Pyskata Karolinka

Karolinka leżała na łóżku i przytulała pluszową żyrafkę. Była obrażona na mamę i tatę, którzy jej nie rozumieli. Tymczasem mama i tata siedzieli przy kuchennym stole. Oni także byli smutni.

Karolinka i jej rodzice znów się pokłócili. Tym razem w czasie kolacji.

– Kochanie, kolacja – powiedziała mama i postawiła na stole talerz z kanapką z szynką i papryką.

– Kochanie, kolacja – powiedziała Karolinka, przedrzeźniając mamę.

Tata spojrzał na nią ostrzegawczo. Przedrzeźnianie nie było jego ulubioną zabawą.

– Jedz, po kolacji pogramy w „Chińczyka” – powiedział.

– Nie w „Chińczyka”.

– A w co?

– W nico.

Rodzice przestali jeść.

– Karolinko, to nie jest grzeczne zachowanie. Jeśli nie chcesz z nami grać, po prostu powiedz – powiedziała mama.

– Chcę grać!

– Ja już nic nie rozumiem – tata spojrzał uważnie na córkę.

Karolinka nie wiedziała, co powiedzieć, więc pokazała rodzicom język i mocno odsunęła talerzyk z kanapką na znak, że nie będzie jeść. Talerz prześliznął się po stole i spadł na podłogę, gdzie rozsypał się na drobne kawałeczki.

– Idź do swojego pokoju! Natychmiast! – krzyknęła mama.

– Nie!

– Mama coś powiedziała – dodał stanowczo tata, ale córka go nie słuchała.

– Nie pójdę!

Tata wziął nadąsaną pięciolatkę na ręce i zaniósł do jej pokoju. Zamknął drzwi, ale dziewczynka je otworzyła. Tata zaprowadził ją do pokoju jeszcze raz, ale Karolinka znów z niego wyszła, a w zasadzie wybiegła z krzykiem:

– To nie sprawiedliwe!

– To kara za to, że zbiłaś talerz. Wyjdziesz z pokoju, jak przeprosisz.

– Nie przeprosisz! – krzyknęła Karolinka i zrobiła złośliwą minę.

Tata znów zamknął córkę w pokoju, tym razem jednak został pod drzwiami. Po chwili usłyszał stłumione chlipanie, znak, że Karolinka płacze przykryta kołdrą. Wrócił do kuchni, w której mama posprzątała już rozbite naczynie.

Minęło kilka minut. Karolinka wypłakała się i wyżaliła ulubionej przytulance. Nie chciała rozgniewać rodziców. No, może trochę. I chciała, żeby się jej słuchali, żeby robili tak, jak ona chce. Bo ona wiedziała najlepiej, co jest fajne, a co nie.

W końcu do pokoju zajrzała mama, żeby powiedzieć dziewczynce, że pora się wykąpać i położyć spać. Naburmuszona dziewczynka dała się zaprowadzić do łazienki, a potem, wciąż obrażona, poszła spać.

Przyśnił jej się bardzo dziwny sen. Była w swoim pokoju, siedziała na łóżku, a na fotelu przy biurku siedział czarodziej. To musiał być czarodziej. Miał fioletową pelerynę w pomarańczową kratkę i spiczasty zielony kapelusz w żółte grochy. W ręku trzymał żółtą różdżkę zakończoną skomplikowanym zawijasem. Karolinka wiedziała nawet, jak on ma na imię – słyszała je ostatnio w przedszkolu. Czarodziej Sawuar Wiwr. Czarodziej nic nie mówił, ale patrzył na Karolinę pytająco, a dziewczynka wiedziała, o co chcę ją zapytać.

– Ja wcale się nie lubię kłócić z rodzicami, ale oni nie chcą mnie w ogóle słuchać.

Czarodziej podniósł brew wyraźnie zdziwiony.

– Naprawdę. Ja chcę tylko, żeby mnie słuchali.

Czarodziej kiwnął głową. A potem machnął różdżką w stronę sypialni rodziców. Z różdżki wyskoczyło kilka małych iskierek.

Rano Karolinka wyszła z pokoju jeszcze zaspana.

– Dzień dobry, słoneczko – przywitała ją mamusia.

– Mamusiu, śnił mi się taki śmieszny czarodziej.

