Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Młodość Marii

Poprzedni

‒ Środa to mój dzień na naładowanie baterii. Nie wiem, czy będziecie mieli dziś co kręcić.

‒ Spokojnie, coś się znajdzie.

‒ W takim razie najpierw odwiedzimy bibliotekę. Czytanie to moje największe hobby.

Zdjęcia w ciemnych bibliotecznych salach okazały się niemożliwe. Coś tam nakręcili, ale Przemek przez cały czas kręcił głową z niezadowoleniem. Poprzedniego dnia Edyta długo zastanawiała się, co dalej. Z niechęcią przyznała, że nie tak powinna robić reportaż. Czasu nie mogła już cofnąć, ale postanowiła naprawić błędy. Dlatego zaraz po wejściu do mieszkania pani Marii, zapytała:

‒ Od jak dawna odwiedza pani dom dziecka?

‒ To będzie… ‒ pani Maria zawahała się ‒ … tak, to będzie już jakieś dziesięć lat.

‒ Dwa razy w tygodniu przez dziesięć lat?

‒ O, na początku to nie wyglądało tak. Dopóki pracowałam, nie miałam tyle czasu.

‒ Proszę opowiedzieć, jak to się zaczęło?

‒ To była sprawka mojego męża. Kiedyś wpadłam w dołek pod tytułem „Tak strasznie żałuję, że nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków”. Moje koleżanki wciąż rozprawiały o tym, jakie wspaniałe wnuki mają. A ja? Co ja mogłam powiedzieć? Że mam piękne zdjęcia z wakacji? Przechodziłam menopauzę i uzmysłowiłam sobie, że to koniec, że skończył się mój czas, czas na założenie rodziny. Straciłam grunt pod nogami. Nie miałam celu w życiu, tego celu, który koleżanki odnajdywały w trakcie weekendów spędzonych z wnukami. Mój mąż miał cudowną umiejętność dostrzegania sedna problemu. Pewnej soboty zaprowadził mnie do domu dziecka i przez płot pokazał bawiącego się na podwórzu chłopca. To był Paweł. „Ty nigdy nie będziesz mieć wnuków, a on nigdy nie miał babci. Rozmawiałem z dyrektorką, możesz przychodzić do ośrodka, kiedy tylko będziesz chciała”. Przez miesiąc się wahałam, a potem poszłam. Zaglądałam do nich prawie codziennie po pracy i często w weekendy. Zabierałam dzieci na święta do nas. Znów czułam, że mam cel, że na czymś mi zależy. Że coś się zaczęło, a nie skończyło. Ze wszystkich koleżanek miałam najwięcej wnuków.

‒ A wcześniejsze cele? Co zajmowało panią wcześniej?

Pani Maria zaśmiała się niespodziewanie.

‒ A to nie będzie się podobać widzom. Choć pewnie część osób i tak mnie skojarzy.

Edyta spojrzała na nią zdziwiona i zainteresowana. Czy to znaczyło, że jej bohaterka była niegdyś znaną osobą? Do tej pory była przekonana, że Robert kazał jej robić nudny materiał o zwykłej kobiecie, anonimowej sąsiadce wszystkich.

‒ Byłam komunistką.

Mówiąc to, pani Maria miała wciąż błysk uśmiechu w oczach, zupełnie, jakby to wyznanie stanowiło żart.

Przemek i Edyta spojrzeli na siebie. Przyznawanie się do komunizmu było w obecnych czasach publicznym samobójstwem. Będą musieli to wyciąć.

‒ Spokojnie – pani Maria nadal mówiła wesołym tonem. ‒ Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej „przeszłości”.

Ostatni wyraz zaakcentowała, zupełnie, jakby mówiła przynajmniej o przeszłości kryminalnej. I pewnie część odbiorców tak właśnie potraktuje to ogłoszenie. Potem wstała i sięgnęła po album ze zdjęciami schowany w jednej z szafek.

‒ No to od początku. Urodziłam się na spokojnej wsi. To zdjęcie z mojej pierwszej komunii. Mój ojciec – to ten wysoki z wąsami ‒ wojnę przepracował w obozie pracy, a mama – stoi tu, w białej bluzce ‒ na gospodarce niemieckiej. Ich jedynym marzeniem było chyba tylko, żeby spokojnie przeżyć resztę życia. A moim, żeby jak najszybciej wyrwać się ze wsi. Jak tylko skończyłam osiemnaście lat, zapisałam się do partii. O, tu mam zdjęcie z jednego ze zjazdów. To ja.

Na zdjęciu młoda, ciemnowłosa dziewczyna ubrana w bluzkę z kołnierzykiem, spódnicę za kolana i rozpinany sweter patrzyła w obiektyw bez uśmiechu. Wyglądała bardzo młodo, jak dziewczynka.

‒ Zrobiłam maturę, zaczęłam pracować w księgowości przedsiębiorstwa związanego z produkcją stali. Zaangażowałam się w pracę partyjną i życie zawodowe. Szybko awansowałam, dostałam mieszkanie zakładowe. Małą kawalerkę z łazienką na korytarzu, ale za to tylko dla mnie. Byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu. Zaczytywałam się w dziełach Marksa, Lenina. Wierzyłam, że poprawiamy życie ludzi, że życie w komunie jest najlepszym, najsprawiedliwszym sposobem rozwiązywania problemów. Hasło równości wszystkich przemawiało do mnie. W końcu awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u? ‒ dopytał Przemek.

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził. Taki gówniarz byłem, ale pamiętam, jak codziennie panią wyklinał. W moich oczach była pani największym potworem, demonem i niemal szatanem.

Edyta nagle poczuła się zdezorientowana. Pochodziła z niewielkiej miejscowości oddalonej o kilkadziesiąt kilometrów od miasta powiatowego, i o ile nazwa PPM coś jej mówiła, o tyle nazwisko Chruszczewska było jej kompletnie obce. Tymczasem Przemek przejął rozmowę.

‒ Tata był spawaczem i należał do związków. Zalazła im pani za skórę.

‒ Nie tylko im. Partii też, choć o tym się głośno nie mówiło, bo partia prała swoje brudy w swoich czterech ścianach. Ale to dopiero pod koniec urzędowania. Jak przejęłam stołek, to przedsiębiorstwo ledwo ziało. Okazało się, że nie wszystkim zależy na tym, żeby było lepiej. Po raz pierwszy zobaczyłam, że założenia swoje, a ludzie swoje. Firma była rozkradana i to od góry. W dodatku wielu uważało, że taka młoda i do tego kobieta nie da sobie rady z postawieniem firmy na nogi. Potem zastanawiałam się, czy przypadkiem nie o to właśnie chodziło, że mianowano mnie, żebym nie przeszkadzała ważniakom w ich lewych interesach. Ale znacie to powiedzenie, że rzeczy niemożliwych dokonują ci, którzy nie wiedzą, że są niemożliwe. Zakasałam rękawy i w błogiej nieświadomości zaczęłam realizować to, co mi oficjalnie kazano. Kiedy z województwa zaczęły iść pochwały, przestano mi robić pod górkę. Dziesięć lat później nasz PPM miał jeden z najlepszych wyników finansowych. Przyjeżdżały do nas partyjne delegacje, nawet były plany, żeby sam sekretarz nas odwiedził.

‒ Ojciec tak tego nie wspominał.

‒ Oczywiście, że nie. Pod koniec nie było różowo. Partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku. Już wtedy nie byłam ani naiwna, ani przekonana o wielkości komunizmu. Nie potrafiłam tego wszystkiego tak zostawić. Czułam się odpowiedzialna i jedyna do łagodzenia tego sporu. Ze wszystkiego najbardziej bałam się, że sytuacja wymknie się spod kontroli, że poleje się krew. Dzięki Bogu w końcu to inni podjęli decyzję za mnie. Solidarność wygrała, Wałęsa został prezydentem, a ja poleciałam ze stołka. Nie ja jedna. Pozbywano się niewygodnych ludzi. To był ciężki rok. Odchorowałam tę sytuację, zanim znów stanęłam na nogi. Wtedy też pomógł mi mąż. Tak już było, że kiedy nade mną zbierały się czarne chmury, on wyciągał kolorowy parasol.

‒ Mówiła pani, że nie miała czasu na założenie rodziny.

‒ Tak, to prawda. Męża poznałam, mając czterdzieści lat. Był lokalnym przedsiębiorcą i najspokojniejszym człowiekiem na świecie. Zresztą za komuny, żeby prowadzić swój biznes, trzeba było mieć albo plecy, albo właśnie pokłady anielskiej cierpliwości. Śmieszy mnie, kiedy teraz wciąż słyszę o tym, jak ciężko w Polsce być biznesmenem.

Edyta już otwierała usta, żeby skontrować, ale pani Maria ją ubiegła.

‒ Ja wiem, że może i powinno być lepiej, ale kiedy pamięta się, co było trzydzieści lat temu, to… no cóż… wtedy naprawdę było bardzo ciężko. Prywaciarz był wrogiem ustroju. I należało go tępić wszystkimi możliwymi sposobami. Ale trudno tępić kogoś, kto nikomu nie zagraża. A Michał taki właśnie był. Z nikim nie wchodził w konflikty, nie zagrażał żadnemu z lokalnych ważniaków. Miał swoją wielką pasję, stolarkę, i nic więcej go nie interesowało. Znalazł dla siebie niszę, która dla innych była albo nieciekawa, albo nieopłacalna. Ale on nigdy nie potrzebował dużo. Kiedy próbowano zniechęcić go biurokracją, sumiennie wypełniał zobowiązania, składał wszystkie papierki, choćby były najbardziej absurdalne. To był ten moment, kiedy zaczynałam być zmęczona. Osiemdziesiąty szósty rok. Zazdrościłam mu tego spokoju. Ja żyłam wtedy w trakcie wojny i już od jakiegoś czasu zastanawiałam się, czy na pewno walczę po właściwej stronie. Tyle że racje drugiej strony też mnie nie przekonywały. Trwałam w tym chorym układzie i nie wiedziałam, jak się wyrwać. Spotykałam Michała co jakiś czas a to w ratuszu, a to w którym z urzędów. Któregoś razu zaprosił mnie na kawę. Potem zadzwonił, zapytał, jak się czuję. Umówiliśmy się na kolację. Pewnego dnia zabrał mnie do swojej pracowni. Pachniało w niej drewnem i bejcą. Dał mi hebel do ręki i pokazał, jak pracować. Cisza i spokojne ruchy, opanowanie. Zrozumiałam, dlaczego tak trudno wyprowadzić go z równowagi. To nie była szalona miłość, raczej dojrzały związek ludzi po przejściach.

