Koniec i początek. E-book już niedługo

„Reportaż” zakończony, ale przede mną jeszcze wiele pracy. Redakcja skończonego utworu to chyba trudniejsza praca niż pisanie. A chciałabym, żeby „Reportaż” wyszedł jako mobi, więc przede mną nauka, jak się takie cudo majstruje.

W głowie już kolejny projekt. Tym razem coś większego, baaa! wielkiego. I hipertekstowego. I historycznego. Ale jak zawsze będzie o kobietach. I tym razem właśnie tytuł mam pierwszy – „Wilczyce”. Jeśli komuś się kojarzy z „Pannami z Wilka”, to całkiem dobrze się kojarzy. I nie całkiem.

Pomysł powstaje kilka lat. Ewoluuje. Z dwóch powstaje jeden. Gdybym miała powiedzieć, kiedy postanowiłam napisać powieść hipertekstową, musiałabym cofnąć się co najmniej 10 lat. Ile lat liczy pomysł napisania sagi kobiecego rodu? Sama nie wiem. Siedzi we mnie chyba od zawsze.

To nie będzie taki sam projekt, jak poprzednie. Nie wiem jeszcze, czy uda się przygotować wydanie e-bookowe. Nie wiem też, a w zasadzie nie wiem przede wszystkim, ile czasu zajmie pisanie. Kilka lat, może kilkanaście. Muszę wiele się dowiedzieć, bo akcja będzie skakać po całym wieku XX, a mi bliskie są jego ostatnie lata. Poza tym bohaterki – znam już kilka z nich i wiem, że są wymagające.

Ruszam więc z korektą i dopisywaniem. A potem… Potem „Wilczyce”

Rozdział 24

Poprzedni

Ślub Tosi był dla niej podwójnie wyjątkowym dniem.

Uroczystość miała być skromna – tylko najbliższa rodzina. Niestety okazało się, że jest to niemożliwe – cała liczna rodzina Marcina nie chciała słyszeć o tym, że mogliby nie bawić się na jego weselu. I tak z kilkunastu osób zrobiło się kilkadziesiąt.

Zorganizowanie tak dużego wesela w trzy miesiące wymagało od wszystkich sporego zaangażowania. Zwłaszcza gdy okazało się, że ślub będzie podwójny.

Mama Tosi przez kilka dni ukrywała, że Giermak poprosił ją o rękę. W końcu to pan Jan powiedział babci, która natychmiast zadzwoniła do Tosi. Ta pomyślała, że podwójny ślub byłby wyjątkowym wydarzeniem. Mama przez kilka kolejnych dni się opierała, w końcu jednak Tosia postawiła na swoim. Tak długo powtarzała, że przez podwójny ślub ten dzień będzie jeszcze bardziej wyjątkowy, że Michalina w końcu uległa. Nie zgodziła się jedynie, by oba śluby były w czasie jednej mszy. Ułożono więc ten dzień inaczej.

O dziesiątej rano na ślubnym kobiercu stanęli Michalina Majewska i Jan Giermak. Mama Tosi miała na sobie jasną sukienkę i żakiet, a na głowie toczek. Tosia długo namawiała ją na takie przybranie głowy, ponieważ niewielki kapelusik kosztował tyle samo, co reszta jej stroju. Dla Michaliny był to zbędny wydatek – gdyby sama kupowała swój strój, to byłaby to praktyczna szara garsonka i biała bluzka. Ale Tosia zaprosiła ją do Gdańska i nie pozwoliła kupić nic taniego i praktycznego – w końcu jej mama zasługiwała na wyjątkową kreację.

Sama wybrała dla siebie prostą suknię o greckim kroju, ozdobioną niewielkimi kryształkami. Nie chciała, by cokolwiek przyćmiło welon, który odnowiony czekał w szafie babci. Na ślub mamy zaś nałożyła czerwoną jedwabną sukienkę.

Po ślubie mamy goście zostali zaproszeni na śniadanie do babci. Było ich niewiele: siostry Michaliny z rodzinami, a ze strony Jana jedynie brat Marek z żoną Evą. Przepraszali młodych, że ich dzieci nie mogły przyjechać, zwłaszcza Hans, chrześniak Jana. Niestety obowiązki zawodowe nie pozwoliły mu na urlop.

O szesnastej Jan Giermak poprowadził Tosię do ołtarza. To Tosia zaproponowała, że będzie mówić do niego tato. Kiedy była mała, marzyła, że jej tata kiedyś w końcu je odwiedzi, ożeni się z mamą i będą żyli długo i szczęśliwie. Teraz wiedziała, że jej biologiczny ojciec nie wie nawet o jej istnieniu. Nie chciała go odnaleźć, nie potrzebowała tego – ułożyła sobie życie bez niego. Ale szczerze polubiła, a może nawet pokochała Giermaka i uznała, że nazywanie go tatą będzie zupełnie naturalne – w końcu będzie mężem jej mamy, a ona nigdy nie miała ojca.

Świadkową Tosi była Ania, Marta zaś pełniła rolę druhny. Obie dziewczyny zrobiły Tosi niespodziankę i wystąpiły w różowych sukienkach – identycznych – odciętych pod biustem, by zmieścił się brzuszek Ani, długich jedynie do pół uda, z mocno marszczonymi stanikami. Ukrywały te kreacje do samego końca i Tosia widząc je wybuchła śmiechem, zwłaszcza że Marta zrobiła w tym momencie bardzo nieszczęśliwą minę. A potem ani się obejrzała, i już wygłaszała przysięgę:

– Ja, Antonina, biorę sobie ciebie, Marcinie, za męża i ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że cię nie opuszczę aż do śmierci.

Kątem oka widziała, że mama ociera łzy, a babcia stoi szeroko uśmiechnięta.

Przyjęcie weselne odbywało się w ogrodzie babci, w którym ustawiono wielki namiot. W środku ustawiono stoły, ale ponieważ była piękna, słoneczna pogoda, podciągnięto ściany i w ten sposób ozdobą sali weselnej stały się kwitnące jabłonie i wiśnie.

– Masz ślub jak z bajki – powiedziała Gosia, kuzynka Marcina, a Tosia tylko się uśmiechnęła. Wszystko było idealnie, nawet idealniej niż w jej marzeniach.

– Dziękuję. Cieszę się, że nie pozwoliliście nam na cichy ślub.

– No co ty? W naszej rodzinie? Zostalibyście wyklęci i musielibyście i tak organizować przyjęcie przeprosinowe. U nas nie przepuszczą żadnej okazji do wspólnego świętowania.

Dziewczyny zaśmiały się. Dzięki takim okazjom zdążyły się zaprzyjaźnić.

Dzień szybko mijał na tańcach, rozmowach, weselnych zabawach.

– A teraz zapraszamy wszystkie panny do kółeczka, a świadkowe prosimy o przyniesienie bukietów ślubnych i zasłonięcie pannom młodym oczu.

Michalina na początku wzbraniała się przed traktowaniem jej jak panny młodej, jednak goście nie chcieli słuchać, że to dzień jej córki, zwłaszcza że sama córka najgłośniej śpiewała drugie „Sto lat” i najgłośniej krzyczała „Gorzko, gorzko”. W końcu przestała oponować i zaakceptowała, że wszyscy widzą w niej młodą mężatkę. Na oczepiny przyszła więc uśmiechnięta i zarumieniona od szalonego tańca z jednym z wujów Marcina.

– Drogie panie – mówił dalej wodzirej. – Dziś okazja jedyna w swoim rodzaju, bo będziecie miały aż dwie szanse, by złapać bukiet. Nie przegapcie tego.

Tosia niestety przegapiła najciekawsze – nie zobaczyła miny Marty, która złapała jej bukiet.

Po oczepinach goście powoli zaczęli wychodzić. W końcu obie pary młode pożegnały ostatnich weselników.

Skurcze zaczęły się w nocy. Ania wstała, by je rozchodzić. Była na wpół przytomna, ale wiedziała, że i tak nie zaśnie. Poszła do łazienki, ale skurcze nie mijały. Wzięła stoper i zaczęła odliczać. Po godzinie wiedziała, że poród chyba się zaczął. Skurcze nie ustępowały i były regularne.

– Wezwać taksówkę? – zapytał Paweł, gdy weszła do kuchni, żeby zrobić sobie herbatę.

– Myślałam, że śpisz.

– Budzę się za każdym razem, gdy wstajesz do łazienki. Zazwyczaj zaraz wracasz do łóżka, podejrzewam więc, że skoro nie śpisz, to poród mógł się zacząć. Staram się nie panikować, ale nie jest łatwo…

– Zaczekajmy jeszcze trochę.

Pili herbatę w milczeniu. Ania chwilami krzywiła się lekko. W pewnym momencie zgięła się w pół.

– Chyba możesz wezwać taksówkę – powiedziała, gdy skurcz minął.

Lekarz stwierdził, że poród jest we wczesnej fazie, ale kazał Ani zostać. Wepchnął też do sali porodowej Pawła, mówiąc, że żonie z pewnością przyda się jego pomoc.

– Jeśli chcesz, wyjdę – zaproponował, ale Ania znów miała skurcz. Podał jej wodę i przypomniał o oddychaniu.

– Zostań. Wyjdziesz, jeśli będziesz chciał.

Czas mijał powoli. Przyszła położna i podłączyła Anię do KTG. Serce dziecka biło prawidłowo, a skurcze były coraz częstsze, Ania poszła pod prysznic. Starała się wykorzystywać sprzęty zgromadzone w sali, ale głównie kołysała się na piłce, co pomagało jej się rozluźnić. Skurcze się nasilały, w końcu położna stwierdziła, że Ania może wejść na fotel i przygotować się do parcia. Druga położna przesunęła Pawła za łóżko.

– Może pan przygotować ubranko dla dziecka. Będzie pan odcinał pępowinę?

Paweł pokręcił głową, że nie. W zasadzie nie powinno być go na sali. Tak ustalali, ale ułożyło się zupełnie inaczej. Wiedział, że Marta i Tosia czekają z niecierpliwością na wiadomość od niego. Ania była zmęczona, a on tak bardzo chciał jej pomóc. Widział, że każdy kolejny skurcz jest coraz bardziej bolesny. Kochał tę dziewczynę nad życie i nie chciał, by cierpiała, jednak wiedział, że w czasie porodu ból jest naturalny i nic na to nie można poradzić. Miał nadzieję, że jego obecność jest wsparciem. W końcu Ania nie kazała mu wyjść. Przez siedem miesięcy zbliżyli się do siebie i zaczął mieć nadzieję, że może uda im się stworzyć związek. Odgarnął jej z czoła włosy, a ona po raz kolejny zaczęła przeć.

