Pyskata Karolinka

Karolinka leżała na łóżku i przytulała pluszową żyrafkę. Była obrażona na mamę i tatę, którzy jej nie rozumieli. Tymczasem mama i tata siedzieli przy kuchennym stole. Oni także byli smutni.

Karolinka i jej rodzice znów się pokłócili. Tym razem w czasie kolacji.

– Kochanie, kolacja – powiedziała mama i postawiła na stole talerz z kanapką z szynką i papryką.

– Kochanie, kolacja – powiedziała Karolinka, przedrzeźniając mamę.

Tata spojrzał na nią ostrzegawczo. Przedrzeźnianie nie było jego ulubioną zabawą.

– Jedz, po kolacji pogramy w „Chińczyka” – powiedział.

– Nie w „Chińczyka”.

– A w co?

– W nico.

Rodzice przestali jeść.

– Karolinko, to nie jest grzeczne zachowanie. Jeśli nie chcesz z nami grać, po prostu powiedz – powiedziała mama.

– Chcę grać!

– Ja już nic nie rozumiem – tata spojrzał uważnie na córkę.

Karolinka nie wiedziała, co powiedzieć, więc pokazała rodzicom język i mocno odsunęła talerzyk z kanapką na znak, że nie będzie jeść. Talerz prześliznął się po stole i spadł na podłogę, gdzie rozsypał się na drobne kawałeczki.

– Idź do swojego pokoju! Natychmiast! – krzyknęła mama.

– Nie!

– Mama coś powiedziała – dodał stanowczo tata, ale córka go nie słuchała.

– Nie pójdę!

Tata wziął nadąsaną pięciolatkę na ręce i zaniósł do jej pokoju. Zamknął drzwi, ale dziewczynka je otworzyła. Tata zaprowadził ją do pokoju jeszcze raz, ale Karolinka znów z niego wyszła, a w zasadzie wybiegła z krzykiem:

– To nie sprawiedliwe!

– To kara za to, że zbiłaś talerz. Wyjdziesz z pokoju, jak przeprosisz.

– Nie przeprosisz! – krzyknęła Karolinka i zrobiła złośliwą minę.

Tata znów zamknął córkę w pokoju, tym razem jednak został pod drzwiami. Po chwili usłyszał stłumione chlipanie, znak, że Karolinka płacze przykryta kołdrą. Wrócił do kuchni, w której mama posprzątała już rozbite naczynie.

Minęło kilka minut. Karolinka wypłakała się i wyżaliła ulubionej przytulance. Nie chciała rozgniewać rodziców. No, może trochę. I chciała, żeby się jej słuchali, żeby robili tak, jak ona chce. Bo ona wiedziała najlepiej, co jest fajne, a co nie.

W końcu do pokoju zajrzała mama, żeby powiedzieć dziewczynce, że pora się wykąpać i położyć spać. Naburmuszona dziewczynka dała się zaprowadzić do łazienki, a potem, wciąż obrażona, poszła spać.

Przyśnił jej się bardzo dziwny sen. Była w swoim pokoju, siedziała na łóżku, a na fotelu przy biurku siedział czarodziej. To musiał być czarodziej. Miał fioletową pelerynę w pomarańczową kratkę i spiczasty zielony kapelusz w żółte grochy. W ręku trzymał żółtą różdżkę zakończoną skomplikowanym zawijasem. Karolinka wiedziała nawet, jak on ma na imię – słyszała je ostatnio w przedszkolu. Czarodziej Sawuar Wiwr. Czarodziej nic nie mówił, ale patrzył na Karolinę pytająco, a dziewczynka wiedziała, o co chcę ją zapytać.

– Ja wcale się nie lubię kłócić z rodzicami, ale oni nie chcą mnie w ogóle słuchać.

Czarodziej podniósł brew wyraźnie zdziwiony.

– Naprawdę. Ja chcę tylko, żeby mnie słuchali.

Czarodziej kiwnął głową. A potem machnął różdżką w stronę sypialni rodziców. Z różdżki wyskoczyło kilka małych iskierek.

Rano Karolinka wyszła z pokoju jeszcze zaspana.

– Dzień dobry, słoneczko – przywitała ją mamusia.

– Mamusiu, śnił mi się taki śmieszny czarodziej.

– Wyczarował coś?

– Nie. Ale miał taki duży kapelusz. I siedział w u mnie w pokoju i mnie słuchał.

– To musiał być ciekawy sen.

– Yhy.

Mama kończyła właśnie robić śniadanie, ulubioną kaszkę Karolinki. Po śniadaniu dziewczynka zaczęła bawić się lalką. Zabawę przerwał tata.

– Ubieraj się, Karolciu. Idziemy do przedszkola.

Karolinka już miała iść się ubrać, ale podeszła do lusterka. A tam czekała na nią zabawa w miny. Tata wyszedł z sypialni.

