Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Rozdział 22

POPRZEDNI

Ten wieczór był wyjątkowy. Marcin po wielu miesiącach ciężkiej pracy, skończył wyjątkowo intratny projekt biurowca. Przez ostatnie tygodnie całymi dniami i nocami nanosił poprawki inwestora. W końcu cała dokumentacja była kompletna, a projekt został zaakceptowany. Żeby uczcić wielki sukces, Marcin i Łukasz zabierali swoje narzeczone do bardzo drogiej i bardzo ekskluzywnej restauracji.

– Za kolejny taki projekt. Niech się pojawi jak najszybciej – wzniósł toast Łukasz.

Wszyscy upili odrobinę szampana z wyjątkiem Pauliny, która była w czwartym miesiącu ciąży i toast wznosiła wodą gazowaną.

– Będziesz mógł w końcu zabrać się za projektowanie swojego domu – podrzucił Marcin. – Nie zostało ci za wiele czasu.

Paulina się uśmiechnęła.

– Chyba na początku będziemy musieli jakoś zmieścić się w tej kawalerce. Ale mam zamiar przycisnąć Łukasza – żartobliwie pogroziła palcem swojemu chłopakowi.

– Jak długo chcesz pracować? – zapytała Tosia. Dla niej ciąża teraz, kiedy dopiero zaczynała karierę, byłaby dużą przeszkodą. Kiedyś chciałaby mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem Paulina pracowała niewiele dłużej od niej i nie miała umowy na stałe.

– Dopóki będę się dobrze czuła. Jakoś nie mam mdłości, nic mnie nie boli i tylko trochę chce mi się spać. Naprawdę życzę takiej ciąży każdej dziewczynie.

– Jestem dla ciebie pełna podziwu. Nie wiem, kiedy będę gotowa na dziecko, ale póki co bałabym się przeraźliwie.

– Powiem ci w sekrecie – uśmiechnęła się Paulina i udała, że próbuje ukryć to, co chce powiedzieć, przed Łukaszem i Marcinem. – Liczę na to, że chłopcy kiedyś wezmą mnie na wspólniczkę.

Tosia uśmiechnęła się i zamilkła. Nie wiedziała, czy Paulina nie mówi serio mimo żartobliwego tonu. Pamiętała za to, że kiedy Marcin z nią pracował, wiele razy musiała słuchać, że nie potrafią się dogadać. Marcin tworzył świetny zespół z Łukaszem, ale z Pauliną nie potrafił się dogadać. A ponieważ Łukasz często jej ustępował, Marcin miał pretensje także do przyjaciela. Skończyło się na poważnej rozmowie wspólników. Od tej pory Łukasz dawał Paulinie do wykonania projekty, nad którymi pracował sam. W pozostałych zaś współpracowali z zaprzyjaźnionym biurem projektowania zieleni.

Łukasz miał niewyraźną minę. Najwidoczniej Paulina mówiła serio i widać temat ten nie był nowością.

– Na razie musisz dbać o siebie, a kiedy urodzi się Łukasz junior może się okazać, że wcale nie chcesz wracać do pracy – Marcin mrugnął porozumiewawczo do Łukasza.

– Chyba wolałabym dziewczynkę. Już niedługo się okaże.

Obiad upłynął w bardzo miłej atmosferze. Dania, jak to bywa w ekskluzywnych restauracjach, były równie smaczne, co małe. Zamówili więc jeszcze kawę i desery. W efekcie wyszli jako jedni z ostatnich gości.

W domu Marcin przytulił się do Tosi.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Chciałabyś mieć dziecko

– Ale teraz? – Tosia wystraszyła się.

– Nie, w ogóle. Kiedyś.

– W ogóle kiedyś tak. Teraz jeszcze nie. Nie czuję się dość bezpiecznie w związku z pracą i finansami. Ale powiem ci, kiedy przyjdzie na to pora.

Marcin złapał ją w pół i pociągnął w stronę łóżka, a ona się roześmiała.

– To może poćwiczymy trochę, żeby nabrać wprawy.

W sylwestra obiecała sobie, że zmieni swoje życie. Jeszcze nie czuła się ciężarna, ale wiedziała, że ma siedem miesięcy, by przyzwyczaić się do myśli o zostaniu mamą. Impreza oczywiście odbywała się u nich. Ekipa była stała. Tosia zaprosiła Marcina, Marta Krzysztofa, przyszli Magda i Sławek i przyprowadzili Pawła. Zabawa była udana, chłopcy kupili fajerwerki, które odpalili o północy. Ania starała się dobrze bawić, ale bała się, że ktoś w końcu zapyta, dlaczego nie pije alkoholu. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, że do lodu dolewa tylko soku. O północy udało jej się także tak pomanewrować, by uniknąć picia szampana.

Następnego dnia poranne mdłości Ani były niczym w porównaniu z kacem Marty i Tosi oraz Marcina i Krzysztofa, którzy zostali na noc. Reszta towarzystwa wróciła do akademika. Ania przygotowała dla wszystkich tradycyjne kacowe śniadanie, czyli jajecznicę na boczku i herbatę z cytryną. Marta i Tosia powitały misę wjeżdżającą na stół z wdzięcznością, Marcin z Krzysztofem z niedowierzaniem. Ania zjadła i wróciła do ich niewielkiej sypialni. Musiała zebrać myśli. Był Nowy Rok, dobra pora na zastanowienie się co dalej.

Wzięła swój pamiętnik i otworzyła na zapiskach z zeszłego roku. Przeczytała postanowienia i uśmiechnęła się. Postawiła plusy przy tych, które udało jej się spełnić i minusy przy niespełnionych. Plan roczny na zeszły rok mogła zaliczyć do udanych. Teraz musiała się zastanowić nad planem na ten rok.

Granicą była połowa sierpnia. Lekarz wyznaczył jej datę porodu na osiemnastego. Szczęście w nieszczęściu – zdąży zaliczyć rok na studiach i zakończy naukę grup w szkole. Na studiach weźmie dziekankę. W pracy urlop macierzyński. Na szczęście miała umowę o pracę i mogła liczyć na zasiłek. Postanowiła rozstać się z OmegaNetem. Czuła się kiepsko i nie chciała ryzykować, że nie da rady podołać obowiązkom. Wpadła głupio, ale cóż… może to był jedyny sposób, żeby zostać mamą. A skoro miała być mamą, to musiała już teraz zadbać, żeby dziecko dobrze się rozwijało. Żałowała trochę, bo miała z tej roboty niezłe pieniądze. Część uczciwie przepuściła na ciuchy i kosmetyki. Gdyby wiedziała, zaczęłaby oszczędzać. Cóż. Mówi się trudno. Teraz może jeszcze uda jej się coś uskrobać. Będzie potem mogła dłużej być z dzieckiem, dorabiając tylko tłumaczeniami. No tak – powinna zacząć szukać kontaktów. Więc jednak nie będzie teraz miała mniej pracy. Zwolni trochę z opowiadaniami. Na dziekance nadrobi. Plan wydawał się realny. Trudny, ale realny. Wszystko mogło się jeszcze ułożyć. Może wydanie książki jej pomoże.

Ktoś zapukał do drzwi, otworzyła chyba Marta.

– Tak, jasne. Jest w pokoju. Wchodź.

Po chwili do pokoju wszedł Paweł.

– Cześć.

– Cześć.

– Chciałem z tobą porozmawiać.

Próbowała udawać, że jest spokojna, ale żołądek zacisnął jej się w węzeł. Przeczuwała, co za chwilę usłyszy i przez jej głowę przebiegały setki myśli o tym, jak powinna się zachować.

Paweł usiadł obok niej. Był spokojny, ale jego oczy były zmęczone i czujne.

– Jesteś w ciąży – stwierdził.

– Nie.

– Nie jestem głupi. Na weselu nic nie piłaś, wczoraj też nie. Poza tym słyszałem, jak Marta mówi o tym Krzyśkowi.

Zaskoczył ją. Nie wiedziała, że Marta jednak się zdradziła, ale nie mogła mieć o to do niej pretensji. Sama mówiła Damianowi wszystko, kiedy byli parą. Wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Nie chciała, by głos się jej załamał.

– No dobra. Ale dlaczego chcesz o tym ze mną rozmawiać?

– Bo to moje dziecko.

– A to skąd wziąłeś! – chciała, by zabrzmiało to jakby powiedział przed chwilą kompletną bzdurę, ale wyszło jej raczej żałośnie.

– Nie jestem głupi. Potrafię liczyć. Sześć tygodni temu… – zawahał się. – Nie zabezpieczyliśmy się. Nie masz faceta, a nie jesteś z rodzaju tych, co puszczają się na prawo i lewo.

– Z tobą się puściłam.

– Słuchaj. Zakochałem się w tobie, gdy tylko cię zobaczyłem. Przez półtora roku próbowałem poderwać. Myślałem, że mi się udało, ale ty powiedziałaś, że mnie przepraszasz, że to było chwilowe i musiałaś rozładować napięcie.

– Jesteś dla mnie za młody; jesteś za młody, żeby być ojcem. Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia jeden. A ty dwadzieścia cztery. I co z tego? Słuchaj. Nie proszę cię, żebyś mnie pokochała. Ale będziemy mieli dziecko. To wszystko zmienia. Nieważne, ile mam lat: będę ojcem, czy tego chcemy, czy nie. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Chyba że… – urwał i spojrzał na nią przerażony, jakby dopiero teraz pomyślał o jeszcze jednym rozwiązaniu.

Wiedziała, że prędzej czy później czeka ją ta rozmowa. Ciąży nie może ukrywać w nieskończoność. Dziecka tym bardziej. Nie zniknie nagle, nie wróci do rodziców. Rzeczywiście nie liczyła na to, że Paweł się nie doliczy. Ale miała nadzieję, że będzie mogła się lepiej przygotować do tej chwili. Przez chwilę pomyślała, że i tak może sobie pogratulować opanowania. Paweł patrzył na nią cały czas, czekając na to, co powie. Przez chwilę miała wrażenie, że chłopak czeka na wyrok, który padnie z jej ust. Zamknęła oczy.

– Okej. Tak, jestem w ciąży. I tak, to jest twoje dziecko. Chciałam ci powiedzieć, gdy będę gotowa. Na razie to wszystko jest zbyt zagmatwane… I nie, nie usunę dziecka – spojrzała na niego. Nagle poczuła się lekko i wiedziała, że cokolwiek teraz się stanie, ona temu sprosta.

– Więc jednak – wypuścił głośno powietrze, jakby przez ten czas nie oddychał. – Wiesz, przez cały ten czas myślałem, że sobie coś wkręcam – zaśmiał się nerwowo. – To jak teraz będzie?

– Nie wiem. Nie będę ci bronić dostępu do dziecka. Będziesz mógł się z nim spotykać, kiedy będziesz chciał. Jakoś się dogadamy.

– A co z nami? Nie ma żadnych szans?

– Nie wiem. Naprawdę chcesz ryzykować? Lubię cię, ale nie wiem, czy potrafię pokochać i związać się z tobą.

– Daj mi szansę. I tak powinniśmy się lepiej poznać. Jak nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Ale może kiedyś uznasz, że jednak nie jestem taki najgorszy i zechcesz… – nie skończył.

Milczała. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Owszem, wpadło jej do głowy, że mogłaby być z Pawłem, jeśli on tego będzie chciał. Uważała go za dobrego człowieka i porządnego faceta. Ale nie czuła tej chemii, którą tak lubiła w nowych związkach.

– Muszę się zastanowić.

– Okej. Mogę przyjść jutro?

– Chyba tak. Ale jutro nie dam ci jeszcze odpowiedzi.

– Wiem, i jej nie oczekuję.

Paweł wstał, zawahał się, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć lub zrobić, w końcu jednak wyszedł, a Ania siedziała oszołomiona. Dopiero po chwili weszły Tosia i Marta.

– Chłopcy wyszli. W salonie wszystko było słychać.

– I tak byście się kiedyś dowiedziały.

– Ale jak to się stało?

– Mówiłam wam, że go spotkałam. Zaprosił mnie na kawę, poszliśmy do niego do akademika. Jakoś tak wyszło. Ja dawno nie miałam faceta, on – mówi, że jest we mnie zakochany, więc nie musiałam go namawiać. Oboje straciliśmy głowy i zapomnieliśmy o gumkach.

Ania nie wytrzymała i zaczęła płakać. Obie ją przytuliły.

– Boję się. I nie wiem, co zrobić.

– Wszystko się ułoży. Paweł to dobry chłopak. Spróbuj dać mu szansę. Nie musisz za niego wychodzić, ale będziesz miała kogoś, kto ci pomoże. A jeśli się wam nie uda, to spróbujecie choć dobrze i wspólnie wychować dziecko.

– Ale ja go nie kocham.

