Rozdział 10. Reportaż

Poprzedni

– Nazywam się Edyta Bronowska. Znacie mnie państwo z reportażu „Władza do kupienia”. Dzisiejszy reportaż miał nosić tytuł „Wigilia Marii”. Tego państwo nie obejrzycie. Zobaczycie za to portret człowieka. „Byłam komunistką” to słowa mojej dzisiejszej bohaterki. Obejrzyjcie do końca, zanim ocenicie.

Kolejne ujęcia – zmontowane zgodnie z planem. W końcu minuta na wigilię.

– Czego się spodziewałam? Nie wiem. Chyba sielsko-anielskiej kolacji w gronie bliskich. Taka powinna być wigilia Marii. Nie była.

Sekunda – ujęcie próbne z mieszkania pani Marii Przygotowany stół wigilijny, w tle choinka. Tylko tyle Przemek nakręcił – całe szczęście nie skasował – wszystko może się przydać.

– Na stole nie ma opłatka, bo nie ma z kim się przełamać. Ten wieczór nie skończył się tak, jak miał. Nie nakręciliśmy materiału. Nie zobaczycie państwo wigilii Marii. Wigilia Marii to pustka. Życie Marii to pełnia. Dlatego pokazaliśmy wam człowieka: kobietę…

„…nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków…”

…byłą komunistkę…

„…byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu…”

…dyrektor…

„…partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku…”

…wolontariuszkę…

„…czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie?”.

Koniec

Dwudziesty szósty tydzień ciąży

Poprzedni

W sobotę zaskoczył mnie telefon od mamy. Okazało się, że są z ojcem w centrum i chcieliby wpaść na kawę. Zgodziłam się oczywiście. To pierwszy raz, kiedy mnie spontanicznie odwiedzają. Zazwyczaj musiałam ich zapraszać, a wtedy było niezręcznie, bo jako gospodynie nie dorastam mojej mamie do pięt. Teraz też się nie popisałam – w szafce miałam tylko gorzką czekoladę, wszystko inne zjadałam od razu po wyjściu ze sklepu, starałam się więc nie kupować słodyczy. Na szczęście mama była przygotowana. Kupiła ciasteczka, mi pozostało więc zrobić kawę. Cóż, też mam ekspres. Może nie taki wypasiony jak Sławkowy, ale kawę robi porządną.

Tata był trochę przygaszony, właściwie jakby niezadowolony. Mama za to wydawała się niezwykle ożywiona. To była tak niezwykła sytuacja, że nie wiedziałam, jak się zachować.

– Tak dawno nas nie odwiedzałaś, że pomyśleliśmy, że my wpadniemy do ciebie zobaczyć, czy wszystko dobrze. Kasia kazała cię pozdrowić.

– Wchodźcie, proszę. Chcecie zobaczyć pokój dziecięcy? – zapytałam.

– Ależ oczywiście – mama prawie wykrzyczała zgodę. – Staszku, zobacz, jak pięknie.

– Tak. Ale nie musiałaś brać nikogo, przecież ja z Tomkiem byśmy ci pomalowali. No, może nie tak, ale taniej by cię wyszło.

– Dzięki, tato. Nie zatrudniałam nikogo. Znajomy ma taki talent, powiedział, że to prezent dla małego. Kupiłam tylko farby. I zobaczcie, jak pięknie odnowił tę kołyskę. Posłuży jeszcze dzieciom Kasi.

– Na pewno, kochanie, na pewno – przytaknęła mama, a po chwili zorientowała się, co powiedziałam, bo znów wykrzyknęła – Staszku, ty słyszałeś! Będziemy mieć wnusia. Choć ja to bym chciała wnuczkę. A imię już wybrałaś?

Naprawdę nie poznawałam mojej mamy. Zawsze stała w cieniu ojca, była cicha i spokojna. Wpadło mi do głowy, że to może menopauza.

– Chodźcie na kawę, nie będziemy tak tu stali. Porozmawiamy spokojnie, tata na pewno chętnie usiądzie.

– To jak z tym imieniem?

– Jeszcze o tym nie myślałam. Miałam ostatnio trochę problemów w pracy…

– Ale cię nie zwolnią?

Ojciec jak zawsze zainteresował się, kiedy pojawiła się możliwość jakiegoś problemu.

– Nie, tato. Dogadałam się z szefem, zwolnienie mi nie grozi, nie znajdzie nikogo z moimi umiejętnościami. Ale wykryłam w pracy kradzież i – sam rozumiesz – musiałam z tym zrobić porządek.

Tata pokiwał głową i wygłosił kilka frazesów na temat tego, jak młodzi teraz nie szanują pracy. Nie wyprowadzałam go z błędu, i tak nie miałam szans zmienić jego światopoglądu. Poza tym tak naprawdę, to ucieszyłam się, że do mnie przyszli z własnej woli i nie chciałam psuć tej wizyty.