– Ty jeszcze nie ubrana? Zdejmuj pidżamę, szybciutko.

Dziewczynka w lusterku zrobiła brzydką minę – skrzywiła usta i zmarszczyła nos.

– Nie zdejmę.

Tata kiwnął głową, zupełnie, jakby niczego nie usłyszał i poszedł do łazienki.

– Jak będziesz gotowa, to przyjdź umyć zęby. Nałożę ci pastę na szczoteczkę.

– Nie nakładaj! Sama chcę! – wrzasnęła Karolinka.

Tata już wszedł do łazienki. Dziewczynka stała zadziwiona, wpatrzona w miejsce, gdzie przed chwilą był jej tata.

– Córeczko, ty jeszcze nie ubrana? – zdziwiła się mama, wychodząc z kuchni. – Pomóc ci założyć rajstopy?

Karolinka cicho się zgodziła i już po chwili była gotowa.

W przedszkolu spotkali Maję. Koleżanki zaczęły się gonić, mimo że zarówno mama Mai, jak i tata Karoliny wołali je do szatni. W końcu dziewczynki dobiegły do swoich szafek.

– No, zdejmuj buty! – zachęcił Karolinkę tata.

– Nie mogę – zapłakała dziewczynka i na znak swojej niemocy położyła się na brzuchu na podłodze.

Tata zupełnie jakby tego nie zauważał. Patrzył na drzwi, jakby na kogoś czekał.

– Nie mogę! – powiedziała jeszcze raz Karolinka, tym razem głośniej.

Tata nadal patrzył w okno, a po chwili zaczął oglądać rysunki na tablicy zawieszonej na ścianie.

– Nie mogę! – wrzasnęła z całych sił Karolinka i żeby podkreślić mocy swoich słów, uderzyła rękoma i nogami w podłogę.

Tata nadal niczego nie słyszał.

Zaskoczona Karolina wstała i usiadła na ławce. Tata chyba żartuje. Powinien zacząć na nią krzyczeć, tłumaczyć, że się śpieszy. A on jej nie widział!

– Tato – rozpłakała się, tym razem naprawdę zasmucona. – Tatusiu, pomóż mi. Nie umiem zdjąć chustki.

Tata oderwał wzrok od rysunków.

– Już ci pomagam.

Dzień w przedszkolu szybko minął. Po kolorowaniu po Karolinkę przyszła mama.

– Ubieraj się szybciutko, skarbie, upieczemy dziś ciasto.

– Super!

– No, to zbieramy się i idziemy na zakupy.

Ale Karolinka najpierw chciała jeszcze pobawić się, a potem porozmawiać z Martą.

– Karolina! – powiedziała mama, ale córeczka jej nie słyszała.

– Karolina! – powtórzyła mama.

Karolinka przybiegła do szatni i zaczęła skakać po kolorowych kaflach podłogowych.

– Karolinko, ubieraj się – przerwała jej mama.

Dziewczynka nie cierpiała, kiedy mama ją popędzała i przeszkadzała jej w zabawie.

– Nie mogę! – wrzasnęła i położyła się na podłodze. Ale mama na nią nie patrzyła.

– Eeeeeee! – zaczęła krzyczeć dziewczynka.

Mama oglądała coś za oknem. Jako to? Od samego rana tata i mama dziwnie się zachowywali. A przecież mieli jej słuchać. A może to ona powinna inaczej do nich mówić?

– Pomożesz mi, mamo?

– Oczywiście córeczko.

Sytuacja powtórzyła się przy kolacji. Rodzice nie zauważali niegrzecznych grymasów, nie słyszeli protestów. Za każdym razem, gdy była niegrzeczna, rodzice przestawali ją widzieć. Zupełnie jakby była niewidzialna.

Zjadła makaron z sosem i wstała od stołu. Wzięła talerz i odłożyła do zmywarki.

– Pięknie posprzątałaś, kochanie – pochwaliła ją mama.

A potem ucieszyła się, gdy Karolinka sama umyła zęby i pozbierała klocki z podłogi.

Tej nocy Karolince znów przyśnił się Czarodziej Sawuar Wiwr.

– Rodzice mnie słyszą, kiedy mówię ładnie.

Czarodziej uśmiechnął się i pokiwał głową.

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciństwo pani Marii

Poprzedni

Telewizyjna furgonetka podjechała pod blok kilka minut po szóstej. Kiedy weszli do mieszkania pani Marii, poczuli zapach kawy. Przemek szybko założył im mikrofony.

‒ Proszę. Na pewno nie piliście państwo jeszcze kawy. Mąż nauczył mnie, jak zrobić doskonałą kawę w kawiarce. Stawia na nogi.

Przemek chętnie sięgnął po parujący kubek.

‒ Nakręcę, jak przygotowuje i je pani śniadanie. Możecie w trakcie rozmawiać.

Podczas gdy pani Maria przygotowywała śniadanie, Edyta oddychała głęboko. „Jestem profesjonalistką”, powtarzała w myśli. „Z każdego materiału da się zrobić reportaż. Jestem obiektywnym obserwatorem i zbieraczem informacji”.

‒ No dobra, pora zrobić reportaż – szepnęła do siebie i upiła łyk kawy. Była rzeczywiście doskonała.

Z uśmiechem weszła do kuchni i usiadła na jednym z krzeseł.

‒ Dlaczego wstaje Pani tak wcześnie?

‒ To przyzwyczajenie. Chyba przez całe życie wstawałam o szóstej – najpierw do szkoły, potem do pracy. Organizm ma swój rytm. Po prostu budzę się wyspana. Moja mama mówiła, że jestem skowronkiem, bo budziłam cały dom. Ale kładę się też dość wcześnie. Najczęściej koło dziesiątej, no, chyba że zapatrzę się w jakiś film.

‒ Każdy dzień wita pani kubkiem kawy?

‒ Każdy. Teraz nie potrafię bez tego prawidłowo funkcjonować. Do tego kubka kawy obowiązkowo kanapka z dżemem. Latem moja kuchnia zamienia się w prawdziwą halę produkcyjną. Już jako dziecko uwielbiałam dżem i tak mi zostało. Kiedyś to był wielki rarytas, bo cukier był bardzo drogi. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w mojej piwnicy. Poza tym wolę taki mniej słodki, niż te, które są w sklepie, dlatego robię go sama. Zimą mogę poczuć smaki lata: truskawki, maliny, porzeczki, śliwki. Tylko przed świętami robię dżem pomarańczowy. Wtedy cytrusy są najlepsze, więc wykorzystuję moment.

‒ Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

‒ Urodziłam się zaraz po wojnie. Rodziców los rzucił do jednej wsi z wojennej tułaczki. Mieszkaliśmy na uboczu w porządnym poniemieckim domu. Nie było elektryczności, bieżącej wody, mieliśmy piec kaflowy, w którym paliło się drewnem. Był wstawiony w ścianę między pokojem rodziców a naszym i ogrzewał od razu oba te pomieszczenia. Tata pracował, mama zajmowała się gospodarką. Miałam młodszego brata, Stasia. Niestety już nie żyje. Zmarł trzy lata temu na zawał. Rodzice bardzo się starali, żebyśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Tato był bardzo surowy. Ale wie Pani, nigdy nie podniósł na nas ręki. Mama czasem machnęła na nas ścierką, a ojciec nigdy. Umiał zapewnić sobie posłuch. Poza tym zabierał nas na wycieczki po lesie. Pod koniec wojny ojciec wstąpił do partyzantki, potem musiał to ukrywać. Ale w każdym lesie czuł się jak w domu. W domu było skromnie, jak wszędzie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia. Mama hodowała mnóstwo drobiu, no i oczywiście mieliśmy Mućkę. Chyba wszystkie krowy nazywają się Mućka, prawda? ‒ Pani Maria roześmiała się. ‒ Przed świętami rodzice bili świnię. Już jakoś tak w listopadzie, jak tylko robiło się mroźno. Nie mieliśmy lodówki i mama trzymała mięso w komórce. To była taka piwniczka, którą tato wykopał w ogródku. Latem było tam chłodniej, a zimą temperatura była jak teraz w lodówkach. Część rzeczy zostawiało się w beczce na dworze. Mróz ścisnął i to się zamrażało. W święta najbardziej lubiłam właśnie to, że było tyle mięsa. Wędzili szynki, schab, kiełbasy i boczek. Mama robiła kiełbasy i kaszanki, a tata cały taki gliniany garniec pasztetu z grubą warstwą smalcu na wierzchu. Teraz pewnie dzieci takiego czegoś by nie jadły, a my ze Stasiem uwielbialiśmy chleb posmarowany tym pasztetem. Mama sama piekła chleb raz w tygodniu. Jak skończyłam osiem lat, to mogłam jej pomagać. I do tej pory potrafię upiec chleb z pamięci, wie pani, bez przepisu ile czego. Taki na zakwasie. Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować. Potem przychodzi żal, że się tego nie przeżyło, nie zrobiło. Ale dzięki temu zrobiło się coś innego. Trzeba doceniać i szanować to, co się ma, zamiast rozmyślać, co by było gdyby.

Edyta zamilkła, nie wiedząc, o co zapytać. Pani Maria wykorzystała tę chwilę, by pozbierać i umyć naczynia.

‒ Musimy wychodzić. Pojedziecie państwo ze mną autobusem, czy podać wam adres i spotkamy się na miejscu?

‒ Nakręcimy jak wychodzi pani z domu i wsiada do autobusu. Potem pojedziemy na miejsce.

Pani Maria podała im adres, który Przemek wbił w GPS-a. Szybko zabrał potrzebny sprzęt.

