Nie…do…pisanie

Przeczytałam dziś artykuł wielce ciekawy. Ten. Mam nadzieję, że to nie o mnie. Owszem, pisanie sprawia mi przyjemność, w bólach nie rodzę (no, chyba że dzieci prawdziwe biologicznie). Ale nad tekstem pracuję, poprawiam, usuwam często, bo czuję, że to nie to. Czuję. Ocenić nie potrafię. W swoim tekście błędów się nie widzi. Serio.

Pociesza mnie myśl jedna. Czytam więcej niż piszę (ot, niewielkie osiągnięcie). I jednego i drugiego za mało, ale co robić – spać trzeba, jeść trzeba, a mi się jeszcze dzieci zachciało. Ot kobieca natura. A może nie kobieca – może taka zachłanna zwykle, po ludzku jestem. Jedno wiem na pewno – jak nie czytam, to pisanie leży i kwiczy. I tu z autorką artykułu się zgodzę – żeby być pisarzem, trzeba najpierw być czytelnikiem.

Ambicje pisarzy, czyli burza w szklance wody

Uśmiałam się wczoraj serdecznie, czytając o pewnej autorce, która na fb wyraziła w sposób bardzo ekspresyjny swoją frustrację wynikającą ze zbyt niskiej (w mniemaniu tejże autorki) sprzedaży jej książki, którą pisała trochę ponad rok (sic!). Wypowiedź tejże pani zniechęciła mnie do sięgnięcia po jej książkę ostatecznie. A oto dlaczego:

1. Wypowiedź na fb językowo nie powaliła, z góry zakładam, że książka może być równie niepowalająca. Jeśli ktoś nie dba o poziom w krótkim poście, to poziomu w powieści nie utrzyma. A że nominowana do Nike i czegoś jeszcze – już od kilku lat wydaje mi się, że moje gusta rozbiegają się z gustami komisji.

2. Kiedy sięgam po książkę, to mam nadzieję, że autor: ALBO dobrze się bawił, pisząc ją, sprawiło mu to frajdę, i teraz ja będę frajdę miała, czytając, ALBO chciał mi coś ważnego powiedzieć, coś, co mu w sercu ciążyło, duszę gniotło, myśli przytłaczało, w trudem i w bólach przelał to na papier, nadając taką a nie inną formę, i oto jest.

Autorka uznała, że skoro napisała, to ktoś (!) jej powinien za to zapłacić. I tu popełniła wielki błąd. Jej książki nikt z czytelników nie zamawiał, nie prosił o nią. Taki to już fach pisarza. Dla kasy to można felieton napisać na zamówienie, a nie powieść. Pisarz pisze, bo musi, chce, pragnie, potrzebuje, z nadzieją, że ktoś to przeczyta, że może się spodoba i kilka groszy skapnie. Ale przede wszystkim, tak ja uważam, pisze dla siebie.

Pani założyła, że od razu zostanie J.K. Rowling, najwyraźniej.

3. Nie bardzo mnie kusi czytanie książki osoby, która nie radzi sobie z emocjami i uwywnętrznia je na fb. Co innego, gdyby swoje przemyślenia wyraziła w błyskotliwym wywiadzie (po nominacji do Nike jakiś mógłby się trafić), felietonie chociażby (byle zamówionym i dobrze opłaconym), gdyby zrobiła to, kreując swoją osobę pisarza niespełnionego, zawiedzionego, który ze swoim niespełnieniem zmierzy się w książce kolejnej. Niestety postawa autorki to raczej tupanie trzylatka, bo rodzice nie chcą mu puścić bajki. Grozi, że nie będzie więcej pisać? Sądząc po sprzedaży książki – nikt z tego powodu nie będzie płakał. Obrazi się na czytelników? Straszne. Na mnie nie, bo nie czytałam. Budzi się we mnie niechęć, bo takie posty odbieram jako przejaw manii wyższości i przerostu ambicji. Tymczasem spotkałam w życiu kilku Pisarzy i to bardzo skromni ludzie są. Bardzo pozytywni.

Wielki też uśmiech wzbudził we mnie lament niemal świętokrzyski, że w Polsce ludzie nie czytają. A otóż nieprawda. Wsiadam do kolejki i widzę tu czytnik, tam czytnik, tu książka, tam gazeta, a obok czasopismo. Nad poziomem czytelnictwa w Polsce lamentuje tylko rynek wydawniczy, który chciałby, żeby książek więcej się sprzedawało. Tymczasem ludzie czytają pożyczone, wypożyczone i „wypożyczone” (czyli z netu ściągnięte). Bo niestety prawda jest taka, że jeśli czytam miesięcznie 4-6 tytułów (a są jeszcze mąż i córa), a każdy to co najmniej 39,90, to mój budżet tego nie dźwiga. Regał też.

A swoją drogą, to ciekawe, ile książek miesięcznie i czyjego autorstwa (mam nadzieję, że głównie debiutantów) kupuje wspomniana autorka. Powinna wszak być dla innych przykładem, wymagać najpierw od siebie, potem od innych.

PS. Mojego e-booka kupiły 4 osoby. Bardzo im za to dziękuję. Moją radość mąż skwitował: „Kupiły, żeby wrzucić na Chomika”. Jupi! To super, niech wrzucają. Może jeszcze 4 przeczytają i kolejnego kupi 8?

Natchnienie, czyli wielka ściema

Pisać dziś zamierzam o tym, czego nie ma. Nie istnieje bowiem coś takiego jak natchnienie, choć wielu by chciało. Jest to twór stworzony przez poetów głównie (zwłaszcza romantycy go uwielbiali) celem przypisania sobie cechy boskiej i ukrycia, że pisanie to zwyczajnie ciężka praca.

Zamiast natchnienia każdy twórca (czy to pisarz, malarz, filozof czy murarz) posiada trzy boskie cechy: talent, potrzebę i pracowitość.

Talent. I to jest ten pierwiastek boski, który jednakowoż nie zapewnia sukcesu w żadnej mierze. Natomiast on pozwala na popisy improwizacyjne czy to na romantycznych bankietach, czy też koncertach freestyle’u. Talent posiada każdy, tylko nie zawsze jest to ten talent, którego oczekuje. No i niestety: nie każdemu dano równo. Jeden ma większy talent, drugi mniejszy. To jednak o niczym nie przesądza, bo talent, choć ważny, ustępuje pozostałym dwóm czynnikom.

Potrzeba. Można talent, literacki dla przykładu, posiadać, ale ignorować go kompletnie, nie wykorzystywać, zaniedbywać i błysnąć od wielkiego dzwonu, składając życzenia świąteczne sms-em. Ale potrzeba zawsze weźmie górę, nawet nad lenistwem i złym losem. Mój tato, leśnik z powołania, po zawale do lasu jeździł ot tak (ciągnie wilka do lasu), choć pracować nie mógł. Ale choć połaził, pooddychał, z drzewami się przywitał, dziki postraszył.

Do zaspokajania posiadania potrzeby talentu nie potrzeba, ale fajnie, jeśli oba te elementy występują w jednym człowieku. Jest wówczas dużo łatwiej. Jeśli jednakowoż talentu Bozia nie dała, a potrzeba jest wielka, można wypracować w sobie umiejętności takie, że może nie będzie się mistrzem, ale porządnym rzemieślnikiem.

Trzecim niezbędnym elementem jest zwyczajna ciężka praca, do której to ani Mickiewicz, ani Słowacki w życiu się nie przyznają, bo skaziłoby to ich image wieszcza natchnionego w czarnej pelerynie bądź nakrochmalonej koszuli. Prus i Sienkiewicz takich problemów nie mają, Szymborska też nie (miała za to notes do notowania pomysłów, które potem mogła wykorzystać). Jakoś nie widzę „przed oczyma duszy mojej” mistrza piszącego w szale 12 ksiąg trzynastozgłoskowcem, czy poematu dygresyjnego o imć Beniowskim. Za to w obu tych szanownych działach odnajduję mozół i trud, by stworzyć ideał.

Aha, tenże szał… Można by go od biedy za jakoweś natchnienie uznać, ale wówczas smutne byłoby i biedne, oj bardzo biedne, życie pisarza. Tu mogę sądzić tylko po sobie: szał pojawia mi się rzadko i nieregularnie, zazwyczaj w miejscu mocno niedogodnym, i mija, zanim dotrę do komputera. Jeśli zawodowcy mają podobnie, to cóż… Mickiewicz do tej pory ślęczały nad trzynastozgłoskowcem, szukając sensownego rymu do słowa „znienacka”.

Natchnienie można więc spokojnie między bajki włożyć. Każdy pisarz ma swój styl pracy: jeden pisze jedną stronę dziennie, inny pisze etatowo (8/24), jeszcze inny, jak go zapał złapie. Nie znam jednak żadnego, który potem tego nie czyta, nie wykreśla co najmniej połowy, nie poprawia i w nerwach nie czeka, co powiedzą czytelnicy.