Mama przeszła do opowiadania o Kasi. Okazało się, że siostra całkiem dobrze sobie radzi w salonie i ma chyba coś ze mnie. Kaśka jest pomocą, a więc sprząta, myje głowy, pomaga przy prostych zabiegach. To nie jest jakiś prestiżowy salon, ale jeden z tych solidnych, ze stałymi klientkami. Nawet go kojarzę. Kasia jednak nie chciała być tylko pomocą, więc zaproponowała swojej szefowej, że skoro mają wolny fotel, to ona może zająć się strzyżeniem i czesaniem dzieci. Podobno na początku szefowa nie chciała się zgodzić, ale Kasia ją przekonała. Powiedziała, że to może być nowa usługa – może czesać lub obcinać dziecko w tym samym czasie, kiedy inny fryzjer zajmuje się włosami mamy. Poza tym fryzjerzy z salonu nie mają czasu zajmować się dziećmi, a dla niej to będzie dobre ćwiczenie. No i salon trochę więcej zarobi. W końcu szefowa się zgodziła. Kasia przygotowała ogłoszenie, że dzieci są obcinane bez kolejki i jeszcze tego samego dnia przyszło do niej dwoje rodziców z maluchami. A jak się okazało, że dzieciaki wracają, bo chcą do „pani Kasi”, to szefowa powiedziała, że od tej pory Kasia od każdego dzieciaka dostaje premię. Jak mama opowiadała o tym wszystkim, to poczułam, że jestem dumna z młodej.

– Mamo, ja pójdę zrobić kawę, a wy może chcecie zobaczyć film z USG? Ten taki trójwymiarowy. Widać na nim wyraźnie, że to chłopiec.

– Włącz, włącz, ja jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Jak z wami chodziłam, to było tylko to badanie, że serduszko bije. A płeć to po porodzie dopiero się człowiek dowiadywał.

Puściłam film i poszłam do kuchni. Kiedy przyniosłam filiżanki z kawą, film się kończył. Mama miała łzy w oczach, a i tata wydawał się przejęty.

– Jak wam się podobało?

– Śliczny ten nasz wnusio, taki malutki. A jaki sprytny, tak się bawił pępowiną.

– No, ciekawe są te wynalazki. Ale siadaj, siadaj. Matka chce ci o czymś powiedzieć, co postanowiła.

Usiadłam z samego wrażenia. Zawsze to ojciec podejmował decyzje i ogłaszał na forum rodziny. Spojrzałam zaskoczona i zdziwiona na mamę.

– Kochanie – zaczęła. – Jeśli się zgodzisz, chciałabym zająć się maluchem, kiedy ty wrócisz do pracy.

Najzwyczajniej w świecie mnie zatkało, co mama chyba zrozumiała opacznie, bo zaczęła szybko się tłumaczyć, jakby bała się, że zaraz odmówię.

– Ja to sobie wszystko przemyślałam. Ty będziesz musiała albo kogoś zatrudnić, albo oddać dziecko do żłobka. W żłobku będzie ci ciągle chorować, zresztą dostać teraz miejsce to cud, a nianie są różne – lepsze i gorsze. Nie wiadomo, na jaką trafisz. Ja w domu już nie mam tyle pracy, co kiedyś, Kasia już mnie nie potrzebuję, ojcu obiad zawsze ugotować zdążę, sprzątania i prania też teraz nie ma za wiele. Ania sama zajmuje się chłopakami, a ja bardzo bym chciała wnuki chować. Ja rano do ciebie przyjadę, małym się zajmę, tylko ty się musisz zgodzić.

Mojej mamie bardzo zależało. Przed chwilą jeszcze myślałam o czekającej mnie rekrutacji i nie mogłam nie zauważyć, że to wygląda, jakby mama starała się o pracę. To skojarzenie mnie rozbawiło, a jednocześnie sprowokowało.

– I tata zgodzi się, żebyś pracowała?

– Przecież to żadna praca – wypalił tata. A więc nie tylko mi się nasunęło takie skojarzenie. – Za pracę dostaje się pieniądze, a matka chce ci pomóc.

– O nie, tato. Wiem, jak bardzo zależy ci na tym, by być żywicielem rodziny, ale ja nie mogę się zgodzić, żeby mama przyjeżdżała tu za darmo.

– Nie, córeczko, ja się też nie zgadzam. Ja tylko chcę ci pomóc i nie wezmę od ciebie żadnych pieniędzy.

– Dobra, zapłacę ci połowę tego, co musiałabym zapłacić niani. To powinno wystarczyć na dojazdy i dodatkowe wydatki związane z twoją nieobecnością w domu. Co miesiąc osiemset złotych.

