Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciństwo pani Marii

Poprzedni

Telewizyjna furgonetka podjechała pod blok kilka minut po szóstej. Kiedy weszli do mieszkania pani Marii, poczuli zapach kawy. Przemek szybko założył im mikrofony.

‒ Proszę. Na pewno nie piliście państwo jeszcze kawy. Mąż nauczył mnie, jak zrobić doskonałą kawę w kawiarce. Stawia na nogi.

Przemek chętnie sięgnął po parujący kubek.

‒ Nakręcę, jak przygotowuje i je pani śniadanie. Możecie w trakcie rozmawiać.

Podczas gdy pani Maria przygotowywała śniadanie, Edyta oddychała głęboko. „Jestem profesjonalistką”, powtarzała w myśli. „Z każdego materiału da się zrobić reportaż. Jestem obiektywnym obserwatorem i zbieraczem informacji”.

‒ No dobra, pora zrobić reportaż – szepnęła do siebie i upiła łyk kawy. Była rzeczywiście doskonała.

Z uśmiechem weszła do kuchni i usiadła na jednym z krzeseł.

‒ Dlaczego wstaje Pani tak wcześnie?

‒ To przyzwyczajenie. Chyba przez całe życie wstawałam o szóstej – najpierw do szkoły, potem do pracy. Organizm ma swój rytm. Po prostu budzę się wyspana. Moja mama mówiła, że jestem skowronkiem, bo budziłam cały dom. Ale kładę się też dość wcześnie. Najczęściej koło dziesiątej, no, chyba że zapatrzę się w jakiś film.

‒ Każdy dzień wita pani kubkiem kawy?

‒ Każdy. Teraz nie potrafię bez tego prawidłowo funkcjonować. Do tego kubka kawy obowiązkowo kanapka z dżemem. Latem moja kuchnia zamienia się w prawdziwą halę produkcyjną. Już jako dziecko uwielbiałam dżem i tak mi zostało. Kiedyś to był wielki rarytas, bo cukier był bardzo drogi. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w mojej piwnicy. Poza tym wolę taki mniej słodki, niż te, które są w sklepie, dlatego robię go sama. Zimą mogę poczuć smaki lata: truskawki, maliny, porzeczki, śliwki. Tylko przed świętami robię dżem pomarańczowy. Wtedy cytrusy są najlepsze, więc wykorzystuję moment.

‒ Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

‒ Urodziłam się zaraz po wojnie. Rodziców los rzucił do jednej wsi z wojennej tułaczki. Mieszkaliśmy na uboczu w porządnym poniemieckim domu. Nie było elektryczności, bieżącej wody, mieliśmy piec kaflowy, w którym paliło się drewnem. Był wstawiony w ścianę między pokojem rodziców a naszym i ogrzewał od razu oba te pomieszczenia. Tata pracował, mama zajmowała się gospodarką. Miałam młodszego brata, Stasia. Niestety już nie żyje. Zmarł trzy lata temu na zawał. Rodzice bardzo się starali, żebyśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Tato był bardzo surowy. Ale wie Pani, nigdy nie podniósł na nas ręki. Mama czasem machnęła na nas ścierką, a ojciec nigdy. Umiał zapewnić sobie posłuch. Poza tym zabierał nas na wycieczki po lesie. Pod koniec wojny ojciec wstąpił do partyzantki, potem musiał to ukrywać. Ale w każdym lesie czuł się jak w domu. W domu było skromnie, jak wszędzie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia. Mama hodowała mnóstwo drobiu, no i oczywiście mieliśmy Mućkę. Chyba wszystkie krowy nazywają się Mućka, prawda? ‒ Pani Maria roześmiała się. ‒ Przed świętami rodzice bili świnię. Już jakoś tak w listopadzie, jak tylko robiło się mroźno. Nie mieliśmy lodówki i mama trzymała mięso w komórce. To była taka piwniczka, którą tato wykopał w ogródku. Latem było tam chłodniej, a zimą temperatura była jak teraz w lodówkach. Część rzeczy zostawiało się w beczce na dworze. Mróz ścisnął i to się zamrażało. W święta najbardziej lubiłam właśnie to, że było tyle mięsa. Wędzili szynki, schab, kiełbasy i boczek. Mama robiła kiełbasy i kaszanki, a tata cały taki gliniany garniec pasztetu z grubą warstwą smalcu na wierzchu. Teraz pewnie dzieci takiego czegoś by nie jadły, a my ze Stasiem uwielbialiśmy chleb posmarowany tym pasztetem. Mama sama piekła chleb raz w tygodniu. Jak skończyłam osiem lat, to mogłam jej pomagać. I do tej pory potrafię upiec chleb z pamięci, wie pani, bez przepisu ile czego. Taki na zakwasie. Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować. Potem przychodzi żal, że się tego nie przeżyło, nie zrobiło. Ale dzięki temu zrobiło się coś innego. Trzeba doceniać i szanować to, co się ma, zamiast rozmyślać, co by było gdyby.

Edyta zamilkła, nie wiedząc, o co zapytać. Pani Maria wykorzystała tę chwilę, by pozbierać i umyć naczynia.

‒ Musimy wychodzić. Pojedziecie państwo ze mną autobusem, czy podać wam adres i spotkamy się na miejscu?

‒ Nakręcimy jak wychodzi pani z domu i wsiada do autobusu. Potem pojedziemy na miejsce.

Pani Maria podała im adres, który Przemek wbił w GPS-a. Szybko zabrał potrzebny sprzęt.

Zatrzymali się przed dużym domem pomalowanym na żółto. Na trawniku przed budynkiem znajdowała się piaskownica, zjeżdżalnia i kilka różnych huśtawek.

‒ Co to, do cholery, za miejsce? ‒ poirytowała się Edyta.

‒ Adres się zgadza. Poczekamy na panią Marię i wchodzimy do środka. Nie denerwuj się tak, bo spieprzysz robotę.

Wiedziała, że Przemek ma rację. Pamiętała, że dzień wcześniej pani Maria pytała ją, czy chcą wiedzieć, gdzie będą jechać. Odmówiła, bo była zła. Teraz musiała improwizować. To było nieprofesjonalne i dlatego denerwowała się coraz bardziej.

„Naważyłam sobie piwa, to muszę je wypić. Jutro będę lepiej przygotowana”.

Następny

Dwunasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Dłużej nie mogłam zwlekać w powiedzeniem rodzicom. W końcu lepiej, żeby wiedzieli, zanim urośnie mi wielkie brzuch. Nie byłam w domu od świąt, ale tam niewiele się zmienia. Ojciec czytał gazetę przed telewizorem, matka gotowała, w pralce było pranie do powieszenia. Znów miałam to dziwne wrażenie, które pojawia się odkąd wyprowadziłam się z domu: cieszyłam się, że znów tu jestem, a jednocześnie czułam wielką ulgę, że się wyrwałam.

Cześć, mamo, dzień dobry, tato.

Cześć, Beatko, rozbieraj się. Ślicznie wyglądasz. Tak dawno u nas nie byłaś. Zrobię ci kawkę.

Dziękuję, mamo, ale wolę herbatę.

Herbatę? Dobrze.

Zanim dostałam herbatę, dowiedziałam się, że Tomek zmienił pracę i teraz jest spawaczem w jakiejś prywatnej firmie. Płacą mu prawie pięć tysięcy, choć część na lewo. Tata przy okazji ponarzekał, że w mój brat powinien zostać w stoczni. On sam pracował w niej już ponad trzydzieści lat i źle mu nie było. Poza tym Michał bardzo lubi przedszkole. Krzyś już prawie chodzi, choć ma dopiero dziesięć miesięcy. Przy okazji dowiedziałam się, że jestem zaproszona na roczek.