– Nie musisz go kochać. Poznajcie się, zaprzyjaźnijcie. Nie róbcie nic na siłę. Może kiedyś uznacie, że warto ze sobą zostać. A jeśli nie, to przynajmniej dobrze wychowacie dziecko.

Wiedziała, że dziewczyny mają rację, ale była przerażona. Sytuacja ją przerastała. Nie wiedziała, co powinna zrobić, nie potrafiła się na nic zdecydować i nie miała sił się nad tym zastanawiać. Ostatnio żyła w olbrzymim stresie, a to nie służyło dziecku. Myślała, że jak Paweł będzie wiedział, to ona będzie spokojniejsza. Niestety nie była. Jedno zmartwienie zniknęło, pojawiły się setki innych.

– Chyba nie mam wyjścia. Tak czy inaczej będziemy mieć dziecko i nic już tego nie zmieni.

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Ciąża Ani wszystko komplikowała. Marta już kilka razy zbierała się, by zacząć temat przeprowadzki, ale za każdym razem rezygnowała. Tosia pewnie skorzysta z okazji i przeniesie się do Marcina, ale co zrobi Ania? Jak da sobie radę? Sama nie utrzyma dwupokojowego mieszkania, a nie znajdzie współlokatorki do mieszkania z dzieckiem. Krzysztof czekał blisko miesiąc, zanim wrócił do tematu. Wysłuchał jej tłumaczenia i pokiwał głową.

– Rozumiem. Ale chciałbym wiedzieć, na czym stoję.

Uśmiechnęła się. Podobno to kobiety naciskają na zacieśnienie związku. W ich przypadku było odwrotnie, ale to chyba nie powinno dziwić nikogo, kto znał Martę i jej podejście do mężczyzn.

– Krzysiek, wiesz, że… – zawahała się. Ciągle nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, choć wyznali już sobie miłość. – Wiesz, że cię kocham. Ale te dziewczyny kocham jak siostry, a jedna z nich ma teraz kłopoty. Nie mogę jej tak po prostu zostawić. Taka już jestem.

– Wiem. Gdybyś taka nie była, pewnie nie zwróciłbym na ciebie uwagi. Mam więc za swoje – próbował zamienić niezręczną sytuację w żart.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i po raz kolejny przez jej głowę przeleciała myśl o niezwykłym szczęściu.

W końcu jednak zebrała się na odwagę.

– Mam do was pytanie – zagadnęła. – Krzysiek zaproponował mi wspólne mieszkanie. Co o tym myślicie?

Ania podniosła oczy znad laptopa, Tosia ściszyła telewizor.

– To super? – Tosia nie wiedziała najwyraźniej, czy powinna się cieszyć, czy nie. Ania poparła ją uniesieniem brwi i pytającym spojrzeniem.

– No, ale czy to w porządku? Co z wami?

– Chyba damy radę się tu jakoś utrzymać – stwierdziła Ania, a Tosia poparła ją skinieniem głowy.

– A ty, Tosiu, nie chcesz się wyprowadzić? Macie z Marcinem dłuższy staż, tobie się bardziej należy.

– W jego kawalerce nie starczy miejsca. Deska kreślarska zajmuje więcej jak pół pokoju. Poza tym jakoś o tym nie myśleliśmy! – zaśmiała się. – Teraz wydaje mi się to wręcz dziwne. Zaręczeni, ale nie mieszkają ze sobą. Cud jakiś albo anomalia.

– Nie zrozumcie mnie źle – dodała Ania, patrząc przepraszająco na obie – ale mi to nawet pasuje. We trzy z dzieckiem nie dałybyśmy rady. Prawdę mówiąc, myślałam, że to Tosia się wyprowadzi, ale skoro tak wyszło.

– Bo mi jest głupio, że was same zostawiam. Zresztą Tosia się pewnie w końcu wyprowadzi i jak dasz sobie radę sama?

– Nie wiem. Zawsze zostaje mi asystenciak. Ale tym będę się martwić, kiedy się stanie.

– Nadal mam jednak wrażenie, że zachowuję się nie w porządku.

Tosia z Anią zaczęły przekonywać ją, że nie ma się przejmować. Że przecież one nie są dziećmi, że zarabiają i mają więcej kasy niż na studiach, więc stać je na mieszkanie we dwie i że tak naprawdę robi im przysługę. Ania nawet zaklepała już w żartach większy pokój.