Mama spojrzała na ojca prosząco. Cóż, może to i był jej pomysł, ale nadal wymagał zgody głowy rodziny

– No dobra. Obiecałem matce, że nie będę się z tobą kłócił.

I w ten sposób, najbardziej nieoczekiwany, rozwiązał się jeden z problemów, które odkładałam na potem.

Następny

Dziewiętnasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Poczułam kopniaka. Właśnie wracałam od lekarza, który zapytał mnie nawet, czy już czułam poruszenie dziecka. Powiedziałam, że nie, a pół godziny później oberwałam od środka. Na początku nie zorientowałam się, co się dzieje. Ale po chwili oberwałam po raz drugi i wtedy zrozumiałam. To nawet przyjemne. Szkoda, że dziecko kopie tak rzadko. Potem przez dwa dni nic się nie działo. Dopiero trzeciego maluch poruszył się mocniej, kiedy weszłam pod prysznic. A potem znowu nic aż do dziś.

Mam nadzieję, że z czasem będzie kopać coraz częściej. Czuję wtedy, że jest ze mną. Że mam tego małego człowieczka tylko dla siebie.

W pracy sajgon. Przyszedł czas okresowych rozliczeń. Powiedziałam, że tym razem robimy je komputerowo. No i wyszło szydło z worka. Mateusz i Barbara podnieśli krzyk, że tak nie można, że to za wcześnie, że oni nie będą tak robić, bo na pewno się pomylą. Przez pół godziny gadali każdemu, kto chciał (albo nie chciał) słuchać, że oni są przeciwko, że się nie zgadzają, bo szkolenie było za krótkie, szkoleniowiec nie tłumaczył za jasno, że to wszystko za szybko, że oni są nieprzygotowani i że przez to tylko firma ucierpi, bo będzie trzeba wszystko poprawiać. Jakby nie trzeba było poprawiać wcześniej. Potem poszli do Jarka. Wyszli z minami „no to załatwione”. O nie! W tym dziale rządzę ja, a ja chcę mieć wszystkie raporty u siebie na komputerze. Nie po to narobiłam się przy tym projekcie, żeby oni mi go spieprzyli. Spróbowałam się uspokoić i poszłam do Jarka.

‒ Mogę wiedzieć, co tu się dzieje?

‒ Nic.

‒ Kwestionujesz moje polecenia.

‒ Przesadzasz. Oni mają trochę racji.

‒ Nie po to płaciliśmy za szkolenie, żeby teraz wracać do starych metod.

‒ No tak, oczywiście, masz rację. Ale chyba możemy poczekać trzy miesiące.

‒ Nie, nie możemy. Nie będę zmieniać zasad dla tej dwójki. Wszyscy mają złożyć raporty komputerowo.

‒ A nie możesz zrobić dla nich wyjątku?

‒ Nie.

‒ Jasne, nie możesz. Wiesz, że oni tu tak długo pracują. To dla nich nowość.

‒ Trudno. Dostosują się.

I wyszłam. Jak mogłam sypiać z takim… ych, brak słów! Oby nasze dziecko nie wdało się w niego.

Poprosiłam Mateusza i Barbarę do swojego gabinetu i zamknęłam drzwi. Po raz pierwszy.

‒ Może nie zrozumieliście, że teraz ja zarządzam tym działem. Kwestionujecie moje zarządzenia i…

‒ To nie tak – wszedł mi w słowo Mateusz. ‒ Pamiętaj, że musimy swoje wewnętrzne problemy rozwiązywać między sobą. A my chcieliśmy się tylko upewnić, że Jarek wie o ewentualnych problemach. No, wiesz. Ty w każdej chwili możesz iść na zwolnienie, a dział zostanie bez raportu.

Wzięłam głęboki wdech, żeby nie wybuchnąć. Potem wzięłam jeszcze jeden. Uspokoiłam się i przez chwile zastanawiałam, co powiedzieć. Mateusz wciąż paplał – nie słuchałam go.

‒ Skoro to taki problem, poproszę innych, by wam pomogli.

Starałam się mówić cicho, ale wyraźnie. Mateusz nagle zamilkł, Barbara zaś zrobiła minę, jakby zobaczyła ducha, ale zaraz się otrząsnęła.

‒ Ależ, nie, nie. Pani Beatko, po co od razy tak histeryzować. Damy sobie radę. Te szkolenia było bardzo dobre. Mam notatki, na pewno sobie poradzimy.

‒ Oczywiście – przytaknął jej Mateusz. I już chciał dodać coś jeszcze, ale zdążyłam go uprzedzić.

‒ Nie musicie się obawiać, że pójdę na zwolnienie. Lekarz nie widzi powodów, ja również. A nawet jeśli, to dokumenty mogę spokojnie sprawdzać w domu. Mam już niezbędne oprogramowanie. Nie będę was dłużej zatrzymywać. Nie zamykajcie drzwi.

