Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Pani Krystyna

Poprzedni

Pani Krystyna wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Siedziała w fotelu, ubrana w ciemnoróżowy dres z laptopem na kolanach. Na rozmowę zgodziła się od razu, tylko zgodnie z przewidywaniami dyrektora poprosiła o piętnaście minut. Kiedy Edyta przyszła z Przemkiem, pani Krystyna miała na sobie jasny sweterek i szarą spódnicę. Włosy zebrała w kok i rzeczywiście zdążyła zrobić sobie lekki makijaż.

‒ Pani Maria odwiedza panią co tydzień. Co robicie?

‒ Plotkujemy, robimy sobie manicure, wspominamy.

Edyta lekko uniosła brwi, zdziwiona.

‒ Ach, bo pani nie wie pewnie, że ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Ale hospicjum to nie jest miejsce żałoby. To nie jest dom pogrzebowy, i tu nie trzeba mówić szeptem. Choć większość osób mówi. Na początku bardzo się bałam, choć sama chciałam tu być. Rodzina katowała się, żeby zapewnić mi opiekę. Mąż zrezygnował z awansu, siostra ciągle się zamieniała z koleżankami na zmiany. Nie chciałam też, żeby dzieci widziały, jak czasem boli. Wolę, żeby zapamiętały mnie na nartach, a nie przykutą do fotela.

‒ Rodzina panią odwiedza?

‒ Tak, codziennie przychodzą.

‒ Po co więc wizyta pani Marii?

‒ Rodzina to co innego. Ich wizycie zawsze towarzyszy cierpienie, ich cierpienie. Oni jeszcze nie pogodzili się z faktem, że ja umieram. Wciąż jeszcze tli się w nich nadzieja, choć chyba sami nie zdają sobie z tego sprawy. A pani Maria akceptuje to, że pewnego dnia przyjdzie i mnie już nie będzie. Kiedy jestem z dziećmi, czasem zapada taka niezręczna cisza. One boją się mi powiedzieć, że w wakacje chcą jechać na obóz, bo w wakacje już mnie nie będzie. A z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

‒ Inni wolontariusze nie są tacy?

‒ Są kochani. Widać, jak bardzo współczują i starają się nas pocieszyć. Ale chyba tylko pani Maria nas rozumie. Sama wiele przeszła, jej mąż tu umarł. Pochowała rodziców i brata. Poza tym sama jest już w tym wieku, że myśli o swojej śmierci. Młodzi, choćby mieli najlepsze chęci, nie zrozumieją nas tak, jak ona.

‒ Dziękuję za rozmowę.

‒ Nie ma za co.

„Materiał o świętej” pomyślała Edyta, zastanawiając się, co dalej. Wizyta w hospicjum miała trwać jeszcze ponad trzy godziny. Ile peanów jeszcze ma nakręcić? Mdłe, mdłe, mdłe. Przemek poszedł przygotować nagranie we wspólnej sali, w której odbędzie się partyjka pokera, ona miała czas, żeby się zastanowić. Wciąż brakowało jej punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby poprowadzić widza, sprawić, że święta Maria stanie się człowiekiem.

Następny