Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny

Dwunasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Dłużej nie mogłam zwlekać w powiedzeniem rodzicom. W końcu lepiej, żeby wiedzieli, zanim urośnie mi wielkie brzuch. Nie byłam w domu od świąt, ale tam niewiele się zmienia. Ojciec czytał gazetę przed telewizorem, matka gotowała, w pralce było pranie do powieszenia. Znów miałam to dziwne wrażenie, które pojawia się odkąd wyprowadziłam się z domu: cieszyłam się, że znów tu jestem, a jednocześnie czułam wielką ulgę, że się wyrwałam.

Cześć, mamo, dzień dobry, tato.

Cześć, Beatko, rozbieraj się. Ślicznie wyglądasz. Tak dawno u nas nie byłaś. Zrobię ci kawkę.

Dziękuję, mamo, ale wolę herbatę.

Herbatę? Dobrze.

Zanim dostałam herbatę, dowiedziałam się, że Tomek zmienił pracę i teraz jest spawaczem w jakiejś prywatnej firmie. Płacą mu prawie pięć tysięcy, choć część na lewo. Tata przy okazji ponarzekał, że w mój brat powinien zostać w stoczni. On sam pracował w niej już ponad trzydzieści lat i źle mu nie było. Poza tym Michał bardzo lubi przedszkole. Krzyś już prawie chodzi, choć ma dopiero dziesięć miesięcy. Przy okazji dowiedziałam się, że jestem zaproszona na roczek.

Kasi zaproponowano, żeby pracowała w salonie, w którym miała praktyki. Ponoć zapowiada się z niej całkiem dobra fryzjerka. Mama pochwaliła się, że pozwoliła się obciąć mojej siostrze. Rzeczywiście miała całkiem ładną fryzurę, nawet dość nowoczesną. Poza tym Marcin wraca niedługo z Danii. Rodzice liczą, że w końcu oświadczy się Kasi. Są już przecież ze sobą ze dwa lata.

Tata zapytał co w pracy. Ucieszył się chyba z mojego awansu. Pokiwał głową i powiedział, że ciężko na to pracowałam, że dobrze, że mnie doceniają. O sprawy damsko-męskie już mnie nie pytali. Kiedyś interesowali się tylko tym, czy kogoś mam. Myśleli, że poszłam na studia, żeby sobie znaleźć lepszego męża. Kiedy znalazłam pracę w branży erotycznej, myślałam, że całkiem się ode mnie odwrócą, ale jakoś to znieśli. Po prostu o mojej pracy mówiliśmy niewiele i ogólnikowo. Tylko raz, w ostatnie Boże Narodzenie, tata rzucił gdzieś mimochodem, że nie spodziewał się, że kryzys nie dotknie „tych spraw”.

Zjedliśmy obiad – koniecznie dwudaniowy. Po nim mama przyniosła ciasto i kawę.

Chcę wam o czymś powiedzieć. To może być dla was szokująca wiadomość – zaczęłam i w tym momencie wpadło mi do głowy, że moi rodzice pewnie już pogodzili się z myślą, że jestem lesbijką. Nie mam pojęcia, skąd ten absurdalny pomysł wziął się w mojej głowie, ale rozbawił mnie, więc musiałam zrobić przerwę, żeby się nie roześmiać na głos.

Rodzice mieli na twarzach oczekiwanie.

Jestem w ciąży. I uprzedzając wasze pytania: wiem, kim jest ojciec dziecka, ale nie będę utrzymywać z nim kontaktów. To żonaty facet z trójką dzieci, którego nie kocham, a ta ciąża jest wpadką. Wychowam dziecko sama.

W pokoju zapadła cisza.

Zawsze chciałaś żyć po swojemu – powiedział ojciec. – Nawarzyłaś piwa, to teraz będziesz musiała je wypić.

Zrobiło mi się przykro. Nie chciałam się kłócić. Ale ojciec nigdy nie próbował mnie zrozumieć.

Oj, Zenek – powiedziała cicho mama. – Będziemy mieć kolejnego wnuka, to nie czas na nerwy.

Ja się nie denerwuję. Chciałem wychować tę dziewczynę na porządną, ale ona zawsze wolała robić wszystko po swojemu, to niech nie oczekuje od nas pomocy.

Nie oczekuję. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli.

No to wiemy.

I ojciec wstał od stołu. Wyszedł z domu, zostałam sama z mamą.

Przepraszam, kochanie.

Nie przepraszaj, mamo. Wiem, jaki jest ojciec. Wiem, że mnie nie rozumiecie. Ale to będzie wasz wnuk czy wnuczka. Chciałam, żebyście wiedzieli. Nic więcej.

Nie zostałam dłużej. Było mi smutno. Kocham moją mamę, ona miała dla mnie zawsze dużo ciepłych uczuć. Ale wiem, że nie będzie mnie broniła przed ojcem, bo mnie nie rozumie, nie wie, dlaczego chcę być samodzielna. A ojciec zwyczajnie mnie nie akceptuje. Jego córeczką jest Kasia.

Moje nieszczęście polega na tym, że urodziłam się w tradycyjnej rodzinie, w której nadal kultywuje się patriarchat. Moja mama jest idealną matką i żoną. Idealną, bo o niczym innym nie marzy. Zapomniała, że jest ogrodnikiem, że jest pełnowartościowym, samodzielnym człowiekiem. Cóż – standardach zachodnioeuropejskim jestem zaledwie przeciętna. W domu rodzinnym jestem wywrotowcem.

NASTĘPNY