Kiedy wyszli, maluch sprawił mi niezły łomot. No tak. Ja się zdenerwowałam, on też.

Rozdział 14

POPRZEDNI

Wielkanoc zapowiadała się w tym roku bardzo ciepła i rodzinna. Tosia uprosiła Bielicką i Wagnera i dostała trochę wolnego. Do domu przyjechała obładowana prezentami. Wielką radość sprawiło jej ich wybieranie. W końcu mogła pozwolić sobie na piękne i dość drogie upominki. Już na Boże Narodzenie trochę zaszalała, teraz kupiła mamie prześliczne, prawdziwe perfumy, babci naszyjnik z naturalnych pereł. Dla pana Jana wyszperała w antykwariacie pierwsze wydanie „Potopu” Sienkiewicza – na ten prezent zrzuciły się razem z mamą i babcią. Bo oczywiście pan Jan miał być u nich na wielkanocnym śniadaniu.

Jak zawsze w sobotę rano Tosia poszła do kościoła ze święconką. Po drodze wspominała ubiegłoroczne święta i uśmiechała się do siebie. Od tamtej pory tak wiele się zmieniło. Przed kościołem zobaczyła Mariolę. W Boże Narodzenie widziała się z nią tylko przez chwilę, po pasterce obie były przemarznięte i spieszyły się do domów, potem Tosia wracała do Gdańska. Teraz mogły dłużej porozmawiać, szczególnie że świeciło piękne słońce i było wyjątkowo ciepło, a Mariola była tylko ze swoim synkiem, który grzecznie siedział w wózku.

– Wiesz? Interes nawet się kręci. Władowaliśmy masę kasy na remont szklarni i budynków, ale póki co starcza nam na raty i wszystkie opłaty.

– Ale jak ty sobie radzisz z prowadzeniem całej księgowości i opieką nad dzieckiem? A przecież jeszcze musisz zadbać o małżeństwo. Ja nie mam czasu już na nic, a jestem w wolnym związku, nie mam dzieci ani domu. Podziwiam cię.

Mariola się roześmiała.

– Ale święta w tym roku robi mama z siostrą. Ja nie dałabym już rady.

– No tak, od czego są mamy.

– Wiesz, moja mama nigdy nie pracowała. Całe życie w domu. Ja bym tak nie chciała. Nie jest łatwo, szczególnie z eksportem łatwo się zakręcić, ale póki co pomaga mi jedna taka księgowa, na którą nie ma mocnych. A ja się ciągle uczę. Na początku zatrudniliśmy dwie kobiety. Teraz mamy cztery i zaczynamy zastanawiać się nad piątą.

– Kurczę, to naprawdę odnieśliście sukces.

– Do sukcesu jeszcze sporo nam zostało, ale… Wiesz? Mam teraz pewność, że cokolwiek by się nie działo, dam sobie radę. Nie stoczyliśmy się, nie żłopiemy piwa pod sklepem.

Mariola się uśmiechnęła i w uśmiechu tym kryło się sporo dumy.

– No, tego by jeszcze brakowało.

Tosia spojrzała na Mariolkę z wyrzutem.

– To teraz powiedz lepiej, co u ciebie – zapytała Mariola.

Zanim Tosia opowiedziała o Marcinie, pracy, marzeniach, których tyle pojawiło się ostatnio, dziewczyny doszły do skrzyżowania. Rok wcześniej szły dalej, teraz Tosia musiała skręcić.

– A mogę zadać ci niedyskretne pytanie?

– To zależy.

– Wiesz, po wsi chodzą różne plotki. Jak to jest z twoją mamą i Giermakiem?

– Myślę, że się kochają.

– Serio?

– Po wsi chodzą plotki, a ty jesteś zdziwiona?

– Nooo… Ludzi gadają często, co im ślina na język przyniesie. Ty chyba nie wiesz, co gadali o nas i otwarciu firmy.

– Wiem – udało się wtrącić Tosi. – Babcia mi trochę mówiła.

– No właśnie. A jest kilka takich, które twojej mamie zazdroszczą.

– No tak, moja mama to dla nich wróg publiczny numer jeden.

– Chyba tak. No, ale ja lecę, bo Mikołaj się krzywi, chyba mu się znudziło siedzenie w wózku.

– Życz wszystkim wesołego Alleluja.

– I ty również.

Maj minął nie wiadomo kiedy. A w czerwcu były urodziny Ani. Do tej pory spędzała je z Damianem, teraz miała cały dzień dla siebie i swoich przyjaciół. Poza tym niedawno została panią magister i postanowiła to uczcić. Całą imprezę bardzo dokładnie zorganizowała. Zaprosiła najbliższych i kilkoro znajomych z pracy. Zaplanowała menu i zarezerwowała stolik w Parlamencie. Zapowiadała się wspaniała zabawa.