‒ Kiedy straciła pani pracę, byliście już małżeństwem?

‒ Nie. Byliśmy wolnym związkiem. Każde miało swoje mieszkanie, ale często pomieszkiwaliśmy u siebie. Kiedy mnie zwolniono, zaczęłam chorować. Najpierw zdiagnozowano u mnie wrzody w dość poważnym stadium rozwoju. Musiałam przejść operację. Potem nagle wypadły mi włosy. To było straszne. Podejrzewano Bóg wie jakie choroby. Dopiero pewna pani doktor, młoda dziewczyna, powiedziała, że na stażu w Berlinie spotykała pacjentów, którzy łysieli od stresu. I że to minie, ale muszę zacząć o siebie dbać. Zaleciła mi zmienić pracę, codzienne spacery i lekkostrawną dietę. To jakoś w tym czasie zorientowaliśmy się, że Michał już od niemal miesiąca mieszka u mnie. I jakoś tak naturalnie pojawił się pomysł, że może się pobierzemy. To w zasadzie nawet nie były zaręczyny, choć oczywiście dostałam potem pierścionek. Ślub był skromny. Tu jest kilka zdjęć. My, rodzice i najbliższa rodzina, kilkoro przyjaciół. Zamiast wesela urządziliśmy uroczysty obiad. Ślubu kościelnego ksiądz mi odmówił. Był bardzo prozwiązkowy i dla niego chyba też byłam pomocnikiem szatana. Dopiero jakiś czas temu, kiedy parafię objął proboszcz nieznający mojej historii, udało się nam pobrać. Niestety nasi rodzice tego nie dożyli.

Na zdjęciach panna młoda ubrana była w jasną garsonkę, na głowie miała kapelusik, który częściowo zakrywał bardzo krótkie włosy. Obok stał mężczyzna mniej więcej tego samego wzrostu, mocno zbudowany, w czarnym garniturze. Można się było domyślić, że przy pannie młodej stoją jej rodzice, przy panu młodym jego matka.

‒ Miałam czterdzieści pięć lat. Michał zaproponował, żebym pracowała u niego. Przyszła wolność, rozwijał skrzydła. Zajęłam się prowadzeniem biura. Nasze meble zaczęły cieszyć się popularnością, firma rosła. To było nasze dziecko i najpiękniejsze lata mojego życia. Nigdzie się nie spieszyliśmy, nie mieliśmy parcia na robienie kariery: ja swoją miałam już za sobą, a Michał nigdy jej nie pragnął. Żyliśmy spokojnie. Wynajęliśmy mieszkanie Michała, zamieszkaliśmy w moim. Zimą jeździliśmy w góry, na narty, latem nad morze. Michał uwielbiał filmy, więc często chodziliśmy do kina, wypożyczaliśmy filmy na video.

‒ Żadnych zmartwień, żadnych problemów? ‒ zapytała Edyta.

‒ Ależ oczywiście, problemy były codziennie. A to rura pękła, a to kontrola izby skarbowej. Chciałam mieć z Michałem dziecko, ale było za późno. Czasem budziły się demony przeszłości, pojawiały się plotki. Mój mąż do wszystkiego miał dystans. Czasem nawet to mnie denerwowało. Miałam wrażenie, że lekceważy problemy. A on po prostu potrafił od razu określić, co jest naprawdę ważne. Jeśli nie był w stanie czegoś zmienić, to odpuszczał. Ja nadal nie opanowałam tej umiejętności. Dlatego raczej nie oglądam wiadomości, nie interesuję się polityką. Jeśli na świecie dzieje się coś naprawdę ważnego, to i tak się o tym dowiem. To, co pokazują w mediach często tak naprawdę nie ma wpływu na nasze życie. Pada wiele pustych słów, krytyki, a mało konkretów. Zamiast się nimi przejmować, roztrząsać, lepiej zrobić coś konkretnego. Teraz na przykład pora na drugie śniadanie. Słyszę, że pani Przemkowi burczy w brzuchu – zażartowała pani Maria, ale Przemek zrobił taką minę, jakby rzeczywiście przed chwilą zaburczało mu w brzuchu.

Następny