– A oto wasza córeczka.

Położna położyła na brzuchu Ani maleńką, okrwawioną istotkę, kwilącą cicho. Paweł spodziewał się różnych uczuć, tylko nie zdziwienia. Więc to już? Ich maleńka córeczka była taka drobna, a jednak taka duża, tak absolutnie doskonała. Maleńki człowiek.

Ania trzymała go za rękę, drugą obejmowała małą Anielkę. Położna na chwilę zabrała dziecko, by je obejrzeć i ubrać. W końcu zostali sami.

– Dziękuję, że ze mną zostałeś – powiedziała Ania i mocniej uścisnęła jego dłoń.

– Nie ma za co – uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że choć trochę ci pomogłem. I cieszę się, że mogłem tu być. Teraz powinnaś odpocząć.

– Raczej nie zasnę. Ale chętnie bym coś zjadła.

– W torbie są owoce i herbatniki. Przyniosę ci do nich herbatę.

Uśmiechnęła się w odpowiedzi, a on poszedł do sklepiku. Ania zapatrzyła się w buzię swojej córeczki.

– Nie masz jeszcze godziny, a już tak wiele zmieniłaś w moim życiu – szepnęła. Dziecko spało przytulone do jej piersi.

Do sali wrócił Paweł. Podał jej herbatę, sam usiadł na krześle, trzymając drugi parujący kubek. Ania spojrzała na niego.

– Dziękuję – jej głos zabrzmiał tak niepewnie, że odchrząknęła i powiedziała jeszcze raz. – Dziękuję. Za nią. Za herbatę też – dodała szybko i oboje zaczęli się śmiać.

– Możesz podejść?

– Oczywiście – poderwał się i już był przy niej.

Zdziwił się, kiedy go lekko pocałowała.

– To na dobry początek. Bo wiesz… dla niej warto spróbować. No, i ty nie jesteś taki najgorszy – uśmiechnęła się i puściła do niego oczko.

Telefon zawibrował koło południa.

– Pani Aniu! Już jest. Jeszcze pachnie farbą drukarską. Natychmiast wysyłam autorskie.

– Dziękuję, panie Mirku. A więc dziś przyszło na świat dwoje moich dzieci – zażartowała.

– Och! Naprawdę? – Pan Mirek zdawał się zawstydzony. – To ja przepraszam, pani pewnie odpoczywa. I oczywiście gratuluję. Gorąco gratuluję.

– Dziękuję.

– Proszę się odezwać, kiedy już pani odpocznie. Chcemy zorganizować kilka spotkań z autorem, bez pani się nie obędzie. Jeśli będzie się pani czuła na siłach i dzieciątko pozwoli, oczywiście.

– Zadzwonię do pana, jak mnie wypuszczą, ustalimy terminy.

– Tak, tak. To do usłyszenia.

– Do usłyszenia.

– Będę za wami strasznie tęsknić – powiedziała Marta ściskając Tosię i Anię. Siedziały znów na kanapie w swoim starym mieszkaniu, a obecnie mieszkaniu Ani, Pawła i Anielki. Malutka spała w wózku, a one sączyły herbatę.

– Daj spokój, Szwecja to nie koniec świata. Będziecie przecież przyjeżdżać do Polski. A staż Krzyśka kiedyś się skończy.

– No wiecie… a co, jeśli tam ułożymy sobie życie?

– To będziemy was co roku odwiedzać w wakacje. Darmowe wczasy za granicą – zażartowała Tosia.

– Marta, przecież ty się nigdy nie martwisz na zapas.

Marta przytuliła je jeszcze raz.

– To chyba naturalne. W końcu wyjeżdżam do innego kraju.

– W dobie Internetu, tanich lotów i wycieczek promem nie musisz martwić się, że o tobie zapomnimy.

– Co tydzień w sobotę będziemy urządzać internetowe spotkania. Tosia może przychodzić do mnie, a ty będziesz z nami na ekranie komputera – zaproponowała Ania. – Będzie dobrze.

Marta wiedziała, że dziewczyny mają rację. Obie bardzo się ucieszyły, gdy powiedziała im, że wyjeżdża z Krzyśkiem do Szwecji. Dla niego staż w szpitalu w Malmo był wielką szansą. Starał się o niego od kilku lat i Marta nie mogła teraz oczekiwać, że nie pojedzie, żeby zostać ze swoją dziewczyną. Ona sama przekazała prowadzenie projektu „Badaj piersi” koleżankom, wzięła dwuletni urlop bezpłatny w Fundacji „Być kobietą” i zaczęła uczyć się szwedzkiego. Kiedy przyjaciółki zaczęły żartować, że jest taką samą kobietką, jak one, zdała sobie sprawę, że mają rację. Oto ona, niezależna, szczęśliwa niegdyś jako singielka rzuca wszystko, by wyjechać z ukochanym. Cóż, zmieniła się. Kiedyś pomachała by mu na lotnisku. Powiedziałaby: „Jedź, ja tu mam ważniejsze sprawy”. Teraz to on był najważniejszy. A jej to nie przeszkadzało.

– Kocham was – powiedziała ni stąd, ni zowąd, przerywając Tosi opowieść o kolejnej sprawie.

Wszystkie się roześmiały.

– My ciebie też.

– To co? – zapytała Ania. – Może filmik? Mam dziś ochotę na „Seksmisję”. Co wy na to?

KONIEC

Rozdział 22

POPRZEDNI

Ten wieczór był wyjątkowy. Marcin po wielu miesiącach ciężkiej pracy, skończył wyjątkowo intratny projekt biurowca. Przez ostatnie tygodnie całymi dniami i nocami nanosił poprawki inwestora. W końcu cała dokumentacja była kompletna, a projekt został zaakceptowany. Żeby uczcić wielki sukces, Marcin i Łukasz zabierali swoje narzeczone do bardzo drogiej i bardzo ekskluzywnej restauracji.

– Za kolejny taki projekt. Niech się pojawi jak najszybciej – wzniósł toast Łukasz.

Wszyscy upili odrobinę szampana z wyjątkiem Pauliny, która była w czwartym miesiącu ciąży i toast wznosiła wodą gazowaną.

– Będziesz mógł w końcu zabrać się za projektowanie swojego domu – podrzucił Marcin. – Nie zostało ci za wiele czasu.

Paulina się uśmiechnęła.

– Chyba na początku będziemy musieli jakoś zmieścić się w tej kawalerce. Ale mam zamiar przycisnąć Łukasza – żartobliwie pogroziła palcem swojemu chłopakowi.

– Jak długo chcesz pracować? – zapytała Tosia. Dla niej ciąża teraz, kiedy dopiero zaczynała karierę, byłaby dużą przeszkodą. Kiedyś chciałaby mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem Paulina pracowała niewiele dłużej od niej i nie miała umowy na stałe.

– Dopóki będę się dobrze czuła. Jakoś nie mam mdłości, nic mnie nie boli i tylko trochę chce mi się spać. Naprawdę życzę takiej ciąży każdej dziewczynie.

– Jestem dla ciebie pełna podziwu. Nie wiem, kiedy będę gotowa na dziecko, ale póki co bałabym się przeraźliwie.

– Powiem ci w sekrecie – uśmiechnęła się Paulina i udała, że próbuje ukryć to, co chce powiedzieć, przed Łukaszem i Marcinem. – Liczę na to, że chłopcy kiedyś wezmą mnie na wspólniczkę.

Tosia uśmiechnęła się i zamilkła. Nie wiedziała, czy Paulina nie mówi serio mimo żartobliwego tonu. Pamiętała za to, że kiedy Marcin z nią pracował, wiele razy musiała słuchać, że nie potrafią się dogadać. Marcin tworzył świetny zespół z Łukaszem, ale z Pauliną nie potrafił się dogadać. A ponieważ Łukasz często jej ustępował, Marcin miał pretensje także do przyjaciela. Skończyło się na poważnej rozmowie wspólników. Od tej pory Łukasz dawał Paulinie do wykonania projekty, nad którymi pracował sam. W pozostałych zaś współpracowali z zaprzyjaźnionym biurem projektowania zieleni.

Łukasz miał niewyraźną minę. Najwidoczniej Paulina mówiła serio i widać temat ten nie był nowością.

– Na razie musisz dbać o siebie, a kiedy urodzi się Łukasz junior może się okazać, że wcale nie chcesz wracać do pracy – Marcin mrugnął porozumiewawczo do Łukasza.

– Chyba wolałabym dziewczynkę. Już niedługo się okaże.

Obiad upłynął w bardzo miłej atmosferze. Dania, jak to bywa w ekskluzywnych restauracjach, były równie smaczne, co małe. Zamówili więc jeszcze kawę i desery. W efekcie wyszli jako jedni z ostatnich gości.

W domu Marcin przytulił się do Tosi.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Chciałabyś mieć dziecko

– Ale teraz? – Tosia wystraszyła się.

– Nie, w ogóle. Kiedyś.

– W ogóle kiedyś tak. Teraz jeszcze nie. Nie czuję się dość bezpiecznie w związku z pracą i finansami. Ale powiem ci, kiedy przyjdzie na to pora.

Marcin złapał ją w pół i pociągnął w stronę łóżka, a ona się roześmiała.

– To może poćwiczymy trochę, żeby nabrać wprawy.

W sylwestra obiecała sobie, że zmieni swoje życie. Jeszcze nie czuła się ciężarna, ale wiedziała, że ma siedem miesięcy, by przyzwyczaić się do myśli o zostaniu mamą. Impreza oczywiście odbywała się u nich. Ekipa była stała. Tosia zaprosiła Marcina, Marta Krzysztofa, przyszli Magda i Sławek i przyprowadzili Pawła. Zabawa była udana, chłopcy kupili fajerwerki, które odpalili o północy. Ania starała się dobrze bawić, ale bała się, że ktoś w końcu zapyta, dlaczego nie pije alkoholu. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, że do lodu dolewa tylko soku. O północy udało jej się także tak pomanewrować, by uniknąć picia szampana.

Następnego dnia poranne mdłości Ani były niczym w porównaniu z kacem Marty i Tosi oraz Marcina i Krzysztofa, którzy zostali na noc. Reszta towarzystwa wróciła do akademika. Ania przygotowała dla wszystkich tradycyjne kacowe śniadanie, czyli jajecznicę na boczku i herbatę z cytryną. Marta i Tosia powitały misę wjeżdżającą na stół z wdzięcznością, Marcin z Krzysztofem z niedowierzaniem. Ania zjadła i wróciła do ich niewielkiej sypialni. Musiała zebrać myśli. Był Nowy Rok, dobra pora na zastanowienie się co dalej.

Wzięła swój pamiętnik i otworzyła na zapiskach z zeszłego roku. Przeczytała postanowienia i uśmiechnęła się. Postawiła plusy przy tych, które udało jej się spełnić i minusy przy niespełnionych. Plan roczny na zeszły rok mogła zaliczyć do udanych. Teraz musiała się zastanowić nad planem na ten rok.

Granicą była połowa sierpnia. Lekarz wyznaczył jej datę porodu na osiemnastego. Szczęście w nieszczęściu – zdąży zaliczyć rok na studiach i zakończy naukę grup w szkole. Na studiach weźmie dziekankę. W pracy urlop macierzyński. Na szczęście miała umowę o pracę i mogła liczyć na zasiłek. Postanowiła rozstać się z OmegaNetem. Czuła się kiepsko i nie chciała ryzykować, że nie da rady podołać obowiązkom. Wpadła głupio, ale cóż… może to był jedyny sposób, żeby zostać mamą. A skoro miała być mamą, to musiała już teraz zadbać, żeby dziecko dobrze się rozwijało. Żałowała trochę, bo miała z tej roboty niezłe pieniądze. Część uczciwie przepuściła na ciuchy i kosmetyki. Gdyby wiedziała, zaczęłaby oszczędzać. Cóż. Mówi się trudno. Teraz może jeszcze uda jej się coś uskrobać. Będzie potem mogła dłużej być z dzieckiem, dorabiając tylko tłumaczeniami. No tak – powinna zacząć szukać kontaktów. Więc jednak nie będzie teraz miała mniej pracy. Zwolni trochę z opowiadaniami. Na dziekance nadrobi. Plan wydawał się realny. Trudny, ale realny. Wszystko mogło się jeszcze ułożyć. Może wydanie książki jej pomoże.

Ktoś zapukał do drzwi, otworzyła chyba Marta.

– Tak, jasne. Jest w pokoju. Wchodź.

Po chwili do pokoju wszedł Paweł.

– Cześć.

– Cześć.

– Chciałem z tobą porozmawiać.

Próbowała udawać, że jest spokojna, ale żołądek zacisnął jej się w węzeł. Przeczuwała, co za chwilę usłyszy i przez jej głowę przebiegały setki myśli o tym, jak powinna się zachować.

Paweł usiadł obok niej. Był spokojny, ale jego oczy były zmęczone i czujne.

– Jesteś w ciąży – stwierdził.

– Nie.

– Nie jestem głupi. Na weselu nic nie piłaś, wczoraj też nie. Poza tym słyszałem, jak Marta mówi o tym Krzyśkowi.

Zaskoczył ją. Nie wiedziała, że Marta jednak się zdradziła, ale nie mogła mieć o to do niej pretensji. Sama mówiła Damianowi wszystko, kiedy byli parą. Wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Nie chciała, by głos się jej załamał.

– No dobra. Ale dlaczego chcesz o tym ze mną rozmawiać?

– Bo to moje dziecko.

– A to skąd wziąłeś! – chciała, by zabrzmiało to jakby powiedział przed chwilą kompletną bzdurę, ale wyszło jej raczej żałośnie.

– Nie jestem głupi. Potrafię liczyć. Sześć tygodni temu… – zawahał się. – Nie zabezpieczyliśmy się. Nie masz faceta, a nie jesteś z rodzaju tych, co puszczają się na prawo i lewo.

– Z tobą się puściłam.

– Słuchaj. Zakochałem się w tobie, gdy tylko cię zobaczyłem. Przez półtora roku próbowałem poderwać. Myślałem, że mi się udało, ale ty powiedziałaś, że mnie przepraszasz, że to było chwilowe i musiałaś rozładować napięcie.

– Jesteś dla mnie za młody; jesteś za młody, żeby być ojcem. Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia jeden. A ty dwadzieścia cztery. I co z tego? Słuchaj. Nie proszę cię, żebyś mnie pokochała. Ale będziemy mieli dziecko. To wszystko zmienia. Nieważne, ile mam lat: będę ojcem, czy tego chcemy, czy nie. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Chyba że… – urwał i spojrzał na nią przerażony, jakby dopiero teraz pomyślał o jeszcze jednym rozwiązaniu.

Wiedziała, że prędzej czy później czeka ją ta rozmowa. Ciąży nie może ukrywać w nieskończoność. Dziecka tym bardziej. Nie zniknie nagle, nie wróci do rodziców. Rzeczywiście nie liczyła na to, że Paweł się nie doliczy. Ale miała nadzieję, że będzie mogła się lepiej przygotować do tej chwili. Przez chwilę pomyślała, że i tak może sobie pogratulować opanowania. Paweł patrzył na nią cały czas, czekając na to, co powie. Przez chwilę miała wrażenie, że chłopak czeka na wyrok, który padnie z jej ust. Zamknęła oczy.

– Okej. Tak, jestem w ciąży. I tak, to jest twoje dziecko. Chciałam ci powiedzieć, gdy będę gotowa. Na razie to wszystko jest zbyt zagmatwane… I nie, nie usunę dziecka – spojrzała na niego. Nagle poczuła się lekko i wiedziała, że cokolwiek teraz się stanie, ona temu sprosta.

– Więc jednak – wypuścił głośno powietrze, jakby przez ten czas nie oddychał. – Wiesz, przez cały ten czas myślałem, że sobie coś wkręcam – zaśmiał się nerwowo. – To jak teraz będzie?

– Nie wiem. Nie będę ci bronić dostępu do dziecka. Będziesz mógł się z nim spotykać, kiedy będziesz chciał. Jakoś się dogadamy.

– A co z nami? Nie ma żadnych szans?

– Nie wiem. Naprawdę chcesz ryzykować? Lubię cię, ale nie wiem, czy potrafię pokochać i związać się z tobą.

– Daj mi szansę. I tak powinniśmy się lepiej poznać. Jak nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Ale może kiedyś uznasz, że jednak nie jestem taki najgorszy i zechcesz… – nie skończył.

Milczała. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Owszem, wpadło jej do głowy, że mogłaby być z Pawłem, jeśli on tego będzie chciał. Uważała go za dobrego człowieka i porządnego faceta. Ale nie czuła tej chemii, którą tak lubiła w nowych związkach.

– Muszę się zastanowić.

– Okej. Mogę przyjść jutro?

– Chyba tak. Ale jutro nie dam ci jeszcze odpowiedzi.

– Wiem, i jej nie oczekuję.

Paweł wstał, zawahał się, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć lub zrobić, w końcu jednak wyszedł, a Ania siedziała oszołomiona. Dopiero po chwili weszły Tosia i Marta.

– Chłopcy wyszli. W salonie wszystko było słychać.

– I tak byście się kiedyś dowiedziały.

– Ale jak to się stało?

– Mówiłam wam, że go spotkałam. Zaprosił mnie na kawę, poszliśmy do niego do akademika. Jakoś tak wyszło. Ja dawno nie miałam faceta, on – mówi, że jest we mnie zakochany, więc nie musiałam go namawiać. Oboje straciliśmy głowy i zapomnieliśmy o gumkach.

Ania nie wytrzymała i zaczęła płakać. Obie ją przytuliły.

– Boję się. I nie wiem, co zrobić.

– Wszystko się ułoży. Paweł to dobry chłopak. Spróbuj dać mu szansę. Nie musisz za niego wychodzić, ale będziesz miała kogoś, kto ci pomoże. A jeśli się wam nie uda, to spróbujecie choć dobrze i wspólnie wychować dziecko.

– Ale ja go nie kocham.

– Nie musisz go kochać. Poznajcie się, zaprzyjaźnijcie. Nie róbcie nic na siłę. Może kiedyś uznacie, że warto ze sobą zostać. A jeśli nie, to przynajmniej dobrze wychowacie dziecko.

Wiedziała, że dziewczyny mają rację, ale była przerażona. Sytuacja ją przerastała. Nie wiedziała, co powinna zrobić, nie potrafiła się na nic zdecydować i nie miała sił się nad tym zastanawiać. Ostatnio żyła w olbrzymim stresie, a to nie służyło dziecku. Myślała, że jak Paweł będzie wiedział, to ona będzie spokojniejsza. Niestety nie była. Jedno zmartwienie zniknęło, pojawiły się setki innych.

– Chyba nie mam wyjścia. Tak czy inaczej będziemy mieć dziecko i nic już tego nie zmieni.

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Ciąża Ani wszystko komplikowała. Marta już kilka razy zbierała się, by zacząć temat przeprowadzki, ale za każdym razem rezygnowała. Tosia pewnie skorzysta z okazji i przeniesie się do Marcina, ale co zrobi Ania? Jak da sobie radę? Sama nie utrzyma dwupokojowego mieszkania, a nie znajdzie współlokatorki do mieszkania z dzieckiem. Krzysztof czekał blisko miesiąc, zanim wrócił do tematu. Wysłuchał jej tłumaczenia i pokiwał głową.

– Rozumiem. Ale chciałbym wiedzieć, na czym stoję.

Uśmiechnęła się. Podobno to kobiety naciskają na zacieśnienie związku. W ich przypadku było odwrotnie, ale to chyba nie powinno dziwić nikogo, kto znał Martę i jej podejście do mężczyzn.

– Krzysiek, wiesz, że… – zawahała się. Ciągle nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, choć wyznali już sobie miłość. – Wiesz, że cię kocham. Ale te dziewczyny kocham jak siostry, a jedna z nich ma teraz kłopoty. Nie mogę jej tak po prostu zostawić. Taka już jestem.

– Wiem. Gdybyś taka nie była, pewnie nie zwróciłbym na ciebie uwagi. Mam więc za swoje – próbował zamienić niezręczną sytuację w żart.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i po raz kolejny przez jej głowę przeleciała myśl o niezwykłym szczęściu.

W końcu jednak zebrała się na odwagę.

– Mam do was pytanie – zagadnęła. – Krzysiek zaproponował mi wspólne mieszkanie. Co o tym myślicie?

Ania podniosła oczy znad laptopa, Tosia ściszyła telewizor.

– To super? – Tosia nie wiedziała najwyraźniej, czy powinna się cieszyć, czy nie. Ania poparła ją uniesieniem brwi i pytającym spojrzeniem.

– No, ale czy to w porządku? Co z wami?

– Chyba damy radę się tu jakoś utrzymać – stwierdziła Ania, a Tosia poparła ją skinieniem głowy.

