Rozdział 2. Pierwsze spotkanie

Poprzedni

 

Przemek podjechał do Edyty koło dziesiątej. Był ubawiony sytuacją, a jeszcze bardziej tym, że Edyta dała się wrobić w świąteczny materiał.

‒ Ja mogę kręcić wszystko – rzucił, kiedy powiedziała, że cieszy się tylko z tego, że to z nim będzie pracować. Lubiła go, był najlepszym kamerzystą, a przy tym mieli podobne poczucie humoru i podejście do życia. Tym razem jednak nie podzielała jego wesołego nastroju.

‒ To gdzie jedziemy?

Podała adres.

Osiedle bloków z wielkiej płyty straszyło szarymi elewacjami i odrapanymi płotami, w większości niekompletnymi. Tyle pozostało z chluby PRL-u. Mieszkania tu nadal cieszyły się popularnością, bo były tańsze niż te budowane na nowych osiedlach. Ale okolica nie zachęcała do zamieszkania.

Znaleźli blok numer trzydzieści. Domofon był wyrwany, więc od razu weszli na trzecie piętro i zapukali do mieszkania numer osiemnaście. Kobieta, która im otworzyła, była szczupła i nie wyglądała na swój wiek. Miała farbowane na jasny brąz włosy sięgające podbródka. Ubrana była w spodnie, dopasowany t-short i kardigan przewiązany luźno paskiem. Edyta zauważyła lekki makijaż i pomalowane na pastelowy róż paznokcie. Nie tego się spodziewała.

‒ Pani Edyta i pan Przemysław – stwierdziła pani Maria Wolska. ‒ Zapraszam do środka, właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

W korytarzu stała wielka lakierowana szafa, z której właścicielka wyjęła wieszaki. Drzwi do łazienki i jednego z pokoi, pomalowane farbą olejną na kremowo, były zamknięte. Weszli do drugiego pokoju, pomalowanego na jasny żółty. Na zielonym wypoczynku leżała beżowa kapa. Przed kanapą stała ława nakryta koronkową serwetą. Naprzeciwko stał stary telewizor otoczony kwiatami doniczkowymi. Boczną ścianę zajmowała lakierowana meblościanka, którą zdobyły kryształowe wazony, miski i porcelanowe filiżanki. Całości obrazu dopełniał zielony dywan przykrywający prawie całą powierzchnię podłogi i bukiet z suszonych kwiatów stojący na ławie. Edyta miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o jakieś trzydzieści lat. Przemek rozglądał się ciekawie, pewnie planując już rozłożenie sprzętu.

‒ Ciągle trudno mi w to uwierzyć – powiedziała pani Maria, wnosząc z kuchni tacę z herbatą i ciasteczkami. ‒ Dlaczego telewizja interesuje się zwykłą emerytką?

‒ No cóż. Widocznie nie jest pani zwykłą emerytką. Święta to dobry moment, żeby pokazać ludziom ich sąsiadów, którzy robią coś ciekawego.

‒ A jak to będzie wyglądać? Bo wie pani, do tej pory nigdy nie występowałam w telewizji.

‒ Najpierw kwestia formalna. Tu są dokumenty, które musi pani podpisać. Umowa, zgoda na upublicznienie wizerunku i kilka innych. Proszę je uważnie przeczytać, jutro omówimy kwestie, które będą niejasne. O której pani wstaje?

‒ Zwykle przed szóstą.

Edyta skrzywiła się w myśli.

‒ W takim razie będziemy tu koło szóstej. Będziemy kręcić wszystko, co pani robi w ciągu dnia począwszy od śniadania aż do kolacji. Bardzo proszę, żeby robiła pani wszystko tak jak zawsze. Istnieje wielka pokusa, żeby przed kamerą pokazać się od jak najlepszej strony, ale na nagraniach od razu widać, kiedy jest naturalnie, a kiedy nie. Będziemy pani towarzyszyć przez tydzień, w trakcie nagrań będę zadawać pytania, potem przez dwa dni zajmiemy się montażem. Dwudziestego czwartego przyjedziemy na kolację jako obserwatorzy, proszę w żadnym wypadku nie traktować nas jak gości. Reportaż pójdzie na wizji dwudziestego szóstego o osiemnastej. Będzie trwał pół godziny.

‒ Jest pani bardzo konkretna. Czy będę mogła zobaczyć to, co nakręcicie, przed upublicznieniem?

‒ Materiał będzie montowany od dwudziestego drugiego, potem dodamy do niego fragmenty z Wigilii. Dwudziestego czwartego mogę przynieść to, co będziemy mieli, ale nie gwarantuję, że zmiany będą możliwe.

‒ Rozumiem. Innymi słowy podpisuję cyrograf i godzę się z góry na wszystko.

Edyta nie była pewna, czy to żart, ale wymusiła uśmiech. Pomyślała, że to może być rozwiązanie: jeśli pani Wolska się nie zgodzi, to ona nie będzie miała czego kręcić. Tylko czy Robert zrozumie?

Maria uśmiechnęła się serdecznie.

‒ Żartuję. Pan Robert wszystko mi wyjaśnił i tylko nie mógł powiedzieć, kto będzie reporterem.

Tym razem Edyta nie zdołała ukryć zaskoczenia, choć przecież mogła się domyślić, że naczelny wszystko już nagrał.

‒ Ach, pan Robert nie powiedział pani, że już się zgodziłam – pani Maria roześmiała się. ‒ Czułam, że coś kombinuje, ale obiecał mi pewną przysługę, jeśli zgodzę się wystąpić. Spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to człowiek z wielkim darem przekonywania.

Przemek oderwał wzrok od okna.

‒ Można to też tak ująć. Czy mogę zobaczyć resztę mieszkania? Będę chciał ustawić tu kilka kamer, żeby nie wozić ich ciągle ze sobą.

‒ Ależ oczywiście. Obawiam się jednak, że w domu nie spędzimy wiele czasu. Ja często wychodzę. Aha, i nie mam samochodu, korzystam z autobusów.

Edyta spojrzała na Przemka pytająco.

‒ Da radę. Ale mieszkanie i tak bym obejrzał, żeby zaplanować sobie, jak kręcić.

Kuchnia była mała. Na podłodze leżało gumoleum ze wzorem parkietu, na środku przykryte jasnym dywanikiem. Pod jedną ścianą znajdowały się szafki pomalowane na biało, pod drugą – niewielki stół z dwoma krzesłami, przykryty ceratą w biało-szarą kratkę. Biała lodówka zajmowała kąt przy oknie, pod którym znajdował się blaszany zlewozmywak. W drugim kącie stała stara kuchenka gazowa.

‒ Trochę tu ciasno. Ale stojąc w drzwiach, będę mógł nakręcić całe wnętrze. Czy w kuchni często świeci słońce?

‒ Rano, okno jest od wschodu.

‒ Ok.

Drugi z pokoi był malutki i pomalowany na ten sam jasnożółty kolor, co poprzedni. Stała tam tylko szafa, biurko i sofa zarzucona szydełkowymi poduszkami. Na biurku leżało kilka książek obłożonych w szary papier. Jedyną nową rzeczą był laptop. Na ścianie wisiało kilkanaście fotografii w drewnianych ramkach.

Łazienka była równie skromna. Ściany pomalowano na biało. Nad zlewem wisiało lustro z półką, obok stał płytki regał, na którym znajdowały się kosmetyki i detergenty przesłonięte zasłonką w niebiesko-granatowe paski. Wanna obudowana była granatowymi płytkami, które pokrywały także podłogę. Na środku leżał biały tkany dywan. Za drzwiami znajdowała się stara pralka automatyczna i granatowy kosz na ubrania. Okna oczywiście nie było.

‒ Śniadanie je pani w kuchni, czy w pokoju? ‒ zapytał Przemek.

‒ W kuchni. Potem sprzątam przez jakieś pół godziny. Piję kawę i wychodzę. Wracam około trzeciej i jem obiad – w kuchni. Popołudniu czytam, oglądam telewizję, czasem idę na spacer, jeśli jest ładna pogoda. Czasem idę na zakupy. Często przygotowuję coś do jedzenia na kolejny dzień. Kładę się wcześnie, koło dziewiątej, chyba że jest jakiś ciekawy film albo program. A właśnie – zwróciła się do Edyty – miałam zapytać, czy może widziałam jakiś pani reportaż.

‒ Być może ostatni. Był puszczany ostatnio i ze dwa razy powtarzany. „Władza do kupienia”.

Pani Maria pokiwała głową z uznaniem.

‒ Tak. To widziałam. I to wszystko prawda?

‒ Tak. Jestem dziennikarką, pokazuję tylko prawdę.

‒ Pewnie wiele osób jest teraz na panią złych.

‒ Pewnie tak. Ale jeśli są w stanie udowodnić mi kłamstwo, niech idą z tym do sądu. Ja nie mam czego się wstydzić.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Bezkompromisowa i broni pani swego. To dobrze.

Edyta uznała, że wystarczy jej na dziś, i postanowiła się pożegnać.

‒ Proszę przeczytać umowy. My musimy już iść. Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

‒ Nie chcecie wiedzieć, gdzie jutro będziemy jechać?

‒ Nie.

Pani Maria podała im kurtki.

‒ Ale bieda – rzucił Przemek, kiedy tylko weszli do samochodu. ‒ Będę musiał kombinować, żeby nie odbijać się w tych wszystkich polakierowanych szafach.

‒ Zrobisz piękny materiał o wnętrzach z lat osiemdziesiątych. „Cud komuny nadal stoi”. Kurwa, w co ja się wpakowałam!

‒ Uuuu…

‒ Mogłaby chociaż wyglądać jak zapyziała babcia emerytka, a nie podstarzała bizneswoman.