O dziewiętnastej zaczęli schodzić się pierwsi goście, nie licząc Tosi i Marty, które przez cały dzień krzątały się wokół sałatek, kanapek i koreczków. Jubilatka przyjmowała z wdziękiem prezenty i kwiaty, a jej współlokatorki nalewały drinki i sadzały gości w ciasnym saloniku.

– Sto lat, sto lat… – w drzwiach wejściowych pojawił się Sławek, za nim Magda. Odśpiewali „Sto lat” tak, że słyszała ich cała kamienica, wycałowali jubilatkę, po czym Sławek zapytał: – A znajdzie się jeszcze jedno miejsce?

– Jasne, a dlaczego pytasz?

– Bo za drzwiami został prezent.

Ania skoczyła jak oparzona.

– Zdurniałeś ostatecznie? – zapytała już przy drzwiach, za którymi stał Paweł. Wciągnęła Pawła do środka, nadal rugając zaśmiewającego się do rozpuku Sławka.

– Pamiętasz Pawła?

– Jasne, pamiętam. Jak leci?

– W porządku. I wszystkiego najlepszego. Niestety nie mam prezentu, ale przyniosłem wino.

– Dzięki. Wchodź.

Powoli zebrali się wszyscy i impreza rozkręciła się na dobre. Najpierw były żarty i żarciki, ale żeby zintegrować wszystkich Ania wyciągnęła niezastąpione „Tabu”. Jak się okazało nie wszyscy grali wcześniej w tę grę, więc zabawa była przednia. Zanim grupa Ani wygrała, wszyscy dobrze się poznali i najwyraźniej polubili. Przenieśli się do Parlamentu.

– Zatańczysz? – zapytał ją Paweł.

– Jasne.

Paweł przyjechał, żeby dowiedzieć się, czy bez problemów przeniesie się do Gdańska ze Szczecina i przypadkiem trafił na urodziny Ani. Przyszedł namówiony przez Sławka, ale chyba tego nie żałował, bo przez większą część wieczoru flirtował z jubilatką. Wyraźnie było widać, że jest nią zainteresowany, ale ona nic sobie z tego nie rozbiła, a chwilami wręcz unikała. Był od niej trzy lata młodszy, co w jej mniemaniu zupełnie go dyskwalifikowało. Nie mogła jednak nie zauważyć, że chłopak wspaniale tańczy.

Obracając się z Pawłem zobaczyła, że Marta ich obserwuje i mruga do niej okiem. „No tak, już nawet Marta zauważyła. I co ja mam teraz zrobić”, pomyślała, ale piosenka się skończyła, a Paweł odprowadził ją do stolika i poszedł po piwo.

– On bardzo cię lubi.

– Skoro nawet ty to zauważyłaś.

Dziewczyny siedziały przy śniadaniu, a właściwie obiedzie. Była niedziela. Do domu wróciły bardzo późno, bo zabawa była naprawdę udana. Marta pierwsza zwlokła się z łóżka i zaczęła przygotowywać śniadanie. Jak zawsze na kaca przygotowała porządny posiłek, czyli jajecznicę ze szczypiorkiem, chleb z pomidorami i herbatę z cytryną. A przy kacowym śniadaniu najlepiej sprawdzała się miła pogawędka na luźne tematy, na przykład zastanawianie się, czy Paweł jest zakochany w Ani i czy to dlatego przenosi się do Gdańska.

Marta biegła. Wymijała turystów kręcących się po plaży. Dobiegła do Sopotu i zawróciła. Powoli zbliżała się do domu. Była zmęczona, ale nadal niezbyt spokojna.

– Biegałaś? – spytała Tosia, gdy tylko Marta weszła do mieszkania.

– Jo.

– Stało się coś? – tym razem głos dobiegł zza komputera Ani.

– Zaraz pogadamy. Tylko wezmę prysznic, może to mi pomoże.

Tosia i Ania spojrzały na siebie znacząco. Marta musiała czymś bardzo się przejąć, a od czasu choroby przejmowała się niewieloma rzeczami. Musiało się zdarzyć coś na prawdę poważnego.

– To mów, co się stało.

Tosia zrobiła dla nich herbatę i wyjęła z szafki delicje.

– Nic mi się ostatnio nie udaje.

– Nie przesadzasz?

– Nie wiem. Może i przesadzam, ale od kilku dni naprawdę nic mi się nie udaje. Całkiem jakby coś się sprzysięgło przeciwko mnie.

Spojrzała na koleżanki.