– A ty, Tosiu, nie chcesz się wyprowadzić? Macie z Marcinem dłuższy staż, tobie się bardziej należy.

– W jego kawalerce nie starczy miejsca. Deska kreślarska zajmuje więcej jak pół pokoju. Poza tym jakoś o tym nie myśleliśmy! – zaśmiała się. – Teraz wydaje mi się to wręcz dziwne. Zaręczeni, ale nie mieszkają ze sobą. Cud jakiś albo anomalia.

– Nie zrozumcie mnie źle – dodała Ania, patrząc przepraszająco na obie – ale mi to nawet pasuje. We trzy z dzieckiem nie dałybyśmy rady. Prawdę mówiąc, myślałam, że to Tosia się wyprowadzi, ale skoro tak wyszło.

– Bo mi jest głupio, że was same zostawiam. Zresztą Tosia się pewnie w końcu wyprowadzi i jak dasz sobie radę sama?

– Nie wiem. Zawsze zostaje mi asystenciak. Ale tym będę się martwić, kiedy się stanie.

– Nadal mam jednak wrażenie, że zachowuję się nie w porządku.

Tosia z Anią zaczęły przekonywać ją, że nie ma się przejmować. Że przecież one nie są dziećmi, że zarabiają i mają więcej kasy niż na studiach, więc stać je na mieszkanie we dwie i że tak naprawdę robi im przysługę. Ania nawet zaklepała już w żartach większy pokój.

– Ty się tam zamkniesz, a ja będę miała wolny dostęp do kuchni. I nie będę ci przeszkadzać – przekomarzała się z Tosią.

W końcu udało im się przekonać Martę, że jeśli tylko chce, to może się wyprowadzić nawet następnego dnia.

– Dzięki, dziewczyny. Jesteście kochane.

– Oj, nie przesadzaj – niby ofuknęła ją Tosia.

NASTĘPNY

Rozdział 19

Poprzedni

Od zaręczyn Tosi i Marcina minęło sporo czasu, a ona nadal nie powiedziała o nich ani mamie, ani babci. Chciała zrobić to osobiście, ale nie mogła się wyrwać z Gdańska. W końcu udało jej się uporać z natłokiem obowiązków w pracy i razem z Marcinem mogli pojechać do Kaliski.

Babcia była oczywiście w kuchni i kleiła pierogi, a mama robiła na drutach i oglądała jakiś serial. Kiedy Tosia i Marcin weszli do domu, obie wyszły do korytarza, żeby się przywitać. To właśnie tę chwilę Tosia wybrała, by wyciągnąć przed siebie dłoń i pomachać pierścionkiem.

– Zostałam narzeczoną – obwieściła, zamiast powiedzieć „Dzień dobry”.

W korytarzu rozległo się głośne „Aaaa!”, a babcia i mama zaczęły ściskać dziewczynę. Po chwili ściskały też Marcina i mu gratulowały. Tosia oczywiście musiała natychmiast ze szczegółami opowiedzieć, jak wyglądały zaręczyny. Marcin postanowił się wycofać. Przeprosił grzecznie i powiedział, że ma ważną sprawę do pana Jana. Wymknął się czym prędzej, zastanawiając się, o której powinien wrócić, żeby uniknąć całego zamieszania i kolejnego opowiadania o wycieczce na Giewont.

Pan Jan przywitał go serdecznie i uśmiał się szczerze, kiedy dowiedział się, co sprowadza chłopaka. Pogratulował mu również, poklepując go z po plecach, po czym zaproponował piwo i wspólne oglądanie meczu, który właśnie leciał w telewizji.

Tosia tymczasem opowiadała, jak pojechali na urlop, jak Marcin pokazywał jej góry i w reszcie, jak zdobyli Giewont.

– Jak weszliśmy na szczyt, oniemiałam z zachwytu. Widok był przepiękny. Coś niesamowitego. Pod nami płynęły chmury. Usiadłam na kamieniu i piłam z butelki wodę. Marcin zapytał, czy chcę bułkę, ale zamiast niej włożył mi do ręki pudełeczko. A ja je prawie ugryzłam! – Tosia się zaśmiała, a babcia i mama razem z nią. – I wtedy… po prostu skamieniałam. Przez głowę przeleciała mi tylko jedna myśl: to teraz! Poprosi mnie o rękę! I najśmieszniejsze jest to, że nagle ogarnęła mnie panika. Po prostu nie wiedziałam, co będę mogła odpowiedzieć. To znaczy wiedziałam, że chcę się zgodzić, ale nie wiedziałam, jak. Marcin ukląkł i powiedział, że chce ze mną spędzić resztę życia. I zapytał, czy chcę wyjść za niego.

Mamie i babci w oczach kręciły się łzy.

– A ja nie mogłam wydusić słowa, więc tylko pokiwałam głową i dopiero, kiedy włożył mi pierścionek, zdołałam wydusić: Tak! I wtedy ludzie wokół nas zaczęli bić brawo.

Mama westchnęła i lekko otarła łezkę, babcia zaś otwarcie się popłakała i zaczęła jeszcze raz ściskać wnuczkę.

– To kiedy ślub? – zapytała babcia, gdy udało jej się opanować.

– Jeszcze nie wiem, babuniu. Jeszcze o dacie nie myśleliśmy.

– No, ale musisz mi jedno obiecać… Chodźcie.

Babcia poprowadziła je obie do swojego pokoju.

– Nie mam wielkich skarbów, więc nie zapiszę ci w spadku wspaniałego brylantowego garnituru. Ale chciałabym, żebyś na ślubie miała coś wyjątkowego.

Wyjęła z szafy pudełko na buty, a z niego spore zawiniątko w szarym papierze.

– Będzie trzeba to wyprać… Leżał dość długo i pewnie nie pachnie za ładnie, ale gdy ostatnio sprawdzałam, to nie był pogryziony przez mole.

Tosia i jej mama patrzyły zaciekawione, jak babcia wyciąga z zawiniątka zwój białej koronki.

– To mój welon.

Babcia zaczęła rozkładać koronkę na łóżku. Jeden jej koniec był udrapowany i przyczepiony do wianka wzmocnionego drucikiem. Drugi koniec był jakieś trzy metry dalej. Tosia ze zdumieniem patrzyła, jak babcia rozkłada kolejne elementy.

Koronka była prześliczna, bardzo delikatna i bardzo misterna.

– To jedwabna nitka. Zrobiła mi to moja babcia. Obiecałam sobie, że dam go pierwszej wnuczce, która będzie wychodzić za mąż. Musisz go przyjąć. Oczywiście wianek się usunie, jest zniszczony, ale koronka się zachowała znakomicie i będzie można z niej zrobić piękny welon.

Tosia uściskała tylko babcię. Teraz ona także była wzruszona. W końcu przestały się ściskać i babcia zaczęła z pudełka wyjmować zdjęcia.

– Tu jestem z moimi rodzicami.

Na zdjęciu stała młoda dziewczyna, podobna do jednej z kuzynek Tosi, w jasnej sukience. Na głowie miała ten welon, który babcia przed chwilą wyjęła. Obok stali jej rodzice. Pradziadek Tosi był bardzo wysoki i nosił olbrzymie wąsy, które zasłaniały mu pół twarzy. Prababcia była wzrostu babci. Miała krótkie włosy ułożone w fale i bardzo elegancką garsonkę o przedwojennym kroju.

– A to ja z Tadeuszem. Bardzo elegancko tego dnia wyglądał. Przyjechał po mnie dorożką. Rodzice byli tacy dumni, że będą mieć takiego zięcia. A ja jeszcze bardziej się w nim zakochałam – zaśmiała się. – Najpierw pojechaliśmy do urzędu, a potem do kościoła. Miałam niewielkie wesele. W czasie wojny zginęły prawie całe nasze rodziny. Była tylko moja chrzestna matka i wuj Tadka z żoną i córką. Pojechaliśmy do restauracji. Byłam wtedy po raz pierwszy w tak szykownym miejscu. Miałam raptem osiemnaście lat. Zjedliśmy obiad. A potem pojechałam do mojego nowego domu… – babcia zawiesiła głos. Najwyraźniej wspominała dawne czasy i starych znajomych. W pewnym momencie jakby się otrząsnęła.

– No, ale to minęło. Teraz będziemy się bawić na twoim weselu.

Ania najczęściej zasypiała, kiedy tylko przyłożyła głowę do poduszki. Ale tego wieczora obracała się z boku na bok, a sen nie nadchodził. Leżała więc, patrząc w ciemność. Myśli jej błądziły swobodnie, aż w pewnym momencie zeszły na temat związku Tosi i Marcina. Znali się niewiele ponad rok, a już byli zaręczeni. Cieszyła się ich szczęściem, ale nie mogła nie zastanawiać się, dlaczego jej się coś takiego nie przydarzyło. Przecież to ona najbardziej marzyła o tym, by założyć rodzinę. Tosia chciała zawsze wydostać się z biedy. Siebie i matkę. Marta miała zamiar uratować cały świat. Może to prawda, że spotyka nas to, czego się nie spodziewamy. Że to, do czego dążymy nie zawsze jest tym, do czego zostaliśmy przeznaczeni.

Zazdrościła Tosi Marcina. Nie mogła przecież nie zauważyć, jak oni do siebie pasują. To były idealne dwie połówki. Znali się trochę ponad rok, ale czasem zachowywali się jak stare dobre małżeństwo. Przychodziło im to z wielką łatwością. Jedno zaczynało zdanie, drugie je kończyło. Na wspólnych spotkaniach nie siedzieli obok siebie, ale i tak wiedziało się, że to para. Na czym polega ich tajemnica? Tak bardzo chciałaby to wiedzieć i móc wykorzystać, by samej też być tak szczęśliwą. Jej związki były udane, ale prędzej czy później się kończyły.

Pierwszego chłopaka miała już w szóstej klasie. Miał na imię Michał. Chodzili ze sobą przez pół roku. Włóczyli się po mieście, całowali w kątach szkoły. I trzymali za ręce. Ostatnio widziała go w kościele, gdy była u rodziców. Był z żoną i dwójką dzieci. Takie miłości rzadko kiedy trwają dłużej, więc nie ma czego żałować.

Potem chodziła trochę na randki, nie zawsze się na nich dobrze bawiła. Na kolonii poznała Zbyszka. Ich związek opierał się głównie na wspólnej zabawie na kolonijnych dyskotekach i skradzionych całusach w ciemnych zakamarkach. Chodzili ze sobą przez dwa tygodnie kolonii, potem pisali do siebie listy. Związek jednak nie przetrwał nawet miesiąca.

