Rozdział 9 Wigilia

Poprzedni

Materiał był gotowy.

A Edyta była zadowolona. Zostało tylko nakręcić wigilię.

Mieszkanie pani Marii było świątecznie udekorowane. W rogu stała niewielka choinka, a na oknie szopka bożonarodzeniowa. Paliły się świece. Stół był nakryty dla dwóch osób, ale było na nim niewiele jedzenia: talerzyk z dwoma kawałkami ryby, drugi z kilkoma pierogami, mały dzbanek z barszczem, owoce na paterze i kilka plastrów makowca.

Pani Maria była w szarej wełnianej sukience, na szyi miała złoty łańcuszek. Z uśmiechem zaprosiła ich do środka. Przemek wyglądał na nieco zdezorientowanego, ale szybko ustawił kamerę. Edyta jeszcze raz przyjrzała się mieszkaniu, jakby czegoś szukała. Inaczej wyobrażała sobie ten moment.

– Jesteście zdziwieni – zauważyła pani Maria. – Jak mówiłam – nie mam rodziny. Święta spędzam sama. Z Michałem rozmawialiśmy do późna, potem szliśmy na pasterkę. Teraz słucham kolęd. Czytam. Jutro pójdę na spacer, zjem obiad, obejrzę jakiś film.

Wzruszyła ramionami.

Edyta jeszcze raz spojrzała na stół wigilijny. Nie było na nim opłatka. Przypomniała sobie wczorajsze spotkanie dla samotnych i ubogich, dzieciarnię z domu dziecka, panią Krysię. To nie tak powinno wyglądać, nie tak powinno być. W mieszkaniu zapanowała niezręczna cisza.

– Przepraszam – powiedziała Edyta. Złapała torebkę i wyszła na klatkę.

Telefon dzwonił nienośnie długo – mama zajęta w kuchni pewnie nie słyszała dzwonka. W końcu jednak odebrała.

– Wesołych świąt, kochanie.

– Wesołych świąt. Mamuś, czy… – Edyta nie wiedziała, jak zadać to pytanie. – Mamo, czy ja mogę przyjechać na święta?

– Ależ oczywiście, Edytko, przecież nie musisz pytać. Wiesz, że dla ciebie zawsze jest tu miejsce.

– A czy znajdzie się miejsce dla jeszcze dwóch osób?

– Twoi przyjaciele? Oczywiście. Znajdzie się miejsce dla każdego. Dzieciaki prześpią się na materacach, będą przeszczęśliwe.

– Nie wiem, czy nocleg będzie potrzebny. Na razie myślałam tylko o wigilii.

– Przyjeżdżaj. Poczekamy z kolacją.

– Dzięki, mamo. Kocham cię.

Przemek i pani Maria siedzieli na kanapie i rozmawiali, ale kiedy weszła, rozmowa zamilkła.

– Pani Mario, mam nadzieję, że się pani nie pogniewa. Zapraszam was na kolację do moich rodziców.

– Cóż… – pani Maria sporzała na Edytę. Na jej ustach pojawił się delikany uśmiech. – Nie mogę odmówić. Tylko może spakuję jedzenie?

– Jeśli pani chce. W domu na pewno jest jedzenia, którego wystarczy dla wszystkich.

– W takim razie wezmę tylko makowca. Wyszedł mi wyjątkowo delikatny.

– Czyli pakować kamerę?

– Pakuj. Dziś nie będziemy kręcić.

W domy było ciepło i gwarno. W niewielkim mieszkaniu królowali siostrzeńcy i bratanice Edyty. Najmłodsze próbowało ściągnąć z choinki bombki. Starsze wypatrywały na zachmurzonym niebie pierwszej gwiazdki.

– Ciocia, ciocia już jest! – kiedy tylko weszła otoczyła ją gromadka rozemocjonowanych kilkulatków.

– Cicho, wrzaskulce! – Edyta roześmiała się i przybiła piątki czterem wyciągnietym łapkom.

– A to twój chłopak? – zapytał najstarszy, ośmioletni Kuba.

– Nie, kolega z pracy. Jak będziesz grzeczny, to pozwoli ci potrzymać kamerę w trakcie nagrania.