– Opowiadałam wam o akcji, na którą namówiłam Fundację i Amazonki i za którą jestem odpowiedzialna. No i właśnie w tym kierunku niczego nie mogę załatwić. Z koleżankami namówiłyśmy kilkunastu lekarzy z całej Polski, żeby poprowadzili warsztaty tutaj, w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Jeśli udałoby się w wielkich miastach, uderzyłybyśmy do małych. Znalazłyśmy sponsorów i wywalczyłyśmy dofinansowanie z Unii. Wszystko jest gotowe, mamy terminarz, miałam nagrane spotkania z kilkoma dziennikarzami z ogólnopolskich czasopism, a tu nagle wszyscy oni odwołali rozmowy albo chcieli je przesunąć na termin po akcji. Masakra, bo mamy mnóstwo ulotek, które chcemy rozdać, ale to nie będzie miało takiego odzewu, jak mała wzmianka o spotkaniach w prasie.

– A jakie gazety chciałaś w to zaangażować?

– Byłam ugadana z babką z „Claudii”, „Zwierciadła” i „Przyjaciółki”.

– To tylko trzy gazety.

– No, niby tak, ale to ogólnopolskie i bardzo poczytne czasopisma. Pierwsze spotkanie jest za dwa tygodnie, a tu nic. Po prostu czasem mam wrażenie, że to mnie przerasta. Na początku wydawało mi się, że to świetny pomysł, że każdy da się namówić, że przecież cel jest szczytny, że warto. Ale niektórzy są beznadziejni.

Marta była wyraźnie przybita. Od czasu choroby ciągle działała, wręcz rzuciła się w wir wydarzeń, tryskając energią i pomysłowością. Teraz nagle straciła tę siłę, która pchała ją do przodu.

– Inne dziewczyny też tak zareagowały?

– Jak?

– Poddały się.

– W sumie…

Tosia z Anią spojrzały na nią pytająco.

– No, wiecie…

Najwyraźniej Marta miała na sumieniu coś, do czego trudno było jej się przyznać.

– Martunia… co zrobiłaś?

– Raczej czego nie zrobiłam. Inne dziewczyny nie wiedzą. To ja miałam spotkać się z dziennikarzami i wyjaśnić im, dlaczego chcemy uświadamiać kobiety, pokazywać im, jak się badać, dlaczego warto się szczepić.

– No, chyba żartujesz. Przecież sama tego nie udźwigniesz.

– Sama nie wiem już, co mam robić.

Zapadła cisza. W tej sytuacji trudno było pocieszyć Martę. Siedziały tak przez chwilę, aż Tosia podniosła głowę i spojrzała na nie uważnie.

– Wiecie co? Dlaczego to ma się nie udać? Przecież to świetny pomysł i… kurczę! To się musi udać. Chodzi o życie setek kobiet.

– Co to znaczy, że musi się udać?

– Po pierwsze umów się z tymi dziennikarzami na pasujące im terminy. A po drugie: nie załamuj się!!! Jak się nie da drzwiami, to oknem.

– To chyba nie najlepsze powiedzenie w tej sytuacji.

– Jestem prawnikiem, a nie filologiem. Zresztą grunt, żebyście zrozumiały, o co mi chodzi. Pierwsze spotkanie jest tutaj, prawda?

– Tak.

Marta nadal była przybita i było to słychać w tym jednym, cichym słowie. Nie bardzo wiedziała, o co chodzi jej przyjaciółce. Co z tego, że spotkanie jest w Gdańsku, skoro nie da się go odpowiednio nagłośnić. Przyjedzie może kilka osób i projekt okaże się klapą. Urzędnicy cofną im dotację, gdy przeczytają raport.

– No! Myślisz zbyt konwencjonalnie. Organizujecie wielką akcję, ale promocje możecie mieć… hm… powiedzmy lokalną. W końcu najlepszy jest marketing szeptany.

– Ale nie zrobimy teraz marketingu szeptanego – zauważyła cicho Marta.

– A właśnie, że tak. Ilu ludzi znamy?

– Na naszej klasie mam ponad stu znajomych, ale tylko część z Trójmiasta? – Ania chyba też nie bardzo wiedziała, o co chodzi Tosi.

– Nie o takich znajomych pytam. W samej tylko twojej szkole pracuje kilkanaście kobiet. A kilkadziesiąt się w niej uczy.

Ania spojrzała na Tosię zaskoczona. Nie pomyślała o takich znajomych.

– W mojej kancelarii pracuje ledwie kilka pań, ale namówię szefa, żeby każdej kobiecie, która pójdzie na spotkanie dał w tym dniu wolne.

– Zwariowałaś?

– Nie. Osobiście wręczę mu ulotkę.

– No tak, ale to tylko kilka kobiet – zauważyła sceptycznie Marta.