W liceum miała dwóch chłopaków. Pierwszy z nich to była krótka znajomość. Marcin był przystojny, starszy od niej o dwa lata i całkowicie zawrócił jej w głowie. O mały włos nie oblała przez niego pierwszej klasy. Była wtedy zagrożona z fizyki i chemii. Teraz wie, jak była zaślepiona. Zerwała z nim po pół roku. Mieli razem jechać na zimowisko. Usłyszała, jak mówił do kolegi, że wiele sobie obiecuje po tym wyjeździe. A ona miała szesnaście lat i wcale nie chciała tracić dziewictwa. Na zimowisko nie pojechała. Mamie powiedziała prawdę. Nie żałowała.

I wtedy poznała Daniela. Mieszkali razem w internacie, znali się wcześniej, ale nie zwracała na niego uwagi. Przychodził do nich wieczorami, żartował. Był lubiany przez nią i jej współlokatorki. One śmiały się, że pewnie się w niej podkochuje. To on pomógł jej zdać. Spędzili długie godziny w kujni, pokoju do nauki. Przerobił z nią całą fizykę i chemię. Wyszła z obu przedmiotów na trzy. A z Danielem bardzo się zaprzyjaźnili. Coś zaczęło między nimi iskrzyć. Tylko że on był starszy o trzy lata i wyjechał na studia.

Nagle sobie uświadomiła, co takiego wyjątkowego jest w Tosi i Marcinie. Oni się nie tylko kochają. Oni się po prostu, zwyczajnie lubią. Przecież ona też to przeżyła. Była wtedy młoda i nie potrafiła tego docenić, a potem nie dostała drugiej szansy.

Daniel po wakacjach zaprosił ją do siebie na grilla. Mama się zgodziła, mieszkał przecież niedaleko i obiecał, że odwiezie ją następnego dnia do domu. Impreza była bardzo udana. A chłopak zaimponował jej, bo był szarmancki i uprzejmy. To tego wieczora się w nim zakochała. Ale pocałunek ją zaskoczył. Chłopak odwiózł ją, tak jak obiecał. Dał się zaprosić na herbatę, pochwalił ciasto mamy, porozmawiał z tatą o ostatnim meczu i musiał wracać. Odprowadziła go do samochodu. Chciał go uścisnąć na pożegnanie, a on ją pocałował. Tak po prostu. „Przyjadę za tydzień. Pójdziemy gdzieś”. Widywali się co weekend przez dwa lata. Na zimowisku, na które pojechali w ferie z jego znajomymi ze studiów, spali razem. Daniel nie naciskał, sama chciała. Wiedziała, że to odpowiedni facet i nie będzie żałować. I nie żałuje. Był wspaniały. Szkoda tylko, że ich drogi się rozeszły. Całkiem naturalnie. On miał coraz więcej zajęć na politechnice. Ona ostro uczyła się do matury. Poszedł z nią na studniówkę, potem przyjechał na koniec roku. Ona dostała się na studia w Gdańsku, on był w Poznaniu. W wakacje pojechali na biwak. Dobrze się bawili, ale już jako przyjaciele. Rozstali się w prawdziwej przyjaźni. Teraz dzwonili do siebie na święta, o ile Daniel był w Polsce. Okazało się, że jest utalentowanym inżynierem i szybko dostał posadę przy budowie wielkich konstrukcji, o których tyle mówiło się na Discovery.

Zaczęła się zastanawiać, czy istniała szansa, żeby ich związek przetrwał. Pewnie tak. Z tego, co wie, Daniel nadal nie ma stałej partnerki. Ale teraz jest już chyba za późno. Ona się zmieniła, on pewnie też. A poza tym ona wcale nie ma zamiaru wyjeżdżać. Nie teraz, kiedy ma szansę coś osiągnąć.

No i na końcu był Damian. To była wielka miłość, jak z romansu, od pierwszego wejrzenia. Był taki przystojny, zabawny, wyluzowany. Całkiem inny niż dojrzały Daniel. Pozwoliła porwać się namiętności. Teraz dopiero dostrzegła, że fakt, że byli ze sobą tak długo, zakrawa na cud.

Oczy zaczęły się jej kleić. Uśmiechnęła się do siebie. Więc jednak jest recepta. Tylko czy uda jej się znaleźć znów faceta, z którym połączy ją nie tylko miłość, ale też przyjaźń?

Z tą myślą zasnęła.

Magda zadzwoniła rano. Była umówiona na jedenastą do salonu sukni ślubnych, a jej koleżanka właśnie poinformowała ją, że nie przyjdzie. Wiedziała, że Marta nie jest wielbicielką zakupów, ale nie miała do kogo się zwrócić. Ktoś musiał jej powiedzieć, jak wygląda, a Marta miała tę zaletę, że nigdy nie owijała w bawełnę. Jeśli suknia będzie okropna, to przyszła szwagierka na pewno to powie. Magda wybrała numer.

– Będę, tylko powiedz, gdzie i o której. Aha! Pewnie dziewczyny będą chciały przyjść, gdy tylko się dowiedzą. Mogę je zabrać?

Ania nie mogła. Bardzo żałowała, ale miała za dużo pracy. Za to Tosia aż podskoczyła z radości. Być może nie planowała ślubu w najbliższym czasie, ale zawsze warto się rozeznać, zobaczyć, co jest na rynku, co się podoba. Na wybór przyjdzie jeszcze pora.

Przed jedenastą były na umówionym miejscu. Okazało się, że miały odwiedzić dwa salony. Zapowiadał się pracowity dzień, zwłaszcza dla Magdy, która miała przymierzać suknie.

– Musicie mi pomóc, bo sama nie będę potrafiła wybrać. Pewnie przy trzeciej tak mnie omotają, że zgodzę się na każdą.

– Ale musisz nam powiedzieć, czego chcesz. Jaka to ma być sukienka? – Marta jak zawsze była konkretna.

– No właśnie, nie wiem. Wiem, że powinna być szykowna. Bardzo elegancka i… no wiecie… jak dla księżniczki. Nie może być tandetna.

– Dobra. Powiedz, co odpada.

– Różyczki, kwiatki, marszczenia, tiule, cekiny i falbanki. I koło.

– A kolor?

– Biała!

– Nie mogę uwierzyć, że to już za dwa miesiące. To będą najlepsze święta – Marta zaskoczyła obie entuzjazmem. – No co? – zdziwiła się, widząc ich zaskoczone miny. – Też jestem kobietą, a na ślubie nie byłam od lat. W zasadzie nie byłam na żadnym ślubie, bo ten ciotki Ziuty się nie liczy. Miałam wtedy dziesięć lat. W tym roku mam zamiar super się bawić. A teraz znajdźmy dla ciebie idealną suknię.

Pierwszy salon nie zachwycił dziewcząt. Sukni do wynajęcia nie było za wiele, a ekspedientka próbowała wcisnąć im jakąkolwiek, nie zwracając uwagi na to, że Magda od razu powiedziała, czego szuka. W efekcie kazała dziewczynie mierzyć sukienki w kolorze écru, na kole albo spływające tiulem. Tosia nie wiedziała, czy się śmiać czy płakać, Marta widocznie się wkurzyła, a Magda nie wiedziała, jak wybrnąć z kłopotliwej sytuacji. W końcu zdecydowała, że ma tego dość. Ubrała się, wyszła z przebieralni i oświadczyła, że widziała już wystarczająco wiele, a za pół godziny musi być w drugim salonie.

Ekspedienta z kolejnego sklepu okazała się zupełnym przeciwieństwem poprzedniczki. Zaprosiła je do stolika i zaproponowała kawę. Na paterze stały czekoladki, którymi je poczęstowała. Przyniosła też filiżankę dla siebie, usiadła naprzeciw Magdy.

– Czy nie będą miały Panie nic przeciwko, żebyśmy przeszły na ty?

Pokręciły głowami.

– Aśka – podała im rękę.

– Magda.

– Tosia.

– Marta.

Chwilę rozmawiały. Powiedziały, czym się zajmują, Magda opowiedziała, jak wyglądają przygotowania do ślubu. Pokazała zdjęcia sali, które miała na komórce. W końcu rozmowa zeszła na sukienkę. Magda powiedziała Aśce to samo, co dziewczynom. Dziewczyna podniosła się i rzuciła:

– To bierzemy się do pracy.

Magda wstała, żeby pójść do przebieralni, ale Aśka ją zatrzymała.

– Spokojnie. Najpierw znajdziemy sukienki, które się wam spodobają, a potem będziesz mogła je mierzyć.

Zniknęła za ścianą i po chwili pojawiła się niosąc stertę białego materiału.

– No dobra, drogie panie – zaśmiała się – suknia numer jeden: na szerokich ramiączkach, spódnica w kształcie litery A, niewielki tren, gorset mocno marszczony, ozdobą są te kryształy, które mienią się w świetle – odwróciła trzymaną w rękach sukienkę. – Z tyłu wiązana.

Dziewczyny popatrzyły na siebie i razem kiwnęły głową. Suknia powędrowała do przebieralni.

– Suknia numer dwa. Bez ramiączek, spódnica w kształcie rybki, rozszerzana od połowy ud, na dole bardzo szeroka i z długim trenem. Jest szyta z warstw szyfonu, które bajecznie się układają. Delikatne koronki wykończają każdą warstwę i gorset, który jest delikatnie marszczony.

Trzy głowy kiwnęły energicznie.

– Suknia numer trzy. Bez ramiączek. Bardzo prosta, spódnica w kształcie litery A, jedyna ozdoba to ten piękny haft ciągnący się aż na tren.

Kolejna sukienka trafiła do przebieralni.

– A to bardzo delikatna sukienka z koronki. Spódnica jest prosta, opada pięknymi fałdami w dół. Przy twojej figurze powinna się cudowanie układać. Długie rękawki i kwadratowy dekolt z przodu i tyłu nadają jej średniowiecznego szyku.

Ta sukienka jednak nie przypadła do gustu Magdzie, która uważała, że ma szerokie ramiona i nieładnie jej w kwadratowym dekolcie, więc ekspedientka odłożyła ją na bok i obie dziewczyny poszły do garderoby. Aśka zapięła guziczki w pierwszej sukni. Gdy Magda wyszła, Tosia aż westchnęła. Przyszła panna młoda wyglądała olśniewająco. Magda stanęła na podeście i odwróciła się do lustra. Kryształki zamigotały w świetle.

– Wow!

Aśka uśmiechnęła się szeroko. Poprawiła tren i ułożyła fałdy wokół stóp Magdy.

– I co myślicie?

– Ja najpierw muszę obejrzeć wszystkie – stwierdziła Marta. – Ale póki co, to w tej mi się ekstra podobasz. Sławek padnie z wrażanie, kiedy cię zobaczy.

Zobaczyły jeszcze, jak będzie układał się tren po podwiązaniu i Magda poszła mierzyć kolejny strój, sukienkę z szyfonu. Ta sukienka także była cudowna i cała trójka uznała, że będzie trudno wybrać.

Kolejna suknia, z haftem, odpadła. Magda uznała, że nie najlepiej czuje się w bardzo szerokiej spódnicy, a gorset trochę za bardzo ją obciskał. Na wieszakach zostały kryształy i szyfon. Magda po raz kolejny włożyła sukienkę z kryształami. Aśka w tym czasie wyszukała odpowiednie dodatki. Wpięła przyszłej pannie młodej welon – krótki, sięgający tylko łopatek zakończony delikatną koronką. Na szyi zapięła łańcuszek z wisiorkiem w kształcie kwiatka misternie wyplecionego z drucików i kryształków. Chciała jeszcze zaproponować ciepłe bolerko ze sztucznego futerka, ale okazało się, że Magda pożyczy od kuzynki biały płaszczyk, który powinien ochronić ją trochę przed grudniowym mrozem. Dziewczyny przyglądały się zachwycone. Całość prezentowała się przepięknie.

Do drugiej sukienki Aśka dobrała delikatny diadem i długi, szyfonowy welon. Na jego końcu połyskiwała srebrna nitka.

– Nie jestem w stanie się zdecydować – stwierdziła stojąca na podeście Magda. – Obie są takie piękne i w obu dobrze się czuję.

Marta i Tosia nie wiedziały, jak jej pomóc. Trudno było wybrać, jeszcze trudniej coś doradzić. Siedziały na kanapie i milczały. W końcu to Tosia przełamała ciszę:

– Możemy losować – zaproponowała nieśmiało.

– Nie. Chyba się zdecydowałam.

Spojrzały na nią zaciekawione, ale Magda zamiast powiedzieć coś jeszcze, odwróciła się do przebieralni.

– Ej! – oburzyła się Marta. – Nie bądź taka! Powiedz, którą wybrałaś.

– Przebiorę się i chcę na nie jeszcze raz rzucić okiem.

Dziewczyny nie miały wyboru – musiały poczekać. W końcu Magda wyłoniła się zza kotary.

– Wybieram szyfony. Te kryształy rzeczywiście pięknie się lśnią, ale bardzo podoba mi się, jak układa się tren. Już nie mogę się doczekać, kiedy będę szła przez kościół, a on będzie się za mną ciągnął…

Wszystkie trzy się roześmiały, bo to było marzenie chyba każdej dziewczynki.

– No i do tego ten welon…

Następny

Rozdział 11

Poprzedni

Chciałabym być mądrzejsza – powiedziała Tosia do babci i odłożyła na stolnicę kolejnego pieroga z kapustą i grzybami. Przed nią stała miska z farszem i leżały kółka z ciasta.

No wiesz? Przecież skończyłaś studia, więc chyba jesteś dość mądra.

Oj, babciu! Wiesz przecież, że nie o studia tu chodzi. Chciałabym być mądrzejsza życiowo.

No, to tu ci mogę pomoc, kochanie. W końcu mam sześćdziesiąt osiem lat i trochę już przeżyłam – zamyśliła się na chwilę, po czym dodała: – W zasadzie nigdy o tym nie myślałam, ale chyba mogę uchodzić za kobietę mądrą życiowo.

Nie wiem, co zrobić z Marcinem. – Tosia odłożyła kolejnego pieroga.

A co byś chciała? – babcia uśmiechnęła się filuternie, bo dobrze wiedziała, o co chodzi wnuczce. Postanowiła jednak niczego jej nie ułatwiać.

No właśnie nie wiem. Widziałaś, babciu, co dał mi pod choinkę. Takich prezentów nie robi się koleżance. A ja nie wiem, czy chcę być dla niego kimś więcej.

Tosia gryzła się, od kiedy przyjechała. Marcin podarował jej piękny kaszmirowy szal, z pewnością bardzo drogi. Ona dla niego miała tylko zabawną figurkę świętego Mikołaja.

Lubisz go, to pewna. Pytanie tylko, jak bardzo.

Bardzo – Tosia spuściła oczy. Zawsze wstydziła się mówić o swoich uczuciach. – Bardzo go lubię, chyba nawet kocham. Tak jak jest, jest bezpiecznie. Boję się, że jeśli zostaniemy parą, to kiedyś się rozstaniemy i stracę przyjaciela. A jeśli nie zostaniemy, to on w końcu kogoś znajdzie i ja i tak zostanę sama.

A więc w najlepszym razie będziesz miała wspaniałego mężczyznę, a przy tym przyjaciela, a w najgorszym tak czy inaczej będziesz sama. Skoro sama nie możesz zdecydować, to może zdaj się na innych. Ufasz Marcinowi?

Nigdy mnie nie zawiódł. Powierzyłabym mu PIN do mojej karty bankomatowej.

A życie? Spytałabyś go o najważniejszą decyzję w swoim życiu?

Hmmm… nie wiem. Widzisz, babciu, obawiam się, że gdyby miał wybrać: swoje życie, czy moje, wybrałby moje. Ale ja nie jestem pewna, czy chciałabym takiego poświęcenia.

Kochanie, ja nie mówię o rzucaniu się ze skały w urwisko. Ale już wiem, że to nie ze mną powinnaś teraz rozmawiać. Wiesz, gdzie jest telefon.

Ale czy to jest rozmowa na telefon?

Niby nie, ale tak jest łatwiej. Bardziej zastanawiamy się wtedy, co mówimy, bo całą treść musimy przekazać słowami. Więc już teraz zastanów się, jak mu wytłumaczyć, dlaczego dzwonisz.

Tosia na telefon zdecydowała się dopiero po świętach. Przez ten czas dokładnie przemyślała sobie, co powie. W słuchawce usłyszała dobrze znany głos. Przełknęła ślinę.

Cześć.

Cześć. Już z powrotem w Gdańsku?

Nie, jestem jeszcze w domu, ale chciałam z tobą porozmawiać. To pewnie najważniejsza decyzja w moim życiu i nie wiem co zrobić. Moja babcia twierdzi, że ty na pewno pomożesz podjąć mi najlepszą decyzję.

No, to słucham.

Ale najpierw muszę cię zapytać: czy twoja propozycja, ta z czerwca, jest nadal aktualna? Czy ty nadal… – zawahała się.

Czy nadal mi się podobasz i chcę czegoś więcej niż przyjaźni?

Tak.

Chcę. Nadal wszystko jest aktualne.

Cóż. Nie wiem, czy mnie dobrze zrozumiesz. Bardzo cię lubię i to jest bardzo kusząca propozycja, ale też bardzo się boję. Boję się, że jeżeli nam nie wyjdzie, stracę przyjaciela, a dla mnie przyjaźń jest najważniejsza na świecie. Do tej pory niewiele więcej miałam.

W słuchawce panowała cisza. Tosia już myślała, że może połączenie zostało przerwane, kiedy usłyszała, jak Marcin cicho mówi z niedowierzaniem:

Czy ja dobrze zrozumiałem? Chcesz, żebym za ciebie zdecydował, czy masz ze mną być?

Tak. Może to głupota, ale moja babcia w ciebie wierzy. Twierdzi, że każda inna osoba będzie kierowała się chęcią wyswatania nas, a tylko ty będziesz chciał mojego szczęścia.

A czy ja ci się choć trochę podobam?

No wiesz? – Tosia się roześmiała, bo pytanie brzmiało zabawnie, choć było chyba na miejscu. – Jak kogoś lubię, to nie patrzę na to, czy jest ładny, czy nie. Ale ty mi się podobasz. Podobałeś mi się już wtedy, w Rocku.

Tosieńka! Mój Boże! Co ja mam teraz zrobić? Co ja mam z tobą zrobić, zwłaszcza przez telefon?

A co? W cztery oczy było by łatwiej? – Tosia nagle zwątpiła w sens całej tej rozmowy.

Oczywiście, złapałbym cię teraz, pocałował i wtedy wszystko by się wyjaśniło.

Nagle Tośce wszystko się ułożyło. Już wiedziała, czego chce.

To mnie łap. I całuj.

Tośka! – usłyszała w słuchawce i Marcin się rozłączył.

Odłożyła telefon i się popłakała, śmiejąc się jednocześnie w głos. Z salonu mama spojrzała na nią jak na wariatkę.

Cooo!!?? – usłyszało rano w dzień sylwestra pół Gdańska.

Tosia spodziewała się spontanicznej reakcji dziewczyn, ale nie aż tak głośnej. Poza tym zamiast szaleć z radości, obie usiadły i tylko ten okrzyk wyrwał się z ich ust.

Wieczorem ktoś zadzwonił do drzwi. Kiedy otworzyłam drzwi, Marcin zrobił to, co obiecał. Na to wyszły z salony mama i babcia, które pewnie podsłuchiwały. Mama płakała, babcia się uśmiechała, a on mnie całował.

Ty kretynko, idiotko…

Ale… Tośka, jejuśku… Tośka…

…kompletnie kopnięta wariatko…

…czyś ty całkiem oszalała? – skończyły chórem obie przyjaciółki Tosi.

Nie, babcia miała rację. Tylko on mógł mi pomóc podjąć tę decyzję. Wszyscy chcieliby szczęśliwego zakończenia, a tylko on chciał mojego szczęścia. Teraz musi się postarać i udowodnić, że miał rację – uśmiechnęła się, a oczy jej jakoś tak dziwnie zabłysły. Po raz pierwszy jej dwie bardzo wygadane koleżanki zapomniały języków w gębach. Uśmiechając się ciągle, wyszła. Powinny mieć teraz trochę czasu, żeby przyzwyczaić się do nowej wiadomości. Poza tym musiała przygotować się na wieczorną imprezkę. W końcu to była pierwsza impreza z jej nowym chłopakiem.

Po przerwie świątecznej romans Ani z Philipem trwał. Razem się bawili na częstych w okresie karnawałowym wyjściach, Philip także zaczął odwiedzać Anię w jej mieszkaniu, Tosia go polubiła, a Marta zaśmiewała się, kiedy Ania opowiadała jej, jak ten facet bosko całuje. Jednak nie wyszli poza pocałunki. Nawet jeśli były one bardzo namiętne, nie prowadziły do niczego więcej. Ania w końcu zaczęła mieć wątpliwości i na nowo odezwały się ukryte od czasów liceum kompleksy. Nadal twierdziła, że nie zależy jej na trwałym związku, a jednak oczekiwała jakichś zobowiązań.