Kasi zaproponowano, żeby pracowała w salonie, w którym miała praktyki. Ponoć zapowiada się z niej całkiem dobra fryzjerka. Mama pochwaliła się, że pozwoliła się obciąć mojej siostrze. Rzeczywiście miała całkiem ładną fryzurę, nawet dość nowoczesną. Poza tym Marcin wraca niedługo z Danii. Rodzice liczą, że w końcu oświadczy się Kasi. Są już przecież ze sobą ze dwa lata.

Tata zapytał co w pracy. Ucieszył się chyba z mojego awansu. Pokiwał głową i powiedział, że ciężko na to pracowałam, że dobrze, że mnie doceniają. O sprawy damsko-męskie już mnie nie pytali. Kiedyś interesowali się tylko tym, czy kogoś mam. Myśleli, że poszłam na studia, żeby sobie znaleźć lepszego męża. Kiedy znalazłam pracę w branży erotycznej, myślałam, że całkiem się ode mnie odwrócą, ale jakoś to znieśli. Po prostu o mojej pracy mówiliśmy niewiele i ogólnikowo. Tylko raz, w ostatnie Boże Narodzenie, tata rzucił gdzieś mimochodem, że nie spodziewał się, że kryzys nie dotknie „tych spraw”.

Zjedliśmy obiad – koniecznie dwudaniowy. Po nim mama przyniosła ciasto i kawę.

Chcę wam o czymś powiedzieć. To może być dla was szokująca wiadomość – zaczęłam i w tym momencie wpadło mi do głowy, że moi rodzice pewnie już pogodzili się z myślą, że jestem lesbijką. Nie mam pojęcia, skąd ten absurdalny pomysł wziął się w mojej głowie, ale rozbawił mnie, więc musiałam zrobić przerwę, żeby się nie roześmiać na głos.

Rodzice mieli na twarzach oczekiwanie.

Jestem w ciąży. I uprzedzając wasze pytania: wiem, kim jest ojciec dziecka, ale nie będę utrzymywać z nim kontaktów. To żonaty facet z trójką dzieci, którego nie kocham, a ta ciąża jest wpadką. Wychowam dziecko sama.

W pokoju zapadła cisza.

Zawsze chciałaś żyć po swojemu – powiedział ojciec. – Nawarzyłaś piwa, to teraz będziesz musiała je wypić.

Zrobiło mi się przykro. Nie chciałam się kłócić. Ale ojciec nigdy nie próbował mnie zrozumieć.

Oj, Zenek – powiedziała cicho mama. – Będziemy mieć kolejnego wnuka, to nie czas na nerwy.

Ja się nie denerwuję. Chciałem wychować tę dziewczynę na porządną, ale ona zawsze wolała robić wszystko po swojemu, to niech nie oczekuje od nas pomocy.

Nie oczekuję. Chciałam tylko, żebyście wiedzieli.

No to wiemy.

I ojciec wstał od stołu. Wyszedł z domu, zostałam sama z mamą.

Przepraszam, kochanie.

Nie przepraszaj, mamo. Wiem, jaki jest ojciec. Wiem, że mnie nie rozumiecie. Ale to będzie wasz wnuk czy wnuczka. Chciałam, żebyście wiedzieli. Nic więcej.

Nie zostałam dłużej. Było mi smutno. Kocham moją mamę, ona miała dla mnie zawsze dużo ciepłych uczuć. Ale wiem, że nie będzie mnie broniła przed ojcem, bo mnie nie rozumie, nie wie, dlaczego chcę być samodzielna. A ojciec zwyczajnie mnie nie akceptuje. Jego córeczką jest Kasia.

Moje nieszczęście polega na tym, że urodziłam się w tradycyjnej rodzinie, w której nadal kultywuje się patriarchat. Moja mama jest idealną matką i żoną. Idealną, bo o niczym innym nie marzy. Zapomniała, że jest ogrodnikiem, że jest pełnowartościowym, samodzielnym człowiekiem. Cóż – standardach zachodnioeuropejskim jestem zaledwie przeciętna. W domu rodzinnym jestem wywrotowcem.

NASTĘPNY