– Wyczarował coś?

– Nie. Ale miał taki duży kapelusz. I siedział w u mnie w pokoju i mnie słuchał.

– To musiał być ciekawy sen.

– Yhy.

Mama kończyła właśnie robić śniadanie, ulubioną kaszkę Karolinki. Po śniadaniu dziewczynka zaczęła bawić się lalką. Zabawę przerwał tata.

– Ubieraj się, Karolciu. Idziemy do przedszkola.

Karolinka już miała iść się ubrać, ale podeszła do lusterka. A tam czekała na nią zabawa w miny. Tata wyszedł z sypialni.

– Ty jeszcze nie ubrana? Zdejmuj pidżamę, szybciutko.

Dziewczynka w lusterku zrobiła brzydką minę – skrzywiła usta i zmarszczyła nos.

– Nie zdejmę.

Tata kiwnął głową, zupełnie, jakby niczego nie usłyszał i poszedł do łazienki.

– Jak będziesz gotowa, to przyjdź umyć zęby. Nałożę ci pastę na szczoteczkę.

– Nie nakładaj! Sama chcę! – wrzasnęła Karolinka.

Tata już wszedł do łazienki. Dziewczynka stała zadziwiona, wpatrzona w miejsce, gdzie przed chwilą był jej tata.

– Córeczko, ty jeszcze nie ubrana? – zdziwiła się mama, wychodząc z kuchni. – Pomóc ci założyć rajstopy?

Karolinka cicho się zgodziła i już po chwili była gotowa.

W przedszkolu spotkali Maję. Koleżanki zaczęły się gonić, mimo że zarówno mama Mai, jak i tata Karoliny wołali je do szatni. W końcu dziewczynki dobiegły do swoich szafek.

– No, zdejmuj buty! – zachęcił Karolinkę tata.

– Nie mogę – zapłakała dziewczynka i na znak swojej niemocy położyła się na brzuchu na podłodze.

Tata zupełnie jakby tego nie zauważał. Patrzył na drzwi, jakby na kogoś czekał.

– Nie mogę! – powiedziała jeszcze raz Karolinka, tym razem głośniej.

Tata nadal patrzył w okno, a po chwili zaczął oglądać rysunki na tablicy zawieszonej na ścianie.

– Nie mogę! – wrzasnęła z całych sił Karolinka i żeby podkreślić mocy swoich słów, uderzyła rękoma i nogami w podłogę.

Tata nadal niczego nie słyszał.

Zaskoczona Karolina wstała i usiadła na ławce. Tata chyba żartuje. Powinien zacząć na nią krzyczeć, tłumaczyć, że się śpieszy. A on jej nie widział!

– Tato – rozpłakała się, tym razem naprawdę zasmucona. – Tatusiu, pomóż mi. Nie umiem zdjąć chustki.

Tata oderwał wzrok od rysunków.

– Już ci pomagam.

Dzień w przedszkolu szybko minął. Po kolorowaniu po Karolinkę przyszła mama.

– Ubieraj się szybciutko, skarbie, upieczemy dziś ciasto.

– Super!

– No, to zbieramy się i idziemy na zakupy.

Ale Karolinka najpierw chciała jeszcze pobawić się, a potem porozmawiać z Martą.

– Karolina! – powiedziała mama, ale córeczka jej nie słyszała.

– Karolina! – powtórzyła mama.

Karolinka przybiegła do szatni i zaczęła skakać po kolorowych kaflach podłogowych.

– Karolinko, ubieraj się – przerwała jej mama.

Dziewczynka nie cierpiała, kiedy mama ją popędzała i przeszkadzała jej w zabawie.

– Nie mogę! – wrzasnęła i położyła się na podłodze. Ale mama na nią nie patrzyła.

– Eeeeeee! – zaczęła krzyczeć dziewczynka.

Mama oglądała coś za oknem. Jako to? Od samego rana tata i mama dziwnie się zachowywali. A przecież mieli jej słuchać. A może to ona powinna inaczej do nich mówić?

– Pomożesz mi, mamo?

– Oczywiście córeczko.

Sytuacja powtórzyła się przy kolacji. Rodzice nie zauważali niegrzecznych grymasów, nie słyszeli protestów. Za każdym razem, gdy była niegrzeczna, rodzice przestawali ją widzieć. Zupełnie jakby była niewidzialna.

Zjadła makaron z sosem i wstała od stołu. Wzięła talerz i odłożyła do zmywarki.

– Pięknie posprzątałaś, kochanie – pochwaliła ją mama.

A potem ucieszyła się, gdy Karolinka sama umyła zęby i pozbierała klocki z podłogi.

Tej nocy Karolince znów przyśnił się Czarodziej Sawuar Wiwr.

– Rodzice mnie słyszą, kiedy mówię ładnie.

Czarodziej uśmiechnął się i pokiwał głową.

Rozdział 7. Piąty dzień zdjęć. Bezdomny.

Poprzedni

Edyta wchodząc do mieszkania pani Marii poczuła się, jakby… przyszła do ulubionej cioci. Pachniało kawą, która już na nich czekała.

– Planowałam dziś jechać na cmentarz męża. Wczoraj zadzwoniła do mnie Brygida z MOPS-u. Na ogródkach działkowych spotkano bezdomnego. Nie chciał rozmawiać z policją ani z przedstawicielami ośrodka. Ja tam obok mam działkę, więc Brygida zapytała, czy ja mogłabym z nim porozmawiać, dowiedzieć się, kim jest, dlaczego jest bezdomny i czy zgodzi się zamieszkać w schronisku.

– Kamera raczej pani nie pomoże – zauważył Przemek.

Ogródki działkowe przywitały ich absolutną ciszą.

– Niestety moja działka jest dość mocno w głąb. Ale zapraszam.

Szli alejką, wokół stały bezlistne drzewa owocowe, wysuszone badyle kwiatów i traw. Altanki straszyły pustymi oknami.

– Tamta zielona altanka to mój ogródek. A naszego gościa ani widu, ani słychu.

– To co robimy?

– Skoro już tu jesteśmy, to zerknę, czy mi sarny drzewek nie obgryzają. W taką pogodę nie powinny, ale lepiej się upewnić.

Edyta pokręciła się trochę, pozerkała na krzewy. Przemek z nudy wyjął kamerę i kręcił jakiś skalniak. Nagle zza sąsiedniego domku wyszedł mężczyzna.

– A państwo tu czego?

– Przyjechaliśmy z panią Marysią. Z tej działki.

– Aha!

Edyta spojrzała na mężczyznę. Wyglądał jak bezdomny – zniszczona życiem twarz, warstwy ubrań, przedarte adidasy.

– A pan tu pilnuje? – Zagadnęła.

– A pani co? Z telewizji?

Przemek dyskretnie zwrócił kamerę w ich stronę

– A żeby pan wiedział, że z telewizji – też się zaśmiała i podeszła bliżej. – Edyta Bronowska.

Wyciągnęła rękę. Bezdomny zawahał się, ale po chwili uścisnął dłoń Edyty.

– Nie będę panu ściemniać. Pani Marysia dowiedziała się, że pan tu przebywa, a że akurat kręcimy o niej reportaż, to nas tu przyciągnęła.

– A niech się nie boi, ja tu nie kradnę. Kąta tylko suchego szukałem, a tu jest taka jedna opuszczona działka. Nie ukradnę i nie zniszczą, spokojna głowa.

– Nie wygląda pan na takiego, co rozrabia. Raczej na takiego, co go życie dotknęło.

– Pomyślałby kto, że to panią obchodzi.

– Pani Wolska mnie nie obchodziła. A się okazało, że to dyrektor Chruszczewska z PPM. Pół miasta ją kocha, pół jej nienawidzi.

– Nie znam żadnej Chruszczewskiej, ale znałem kiedyś pewnego Wolskiego. Dobry człowiek był. Miał stolarnię za komuny, brata zatrudniał. A jak bratu się znarło, to bratowej pomagał, robotę dla niej znalazł. Dobry człowiek był.

– Z tego, co pan mówi, to to był mąż tej pani. Michał miał na imię?

– Ano. Świat jest mały.

Machnął ręką i zdawało się, że chce odejść.

– To jak? Opowie mi pan swoją historię?

Widać było, że bezdomny się zastanawia.

– Pani zrobisz reportaż, a ja co z tego będę miał?

– Mam panu zapłacić?

– Jakbym chciał pieniędzy, to bym poszedł do roboty. Fach mam w ręku, co pani myśli?

– Czyli bezdomność z wyboru. Filozof wolności?

– A pani to taka przekorna.

Nagle zaśmiał się gorzko.

– Takie kobiety lubiłem. Dobra, opowiem pani, a potem dacie mi święty spokój. Możesz pan kręcić otwarcie – zwrócił się nagle do Przemka. – Ja nie z tych, co się kamery boją. Ja kamery znam.

– No to słucham.

– Ano historia jak każda inna. Zakochałem się. Też była przekorna. Nie wiedziałem tylko, że do niej też inny chodzi. Na tamtego jej rodzice dobrze patrzyli. On miał ojca w komitecie, ja byłem sierotą, babka mnie chowała. Nie trudno się domyślić, którego wybrała. Jak się o mnie dowiedział, to chciał bójki. Zawzięty był, brata straszył. W końcu babka powiedziała, że mam wyjechać, żeby to się skończyło, bo tamten mnie w końcu zabije. Sprzedała pierścionek złoty, żeby mi bilet kupić. Do samej Ameryki, a to głęboka komuna była, nie wiem, co musiała zrobić, żeby mi paszport dali. No i pojechałem. I siedziałem tam trzydzieści lat. Rodzinie wysyłałem dolary, okazało się, że na leczenie brata. Potem bratowej pomagałem. Na pogrzebie babci nie byłem, na pogrzebie brata nie byłem. Przyjechałem jak zmarła bratowa. Dom był w ruinie. Nie znałem nikogo, nie miałem rodziny. Żyję sam, jestem wolny. Czeka mnie jeszcze tylko śmierć.

– Nie chciał pan wrócić do Ameryki?

– A po co? Ożeniłem się z Polką, mieliśmy dwoje dzieci. Ale jej się nie podobało, że rodzinę wspieram zamiast z nią na Hawaje latać. Rozwiedliśmy się. Zabrała mi dzieci. Nie mam tam do czego wracać. Tu przynajmniej jestem w ojczyźnie.

– To dobra opowieść.

– To słabe życie.

– Fakt.

Milczeli.

– To pana wybór, bo jak sam pan powiedział, mógłby pan znaleźć pracę, mógłby pan wrócić do Ameryki. Ja zdecydowałam robić karierę. Nie mam faceta, rodzina chciałaby, żebym wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale ja chcę mieć własny program polityczny. W ogólnokrajowej. Mój wybór. Jeśli życie na ogródkach będzie za trudne, to pewnie wie pan, gdzie się zgłosić. W niedzielę jest wigilia dla ubogich i bezdomnych. Proszę zajrzeć do MOPS-u.

– Polityczny? A póki co reportaże o miejscowych emerytkach z przeszłością?

– Takie życie. Proszę pamiętać o tej wigilii.

– Postaram się.

Odwrócił się i odszedł.

– Zadanie wykonane, choć ja nie kiwnęłam przy nim palcem – powiedziała pani Maria idąca w ich stronę.

– Ja bym tego tak nie nazwała.

– Więcej nie da się zrobić. Każdy ma prawo decydować o sobie. Jestem pewna, że kiedy sytuacja zrobi się poważna, ten człowiek da sobie radę. Nie wyglądał na takiego, który zamarznie zamroczony tanim alkoholem.

– To co teraz? – Zapytał Przemek.

– Wciąż jest jeszcze dość czasu, żeby odwiedzić grób Michała. Potem chciałam upiec szarlotkę i poczytać książkę.

– Ja tego na pewno nie przegapię – zapalił się Przemek.

– Czytania? – zdziwiła się Edyta, a pani Maria zaczęła się śmiać.

‒ Nic z tego. Czeka nas montaż.

‒ Ale szarlotka…

Edyta spojrzała na niego znacząco. Bez słowa, ale z wyraźnie zawiedzioną miną powlókł się do samochodu. Ulice były puste, więc szybko podjechali pod dom pani Marii.

‒ Widzimy się na kolacji dla bezdomnych?

‒ Tak.

‒ W takim razie do zobaczenia.

‒ Do zobaczenia.

Następny