Pewnie mu się nie podobam. Gdybym miała taki ładny, perkaty nosek, a nie tego kulfona…

Kochanie, ale tobie nie do twarzy z perkatym noskiem. Ten kulfonik, jak go nazywasz, masz po swoim tatusiu i z innym chyba nie będziesz ładniej wyglądać – próbowała pocieszać ją Tosia, która była w tak dobrym humorze, że nie wierzyła, że ktokolwiek na świecie może być nieszczęśliwy.

Ja myślę, że powinnaś uzbierać kilka tysięcy i zrobić sobie operację – skwitowała Marta. – Zapytam lekarza, jak będzie obchód, czy mają tu oddział chirurgii plastycznej.

Więc jednak… – w oczach Ani niemal pojawiły się łzy.

Żadne „jednak”, wariatko. Jesteś taka, jaka jesteś. A jesteś ładna, nawet jeśli jakiś Francuzik nie potrafi tego docenić. I te twoje włosy…

Marta zazdrościła Ani włosów zawsze. Sama obcinała swoje krótko, bo nie były ani gęste, ani mocne. Warkocz Ani sięgał jej natomiast do pasa i był niewiele cieńszy od jej nadgarstka. Teraz dodatkowo Marta zaczęła obawiać się radioterapii. Wiedziała, że po chemii włosy wypadają. Czy po radioterapii także? Nie wiedziała, czy powinna o to zapytać lekarza. W końcu włosy nie są najważniejsze, a ona nie chce wyjść na idiotkę.

Ania tymczasem rozważała wszelkie powody swojego niepowodzenia.

Ja nie wiem – stwierdziła w końcu ze złością. – Chyba w końcu spytam go, o co mu chodzi, bo dostanę kręćka, a się nie domyślę.

Sytuacja wyjaśniła się niedługo potem. W szkole Ania udawała, że wszystko jest w porządku. Jeszcze tego brakowało, żeby wszyscy się domyślili, że coś jest nie tak. Dopiero w piątek umówieni byli na wyjście. Tego dnia Tosia zaraz po pracy pobiegła do Marcina, Marta nadal była w szpitalu. Ania miała całą chatę dla siebie i miała zamiar to wykorzystać. Do tej pory jej życie seksualne było dość regularne: najpierw był Damian, potem Aleks. Ale od powrotu z Niemiec nie miała żadnego mężczyzny i powoli zaczynało jej to doskwierać. Nie tolerowała przygód na jedną noc, ale w końcu w Philipem umawiała się już kilka tygodni.

Wieczór był całkiem udany, bawiła się nieźle, towarzystwo dopisało. W końcu Philip odprowadził ją do domu. Pocałunek na dobranoc był bardzo gorący. Ania pociągnęła chłopaka za marynarkę w stronę drzwi, ale ten delikatnie się oswobodził i z uśmiechem pokiwał przecząco głową.

Powiedz mi, o co ci chodzi.

To znaczy?

Chcę wiedzieć, na czym stoję. Nie mam zamiaru wplątywać się w romans bez przyszłości. Co z tobą jest nie tak? Jesteś bi i z dziewczynami lubisz się tylko całować, nie podobam ci się…? Powiedz o co ci chodzi, bo ja głupieję.

Nie jestem bi. Podobasz mi się. Dobrze się z tobą bawię i nie wiedziałem, że dla ciebie to coś więcej. Ja mam we Francji dziewczynę i nie chcę jej zdradzić, bo się bardzo kochamy. Kiedyś się z nią nawet ożenię.

Więc dla ciebie pocałunki to nie zdrada?

Jestem Francuzem…

Philip najwyraźniej poczuł się urażony, a jego mina wyrażała jednocześnie zdumienie i całkowitą niewinność. Ani nie pozostało nic innego, jak się pożegnać. Szybko powiedziała: „To na razie” i uciekła do mieszkania. Ledwo zamknęła za sobą drzwi, wybuchnęła śmiechem.

Ale macie pojęcie – mówiła następnego dnia, siedząc przy łóżku Marty – jaki ci Francuzi mają tupet? No przecież to spełnienie niemal najgorszego ich stereotypu.

No ale Aniu, przecież on właśnie nie chciał się z tobą przespać, to chyba jest wbrew ich stereotypowi.

Wbrew? A pocałunki to nie jest zdrada, tylko dobra zabawa. Ciekawa jestem tylko, czy ta jego luba też go nie zdradza, a tylko obcałowuje pół Paryża.

Marta przysłuchiwała się rozmowie dziewczyn i zauważyła, że jej dwie współlokatorki, starsze już nieco panie, aż przechyliły głowy w ich kierunku. No tak. Romanse Ani są nieraz lepsze niż „M jak miłość” i „Klan” razem wzięte. Do obu pań rzadko wpadał ktoś z rodziny, a rozmowy toczone przy ich łóżkach dotyczyły prowadzenia domu i zdrowia. Życie młodej germanistki musiało dla obu być wielką atrakcją pobytu w szpitalu.

Ania miała o dziwo doskonały humor. Kilka miesięcy wcześniej wpadłaby pewnie w czarną rozpacz, teraz ubawiła się setnie na myśl o tym, jakie związki panują we Francji. No, ale przecież u nich też muszą istnieć normalni ludzie. Grzeczni, mili i wzorowo wychowujący swoje dzieci. Choć z drugiej strony… Obiecała sobie nigdy więcej nie zadawać się z Francuzami.

Tosia nie miała za wiele czasu i coraz rzadziej bywała w mieszkaniu. Całkowicie zajmowała ją praca i związek z Marcinem. Przyjeżdżał po nią do kancelarii, jedli obiad i razem spędzali wieczór, grając w szachy (póki co Tosia ciągle robiła podstawowe błędy, ale Marcin miał wiele cierpliwości i tłumaczył jej najprostsze strategie), oglądając filmy lub po prostu przytulając się do siebie. Wracała do domu dopiero wieczorem, często po dwudziestej drugiej. Ania bywała w domu znacznie częściej. Popijając kawę, kończyła pisać pracę lub przygotowywała się do prowadzenia zajęć. To na Anię trafił Sławek, który wpadł, bo chciał pożyczyć od Marty gogle dla Magdy, bo w weekend wybierali się na narty do Sopotu. Ania zatrzymała go, twierdząc, że jego siostra zaraz pewnie wróci, potem udała, że dostała od Marty esemesa, że ta będzie później. Sławek się spieszył, zabrał więc gogle, które wyszperał w szafce Marty, i poprosił, żeby jej przekazać, że odda je w poniedziałek.

Nie ma sprawy.

Ania piekielnie bała się, że wszystko się wyda. Marta była już przytomna po operacji, która odbyła się dwa dni temu, ale przy tej całej aparaturze nie mogła mieć włączonej komórki.

Kilka dni potem Sławek postanowił przyjść bardzo późno. W końcu dziewczyny chyba są już w domu po dwudziestej drugiej. W efekcie trafił na Tosię żegnającą się z Marcinem. Widok go nie zaskoczył, na sylwestrze wszyscy zostali poinformowani o zawiązaniu się nowego związku.

Cześć! – krzyknął z odległości kilku metrów, żeby ich nie zaskoczyć, ale mu się nie udało. Nawet uśmiechnął się, widząc zawstydzenie na twarzy Tośki.

Nie wiecie, czy Marta już wróciła? Nie mogę się do niej dodzwonić.

Tosia wyraźnie była zmieszana. Sławek wykorzystał to i wepchnął się za nią do mieszkania. W saloniku Ania pilnie doszlifowywała tłumaczenie, które miała następnego dnia oddać profesorowi Sudeckiemu.

Jest Marta? – powitał ją Sławek.

Eeee…

Sławek zaczął coś podejrzewać. Dziewczyny się go nie spodziewały, a on od tygodnia nie mógł namierzyć siostry.

Nie wyjdę stąd, dopóki nie dowiem się, co się stało z moją siostrą.

Marta mogła zrobić tylko wielkie oczy, bo nie była w stanie niczego powiedzieć. Mimo całej wiedzy psychologicznej, nie potrafiła stwierdzić, kto wykazał się większą głupotą. Dziewczyny kłamiąc, czy jej brat wierząc w te brednie.

Więc mam kochanka?

Tak – kiwnęła głową Ania.

I on ma pięćdziesiąt lat?

Tak – tym razem kiwnęła głową Tosia.

I która z was to wymyśliła?

Tym razem żadna się nie odezwała.

Ania? – w głosie Marty słychać było zniecierpliwienie.

No cóż… – Tosia niepewnie spojrzała na Martę.

Tosia?! – oczy Marty zrobiły się jeszcze większe.

Ania kompletnie nie wiedziała, jak wybrnąć z sytuacji, Sławek połapał się, że coś jest nie tak… Musiałyśmy mu coś skłamać… Przecież sama chciałaś to ukrywać.

Marta nie wierzyła własnym uszom. Ukochane koleżanki powiedziały jej bratu, że jego siostra ma pięćdziesięcioletniego kochanka, którego ukrywa przed rodziną. Kłamstwo było grubymi nićmi szyte, ale najpewniej dzięki temu się udało. Jak wróci ze szpitala, powie, że zerwała z Ambrożym. Po kilku tygodniach zauroczenia okazało się, że on pragnie tylko jej ciała. Aż się do siebie uśmiechnęła na myśl, że będzie mogła wszystkim opowiadać o zmyślonym kochanku i wymyślać co tylko zechce.

Sławek jednak nie dał się zwieść. Znał swoją siostrę. Jej ukochany mógł być nawet talibem związanym z Al Kaidą, a ona i tak z dumą przedstawiłaby go wszystkim i kazała pokochać. W ich domu nie było miejsca na brak tolerancji, w końcu akceptowali nawet ciocię Wioletkę. Nikomu nie przeszkadzałby wiek wybranka Marty pod warunkiem, że byłaby z nim szczęśliwa. Następnego dnia zadzwonił do pracy Marty. Wiedział z jej opowiadań, że sekretariat prowadzi tam niezbyt bystra dziewczyna.

Dzień dobry, z tej strony Sławek Krużczyk. Moja siostra wyłączyła komórkę, a ja koniecznie muszę się z nią skontaktować w ważnej rodzinnej sprawie. Czy może mi pani do niej przełączyć?