– Ty się tam zamkniesz, a ja będę miała wolny dostęp do kuchni. I nie będę ci przeszkadzać – przekomarzała się z Tosią.

W końcu udało im się przekonać Martę, że jeśli tylko chce, to może się wyprowadzić nawet następnego dnia.

– Dzięki, dziewczyny. Jesteście kochane.

– Oj, nie przesadzaj – niby ofuknęła ją Tosia.

NASTĘPNY

Osiemnasty tydzień ciąży

Poprzednie

Święta wielkanocne minęły bardzo spokojnie. Jeszcze byłam trochę osłabiona po przeziębieniu, więc wolałam za dużo nie wychodzić. Nie zrobiłam nawet porządnych zakupów – na śniadanie wielkanocne i tak pojechałam do rodziców, drugi dzień chciałam spędzić w domu przed telewizorem. Zaprosiłam Dominika, ale nie mógł mnie odwiedzić, bo jechał do ukochanej babci.

Przy śniadaniu wszyscy życzyli mi, żeby dziecko było zdrowe. Mama zrobiła mnóstwo pyszności. Postanowiłam tym razem nie żałować sobie niczego. Najadłam się tak, że potem nie mogłam się ruszyć. Mama przygotowała mi łóżko, więc ucięłam sobie drzemkę. Spałam chyba ze dwie godziny. Obudziły mnie zapachy obiadu.

Zawsze w święta staram się nie przesadzać z jedzeniem. Nigdy nie musiałam się odchudzać, ale po co psuć sobie wolne wzdęciami. Tym razem jadłam za dwóch. Potem miałam wyrzuty sumienia. No, ale skoro i tak tyję, to tych kilka deko teraz zamiast potem chyba nie robi różnicy.

Święta mnie stresowały, odkąd przestałam być dzieckiem. Tym razem jednak były naprawdę przyjemne.

Zdałam sobie sprawę, jak często to ja wszczynałam kłótnie. Wciąż namawiałam mamę, żeby znalazła gdzieś pracę, krytykowałam ojca, bo nie pomaga jej w domu. Kasię wciąż próbowałam przeciągnąć na swoją stronę. Według nich kobieta może pracować, dopóki nie wyjdzie za mąż, a potem powinna zająć się domem i rodziną. Studia tylko zabierają dziewczynom czas, który jest najlepszy na urodzenie dzieci. Kariera nie ma sensu, bo gdy urodzi się dziecko i tak trzeba zostać w domu.

Ja zawsze chciałam żyć inaczej i udało mi się. Pracuję, dobrze zarabiam, ale teraz będę miała dziecko i będę musiała wychować je sama. Będę musiała być dla niego ojcem i matką. Pewnie łatwiej jest skupić się tylko na jednej roli.

Po powrocie do domu, zrobiłam sobie herbatę i włączyłam film, ale nie mogłam się skupić. Może nie wszystko jest takie czarno-białe, jak się mi wydawało. Może moja mama naprawdę jest szczęśliwa? Zawsze surowo oceniałam ojca. Nie był wylewny, ale zapewnił nam to, co mógł.

To był refleksyjny poniedziałek. Nagle zobaczyłam swoje życie z innej perspektywy. Mama cały czas będąc w domu zapewniła nam poczucie bezpieczeństwa. Ojciec, daleki, ale jednak obecny, dał punkt oparcia. Byli dobrymi rodzicami, a ich światopogląd nie miał z tym nic wspólnego. Uznałam, że jestem im winna przeprosiny. Przeproszę ich, kiedy się zobaczymy. Już niedługo urodziny Krzysia, więc będzie okazja.

Na wieczór nie miałam żadnych planów, więc ucieszyłam się, kiedy zadzwoniła Sylwia. Chciała wpaść do mnie z Patrykiem. W końcu święta powinno się spędzać z rodziną, więc głupio męża w domu zostawić.

Przygotowałam talerz z przekąskami (w większości od mamy), butelkę wina i czekałam. Po chwili goście już byli.

Najpierw zostałam ochlapana, by zwyczajowi stało się za dość, a potem obściskana – nie wiedzieć czemu. Sylwia już zachowywała się jak lekko podchmielona, więc zaproponowałam jej kieliszek wina.

Nie, dziękuję, nie mogę pić – odparła, jakby to była najradośniejsza wiadomość roku (choć mieliśmy dopiero kwiecień).

A to czemu? Dziś ty prowadzisz?

Nie. Ciąża – zaświergotała, a ja spojrzałam na nią jak na idiotkę.

No co ty! Nie musisz mi dotrzymywać towarzystwa.

Teraz to ona miała minę „co za debilka”. Spokojnym głosem wyjaśniła.

Nie twoja ciąża. Moja. A raczej nasza.

Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Zaczęłyśmy się ściskać, w końcu obie się poryczałyśmy. Sylwia powiedziała, że to zasługa moja i Renaty. Wie, że powinna powiedzieć nam razem, ale Renata ma wyłączoną komórkę, a ona nie mogła czekać. Dziś rano zrobiła test i chciała, żebym wiedziała jako pierwsza.

Przez resztę wieczoru planowałyśmy, jak to będzie. Kiedy Renata oddzwoniła, Sylwia kazała jej natychmiast do mnie przyjechać. Okazało się to niemożliwe, bo Renia była u Sławka, którego najwyraźniej przed nami chowa. Dowiedziała się więc telefonicznie.

Nowiny Jurczyków dodały mi sił. To wspaniałe, że obie będziemy matkami.

 

Siódmy tydzień ciąży

POPRZEDNI

Po tym, jak potwierdziłam ciążę u lekarza, poszłam do Jarka. Powiedziałam mu o dziecku. Oczywiście, że najpierw zasugerował aborcję. Nie zgodziłam się. Zasugerował, że zrobiłam to specjalnie – przypomniałam mu, że to on zakładał gumkę, ja od razu ostrzegałam, że nie mam zamiaru niszczyć organizmu hormonami. Powiedział, że mnie zwolni – wyśmiałam go i szybciutko przedstawiłam, jak wyglądałaby wówczas rozprawa sądowa – a w zasadzie dwie – jedna w sądzie pracy, a druga jego prywatna, rozwodowa. W końcu chyba zrozumiał, że powinniśmy się dogadać.

– Ty nie chcesz, żeby ktokolwiek się dowiedział. Ok. Rozumiem, że na niewiedzy żony zależy ci najbardziej. To dość oczywiste. I ja mogę ci tę niewiedzę wszystkich wokół zapewnić. W zamian chcę awansu i podwyżki. Zatrudnisz dla mnie asystentkę, która będzie się ze mną kontaktować w czasie mojego macierzyńskiego i która ułatwi mi powrót do pracy. Po powrocie będę miała zapewnione elastyczne godziny pracy. Będę też potrzebowała samochodu – dla asystentki, a czasem dla mnie. Przecież nie będzie do mnie jeździła metrem.

– W Gdańsku nie ma metra.

– No właśnie. Dziewczynę wybiorę sama.

Jarek na wieść o ciąży się wkurzył. Potem wkurzył się jeszcze bardziej, słysząc o awansie i podwyżce. Słysząc o asystentce doznał szoku. W końcu wstał z wrażenia (samochód), tylko po to, żeby w końcu opaść bez słów na fotel. W jego oczach widziałam wściekłość, załamanie, zdumienie i niedowierzanie. Wszystko na raz.

– Dużo żądasz. To będzie słono kosztować – powiedział, gdy trochę ochłonął.

– Policz sobie, ile będą cię kosztować alimenty dla mnie. Albo dla mnie i dla twojej żony – jeśli zażąda rozwodu. Moja oferta jest uczciwa: ty zapewnisz mi godne życie, ja obiecuję milczenie i brak skandalu.

– I niby tak po prostu mam awansować ciężarną?

– Oficjalnie o ciąży powiem ci najprędzej za pięć tygodni. A mój awans – możesz ogłosić już teraz. Firma się rozrasta, pora, aby dział sprzedaży miał osobnego menadżera. Wszyscy pomyślą, że właśnie teraz mi to zaproponowałeś.

– A w domu powiem, że to ze względu na dobro rodziny? Żeby spędzać z nią więcej czasu?

Jarek próbował być sarkastyczny. Niezbyt mu się to udało, nadal widać było, że jest zdenerwowany.

– Widzisz, jak świetnie łapiesz.

Poklepałam go po ramieniu i wyszłam z gabinetu uśmiechnięta. Show must go on.