Zatrzymali się przed dużym domem pomalowanym na żółto. Na trawniku przed budynkiem znajdowała się piaskownica, zjeżdżalnia i kilka różnych huśtawek.

‒ Co to, do cholery, za miejsce? ‒ poirytowała się Edyta.

‒ Adres się zgadza. Poczekamy na panią Marię i wchodzimy do środka. Nie denerwuj się tak, bo spieprzysz robotę.

Wiedziała, że Przemek ma rację. Pamiętała, że dzień wcześniej pani Maria pytała ją, czy chcą wiedzieć, gdzie będą jechać. Odmówiła, bo była zła. Teraz musiała improwizować. To było nieprofesjonalne i dlatego denerwowała się coraz bardziej.

„Naważyłam sobie piwa, to muszę je wypić. Jutro będę lepiej przygotowana”.

Następny

Rozdział 10

Tosia nie była w domu od czasu przeprowadzki. Praca w kancelarii i akredytacja zajęły ją całkowicie. Swoją nieobecność starała się wynagrodzić mamie, często dzwoniąc. Zawsze wtedy rozmawiała też z babcią i to od niej usłyszała:

– Twojej mamie coraz lepiej się układa. Kto wie, może po dwudziestu pięciu latach w końcu wyjdzie na prostą…

– Dostała pracę? Nic nie mówiła.

– Nie pracę, ale ja ci nic powiedzieć nie mogę, bo mnie twoja matka zabije, obiecałam jej. A jeszcze się sobą nie nacieszyłyśmy. W końcu mamy do nadrobienia tyle lat…

– Babciu, ale tak się nie robi. Przecież ja teraz nie usnę.

– To przyjedź, to nie jest rozmowa na telefon. I Marcina możesz wziąć. Podoba mi się ten chłopak.

– Mi też, ale nie mów tego mamie, bo mnie siłą zaciągnie do ołtarza.

Babcia okazała się wielkim odkryciem Tosi. Przedtem prawie jej nie znała, czasem tylko spotykały się na ulicy, babcia wtedy wciskała jej a to jakieś pieniądze, a to słodycze. Dziadka widywała jeszcze rzadziej. To jego winiła za to, jakie jest jej życie. To dziadek nie potrafił wybaczyć córce błędu i tak zastraszył rodzinę, że nikt nie odważył się kontaktować z Michaliną i jej dzieckiem. Tosia miała do niego żal. Kiedyś winiła też babcię, że nie potrafiła się zbuntować. Teraz ją rozumiała, bo dowiadywała się, jakie w domu były o to wojny. Babcia nie była kobietą, która się łatwo podporządkowywała. Próbowała go przekonać na wszelkie sposoby – bez skutku. Niestety – po kolejnej kłótni dziadek zagroził rozwodem, jeśli babcia nie przestanie zanosić Michalinie jedzenia i ubrań. Tosia miała wtedy jakieś trzy lata. Dla babci to był szok. Rozwód nie wchodził w grę – miała jeszcze trzy córki, wszystkie się uczyły. Groźba rozwodu ją pokonała.

Babcia bardzo cierpiała po śmierci dziadka, wspominała go zawsze ze łzami w oczach. Byli szczęśliwym małżeństwem. Nie przeszkadzało jej to jednak zauważyć, że tylko jego śmierć mogła znów połączyć ją z córką i wnuczką.

– To był dobry człowiek, tylko bardzo uparty – mówiła do Tosi ze smutnym uśmiechem. – I bardzo dumny. Michasia zraniła jego dumę i tego nie mógł jej wybaczyć. Nawet na łożu śmierci.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak przeprosiny.

Dla Tosi babcia stała się szybko kimś więcej niż babcią. Mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły. Babcia miała nadal młodzieńczą naturę, lubiła młodzież, chętnie z nią dyskutowała, a młodzi odwzajemniali tę sympatię, bo babcia miała liberalne poglądy i daleka była od krytykowania całego świata. Chętnie też pomagała i służyła radą, jeśli tylko ktoś o to poprosił. To babcia, nie mama, pierwsza dowiedziała się, że Tosia nie ma pojęcia, czy angażować się w związek z Marcinem. I to babcia pomagała jej powoli rozwikłać ten uczuciowy kłębek. Nie naciskała, nie narzucała swojego zdania, tylko zadawała pytania.

– Okej, w takim razie przyjeżdżam w ten weekend. Tylko jeszcze nie wiem jak.

– No, to się mama ucieszy.

