Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Trzydziesty pierwszy tydzień ciąży

Poprzedni

Oczywiście Renata tekst o jajecznicy skomentowała słowami: „Nie ma zbyt wysokich wymagań”. Wredna.

W Zakopanem bosko. Jeszcze nie ma wakacyjnych tłumów, ale trasy są już przygotowane. Oczywiście nie miałam co ruszać w Tatry Niebotycznie Wysokie. Łukasz dzielnie mi towarzyszył, choć może słowo dzielnie to nieodpowiedni przymiotnik, kiedy mówimy o wjechaniu na Gubałówkę. Oczywiście powiedziałam mu, że jeśli ma ochotę iść na jakąś ciekawszą i dłuższą trasę, to ma się mną nie przejmować, ale uparł się, że przyjechał tu ze mną i nie może mnie zostawić, bo nie wybaczyłby sobie, gdyby coś mi się stało. Zresztą dotrzymywał mi towarzystwa nie tylko na szlakach.

Oczywiście nie chodziłam po górach przez cały czas, ale codzienne spacery pozwoliły mi się w końcu rozluźnić. No, te masaże, które sobie zafundowałam, też. Jeszcze tylko dziesięć tygodni. Chyba jestem gotowa. Z jednej strony mam jeszcze dwa miesiące na przygotowanie się, a z drugiej to to tylko dwa miesiące. Te siedem minęło w okamgnieniu. Po przyjeździe do domu muszę się zapisać do szkoły rodzenia i na poważnie zastanowić się, w którym szpitalu rodzić. Chyba powinnam też zrobić zakupy – pieluszki, wanienka, przewijak i takie tam. Pokój gotowy, ale nie zawinę dziecka w kawałek ściany.

Sylwia kazała sobie wysyłam zdjęcia na mejla. Nadal może wstawać na zaledwie kilka minut, Zakopane musi poczekać. Ale jak nasze maluszki będą już dość duże, to przyjedziemy tu razem. Może Dominik zgodzi się przyjechać ze mną. A może… Ale nie, nie ma co planować, znam Łukasza dwa tygodnie, a takie głupie myśli mi chodzą po głowie. A przecież do tej pory nigdy nie pozwalała sobie na tego typu mrzonki. To pewnie hormony, jakby co, wszystko na nie zrzucę.

A jeśli chodzi o Łukasza, to im lepiej go poznaję, tym bardziej mi się podoba. Nigdy bym nie przypuszczała, że czeka mnie tak intensywna znajomość. To chyba też powinnam zrzucić na hormony. Choć ostatnio odkryłam, że ma wady. Łukasz oczywiście, nie znajomość. Uwielbia mianowicie „Gwiezdne Wojny”. Odkryłam to, kiedy w Kościelisku nagle zadzwonił jego telefon. Dzwonek to oczywiście czołówka z „Gwiezdnych wojen”. Przez resztę wycieczki Łukasz próbował mi wytłumaczyć fenomen tego filmu, ale niewiele zrozumiałam. Oczywiście, że kiedyś próbowałam je oglądać, ale nie powaliły mnie na kolana i do tej pory nie mam pojęcia, która część jest która i o co w tym wszystkim chodzi. Orientuję się tylko w kilku najważniejszych wątkach, więc Łukasz w końcu zrezygnował. Wtedy ja z kolei próbowałam go namówić na przeczytanie kilku książek Chmielewskiej. Powiedział, że próbował, ale zupełnie mu nie szło i do tej pory nie rozumie, o co chodziło z tymi bursztynami czy bobem. Wysłuchał z uwagą moich argumentów o stylu, kobiecie niezależnej i dystansie narratorki do siebie, ale powiedział, że jego to zupełnie nie przekonuje. Okazało się jednak, że coś nas łączy, bo choć nie podziela mojej miłości do kryminałów, to jednak podobają mu się współczesne kryminały skandynawskie. Zaciągnęłam go więc do księgarni i wieczór spędziliśmy, czytając przytuleni do siebie.

Mam nadzieję, że poniedziałek nie wrzuci mnie brutalnie do rzeczywistości.

Po co ten redaktor, po co?

Jestem redaktorem. Całkiem niezłym. Co robię? Czytam książki. Wydawałoby się, że to praca jak marzenie: siedzę sobie, kawka, książeczka… Otóż nie do końca.

Redaktor to pierwszy czytelnik. Musi być surowy, bo jeśli on czegoś nie dopatrzy, to kolejni dadzą autorowi bobu. Redaktor ma się czepiać. Wszystkiego. Przecinków przede wszystkim, ale treści, stylu i nawet merytoryki, jeśli coś mu nie pasuje. Redaktor czyta wszystkie książki: powieści, wiersze, opowiadania, ale też prace naukowe. Tak. Większość redaktorów spędza cudowne godziny nad rozprawami filozoficznymi, pedagogicznymi, matematycznymi i innymi. Naprawdę cudowne. Okazuje się nawet, że można sprawdzać książkę i wyłapywać błędy, nie bardzo rozumiejąc, co się czyta. Z literaturą piękną problem jest tylko taki, że nie powinno się zbyt ingerować w styl autora, a już w ogóle w treść. Co najwyżej można autorowi zasugerować to i owo, ale delikatnie.

Co jeśli redaktor się nie czepia? Wychodzą wydawnicze buble. Niestety. I niestety wciąż się na takie buble natykam, i wkurza mnie niemiłosiernie taka fuszerka.

Przykłady: dziecku kupiłam wznowienie „Koziołka Matołka”. Na redakcyjnej nie ma nawet wzmianki, że była jakakolwiek korekta, o redakcji nie mówiąc. I to widać. Makuszyński pisał swoje dzieło dość dawno, interpunkcja się od tego czasu zmieniła. Książka jest dla dzieciaków, ale roi się w niej od błędów (przecinki przed „lub” i inne takie). No wypadałoby choć korektę zrobić i takie najgrubsze rzeczy poprawić. Aha – z oryginałem nie sprawdzałam, bo nie mam jak, ale jeśli w oryginale są błędy to można, a nawet trzeba je poprawić. Mówimy o wznowieniu, a nie o edycji krytycznoliterackiej!

Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, kiedy na stronie redakcyjnej nazwisko redaktora jest, a w książce błąd błędem pogania. Czytam i oczom nie wierzę. Czytam więc teraz sagę fantasy o światowej sławie. Tłumaczona oczywiście. Od tłumacza oczekiwałabym, że język ojczysty zna równie dobrze, jak obcy. Ale… to redaktor ma sprawdzić, czy w tłumaczeniu wsio w pariadkie. Najlepiej, jeśli sam potrafi zweryfikować tłumaczenie z oryginałem, ale jeśli nie, to ma przecież tego tłumacza, który powinien również dopilnować, żeby w tekście błędów czy nieścisłości nie było. W końcu to jego nazwisko jest na tytułowej! No więc czytam i szlag mnie trafia. Zdania ze składnią koślawą, błędy gramatyczne, a czasem to tekst się kupy nie trzyma.

Redaktor: szara eminencja tekstu. Dobry autor szanuje redaktora, bo wie, że dzięki niemu nie zaliczy wtopy. Bo we własnym tekście nie widzi się błędów – autor wam to mówi.