Następnego dnia Jarek zebrał wszystkich i ogłosił, że firma świetnie prosperuje i w związku z tym pora, by dział sprzedaży się usamodzielnił. Na menadżera mianuje mnie, jest szczęśliwy, że się zgodziłam i wie, że świetnie dam sobie radę. Liczy, że wszyscy świetnie odnajdą się w nowych rolach.

Jego ogłoszenie wywołało spore zamieszkanie. Wszyscy wiedzieli, że firma ma niezłe obroty. Rynek szalał mimo kryzysu, a może właśnie dzięki niemu – ludzie potrzebowali sexgadżetów, żeby umilić sobie życie. Ale żeby od razu wydzielać dział sprzedaży, w którym znajdzie się pięć osób?

Moi koledzy ze zdziwieniem przyjęli wieść o awansie. Najczęściej słyszałam, że nikt się nie spodziewał, że „szef to jednak potrafi zaskoczyć”. Ogólnie jednak większość mi gratulowała, kilka osób powiedziało, że awans mi się należał i że cieszą się, że będą ze mną pracować. Ile w tym było szczerości, to się jeszcze okaże. Oczywiście Barbara życzliwie szepnęła mi na uszko konspiracyjnym szeptem, że co niektórzy uważają, że awans należał się Mateuszowi – w końcu dłużej pracuje i ma niezłe zyski. Jest też starszy. Dodała, bym nie przejmowała się takim gadaniem, bo to tylko z zawiści.

Zabawne usłyszeć to od kogoś, kto pewnie jako pierwszy uznał, że szef podjął niewłaściwą decyzję. Przecież Mateusz to jej najlepszy przyjaciel i sprzymierzeniec do czasu aż znów któreś podpadnie drugiemu. Wiem też, że był już porozmawiać na ten temat z Jarkiem. Nie musiałam podsłuchiwać, żeby wiedzieć, że „jest za młoda”, „kobieta na takim stanowisku to nic dobrego – pewnie zaraz pójdzie na macierzyński” (a to akurat trafne spostrzeżenie!), „już całkiem będzie się szarogęsić” i „teraz to tu już się nie da pracować”. Już jestem ciekawa, jakie będą reakcje na wiadomość o mojej ciąży. Kilku jestem niemal pewna.

NASTĘPNY

Szósty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Lekarz potwierdził to, co zobaczyłam na teście. Jestem w ciąży.

Co czuję? Co za pytanie. Jestem wściekła. Jak mogłam wpaść? Zabezpieczaliśmy się przecież. Ale nie usunę ciąży. Może jestem suką, ale nawet ja mam jakieś zasady.

Ciąża wszystko komplikuje, choć niczego nie zmienia. Zawsze wiedziałam, czego chcę – kariery, pieniędzy, wygodnego życia. Rodzina? Nawet się nad tym nie zastanawiałam. Obawiam się, że moje życie przestanie być wygodne. Jakoś nie widzę się w roli matki. Dziecko we wszystkim przeszkadza. Ale to dziecko i to tylko moje.

NASTĘPNY

Prolog

Byłam kochanką szefa, a teraz będę miała z nim dziecko. Mój szef ma żonę i trójkę dzieci. Czy jestem suką? Być może. Szef nie porzuci rodziny dla mnie i mojego dziecka. Zresztą wcale tego nie chcę.

 

Pracuję w małej firmie. Raptem dwadzieścia kilka osób. Zaczęłam zaraz po studiach. Wtedy wyglądałam zupełnie inaczej: na rozmowę kwalifikacyjną poszłam jak szara myszka – w okularach, białej koszuli i jedynej garsonce. Dziś nie noszę garsonek – stać mnie na naprawdę eleganckie ciuchy. I pomyśleć, że od tamtego czasu minęło zaledwie pięć lat.

Kiedy dostałam pierwszą pensję – dwuipółkrotnie przewyższającą moje dotychczasowe dochody – poszłam do dobrego fryzjera. Weszłam do niego w szaroburym warkoczu, wyszłam w rudym, półdługim, asymetrycznym bobie z dłuższym przodem i gęstą grzywką. Rudy to kolor kobiet, które wiedzą, czego chcą. Za drugą pensję kupiłam piękne, czarne, skórzane szpilki. Powoli zaczynałam w końcu wyglądać tak, jak zawsze marzyłam.

Teraz mam trzydzieści lat, świetnie znam się na swojej robocie, nieźle zarabiam, jestem elegancka, seksowna, samotna i ciężarna.

 

NASTĘPNY