobrym stanie, ale niektórzy bardzo cierpią i hałas bardzo ich irytuje.

Zniknęła w pobliskim pokoju i za chwilę wyłoniła się z parą gumowych chodaków i wielkimi laczkami.

‒ Dziś nie ma jednego z pielęgniarzy. Jego buty powinny na pana pasować. Zapewnię go, że miał pan czyste skarpetki. To miły młody człowiek, na pewno się nie pogniewa.

Edyta była lekko zaniepokojona. Jak mają zrobić tu materiał? Ma rozmawiać szeptem? Myślała gorączkowo nad jakimś rozwiązaniem, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Tymczasem pani Maria weszła do jednej z sal. Na fotelu przy łóżku siedziała staruszka.

‒ Dzień dobry, pani Eugenio – powiedziała pani Maria wyjątkowo głośno.

‒ Ach, Marysia, dziecko kochane. Jak miło, że mnie odwiedzasz. A nie musisz mówić tak głośno ‒ poklepała się po uchu. ‒ Przyszedł mój nowy aparat, słyszę teraz, jak trawa rośnie.

‒ Przyszłam pani poczytać. Mam świetną książkę. Romans hrabiego z młodą guwernantką.

Twarz staruszki rozświetliła się.

‒ Jak ty wiesz, co mnie ucieszy. Słuchałam sobie dziś radia, ale tam mówią tylko o takich smutnych rzeczach. Za stara jestem na słuchanie o smutnych rzeczach.

‒ Proszę więc posłuchać tego. Obiecuję, że kończy się dobrze.

Pani Maria wyjęła z torebki harlekina i zaczęła czytać. Najwyraźniej była to książką, którą obie panie już znały, bo lektura zaczynała się w połowie.

Edyta zostawiła Przemka i poszła poszukać kogoś z personelu, z kim mogłaby porozmawiać. W dyżurce nie spotkała nikogo, dlatego zaczęła szukać gabinetu dyrektora. Znalazła go na końcu korytarza. W maleńkim pokoiku pomalowanym na biało stały dwa biurka z jasnego drewna i szafki z szufladami. Z dwu osób mężczyzna rozmawiał przez telefon, kobieta wpisywała coś do komputera.

‒ Dzień dobry – Edyta postanowiła zwrócić się do kobiety. ‒ Szukam dyrektora.

‒ Proszę poczekać, zaraz pewnie skończy rozmawiać. A w jakiej sprawie?

‒ Nazywam się Edyta Bronowska. Jestem z Naszej TV. Kręcimy materiał o pani Marii Wolskiej, chciałam o niej porozmawiać przed kamerą.

‒ O, to się dyrektor ucieszy.

Mężczyzna spojrzał na obie z przyganą. Po chwili odłożył słuchawkę. Okazało się, że chętnie porozmawia, ale dopiero za pół godziny.

Wracając, Edyta spotkała pielęgniarkę. Zapytana, czy wypowie się przed kamerą, najpierw odmówiła, ale po chwili dała się namówić. Przemek nadal był w sali starszej kobiety. Chyba ucieszył się, że nie musi słuchać dalszego ciągu przygód hrabiego Montgomery’ego i ślicznej guwernantki imieniem Holly.

‒ Jak długo pracuje pani w hospicjum?

‒ Odkąd udało się je otworzyć, czyli od ośmiu lat. To dobra praca. Ciężka, ale spokojna. Przedtem pracowałam w szpitalu.

‒ A jak długo zna pani panią Marię Wolską?

‒ Jakieś sześć lat, dużo lepiej odkąd zaczęła u nas pomagać.

‒ Proszę powiedzieć, na czym polega taka pomoc.

‒ Pani Maria odwiedza naszych podopiecznych raz w tygodniu. Czyta im, gra z nimi w karty, rozmawia z nimi. Dla nich to bardzo ważne. Do wielu nikt nie przychodzi. Czekają na te wizyty. Było też kilka razy tak, że wiadomo było, że ktoś niedługo odejdzie, to wie pani, dzwoniła, dowiadywała się, a potem to przychodziła i siedziała przy łóżku chorego do końca.

‒ Dla was, personelu, to duża pomoc?

‒ Trochę. Najważniejsze jednak, że pacjenci są spokojniejsi, weselsi. Dla wielu świadomość, że nie umierają samotnie jest bezcenna.

‒ A opieka, wie pani: karmienie, mycie?

‒ Ach, nie. To zupełnie nie jest działka pani Marysi. Już lepiej niech zabawia pacjentów, a czynności medyczno-sanitarne pozostawi nam.

Pielęgniarka wydawała się ostatnim pytaniem rozbawiona, Edyta zaś poczuła się zbita z tropu. Co to mogło znaczyć? Żeby jednak nie wyjść na totalną ignorantkę, postanowiła się pożegnać.

‒ Dziękuję.

Pani Maria kończyła właśnie czytanie. Staruszka ukradkiem ocierała łzy koronkową chusteczką.

‒ Taka piękna historia. A ten hrabia to taki prawdziwy mężczyzna. Mój Filip też taki był. Raz mi tylko powiedział, że mnie kocha. Jak się Władziu i Władzia urodzili. Ale ja to widziałam. W oczach miał taki błysk, jak patrzył na mnie. I jak mnie do tańca porwał, to czułam, że żyję.

‒ Muszę już iść do pana Henryka.

‒ Idź, idź, dziecko kochane. Na pewno czeka na ciebie. Ja tu sobie powspominam.

Pani Maria wyszła na korytarz.

‒ Miła staruszka – zagaił Przemek.

‒ Tak – uśmiechnęła się pani Maria. ‒ Uwierzy pan, że ona ma sto dwa lata?

Przemek wytrzeszczył oczy.

‒ To tyle można?

‒ Można. Ale dużym kosztem. Ma alzheimera, nie pamięta wielu rzeczy. Ale może tak jest lepiej. Pochowała męża, dwoje dzieci. Z wnuków żyje jeszcze tylko jedno. A prawnuki rozjechały się gdzieś po świecie. Opłacają jej hospicjum, ale nie przyjeżdżają. Pani Eugenia uwielbia historie miłosne. Pielęgniarki bez końca opowiadają jej, jak poznały swoich mężów. Teraz idę do pana Henryka. Jest ciężko chory, praktycznie nie wstaje już z łóżka. Mam dla niego przegląd sportowy, poczytam mu trochę, potem przyjdzie jego córka. A potem mam partyjkę pokera.

Oczy Przemka zrobiły się jeszcze większe, a Edyta aż się uśmiechnęła. Wiedziała, że Przemek ma wielką słabość do gier w karty.

‒ Jak postawię kamerę na statywie, to mogę się przyłączyć? ‒ zapytał nieśmiało.

Pani Maria wybuchnęła śmiechem i energicznie pokiwała głową.

‒ Tylko najpierw porozmawiamy z dyrektorem – wtrąciła szybko Edyta.

Następny