‒ To tak wyglądają podstarzałe bizneswoman? ‒ Przemek najwyraźniej dobrze się bawił, podsycając gniew Edyty.

‒ Nie zauważyłeś, w co była ubrana?

‒ No, w spodnie, koszulkę i sweter.

Edyta spojrzała na niego jak na debila.

‒ No co?

‒ To były markowe ciuchy warte ponad pół twojej pensji.

Przemek zagwizdał.

‒ Może wystroiła się w swoje najlepsze rzeczy, żeby zrobić wrażenie?

‒ Ty nic nie rozumiesz!

‒ Wiem jedno: praca z tobą to czysta przyjemność.

Edyta zdusiła wrzask, który zbierał się w jej piersi.

Następny

Dwudziesty czwarty tydzień ciąży

Poprzedni

W tym tygodniu bardzo dużo czasu spędziłam u Sylwii. Odwiedziłam ją w sumie cztery razy, nadrabiając poprzednie nieobecności. Dwa razy byłyśmy w komplecie, czyli przyszła też Renata. Z dobrych wiadomości: Sylwia ma prawidłowe wyniki i może sobie pozwolić na krótkie spacery. Naprawdę krótkie – lekarz powiedział, że nie więcej niż pięć minut.

Ze złych wiadomości: związek Renaty przeżywa kryzys, czy może raczej to Renata przeżywa kryzys w związku ze związkiem. Sławek zaproponował wspólne mieszkanie. Stwierdził, że dojazdy zajmują coraz więcej czasu, a ciągłe nocowanie w obcym domu jest niewygodne. Mogą wybrać, które mieszkanie bardziej im odpowiada, a drugie wynająć.

– Wiem, że ma rację, ale powiedział to w taki sposób, jakbyśmy robili biznes. A że byłam podenerwowana po pracy, to odpowiedziałam, że jak mu tak daleko, to niech spada na Księżyc. Obraził się i wyszedł. A ja teraz nie wiem, co robić, bo w sumie to chyba chciałabym spróbować, ale on wciąż jeszcze się nie zdeklarował.

– A ty powiedziałaś mu, co czujesz? – zapytała Sylwia. Obie wiedziałyśmy, że Renata ma wyjątkowo męskie podejście do wyznawania miłości. Wystarczy raz. Tyle że nasza przyjaciółka nie powiedziała tego nikomu, odkąd skończyła szesnaście lat. Wtedy po raz pierwszy (i ostatni) powiedziała chłopakowi, że go kocha. A on zażądał seksu, więc kazała mu „się walić” i na tym skończyła się ta burzliwa miłość.

Renata nie odpowiedziała na pytanie. Czyli Sławek nadal nie wie, na czym stoi, a mimo to zaryzykował proponując wspólne mieszkanie.

– Powinnaś do niego zadzwonić, przeprosić i powiedzieć, że chcesz z nim zamieszkać.

Sama nie wierzę, że to powiedziałam, znając podejście Renaty do tematu. Widać hormony rzeczywiście robią mi gąbkę z mózgu. Tym bardziej byłam zaskoczona, gdy Renata pospiesznie wstała.

– Masz rację.

I z telefonem w ręce wybiegła do łazienki.

Przez kilka minut w pokoju panowała idealna cisza. Niestety z łazienki dobiegały tylko niewyraźne słowa. Po chwili Sylwia wyszła z wyrazem samozadowolenia na twarzy.

– Będę mieszkała z facetem. Przyjedzie do mnie i ustalimy szczegóły.

Razem z Sylwią wybuchnęłyśmy śmiechem. Nasza naczelna singielka była szaleńczo zakochana. Chyba nic nas już nie zaskoczy.

Ten temat zdominował wieczór. Patryk pozwolił sobie na kilka dobrych rad typu: „zrób mu miejsce w jakiejś szafce lub szufladzie na narzędzia i nigdy w niej nie sprzątaj”. Przeżył to tylko dlatego, że Renata znała go wystarczająco długo, żeby nie uznać tego za męską prowokację. Oczywiście założyliśmy, że wybiorą mieszkanie Renaty. Wszystkie trzy mieszkałyśmy blisko centrum i nie wyobrażałyśmy sobie, że któraś ma wyjechać na obrzeża. Poza tym mieszkanie Renaty było za ładne, żeby je komukolwiek wynajmować.

Pod koniec wieczoru Sylwia zażartowała, że jak tak dalej pójdzie, to pobawimy się jeszcze na ślubie. Renata nawet tego nie skomentowała, tylko spojrzała na Sylwię jak na wariatkę.

Następny

Rozdział 23

POPRZEDNI

Marcin sam mówił o sobie, że wpadł po uszy. Tosia spodobała mu się od razu, gdy zobaczył ją w Rocku. Już po pierwszej randce wiedział, że Tosia ma w sobie to coś, czego zawsze szukał w dziewczynach. Była tak delikatna, że miał ochotę chronić ją przed całym światem, a jednocześnie widział, jaka siła się w niej kryje. Nie zniechęciła go, kiedy unikała kontaktu ani kiedy powiedziała mu, że nie szuka związku, bo musi skupić się na pracy. Wiedział, że warto czekać. I nie żałował, że czekał.