– Tak, ale każda ma kilka koleżanek, dla których dostaną ulotki. A przez kancelarię codziennie przewija się co najmniej kilka klientek. Zawsze podchodzą do pani Basi. I to na jej biurku znajdzie się informacja o wykładzie.

– Wiem! A ja w tym tygodniu zrobię kilka lekcji o zdrowiu. Dzieciaki zapytam, jakie znają choroby, na pewno któreś wymieni raka. Z dorosłymi pogadam poważniej o zapobieganiu. A na koniec dostaną ulotki – dzieciaki dla rodziców, dorośli dla siebie i swoich znajomych. Wiecie co? Zaproszę nawet te wredne baby w sekretariacie.

– Aha, w każdym sekretariacie albo dziekanacie musi siedzieć choć jedna wredna baba – Marta zauważyła już nieco weselej.

– A co do dziekanatu – pogadaj ze Sławkiem i Magdą. Są na studiach, mają setki znajomych i dostęp do recepcji akademików.

Marta spojrzała na nie wciąż jeszcze nieprzekonana.

– Ale w ten sposób nie dotrzemy do szerszego grona, a tylko do wybranych grup społecznych.

– No dobra – zgodziła się Anka. – A od czego są darmowe gazetki. Te chętnie poprą akcję i napiszą o niej.

– Wykorzystajcie też Internet.

– Umieściliśmy wiadomość na naszych stronach i stronach zaprzyjaźnionych stowarzyszeń.

– To za mało. Zacznij od Trójmiasto.pl, może większe portale się zainteresują.

– Myślisz?

– No, skoro „Zwierciadło” się zainteresowało…

Marta uśmiechnęła się.

– Wiecie co? Jak to było w tym filmie? Na nikogo w życiu nie mogłam tak liczyć jak na was.

– Tak, tylko to było do robotników na budowie.

Marta zaśmiała się i w jej oczach znów zabłysły iskierki.

– Dziewczyny!

– Co?

– Kocham was. A teraz lecę. Muszę poodpisywać na mejle. Jeszcze pomyślą, że mi nie zależy.

Siódmy tydzień ciąży

POPRZEDNI

Po tym, jak potwierdziłam ciążę u lekarza, poszłam do Jarka. Powiedziałam mu o dziecku. Oczywiście, że najpierw zasugerował aborcję. Nie zgodziłam się. Zasugerował, że zrobiłam to specjalnie – przypomniałam mu, że to on zakładał gumkę, ja od razu ostrzegałam, że nie mam zamiaru niszczyć organizmu hormonami. Powiedział, że mnie zwolni – wyśmiałam go i szybciutko przedstawiłam, jak wyglądałaby wówczas rozprawa sądowa – a w zasadzie dwie – jedna w sądzie pracy, a druga jego prywatna, rozwodowa. W końcu chyba zrozumiał, że powinniśmy się dogadać.

– Ty nie chcesz, żeby ktokolwiek się dowiedział. Ok. Rozumiem, że na niewiedzy żony zależy ci najbardziej. To dość oczywiste. I ja mogę ci tę niewiedzę wszystkich wokół zapewnić. W zamian chcę awansu i podwyżki. Zatrudnisz dla mnie asystentkę, która będzie się ze mną kontaktować w czasie mojego macierzyńskiego i która ułatwi mi powrót do pracy. Po powrocie będę miała zapewnione elastyczne godziny pracy. Będę też potrzebowała samochodu – dla asystentki, a czasem dla mnie. Przecież nie będzie do mnie jeździła metrem.

– W Gdańsku nie ma metra.

– No właśnie. Dziewczynę wybiorę sama.

Jarek na wieść o ciąży się wkurzył. Potem wkurzył się jeszcze bardziej, słysząc o awansie i podwyżce. Słysząc o asystentce doznał szoku. W końcu wstał z wrażenia (samochód), tylko po to, żeby w końcu opaść bez słów na fotel. W jego oczach widziałam wściekłość, załamanie, zdumienie i niedowierzanie. Wszystko na raz.

– Dużo żądasz. To będzie słono kosztować – powiedział, gdy trochę ochłonął.

– Policz sobie, ile będą cię kosztować alimenty dla mnie. Albo dla mnie i dla twojej żony – jeśli zażąda rozwodu. Moja oferta jest uczciwa: ty zapewnisz mi godne życie, ja obiecuję milczenie i brak skandalu.

– I niby tak po prostu mam awansować ciężarną?

– Oficjalnie o ciąży powiem ci najprędzej za pięć tygodni. A mój awans – możesz ogłosić już teraz. Firma się rozrasta, pora, aby dział sprzedaży miał osobnego menadżera. Wszyscy pomyślą, że właśnie teraz mi to zaproponowałeś.

– A w domu powiem, że to ze względu na dobro rodziny? Żeby spędzać z nią więcej czasu?

Jarek próbował być sarkastyczny. Niezbyt mu się to udało, nadal widać było, że jest zdenerwowany.

– Widzisz, jak świetnie łapiesz.

Poklepałam go po ramieniu i wyszłam z gabinetu uśmiechnięta. Show must go on.

Następnego dnia Jarek zebrał wszystkich i ogłosił, że firma świetnie prosperuje i w związku z tym pora, by dział sprzedaży się usamodzielnił. Na menadżera mianuje mnie, jest szczęśliwy, że się zgodziłam i wie, że świetnie dam sobie radę. Liczy, że wszyscy świetnie odnajdą się w nowych rolach.

Jego ogłoszenie wywołało spore zamieszkanie. Wszyscy wiedzieli, że firma ma niezłe obroty. Rynek szalał mimo kryzysu, a może właśnie dzięki niemu – ludzie potrzebowali sexgadżetów, żeby umilić sobie życie. Ale żeby od razu wydzielać dział sprzedaży, w którym znajdzie się pięć osób?

Moi koledzy ze zdziwieniem przyjęli wieść o awansie. Najczęściej słyszałam, że nikt się nie spodziewał, że „szef to jednak potrafi zaskoczyć”. Ogólnie jednak większość mi gratulowała, kilka osób powiedziało, że awans mi się należał i że cieszą się, że będą ze mną pracować. Ile w tym było szczerości, to się jeszcze okaże. Oczywiście Barbara życzliwie szepnęła mi na uszko konspiracyjnym szeptem, że co niektórzy uważają, że awans należał się Mateuszowi – w końcu dłużej pracuje i ma niezłe zyski. Jest też starszy. Dodała, bym nie przejmowała się takim gadaniem, bo to tylko z zawiści.

Zabawne usłyszeć to od kogoś, kto pewnie jako pierwszy uznał, że szef podjął niewłaściwą decyzję. Przecież Mateusz to jej najlepszy przyjaciel i sprzymierzeniec do czasu aż znów któreś podpadnie drugiemu. Wiem też, że był już porozmawiać na ten temat z Jarkiem. Nie musiałam podsłuchiwać, żeby wiedzieć, że „jest za młoda”, „kobieta na takim stanowisku to nic dobrego – pewnie zaraz pójdzie na macierzyński” (a to akurat trafne spostrzeżenie!), „już całkiem będzie się szarogęsić” i „teraz to tu już się nie da pracować”. Już jestem ciekawa, jakie będą reakcje na wiadomość o mojej ciąży. Kilku jestem niemal pewna.

NASTĘPNY

Szósty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Lekarz potwierdził to, co zobaczyłam na teście. Jestem w ciąży.

Co czuję? Co za pytanie. Jestem wściekła. Jak mogłam wpaść? Zabezpieczaliśmy się przecież. Ale nie usunę ciąży. Może jestem suką, ale nawet ja mam jakieś zasady.

Ciąża wszystko komplikuje, choć niczego nie zmienia. Zawsze wiedziałam, czego chcę – kariery, pieniędzy, wygodnego życia. Rodzina? Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Obawiam się, że moje życie przestanie być wygodne. Jakoś nie widzę się w roli matki. Dziecko we wszystkim przeszkadza. Ale to dziecko i to tylko moje.

NASTĘPNY

Prolog

Byłam kochanką szefa, a teraz będę miała z nim dziecko. Mój szef ma żonę i trójkę dzieci. Czy jestem suką? Być może. Szef nie porzuci rodziny dla mnie i mojego dziecka. Zresztą wcale tego nie chcę.

 

Pracuję w małej firmie. Raptem dwadzieścia kilka osób. Zaczęłam zaraz po studiach. Wtedy wyglądałam zupełnie inaczej: na rozmowę kwalifikacyjną poszłam jak szara myszka – w okularach, białej koszuli i jedynej garsonce. Dziś nie noszę garsonek – stać mnie na naprawdę eleganckie ciuchy. I pomyśleć, że od tamtego czasu minęło zaledwie pięć lat.

Kiedy dostałam pierwszą pensję – dwuipółkrotnie przewyższającą moje dotychczasowe dochody – poszłam do dobrego fryzjera. Weszłam do niego w szaroburym warkoczu, wyszłam w rudym, półdługim, asymetrycznym bobie z dłuższym przodem i gęstą grzywką. Rudy to kolor kobiet, które wiedzą, czego chcą. Za drugą pensję kupiłam piękne, czarne, skórzane szpilki. Powoli zaczynałam w końcu wyglądać tak, jak zawsze marzyłam.

Teraz mam trzydzieści lat, świetnie znam się na swojej robocie, nieźle zarabiam, jestem elegancka, seksowna, samotna i ciężarna.

 

NASTĘPNY