Marcinowi powiedziała, że zaprasza go jej babcia. Uczuć babci była pewna, swoich nie bardzo. Marcin ze swoimi uczuciami też się nie krył. Jednak to nie Tosia i Marcin byli głównym tematem rozmów przy stole. Na kawę wpadły ciotka i kuzynka mieszkające w pobliżu. Ich nie obowiązywała tajemnica, którą zasłaniała się babcia, więc zaraz się wydało, że mama i pan Janek spędzają ze sobą wiele czasu. Pan Jan pochodził ze Śląska, przyjechał na Pomorze kilka lat wcześniej, kiedy okazało się, że jego żona jest ciężko chora i nie powinna oddychać ciężkim śląskim powietrzem. Pani Maria zmarła dwa lata po przeprowadzce. Niestety nie pomogło wiejskie życie. Pan Giermak unikał przez jakiś czas innych ludzi, zaczęto o nim mówić, że zdziwaczał. Wychodził tylko do sklepu i kościoła. I nagle, rok po śmierci żony, zaczął pomagać młodej, budującej się w okolicy parze, która wybrała życie z dala od miejskiego gwaru. Okazało się, że pan Jan jest inspektorem budowlanym. Sam zaoferował się zostać kierownikiem budowy ich domu. Chodziły nawet słuchy, że nie chciał za to żadnych pieniędzy, choć ludziom w głowie się nie mieściło, że ktoś mógłby coś robić za darmo. Pogłoski częściowo się potwierdziły: pan Jan pracował za pół darmo. We wsi orzeczono, że Giermak faktycznie zdziwaczał po śmierci małżonki. Jednak ludzie go lubili, bo każdemu pomagał, jak umiał, tylko pieniędzy nie pożyczał. Nikt nie wiedział, z czego pan Jan żyje i to było kolejnym powodem krążących po wsi plotek.

– We wsi huczy od plotek, znasz nasze społeczeństwo – szeptała jej na ucho Beatka, nieco młodsza kuzynka. – Zwłaszcza, że ludzie pamiętają stare dzieje. Co więksi idioci wymyślili nawet, że jesteś córką pana Jana, jako że on sam dzieci nie ma.

– Nie, to już przesada. Ale tak serio, to co ty o tym myślisz? Bo ja głupieję. Babcia nie chce nic powiedzieć, bo niby mamie obiecała. Mama nic nie mówi, choć plotki pewnie zna i musi już wiedzieć, że ja je słyszałam. Z panem Janem się pewnie widuje, bo w plotkach jakaś prawda być musi. Tylko dlaczego mi tego nie mówi?

– Ja myślę, że prawda jest taka, że oni mają się jakoś tam do siebie, ale może sami jeszcze nie wiedzą jak. Twojej mamie trudno, bo w życiu zawsze miała pod górkę i pewnie w szczęście takie nie wierzy. We wsi stare baby coś zwęszyły, a że w telewizji nic nie leci, to uknuły zaraz całą historię. Przecież wiadomo, że twórczość własna jest ciekawsza od cudzej.

Dziewczyny roześmiały się na myśl o lokalnych plotkarach, które całą przyjemność znajdują w tym, że Michalina Majewska znów ma romans. Z ostatniego wyszła z nieślubnym bachorem, to co teraz zmaluje, na starość?

Na deserze u babci pojawił się pan Jan. Przysiadł się zaraz do Marcina, jedynego mężczyzny w domu. Mama zaraz zrobiła dla gościa kawę i nałożyła na talerzyk sporą porcję ciasta, za co pan Jan odwdzięczył się szerokim uśmiechem. Może Tosi się wydawało, ale jej mama chyba się zarumieniła.

Do Gdańska Tosia wróciła w wybornym humorze. Dziewczyny siedziały w kuchni, zaprosiły też zaraz Marcina na wieczorną lampkę wina. Nie było specjalnie co opijać, ale szybko stwierdzono, że toast za zdrowie Marty będzie dobrym pomysłem. Tosia też miała pomysł na toast.

– Moi drodzy, za wesele w mojej rodzinie.

Dziewczyny spojrzały na nią zaskoczone, a Marcin się uśmiechnął.

– Jeszcze trochę, a najpóźniej za rok będę skakać na weselu mojej mamy – i tu opowiedziała, czego dowiedziała się od kuzynki. Na koniec wyciągnęła wnioski:

– Mama z panem Giermakiem się zakochali. I to jest super. Ale moja mama jest chyba tak samo uparta jak dziadek. Ona pewnie uważa, że w jej wieku to nie wypada się zakochiwać. Pewnie będziemy musieli ją przekonywać, że ma prawo kochać i być kochana. Mam nadzieję, że pan Janek ma dużo cierpliwości.

– Jejuśku, ale to romantyczne! – westchnęła Anka, która starała się być szczęśliwą singielką, ale nadal uwielbiała miłosne historie. – Po tylu latach twojej mamie należy się odrobina szczęścia. Tylko jak to możliwe, że twoja mama z tym panem Janem nie zeszli się wcześniej.

– Po prostu nie było okazji. Moja mama nie jest najpopularniejsza we wsi, a pan Jan też nie zabiega o to, by ze wszystkimi się znać i przyjaźnić. Spotykali się w sklepie, mówili sobie „Dzień dobry” i to wszystko.

– A twoja mama nie obawia się, że będzie porównywana z poprzednią żoną?

– Ze strony pana Jana nie. To była zupełnie inna kobieta i pan Jan dużo o niej opowiada, ale mama podoba mu się z innych powodów. Tamta była śliczna, oczytana, bardzo wesoła i towarzyska, miała wiele pięknych rzeczy, ale nie wiedziała, ile co kosztuje, bo najpierw miała gosposię, a potem pan Jan się nią zajmował. To była taka trochę księżniczka w szklanej kuli. Mama imponuje panu Giermakowi swoją zaradnością, a jak się elegancko ubierze i trochę umaluje, to widać, że jest nadal bardzo ładna. Babcia zabrała ją do fryzjera i teraz mama jest fajnie obcięta. Poza tym babcia za każdym razem jak są w mieście, kupuje mamie coś do ubrania i dzięki temu mama ma w końcu ładne i modne ubrania.

– No, a historia twojej mamy? Nie przeszkadza mu jej opinia. No wiesz – nieślubne dziecko, kobieta upadła itp.?

– Życzliwe sąsiadki zaraz go powiadomiły o moim istnieniu, jakbyśmy się nigdy nie widzieli – Tosia zaśmiała się szczerze. – Ale on ma to w nosie. Nawet więcej – podziwia mamę, że nie poddała się, nie zaczęła pić czy coś w tym stylu i wyprowadziła mnie na porządnego człowieka. Ten „porządny człowiek” to jego słowa.

– Jedno mi tylko nie pasuje – wtrąciła się Marta, jak zawsze racjonalna. – Mama w końcu nic ci nie powiedziała pewnego?

– Mama nie, ale ja wierzę w babcię, a jej się strasznie marzy zatańczyć na weselu córki.

Ania wiodła życie singielki i nawet jej się to podobało. Nagle wokół niej pojawiło się wiele nowych osób, co związane było przede wszystkim z rozpoczęciem pracy. Poznała wielu uczniów – dorosłych i dzieci, ale dużo ciekawsi wydawali jej się koledzy z pokoju nauczycielskiego. Szkoła uczyła wielu języków, głównie europejskich, ale też mniej popularnych, jak japoński. W pokoju nauczycielskim można było spotkać lektorów i native speakerów z najróżniejszych krajów. Ponieważ byli to głównie młodzi ludzie, chętnie umawiali się na piwo i wspólne wyjścia wieczorami. Ania już kilka razy wychodziła z nowymi znajomymi, szczególnie że wielu z nich było także singlami, znakomicie więc się bawili. Był jednak jeszcze jeden powód, dla którego Ania tak chętnie wychodziła – zazwyczaj w towarzystwie znajdował się Pablo, bardzo przystojny Hiszpan, który po studiach postanowił zwiedzić środkową i wschodnią Europę i został w Polsce, bo zauroczyły go Kaszuby i naturalne blondynki. Pablo nie udawał, że szuka dziewczyny na stałe, ale Ania liczyła, że skoro poświęca jej tyle uwagi, to może… Nie bardzo chciała dzielić się tym z dziewczynami, jednak Marta wypatrzyła, jak Pablo odprowadzał ją do domu. Przy śniadaniu nie dała Ani świętego spokoju.

– No, Anulka, przed nami przecież nic nie ukryjesz.

– Ale ja nie chcę niczego ukrywać, tylko jeszcze jest za wcześnie, by o czymkolwiek mówić.

– Nie ma takiej opcji jak za wcześnie – zawyrokowała Tosia. – Mów, jak jest, bo potem pewnie okaże się, że nic nie było, a my sobie nie poużywamy.

– No to co chcecie wiedzieć?

– Wszystko. Jak ma na imię, skąd go znasz i jakie masz plany względem niego.

– Pablo, znam go z pracy i planów nie mam żadnych, bo nie mam ochoty stracić pracy, bo prędzej wywalą byle germanistkę niż rodowego Hiszpana. I on chyba też nie jest mną zainteresowany. Do niczego, nawet najmniejszego buziaka nie doszło.

– I co? Tak to zostawisz?

– A co mam zrobić? Poflirtuję sobie z nim, ale na nic więcej nie mam co liczyć.

Flirt niestety niedługo się skończył. Ania pochwaliła się kilka dni potem, że Pablo zaprosił ją na kolację, z której wróciła w kiepskim humorze. Pablo wyznał jej, że bardzo mu się podoba i być może mogłoby ich połączyć coś więcej niż przyjaźń, ale on musi wracać do Hiszpanii, ponieważ jego ojciec zachorował i ktoś musi zaopiekować się matką. Na koniec pocałował ją tak, że do końca życia tego pocałunku nie zapomni.

– To jakaś tragikomedia.

– Na pewno zaraz znajdziesz sobie innego – próbowała pocieszać ją Tosia.

– A bo to warto szukać?

– No, przecież w tej waszej szkole nie jeden Hiszpan.

– Akurat Hiszpan jest jeden, ale mamy też Włocha, dwóch Niemców, Brytyjczyka i jednego Turka. Turek od razu odpada.

Szybko odpadł też Brytyjczyk, który na kolejnej imprezie pokazał, że ma mocny pociąg do polskiego piwa, ale niestety słabą głowę. Niemcy odpadli, bo mieli z kolei głowy za mocne, a polskie piwo lubili bardziej niż Brytyjczyk. Ania została też zmuszona przez profesora Sudeckiego do wzmożonej pracy nad tłumaczeniem. Nie miała czasu na imprezowanie, wieczory spędzała przed komputerem i książką. Znajomi ze szkoły nie naciskali. W dużym gronie jedna osoba mniej czy więcej nie robiła większej różnicy – zabawa i tak była udana. Ania czasem żałowała, ale konsekwentnie odmawiała. Do czasu, kiedy w szkole pojawił się Philip, nauczyciel francuskiego. Nie był zupełnie w typie Ani, ale zauroczył ją swoim zachowaniem. Jego matka była Polką, więc doskonale znał język. Ale zdecydowanie więcej łączyło go z Francją. Uwielbiał kuchnię francuską, polska była według niego za ciężka, maniery też miał francuskie, co wyraźnie rzucało się w oczy, szczególnie w zetknięciu z native speakerami z Niemiec. Wyraźnie adorował wszystkie kobiety, nawet złośliwe i wredne babki z sekretariatu, które dla nikogo nie były uprzejme i tylko do Philipa uśmiechały się od ucha do ucha. Ania też zaczęła się uśmiechać i częściej rozpuszczać włosy. Philip nie mógł nie zauważyć ich złocistego koloru i tego, że sięgają prawie do pośladek dziewczyny. Ania zawsze mówiła, że włosy to jedyna imponująca część jej ciała. Reszta była raczej drobna. Znów zaczęła wychodzić wieczorami i wracać uśmiechnięta.

– W zasadzie jestem jedyną wolną dziewczyną w tym gronie, Grażyna znalazła sobie chłopaka, Małgośka się zaręczyła. Philip jest więc mój. A jak on tańczy, mówię wam.

Tym razem nie taiła, że ktoś jej się podoba. Przyjaciółki i tak coś by zwąchały, zwłaszcza że po kilku tygodniach wzmożonej pracy nad tłumaczeniem i magisterką, teraz wychodziła dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Wolała do wszystkiego się przyznać na początku. Inaczej Tosia i Marta zaczęłyby zadawać pytania, a ona nie zawsze lubiła na ich pytania odpowiadać.

Zbliżały się święta, wszystkich ogarnął szał zakupów i poszukiwania prezentów. Marta niestety zupełnie nie czuła atmosfery Bożego Narodzenia. Miała już wyznaczoną datę zabiegu na dwudziestego dziewiątego grudnia i nie bardzo wiedziała, co powiedzieć rodzinie, gdy spytają, dlaczego tak szybko wraca do Gdańska. Na razie trzymała się wersji, że ma w pracy przed pierwszym styczniem bardzo dużo obowiązków i dlatego nie może zostać dłużej. Koniec roku to dla wielu osób okres cięższej pracy, liczyła więc, że nikt nie będzie podejrzewał kłamstwa.

– Nie chcę ich martwić. Podobno to nic wielkiego, operacja i radioterapia powinny mnie wyleczyć. Nikt nie będzie się musiał o mnie martwić. Powiem im, kiedy już wszystko będzie dobrze.

„Albo tak źle, że nie będę mogła tego ukryć”, pomyślała i natychmiast zdusiła tę myśl. Musi być pozytywnie nastawiona, operacja musi się udać, a ona szybko wróci do swojego dawnego życia.

– My się pomartwimy i za nich i za siebie – obiecała Tosia.

Marta spojrzała na obie swoje przyjaciółki ciepło.

– Bez was nie dałabym rady. Obiecajcie, że będziecie mnie odwiedzać.

Obie przytaknęły.

– A teraz mam do was wielką prośbę. Potrzebują pożyczki. Po zabiegu muszę kupić dość drogie leki, a moje oszczędności poszły na badania i wizyty.

– Spoko – powiedziała Tosia, jakby Marta prosiła ją o pożyczenie butów, a nie sporej kwoty. – Na leki dla ciebie zawsze się znajdzie.