W zasadzie mógłby ożenić się z Tosią choćby jutro, rozumiał jednak, że ona nie jest na to gotowa. Nie zamierzał jednak czekać bezczynnie. Teraz planował dla swojej narzeczonej dwie niespodzianki. Miał nadzieję, że będą dla niej miłym zaskoczeniem, choć nie był tego pewien, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że Marta się wyprowadza. Chciał, żeby Tosia z nim zamieszkała. Firma, którą prowadził z Łukaszem, dobrze prosperowała, zaoszczędził trochę pieniędzy i teraz zamierzał kupić mieszkanie. Już nawet wybrał piękne czteropokojowe mieszkanie w starej kamienicy w centrum Wrzeszcza. Było w kiepskim stanie, wręcz domagało się remontu, ale to go nie przerażało – znał odpowiednią ekipę. Najważniejsze, że kamienica wyglądała na niezbyt zniszczoną. Miał nadzieję, że Tosia pomoże mu je wykończyć i umeblować.

Poza tym planował wspólny urlop. Tym razem wybrał Włochy. Zawsze chciał zobaczyć włoskie miasta. Zaplanował więc, że spędzą dwa tygodnie na wędrówkach po Rzymie, Florencji i Wenecji. A po drodze będą oglądać małe włoskie miasteczka i wioski. Już zarezerwował bilety lotnicze i samochód do wynajęcia.

– Ence-pence, w której ręce? – zapytał, chowając dłonie za plecami. Tosia się uśmiechnęła i wskazała lewą rękę. Zdążył już zauważyć, że prawie zawsze wybierała lewą rękę, dlatego to do niej włożył kartkę z napisem „WYCIECZKA”.

– Wygrała pani wycieczkę! – ogłosił, naśladując jednego z prowadzących teleturnieje telewizyjne.

Tosia uśmiechnęła się.

– A dokąd jedziemy? Może do Wdzydz? Zawsze chciałam zobaczyć skansen we Wdzydzach.

– Niestety. Do skansenu możemy pojechać w któryś weekend, a wycieczka jest zaplanowana na urlop. Co powiesz na Rzym?

Mina Tosi była warta całego planowania. Zanim się otrząsnęła, Marcin dodał, starając się, by głos mu nie zadrżał.

– Jest tylko jeden warunek. To może być nasza podróż ślubna. Rozmawiałem z księdzem z mojej parafii: da nam wszystkie dokumenty, byśmy mogli pobrać się w jednym z włoskich kościołów.

O ile wycieczka do Włoch pozbawiła Tosię mowy, o tyle wiadomość o tym, że Marcin chce się z nią ożenić jeszcze w tym roku, odebrała jej oddech i sprawiła, że Tosia usiadła. Jej narzeczony tymczasem patrzył na nią niepewnie.

– Nie – powiedziała po długiej chwili milczenia i od razu zaczęła mówić dalej, jakby się bała, że Marcin pomyśli, że ona w ogóle nie chce za niego wyjść. – Jeśli mamy się pobrać, to przed wycieczką. Tutaj. To jedno jestem winna mojej mamie. Ma prawo być na moim ślubie.

Tym razem to Marcin wyglądał na wstrząśniętego. Spodziewał się wszystkiego: odmowy, entuzjastycznej zgody, cichej zgody, nawet awantury, ale nie tego. Tosia na widok jego miny zaśmiała się.

– No już! – powiedziała i uszczypnęła go w ramię. – Nie wiem, czego się spodziewałeś, ale ja ostatnio też coraz częściej myślę o tym, że nie mamy na co czekać.

Marcin momentalnie poderwał ją z kanapy razem z nią obrócił się wokół własnej osi. Ze szczęście upuścił drugą kartkę, tę, którą trzymał w prawej ręce. Kiedy w końcu pozwolił Tosi odetchnąć, ta zauważyła leżący na podłodze papier. Schyliła się, żeby go podnieść i wyrzucić, ale gdy go odwróciła, zobaczyła napis „MIESZKANIE”.

– O! Fajna alternatywa. Ale chyba nie będę żałowała – roześmiała się i zgniotła kartkę, uważając widać, że to miał być żart. – Zresztą po ślubie powinniśmy zamieszkać razem tak czy siak, więc już teraz powinniśmy się rozejrzeć za czymś większym niż to.

Marcin zrobił minę niewiniątka. Wiadomość o mieszkaniu w obliczu nadchodzącego ślubu wydawała mu się niczym, ale nadal chciał, by Tosia była zaskoczona. Przez chwilę chciał nawet zachować nadal tajemnicę, w końcu jednak nie wytrzymał.

– W zasadzie… – zaczął i uśmiechnął się, jakby chciał ją za coś przeprosić.

Tosia zrobiła wielkie oczy i rozprostowała kartkę, którą wciąż trzymała w ręku. Spojrzała badawczo na Marcina, a on odchrząknął i powiedział, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic szczególnego:

– No cóż. Myślę, że będziesz chciała zobaczyć jutro mieszkanie, które dla nas kupiłem.

Relacje Ani z Pawłem jakoś się układały. Na początku było niezręcznie. Pierwszy spacer minął głównie w milczeniu. Oboje nie wiedzieli, co mogą powiedzieć. Paweł odprowadził ją pod dom, ale nie chciał wejść. Następnego dnia przysłał SMS-a, czy niczego jej nie potrzeba. Odpisała, że nie. Czuła się nieźle, nie wymiotowała, choć czasem było jej niedobrze. Uważała na to, co je. Ciągle miała ochotę na kakao i pomarańcze. Widać Paweł dowiedział się o tym od którejś z dziewczyn, bo pojawił się dwa dni potem z torbą pomarańczy i zgrzewką mleka.

– Nie powinnaś dźwigać, więc pomyślałem, że mogę robić za ciebie zakupy.

Spojrzała na niego uważnie. Nie chciała, żeby ją wyręczał. Nie potrzebowała jego pomocy.

– Tylko te cięższe – dodał usprawiedliwiająco na widok jej zawziętej miny.

– Okej, wejdź. Ile jestem ci winna?

– Nic. W końcu teraz jesz dla dwojga. A pomarańcze mają dużo kwasu foliowego.

– Biorę tabletki. Ale dzięki.

Znów zapadła niezręczna cisza. Paweł odstawił mleko, a Ania włożyła pomarańcze do szafki. W końcu chłopak zaryzykował.

– Słuchaj, a może dasz się zaprosić na prawdziwą randkę? Poszlibyśmy do kina i na kolację.

Spojrzała na niego tak, że nie musiała nic mówić.

– Proszę. Przez jeden wieczór nie będziemy myśleć o dziecku. Chcę cię lepiej poznać, ale nie wiem jak. Spróbujmy zacząć, jakbyśmy dopiero się poznali. Przecież niewiele o sobie wiemy.

Zastanowiła się.

– Dobra. Ale ten weekend odpada. Jadę do domu. Chcę powiedzieć rodzicom, że jestem w ciąży.

– Okej. Chcę pojechać z tobą. W końcu powinienem ich poznać.

– To nie jest najlepszy pomysł. Mój tata ma dość konserwatywne poglądy.

– Chyba mnie nie zastrzeli? – próbował zażartować.

– Nie, ale pewnie nie polubi.

– Przynajmniej nie wyjdę na tchórza. Jeśli pozna mnie później i tak mnie nie polubi. A tak może choć będzie traktował poważnie.

– Zastanowię się.

Rozmawiali jeszcze chwilę, w końcu Paweł wyszedł. Ania zrobiła sobie herbatę i zamyśliła się. Paweł jej zaimponował. Nie wiedziała, że jest taki odpowiedzialny. Miał rację. Jej tata nie polubi chłopaka, który jego córce zrobił dziecko, ale jeśli go nie pozna, to prawdopodobnie od razu go znienawidzi. Teraz przynajmniej będzie musiał go szanować, choć w minimalnym stopniu. Znała swojego ojca. Nie był łatwym człowiekiem, miał swoje poglądy i trzymał się ich dość kurczowo. Wiedziała, że nie wygna jej z domu, nie wyklnie i nie wyprze się, ale nie będzie pochwalał tej ciąży. Spodziewała się dość przykrego spotkania, wielu gorzkich słów i wyrzutów. Na szczęście nie musiała się obawiać, że ojciec spróbuje namawiać ją na usunięcie ciąży. Był głęboko wierzący i coś takiego nawet nie przyjdzie mu do głowy. Ale uzna, że córka splamiła jego honor. Wiedziała, że to będzie trudna rozmowa, ale nie bała się jej. Jej ojciec mimo wszystko był dobrym człowiekiem i z czasem da się przekonać do wnuka. Albo wnuczki. Po prostu musi minąć trochę czasu.

Paweł jednak pojechał razem z Anią. Postanowili, że Ania najpierw przedstawi Pawła. O dziecku mieli powiedzieć dopiero następnego dnia. Rodzice przyjęli ich ciepło. Mama oczywiście upiekła ciasto, tata wyjął na deser koniak. Ani jakoś udało się wymówić od wypicia toastu za zdrowie gościa, choć nie było to łatwe, bo tata uważał, że koniak odrobina tego trunku leczy wszelkie dolegliwości. Powiedziała więc, że przeziębiła pęcherz i bierze antybiotyk. Z zaleceniami lekarzy tata nigdy się nie kłócił.

– Wiesz, Aneczko – mama zniżyła głos. Ania pomagała jej sprzątnąć ze stołu, a tata z Pawłem oglądali skoki narciarskie. – Bardzo miły ten Paweł. Tylko taki młody. Damian już miał pracę, a ten dopiero studiuje.

Mama nie do końca mogła pogodzić się z tym, że Ania rozstała się z Damianem. Bardzo chciała, by córka wyszła za mąż. Mimo że była inteligentną kobietą, pracującą, to jednak najbardziej liczyło się dla niej to, żeby córkę wydać dobrze za mąż.

– Oj, mamciu. To Damian mnie zostawił. Nie wracajmy już do tego. A Paweł jest odpowiedzialnym i porządnym facetem… Ale na ślub będziecie musieli poczekać! – zaśmiała się. Znała przekonania swoich rodziców.

Pierwszy dzień minął spokojnie, ale Ania była zdenerwowana. Bała się, że mama coś wyczuje, więc opowiadała, jak wiele ma pracy i jak bardzo jest zmęczona. Miała nadzieję, że to będzie usprawiedliwieniem na wszystko. Drugiego dnia obudziła się wcześnie. Ściskało ją w dołku i było jej niedobrze. Nie wiedziała, czy to z powodu ciąży, czy nerwów. Postanowiła, że załatwi tę sprawę jak najszybciej. Najwyżej wyjadą wcześniej.

Usłyszała, jak rodzice wracają z porannej mszy i szykują śniadanie. Poszła obudzić Pawła, ale ten już nie spał. Uśmiechnął się do niej krzepiąco, ale nadal nie czuła się za pewnie. Ona wiedziała, czego się spodziewać, on nie.

Na śniadanie ledwo skubnęła trochę jajka. Poczekała, aż rodzice zjedzą spokojnie.

– Muszę wam coś powiedzieć. Mamo, może usiądziesz?

Mama już zaczęła sprzątać ze stołu.

– Wiem, że tego nie pochwalicie, ale mam nadzieję, że mnie zrozumiecie – wzięła głęboki oddech. – Jestem w ciąży.

– O Jezu! – jęknęła mama. Tata nic nie mówił. Patrzył na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

– Aniu, to… – mama próbowała coś powiedzieć, zerkając na swojego męża.

Tata przeniósł wzrok na Pawła.

– Tak – powiedział Paweł. – To ja jestem ojcem dziecka.

Ania zastanawiała się, jak on może być teraz taki opanowany.

– I od razu chcę powiedzieć – podjął Paweł – że nie zostawię Ani i naszego dziecka samych.

Ojciec Ani nadal milczał. Nigdy wcześniej nie zdarzało się, aby milczał.

Ania była pewna wybuchu złości, tyrady, czegokolwiek, tylko nie takiej ciszy.

– Tato, powiedz coś.

Spojrzał na nią. W jego oczach czaiło się niedowierzanie.

– Jak mogłaś…?

– Tato…

Wstał od stołu. Pierwszy szok minął, teraz pojawił się gniew, na początku skrywany, rozwijający się jednak z każdym wykrzyczanym słowem.

– Wierzyłem, że dobrze cię wychowałem! Taki wstyd! Panna z brzuchem! A ty?! – wymierzył palec w Pawła. – Jak to sobie wyobrażasz?! Nie masz pracy, sam jesteś jeszcze dzieckiem! Gdzie zamieszkacie po ślubie?!

– Tato… – szepnęła Ania. – My nie zamierzamy się pobrać.

Tego było za wiele. Ojciec wybuchnął. W oczach Ani pojawiły się łzy. Wiedziała, że ojciec ma rację. Nie tak ją wychowywał. Miał prawo być zły. Słuchała go ze spuszczoną głową, nie widziała więc, jak Paweł wstaje i podchodzi do jej krzesła.

– Dość – usłyszała głos chłopaka. Cichy, ale stanowczy.

Ojciec jednak nadal się pieklił.

– Dość – powtórzył Paweł nieco głośniej.

Tym razem ojciec przerwał. W rodzinie panował patriarchat i do tej pory nikt mu nie przerwał w taki sposób. Rozwścieczony spojrzał na Pawła.

Paweł podjął wyzwanie.

– Jest pan wściekły, ale nie ma pan prawa tak traktować córki. – Podniósł Anię delikatnie i wyprowadził ją zza stołu. – Pójdziemy na spacer – powiedział – a jak wrócimy, to może będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić! – warknął tata.

– Grzegorz – tym razem wtrąciła się mama, a Ania spojrzała na nią zaskoczona, bo takie zachowanie zdarzyło się po raz pierwszy. – Masz rację – zwróciła się do Pawła. – Idźcie na spacer.

Chodzili tak długo, że Ania zupełnie przemarzła. Kiedy wrócili, mama zrobiła wszystkim herbatę. Ojciec był blady, ale wydawał się spokojniejszy. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. W końcu to mama odważyła się pierwsza odezwać.

– Aniu, zawsze będziesz naszą córeczką. Oboje bardzo cię kochamy i chcemy twojego szczęścia. Tata się dziś zdenerwował i na pewno się tego spodziewałaś, bo nasza rodzina wyznaje pewne wartości i te staraliśmy ci się wpoić. Skoro jednak postanowiłaś pójść własną drogą, musimy to zaakceptować. Nie odwrócimy się od ciebie.

– Dziękuję, mamo.

Znów zapadła cisza. W końcu tata chrząknął.

– Jak… – głos mu się załamał. Odchrząknął jeszcze raz. – Jakie macie plany?

– Dziecko urodzi się w sierpniu, do czerwca mogę więc pracować, a potem zrobię roczną przerwę. Na uczelni wezmę urlop dziekański. Za rok spróbuję wrócić do pracy i na studia. Mam troszkę oszczędności, do końca roku jeszcze coś uzbieram.

– A mieszkanie? Nie możesz przecież nadal mieszkać z koleżankami.

– O tym jeszcze nie myślałam – Ania wydawała się zawstydzona. Nie chciała dolewać oliwy do ognia, więc nie powiedziała, że Marta i Tosia się wyprowadzają. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi.

– Jeśli Ania się zgodzi, zamieszkam z nią i postaram się jej pomóc.

– Razem bez ślubu? – tata prawie wstał, ale mama dotknęła jego ramienia i przytrzymała go na fotelu.

– Grzegorz… – upomniała. – Nerwy tu nie pomogą. Sami rozumiecie, że życie na kocią łapę nie zgadza się z naszymi wartościami.

Paweł zastanawiał się, co powiedzieć. Nie chciał znów wywołać kłótni.

– Może na ten rok przyjedziesz do domu? – zaproponowała mama cicho.

Ania poderwała głowę. O tym nie pomyślała. Nie myślała, że jej rodzice coś takiego zaproponują. Ojciec gniewnie prychnął. Więc to był pomysł mamy.

– Musiałabym się zastanowić. To trudna decyzja. Nie chciałabym stawiać was w niezręcznej sytuacji. Ciąży i tak się nie ukryje, ludzie będą gadać.

Tata znów prychnął.

– Nic nie wiecie, nic nie zaplanowaliście. Jesteście nieodpowiedzialni i oboje za młodzi na dziecko – starał się mówić cicho, ale w głosie wciąż było słychać wzburzenie.

– Proszę dać nam szansę. Tak czy inaczej jesteśmy związani ze sobą na całe życie. Chcemy się lepiej poznać. Nie zaczęliśmy najlepiej, ale może okazać się jeszcze, że uda nam się stworzyć rodzinę. Dla Ani i dla dziecka najważniejsze jest teraz, żeby ten czas był spokojny. Nie powinna się denerwować. A wszystko inne może się jeszcze ułożyć, jeśli wszyscy będziemy tego chcieli.

Paweł starał się mówić łagodnie, ale jemu także trudno było powstrzymać emocje. Zauważył, że Ania ma łzy w oczach i stara się to ukryć.

– Myślę, że pojedziemy wcześniejszym pociągiem – dodał po chwili milczenia. – Dziś niczego nie rozstrzygniemy, a Ania powinna unikać stresujących sytuacji. Ona jest teraz najważniejsza.

Mama pokiwała głową. Nie podobało jej się to wszystko, ale nie była tak porywcza jak mąż. Potrafiła też łatwiej przystosować się do nowej sytuacji. Zwłaszcza, gdy nie mogła z niej jakoś wybrnąć. A ten chłopak… Sytuacja nie była dla niego najlepsza, ale mama nie mogła nie zauważyć, że mimo wszystko Paweł to dobry chłopiec. Przynajmniej nie zostawił ich córki samej. Już samo to, że przyjechał, by wesprzeć ją w tej rozmowie, zasługiwało na szacunek. Wiedziała, że w końcu jej mąż też to zauważy. Liczyła też na to, że Bóg ich nie opuści i jednak Ania z Pawłem się pobiorą. A że młodzi teraz są trochę bardziej oporni…

Przeprowadzka Marty spowodowała niezłe zamieszanie. Marta spakowała swoje ubrania, kosmetyki i wtedy pojawił się problem. Po tylu latach wspólnego mieszkania, zapomniały, co jest czyje.

– Ja nigdy nie miałam suszarki – zarzekała się Ania, bo Marta twierdziła, że suszarka nie jest jej, Tosia też nie pamiętała, żeby kiedykolwiek kupowała suszarkę. W końcu to Tosia zaczęła myśleć praktycznie.

– Dobra, robimy tak: pakujemy to, co jest Marty, zostawiamy to, co nasze, a to, co nie ma właściciela składamy na kanapie.

Okazało się, że kanapy było za mało. Suszarka, cztery garnki, trzy talerze, siedem kubków, trochę sztućców, sztuczna choinka, dwa pluszowe misiaki, żelazko, deska do prasowania, kilka książek, trochę biżuterii i dywanik z łazienki. Trzy dziewczyny stały nad kanapą w milczeniu.

– To co robimy? – zapytała Tosia.

– Garnki, talerze i cała reszta mi niepotrzebna – powiedziała Marta – bo Krzysiek ma to wszystko. Ale suszarka jednak by mi się przydała. Powinnam jakoś układać te włosy.

– Ja chcę to – Ania wyjęła ze stosu kilka książek. – Jeśli nie macie nic przeciwko.

Tosia i Marta pokiwały głowami, że nie mają. Stosik powoli się pomniejszał. W końcu zostały na nim tylko dywanik i dwa pluszaki.

– Dywanik niech zostanie w łazience, w końcu do niej pasuje. Może nawet nie my go kupiłyśmy – zaproponowała Marta. – A co do pluszaków, to wiem, kto mógłby się nimi zająć – uśmiechnęła się, a jej przyjaciółki przytaknęły. One nie potrzebowały już zabawek, a Marta z pewnością chce je oddać jakimś dzieciakom.

– To co? Ostatnia kawka? ­– zaproponowała Ania i nie czekając na odpowiedź, poszła nastawić wodę.

Siedząc przy stoliku, rozmawiały o wywiadzie, który ukazał się w tym miesiącu w „Twoim Stylu”. Wywiadzie szczególnym dla nich, bo udzieliła go Marta, którą nominowano do jednej z tych nagród dla kobiet roku. Oczywiście chodziło o program „Badaj piersi – to nie boli”. Marta otrzymywała czasem listy od kobiet, które po udziale w spotkaniu znajdowały guzek i szły do lekarza, żeby sprawdzić, czy to nie nowotwór. Nie wiedziała jednak, że takie listy trafiają nie tylko do niej. Telefon od dziennikarki był dla niej wielką niespodzianką. A kiedy usłyszała, co dokładnie planują w redakcji, wpadła niemal w histerię. Wywiad nie był niczym niezwykłym – przecież od samego początku starała się, by wiadomość o programie zaistniała w mediach. Ale wiadomość o półnagiej sesji zbiła ją z pantałyku. Dopiero kiedy poznała szczegóły, zgodziła się pozować. Owszem – na planie zdjęciowym nie była całkiem ubrana, ale gdy zobaczyła zdjęcia zrozumiała, że nikt nie mógł pomyśleć, że te mają one coś wspólnego z erotyką. Najbardziej podobało jej się to, na którym obiema dłońmi osłania nagą pierś, w której wyczuła guzki. Na innym zdejmowała perukę – niby gest mało oryginalny, znany z tylu filmów, a jednak Krzysiek stwierdził, że to właśnie to zdjęcie najlepiej oddaje jej charakter.

Wywiad był dokładnie taki, o jakim mogła marzyć: rzeczowy. Dziennikarka zadawała krótkie pytania dotyczące najpierw jej choroby, potem tego, jak organizowała spotkania. Marta odpowiadała krótko i starała się niczego nie pominąć. Mówiła o tym, jak odkryła guzek, jak bała się iść do lekarza. Opowiedziała o Tosi i Ance zaciągających ją tam siłą, o uczuciach, które wywołała diagnoza. Nawet o tym, jak o chorobie dowiedział się jej brat i rodzice.

– A mi najbardziej podoba się ten fragment: „Całe życie udawałam silną i niezależną, buntując się przeciwko stereotypowi kobiety słabej i bezbronnej, przeciw przemocy wobec kobiet. Ten bunt dawał mi energię – to była ciągła adrenalina: praca z kobietami bitymi, porzuconymi, bezradnymi. Dopiero choroba pokazała mi, że ja też jestem słaba, że ten mój bunt to nie jest siła. Okazało się, że jednak się boję. Byłam tak przerażona, że nie mogłam nic zrobić. Ten strach mnie sparaliżował. I wtedy właśnie pojawiła się największa, prawdziwa siła. Lekarz powiedział »Będzie mogła pani karmić piersią«, a ja poczułam, że mam po co żyć, że muszę walczyć. Że przegram, jeśli nie podejmę leczenia. Teraz już nie muszę grać silnej, nie muszę się buntować, ale wiem, że są ciągle rzeczy, o które warto walczyć, i wiem, że mogę tę walkę podjąć i wygrać”. Cała ty.

Ania siedziała w fotelu i chyba bezwiednie głaskała się po brzuchu, gdy Tosia czytała fragment wywiadu. A Marta… się zaczerwieniła. Po chwili ciszy w końcu wydukała:

– Bo widzicie: ja tego jeszcze nie czytałam.

Obie przyjaciółki zrobiły wielkie oczy. One same przeczytały wywiad kilkanaście razy. Ich egzemplarze były wymięte od ciągłego noszenia w torebkach i neseserach, czytania w kuchni, przed salą sądową i przed gabinetem lekarskim.

– No wiecie – Marta wyraźnie była speszona – mi się zawsze wydawało, że te kobiety, o których piszą w gazetach, to jakieś heroski. A ja się wcale taka nie czuję. Nie jestem bohaterką. Po prostu nie potrafię usiedzieć bezczynnie, jeśli wiem, że coś mogę zrobić.

Tosia i Anka gruchnęły śmiechem.