Słucham? – po tonie głosu Sławek natychmiast zorientował się, że sekretarka jest w szoku. – To pan nic nie wie? Przecież pana siostra od dwu tygodni nie pracuje, bo leży w szpitalu Akademii Medycznej.

Co? Jak to w szpitalu? Na jakim oddziale?

Nie wiem. Przyniosła zwolnienie od jakiegoś doktora Kamińskiego z Akademii. Powiedziała, że koniecznie musi mieć wykonany jakiś zabieg, podobno niegroźny, ale po nim się długo leży. To chyba sprawy kobiece, prawda?

Sławek z trudem wydusił odpowiedź.

Tak, tak. Doktor Kamiński, pani mówi? To dziękuję, całkiem zapomniałem. Przepraszam, że niepokoję.

Liczył, że sekretarka jest głupsza, niż Marta opowiada. Bo jaki brat zapomni, że jego siostra ma mieć zabieg, po którym będzie długo leżeć. Był w szoku. Tylko Marta mogła pomyśleć, że pójdzie do szpitala nikomu nic nie mówiąc.

Kolejny telefon wykonał do Akademii Medycznej. Niestety nie dowiedział się niczego od bardzo nieprzyjemnej kobiety, która zapewne myślała, że Sławek chce złożyć skargę i zdenerwowało ją, że nie zna imienia lekarza.

Proszę pana, u nas pracuje kilkunastu lekarzy o tym nazwisku, w tym jeden wybitny, profesor Stefan Kamiński. Proszę się najpierw dowiedzieć, o kogo panu chodzi, a nie wydzwaniać bez sensu – i odłożyła słuchawkę. W ten sposób nie pozostało mu nic innego, jak tylko sprawdzić wszystkie oddziały. Zaczął od ginekologii, kierując się słowami sekretarki, że może to sprawy kobiece. Miał jednak nadzieję, że to tylko wyrostek, a Marta chce jedynie wykorzystać potem zwolnienie jako urlop, choć było to do niej bardzo nie podobne.

Słowa Tosi nie zdążyły jeszcze dobrze wybrzmieć, kiedy w drzwiach pojawił się Sławek. Nie miał kwiatów ani baloników i wyraźnie był wściekły. Widać jednak widok siostry całej i przytomnej podziałał na niego uspokajająco. Usiadł na krześle.

Onkologia była przedostatnia.

Dziewczyny patrzyły na niego w ciszy, nic nie rozumiejąc. Przecież wczoraj odstawiły szopkę wartą Oskara, a on nagle zjawia się w sali szpitalnej. Skąd? Jak? Sławek jednak sam wszystko wyjaśnił. Cicho opowiedział, jak zadzwonił do pracy, a potem przeleciał przez cały szpital, pytając w każdej rejestracji, czy mają pacjentkę Martę Krużczyk. Latał nie po kolei, tylko według chorób. Zaczął od ginekologicznego, potem chorób płuc itd. Onkologia była przedostatnia. Po kardiologii i przed prosektorium. Przy prosektorium Marta nie wytrzymała i ryknęła śmiechem, choć łzy jej ciekły po policzkach, a Sławek odwrócił się do ściany i gdy znów pokazał im swoją twarz, oczy mu się szkliły.

Czy powinienem zadzwonić do rodziców?

Piętnasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Obiad u rodziców był zaskakująco bezkonfliktowy. Kiedy tylko weszłam doskoczyła do mnie Kasia. Z całej rodziny Kasię lubię najbardziej.

Cześć, Beciu. Tak się cieszę, że przyszłaś. Mamy dla ciebie niespodziankę.

Przed oczami stanęła mi postać wyimaginowanego Wiesia. Zdjęłam płaszcz. Z kuchni wyszła Ania z filiżanką.

Zrobiłam ci herbatę.

Dziękuję.

Mama krzyknęła z kuchni, że obiad będzie za pół godziny.

Powiedziałam dzień dobry tacie i Tomkowi, którzy oglądali telewizję. Obaj burknęli coś pod nosem.

Wiesz już, czy to będzie chłopiec, czy dziewczynka? – zapytała Kasia, kiedy weszłam do pokoju.

Nie.

A co byś wolała?

Chyba jest mi to obojętne.

Ja chciałabym mieć dziewczynkę – powiedziała Ania i pocałowała w głowę Krzysia, który właśnie doczłapał do nas i wdrapał się jej na kolana.

Mama! – krzyknął, a Kasia się roześmiała, zabrała go z kolan Ani i zaczęła łaskotać.

Chłopcy są kochani, ale dziewczynka to dziewczynka. Ubierałabym jej sukienki i wiązała warkoczyki. I piekłybyśmy razem ciastka.

A z Michałem nie możesz piec ciastek? – zapytałam. W moim przekonaniu płeć nie ma znaczenia. Owszem, nie będę chłopcu ubierać sukienek, ale mogę z nim piec, nauczyć go sprzątać, chodzić na zakupy. A z dziewczynką wspinać się na ścianki, ścigać na gokartach i majsterkować.

Niestety Michaś wdał się w Tomka i waszego tatę. To mały mężczyzna. Uwielbia śrubokręt i młotek. Z Tomkiem wieczorami urządzają wyścigi samochodowe albo oglądają żużel.

Ania zaśmiała się.

Może Krzyś da się namówić do zabawy w kucharza. No, ale powiedz, jak się czujesz.

Dobrze, dzięki.

Mdłości już minęły?

Tak. Za to mam straszny apetyt. Mogłabym jeść i jeść.

Ja żułam gumę do żucia. Trochę pomagało.

Chyba spróbuję.

Zastanawiam się, dlaczego Ania wyszła za Tomka. Mój brat wdał się w ojca. Ma ten sam zawód i te same przekonania. Ania skończyła ekonomik, pracowała jako kasjerka w banku. Po urodzeniu dziecka jednak zrezygnowała z pracy i została w domu. Zapytałam ją, czy kiedyś chce znów pracować. Odpowiedziała: „A po co? Przecież Tomek dobrze zarabia”.

Ania i Kasia nie krytykują mnie, choć też nigdy nie stanęły w mojej obronie. Godzą się na taki styl życia, jaki narzucają im mężczyźni wokół. Być może Kasia zachowa więcej samodzielności, bo jej chłopak pochodzi z innej rodziny niż nasza. Jego mama pracuje i on sam zachęca Kasię, żeby się rozwijała. Ciekawe tylko, czy ona sama będzie chciała pracować.

Kiedy powiedziałam, że bardzo boję się porodu, Ania uśmiechnęła się.

Poród to jest najdziwniejsza rzecz na świecie. Najpierw potwornie się boisz, bo nasłuchałaś się opowieści i wiesz, że to boli. Kiedy się zaczyna, wiesz, że nie masz wyjścia, musisz urodzić. Adrenalina jest taka, że potem przez kilkanaście godzin nie można spać, choć wszyscy to doradzają. A kiedy już wszystko mija, nie pamięta się bólu ani zmęczenia, tylko to, jak cudownie było przytulić maleństwo. A już najdziwniejsze jest to, że kiedy minie trochę czasu, to ma się ochotę urodzić jeszcze raz. To chyba jak ze sportami ekstremalnymi – najpierw się boisz, a potem nie możesz przestać.

Już miałam zapytać o to, czy ona chce znów urodzić, ale Kasia mi nie pozwoliła.

Chcę sobie zrobić tatuaż – wyskoczyła nagle Kasia. – Co o tym myślicie?

Ja mam tatuaż.

Miny mojej siostry i bratowej były wspaniałe. Chyba nigdy nikogo nie udało mi się tak zaskoczyć. Kiedy już ochłonęły, Kasia zapytała:

A gdzie?

Całkiem na wierzchu.

Podciągnęłam rękaw. Na wewnętrznej stronie przedramienia miałam wytatuowane drobne kwiatki.

To niezapominajki. Żebym pamiętała.

A o czym masz pamiętać? – zapytała tym razem Ania.

Zawsze jest coś, co warto pamiętać – odpowiedziała tajemniczo. Nie chciałam mówić, że ten napis ma mi zawsze przypominać, od czego uciekłam i do czego dążę. Zrobiłam go jeszcze na studiach, kiedy bunt przecie rodzinie wciąż był we mnie bardzo silny.

W tej chwili do pokoju wszedł Michał. Zobaczył tatuaż i aż podskoczył.

Jaaaaaaa, ciocia ma tatuaż. Ale super!

Oczywiście zaraz pobiegł powiedzieć o tym pozostałym. Usłyszałam, jak ojciec skwitował to słowami: „To do niej podobne”. Mama zajrzała do pokoju.

To prawda? – zapytała. – Masz tatuaż?

Jeszcze raz podwinęłam rękaw.

Nawet ładny – powiedziała, ale zaraz surowo spojrzała na Kasię. – Ale ty nawet o tym nie marz. Ojciec się nie zgodzi.

Jestem już pełnoletnia – zaprotestowała moja siostra.

Dopóki mieszkasz z nami, nie myśl nawet o tatuażu.

Mama wróciła do kuchni, a w pokoju zapanowała cisza. Po chwili usiedliśmy do stołu.

Po obiedzie i deserze tata z Tomkiem wyszli, a po chwili wrócili, taszcząc kołyskę.

To dla ciebie – powiedział tata.

Nam już nie potrzebna – dodał Tomek – a była bardzo droga, to po co masz marnować pieniądze.

Zaskoczyli mnie. Mama, Kasia i Ania uśmiechały się promiennie, a ja zastanawiałam się, co mam zrobić czy choćby powiedzieć.

Dziękuję – powiedziałam, bo nic innego nie przyszło mi do głowy.

Tata odwiezie cię dzisiaj i pomoże ci ją wnieść. To kołyska po Michałku i Krzysiu – szczebiotała Kasia.

Pościel jest od mnie i od taty – powiedziała mama. – To prezent.

Podziękowałam jeszcze raz, bo nie wiedziałam, co innego mogę zrobić.

Tata rzeczywiście mnie odwiózł i pomógł zanieść kołyskę na górę, przez ten cały czas nie odezwaliśmy się do siebie. Kiedy wychodził, zatrzymał się z ręka na klamce.

Mama uważa, że powinienem przestać próbować cię zmienić. Mówi, że taką widocznie stworzył cię Bóg i powinienem to w końcu zaakceptować. Spróbuję, ale nie licz na zbyt wiele.

Potem po prostu wyszedł. Stałam na środku pokoju, zastanawiając się, jak to zrozumieć. Czy to znaczyło „mimo wszystko kocham cię, córeczko”? Zawsze się zastanawiałam, jak by to było, gdybym usłyszała od niego coś takiego.

NASTĘPNY