Ania miała niepewną minę, ale potakiwała Tosi. Marta się roześmiała. Tosia była zawsze najoszczędniejsza, bo nie miała czego wydawać, Ani zaś pieniądze nigdy się nie trzymały. Przez całe studia w zasadzie żyła na koszt rodziców, których było na to stać. Często sama uzupełniała zapasy w kuchni, kupowała detergenty, ale potrafiła też niemałe sumy zostawić w odzieżowym lub obuwniczym. W efekcie to Tosia, choć najbiedniejsza, zawsze na koniec miesiąca zostawała na plusie, a Ania była kompletnie spłukana. Marta zawsze była gdzieś w połowie. Potrafiła zaszaleć i zaoszczędzić. Niestety przez dwa miesiące – a tyle minęło od czasu, kiedy dowiedziała się, że będzie miała zabieg – jej niewielkie oszczędności rozpłynęły się na badania i wizyty u różnych specjalistów. Bała się, że nie wystarczy jej na leki z zasiłku chorobowego, który dostanie, i poczuła ulgę, że jak zawsze może polegać na przyjaciółkach.

Do domu pojechała dopiero w wigilię. Chciała jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, ale też bała się, że w końcu się wygada, z czymś wyskoczy i wszyscy się domyślą. Na miejscu okazało się, że mało kto zwraca na nią uwagę, bo rodzice postanowili kupić działkę i zbudować dom, co poruszyło całą rodzinę. Babcia bała się, czy dadzą sobie radę, w końcu nie wezmą kredytu, bo są za starzy, a oszczędności powinny zostać na czarną godzinę. Swoje obawy wyrażała bardzo dobitnie i głośno. Dziadek doradzał, co i jak, choć nie znał się na tym zupełnie. Swoje opinie i rady opierał o doświadczenia swoich znajomych, ich znajomych i rodziny i wielu innych osób. Doświadczenia te pochodziły najczęściej z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie miały więc wiele wspólnego ze współczesnym rynkiem budowlanym, ale to dziadkowi nie przeszkadzało. Cała rodzina mu potakiwała, bo nikt nie znalazł lepszej metody na dziadka. Sławek z Magdą podziwiali projekt domu, który choć mały, to jednak był doskonale rozplanowany. Okazało się, że każdy w końcu będzie miał własny pokój. Marta szybko się przyłączyła do brata i jego narzeczonej, szczególnie że przyjechał brat ojca ze swoją młodziutką żoną, która najwyraźniej chciała przypodobać się teściowej i zaczęła gorąco wspierać ją w zastanawianiu się, co będzie, jeśli Basia i Karol nie skończą domu.

– Jednej mogę się opierać, dwóm nie dam rady – powiedziała cicho mama, zakradając się do pokoju młodzieży. – Ta Wioletka jest upiorna. Wujek chyba stracił głowę.

– To kryzys wieku średniego – krótko skwitował Sławek, a Magda zmierzyła go dziwnym wzrokiem. Sławek chyba tego nie zauważył i nie skomentował.

– A nie mógł go przeżyć jako stary kawaler, tak jak przeżył chwalebne pół, daj mu Panie Boże, życia.

– Wujek ma dopiero czterdzieści sześć lat, to nie tak dużo… – próbowała bronić swojego chrzestnego Marta, ale nie zdołała powiedzieć wiele więcej, bo do pokoju wśliznął się tata.

– Mirek chyba nie ma za grosz przyzwoitości. Mogę sobie z nim porozmawiać o kobietkach w ogóle, ale podziwiać wdzięki jego żony to przesada. To przecież prawie kazirodztwo.

Marta i Sławek zaczęli chichotać. Znali swojego ojca bardzo dobrze. Potrafił skomplementować przechodzącą obok pannę w mini bardzo elokwentnie, ale pewnych rzeczy nie tolerował. Rodzina była dla niego najważniejsza i każdy kto do niej należał, był nietykalny. Jego brat był dumny z uwiedzenia dziewczyny niewiele starszej od Marty i chciał całemu światu ogłosić, jaka to boska istota. Niestety ona sama robiła raczej negatywne wrażenie – głupiej blondynki, najzwyczajniej. Babcia tego nie widziała, bo Wioletka we wszystkim się z nią zgadzała. Dziadek wszystkich krytykował, ale Wioletka wkupiła się i w jego łaski, pytając go o wszystko. Krótkie spódniczki zapewne także miały tu jakiś wpływ. Basia i Karol nie rozumieli, co Mirek widzi w takiej pustej dziewczynie. Ich dzieci nie polubiły cioteczki i ciągle robiły sobie z niej żarty, zadając jej na przykład łatwe, ale podchwytliwe pytania. W tym roku to u nich wypadała kolacja wigilijna i w zasadzie nie wiadomo było, czy z tej okazji się cieszyć, czy płakać.

W końcu jednak wszyscy musieli wyjść z pokoju i zająć się gośćmi. Mama, Marta i Magda ukryły się w kuchni, nie wpuszczając tam nikogo innego pod pozorem ciasnoty. Tata i Sławek zostali oddelegowani do prowadzenia rozmowy. Obaj przyjęli taktykę potakiwania i zaszyli się w kącie. Na szczęście chwilę potem zaczęła się wieczerza.

Święta minęły bardzo szybko. Choć na początku Marta się ich bała, teraz chętnie by je przedłużyła. Nieubłaganie zbliżał się termin operacji.