Z kuchni wyszła mama, a tato wychylił się z pokoju i zaprosił wszystkich do stołu. Edyta szybko przedstawiła panią Marię i Przemka rodzinie. Okazało się, że dodatkowe nakrycia są już rozłożone i dla każdego jest miejsce. Zaczęło się wnoszenie ciepłych potraw, dzieciaki przepychały się, w zasadzie nie wiadomo dlaczego. W końcu wszyscy mogli usiąść. Tata przeczytał fragment pisma świętego i wziął opłatek.

– Życzę nam, byśmy za rok spotkali się znów wszyscy razem – zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Odłamał kawałek i podał mamie:

– Życzę wam wszystkim, żeby powiodły się Wasze plany: Wojtkowi, żeby firma zaczęła lepiej zarabiać, Katarzynie, żeby miała czas dla siebie, Martynie, żeby nowa praca była tą wymarzoną, Markowi, by nie musiał już tak dużo pracować i miał więcej czasu dla rodziny, dzieciakom, żeby zawsze dobrze się bawiły i Edytce – żeby w końcu dostała swój program.

– A ja chcę wam podziękować za to, że przyjęliście pod swój dach obcą osobę. Życzę wam, by spotkało was tyle samo dobrego, ile od siebie dajecie.

– Cóż, nie bez przyczyny jestem kamerzystą – nie najlepszy ze mnie mówca. Ale życzę nam wszystkim, żeby jeszcze dziś spadło dużo śniegu, żeby te święta były jeszcze bardziej świąteczne, o ile to możliwe.

Życzenia zataczały krąg. W końcu mama waczęła wlewać barsz, dzieciaki pokłóciły się o uszka. Talerze robiły się puste. Nikt nie zauważył, że Wojtek odszedł od stołu. Po chwili ktoś zaczął walić do drzwi wejściowych. Pani Maria wyglądała na lekko zaskoczoną.

– Święty Mikołaj – rzuciła Edyta, która dobrze wiedziała, że jej brat co roku przebiera się, by nastraszyć dzieciaki.

Przemek chwycił za plecak i wyciągnął z niego podręczną kamerę. Zdąrzył nakręcić, jak święty wchodzi do pokoju i rozsiada się wygodnie w fotelu. Półtoraroczna Zuza zaczęła płakać, więc Martyna wzięła ją na ręce. Kuba głośno zadeklarował, że on się nie boi, bo to tylko przebrany święty Mikołaj i schował się za krzesłem.

– Ho, ho, ho! – grubym głosem powiedział Wojtek. Edyta wytarła łzy i mocniej zacisnęła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Wojtek nie tylko wypchał poduszką brzuch, ale też zadek świętego i wyglądał jak ludek Michelin.

– No, to chodź, dzielny chłopcze, do mnie. Zaraz zobaczę, czy byłeś grzeczny – i Wojtas wyciągnął zza pazuchy rulon papieru. Rozwinął go i udał, że czyta. A potem wyjął jakąś kartkę złożoną na pół.

– Tu mam list od ciebie. Chciałeś łyżwy i kij do hokeja. No, no, no! To ten karton będzie dla ciebie. Tylko skocz no tam do sieni, bo tam jakiś kij się ostał.

Przemek opluł wyświetlacz makiem. Kuba wyskoczył jak oparzony do korytarza i przytargał kij zawinięty w zielony papier.

– Jaaa! Dzięki, święty Mikołaju – rzucił się Wojtkowi na szyję i pocałował w policzek.

– A tu mam prezent dla Oli i Ali.

Wojtek wyciągnął wielkie pudło.

– I jeszcze dwa takie mniejsze.

W pudle, jak się okazało był domek dla lalek, a w pudełkach nowe lalki. Sebastian, młodszy od Kuby o trzy lata, dostał tor wyścigowy, a Zuza klocki. Dzieciaki pożegnały Mikołaja i zajęły się zabawą.

Rozmowa przy stole toczyła się wokół osoby pani Marii. Rodzice byli zainteresowani, kim jest ich gość, ale po kilku minutach temat zmienił się na wspomnienia z dzieciństwa i wymianę poglądów. Wieczór minął nie wiadomo kiedy. W końcu pora była wracać. Następnego dnia Edyta musiała domontować materiał.

Następny

Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny