Koniec i początek. E-book już niedługo

„Reportaż” zakończony, ale przede mną jeszcze wiele pracy. Redakcja skończonego utworu to chyba trudniejsza praca niż pisanie. A chciałabym, żeby „Reportaż” wyszedł jako mobi, więc przede mną nauka, jak się takie cudo majstruje.

W głowie już kolejny projekt. Tym razem coś większego, baaa! wielkiego. I hipertekstowego. I historycznego. Ale jak zawsze będzie o kobietach. I tym razem właśnie tytuł mam pierwszy – „Wilczyce”. Jeśli komuś się kojarzy z „Pannami z Wilka”, to całkiem dobrze się kojarzy. I nie całkiem.

Pomysł powstaje kilka lat. Ewoluuje. Z dwóch powstaje jeden. Gdybym miała powiedzieć, kiedy postanowiłam napisać powieść hipertekstową, musiałabym cofnąć się co najmniej 10 lat. Ile lat liczy pomysł napisania sagi kobiecego rodu? Sama nie wiem. Siedzi we mnie chyba od zawsze.

To nie będzie taki sam projekt, jak poprzednie. Nie wiem jeszcze, czy uda się przygotować wydanie e-bookowe. Nie wiem też, a w zasadzie nie wiem przede wszystkim, ile czasu zajmie pisanie. Kilka lat, może kilkanaście. Muszę wiele się dowiedzieć, bo akcja będzie skakać po całym wieku XX, a mi bliskie są jego ostatnie lata. Poza tym bohaterki – znam już kilka z nich i wiem, że są wymagające.

Ruszam więc z korektą i dopisywaniem. A potem… Potem „Wilczyce”

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny