Rozdział 7. Piąty dzień zdjęć. Bezdomny.

Poprzedni

Edyta wchodząc do mieszkania pani Marii poczuła się, jakby… przyszła do ulubionej cioci. Pachniało kawą, która już na nich czekała.

– Planowałam dziś jechać na cmentarz męża. Wczoraj zadzwoniła do mnie Brygida z MOPS-u. Na ogródkach działkowych spotkano bezdomnego. Nie chciał rozmawiać z policją ani z przedstawicielami ośrodka. Ja tam obok mam działkę, więc Brygida zapytała, czy ja mogłabym z nim porozmawiać, dowiedzieć się, kim jest, dlaczego jest bezdomny i czy zgodzi się zamieszkać w schronisku.

– Kamera raczej pani nie pomoże – zauważył Przemek.

Ogródki działkowe przywitały ich absolutną ciszą.

– Niestety moja działka jest dość mocno w głąb. Ale zapraszam.

Szli alejką, wokół stały bezlistne drzewa owocowe, wysuszone badyle kwiatów i traw. Altanki straszyły pustymi oknami.

– Tamta zielona altanka to mój ogródek. A naszego gościa ani widu, ani słychu.

– To co robimy?

– Skoro już tu jesteśmy, to zerknę, czy mi sarny drzewek nie obgryzają. W taką pogodę nie powinny, ale lepiej się upewnić.

Edyta pokręciła się trochę, pozerkała na krzewy. Przemek z nudy wyjął kamerę i kręcił jakiś skalniak. Nagle zza sąsiedniego domku wyszedł mężczyzna.

– A państwo tu czego?

– Przyjechaliśmy z panią Marysią. Z tej działki.

– Aha!

Edyta spojrzała na mężczyznę. Wyglądał jak bezdomny – zniszczona życiem twarz, warstwy ubrań, przedarte adidasy.

– A pan tu pilnuje? – Zagadnęła.

– A pani co? Z telewizji?

Przemek dyskretnie zwrócił kamerę w ich stronę

– A żeby pan wiedział, że z telewizji – też się zaśmiała i podeszła bliżej. – Edyta Bronowska.

Wyciągnęła rękę. Bezdomny zawahał się, ale po chwili uścisnął dłoń Edyty.

– Nie będę panu ściemniać. Pani Marysia dowiedziała się, że pan tu przebywa, a że akurat kręcimy o niej reportaż, to nas tu przyciągnęła.

– A niech się nie boi, ja tu nie kradnę. Kąta tylko suchego szukałem, a tu jest taka jedna opuszczona działka. Nie ukradnę i nie zniszczą, spokojna głowa.

– Nie wygląda pan na takiego, co rozrabia. Raczej na takiego, co go życie dotknęło.

– Pomyślałby kto, że to panią obchodzi.

– Pani Wolska mnie nie obchodziła. A się okazało, że to dyrektor Chruszczewska z PPM. Pół miasta ją kocha, pół jej nienawidzi.

– Nie znam żadnej Chruszczewskiej, ale znałem kiedyś pewnego Wolskiego. Dobry człowiek był. Miał stolarnię za komuny, brata zatrudniał. A jak bratu się znarło, to bratowej pomagał, robotę dla niej znalazł. Dobry człowiek był.

– Z tego, co pan mówi, to to był mąż tej pani. Michał miał na imię?

– Ano. Świat jest mały.

Machnął ręką i zdawało się, że chce odejść.

– To jak? Opowie mi pan swoją historię?

Widać było, że bezdomny się zastanawia.

– Pani zrobisz reportaż, a ja co z tego będę miał?

– Mam panu zapłacić?

– Jakbym chciał pieniędzy, to bym poszedł do roboty. Fach mam w ręku, co pani myśli?

– Czyli bezdomność z wyboru. Filozof wolności?

– A pani to taka przekorna.

Nagle zaśmiał się gorzko.

– Takie kobiety lubiłem. Dobra, opowiem pani, a potem dacie mi święty spokój. Możesz pan kręcić otwarcie – zwrócił się nagle do Przemka. – Ja nie z tych, co się kamery boją. Ja kamery znam.

– No to słucham.

– Ano historia jak każda inna. Zakochałem się. Też była przekorna. Nie wiedziałem tylko, że do niej też inny chodzi. Na tamtego jej rodzice dobrze patrzyli. On miał ojca w komitecie, ja byłem sierotą, babka mnie chowała. Nie trudno się domyślić, którego wybrała. Jak się o mnie dowiedział, to chciał bójki. Zawzięty był, brata straszył. W końcu babka powiedziała, że mam wyjechać, żeby to się skończyło, bo tamten mnie w końcu zabije. Sprzedała pierścionek złoty, żeby mi bilet kupić. Do samej Ameryki, a to głęboka komuna była, nie wiem, co musiała zrobić, żeby mi paszport dali. No i pojechałem. I siedziałem tam trzydzieści lat. Rodzinie wysyłałem dolary, okazało się, że na leczenie brata. Potem bratowej pomagałem. Na pogrzebie babci nie byłem, na pogrzebie brata nie byłem. Przyjechałem jak zmarła bratowa. Dom był w ruinie. Nie znałem nikogo, nie miałem rodziny. Żyję sam, jestem wolny. Czeka mnie jeszcze tylko śmierć.

– Nie chciał pan wrócić do Ameryki?

– A po co? Ożeniłem się z Polką, mieliśmy dwoje dzieci. Ale jej się nie podobało, że rodzinę wspieram zamiast z nią na Hawaje latać. Rozwiedliśmy się. Zabrała mi dzieci. Nie mam tam do czego wracać. Tu przynajmniej jestem w ojczyźnie.

– To dobra opowieść.

– To słabe życie.

– Fakt.

Milczeli.

– To pana wybór, bo jak sam pan powiedział, mógłby pan znaleźć pracę, mógłby pan wrócić do Ameryki. Ja zdecydowałam robić karierę. Nie mam faceta, rodzina chciałaby, żebym wyszła za mąż i urodziła dziecko, ale ja chcę mieć własny program polityczny. W ogólnokrajowej. Mój wybór. Jeśli życie na ogródkach będzie za trudne, to pewnie wie pan, gdzie się zgłosić. W niedzielę jest wigilia dla ubogich i bezdomnych. Proszę zajrzeć do MOPS-u.

– Polityczny? A póki co reportaże o miejscowych emerytkach z przeszłością?

– Takie życie. Proszę pamiętać o tej wigilii.

– Postaram się.

Odwrócił się i odszedł.

– Zadanie wykonane, choć ja nie kiwnęłam przy nim palcem – powiedziała pani Maria idąca w ich stronę.

– Ja bym tego tak nie nazwała.

– Więcej nie da się zrobić. Każdy ma prawo decydować o sobie. Jestem pewna, że kiedy sytuacja zrobi się poważna, ten człowiek da sobie radę. Nie wyglądał na takiego, który zamarznie zamroczony tanim alkoholem.

– To co teraz? – Zapytał Przemek.

– Wciąż jest jeszcze dość czasu, żeby odwiedzić grób Michała. Potem chciałam upiec szarlotkę i poczytać książkę.

– Ja tego na pewno nie przegapię – zapalił się Przemek.

– Czytania? – zdziwiła się Edyta, a pani Maria zaczęła się śmiać.

‒ Nic z tego. Czeka nas montaż.

‒ Ale szarlotka…

Edyta spojrzała na niego znacząco. Bez słowa, ale z wyraźnie zawiedzioną miną powlókł się do samochodu. Ulice były puste, więc szybko podjechali pod dom pani Marii.

‒ Widzimy się na kolacji dla bezdomnych?

‒ Tak.

‒ W takim razie do zobaczenia.

‒ Do zobaczenia.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

Poprzedni

Maciej Zając właśnie się pojawił na korytarzu.

‒ Zapraszam do mnie. Nie będziemy przecież rozmawiać tutaj.

‒ Ilu pacjentów jest w hospicjum?

‒ Obecnie dwudziestu sześciu.

‒ A pracowników?

‒ Ośmiu.

‒ Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziesięciu.

‒ To prawda. Ale finansów starcza tylko dla ośmiu. Na szczęście są jeszcze nasi kochani wolontariusze. Przychodzi do nas sześć osób, głównie młodych ludzi, którzy pomagają przy pielęgnacji pacjentów.

‒ Co należy do ich obowiązków?

‒ Uczniowie szkoły medycznej mogą pomagać przy myciu, masowaniu. Inni pomagają w karmieniu, czytają, grają w gry. Z niektórymi pacjentami można wychodzić na spacery, o ile pogoda dopisuje.

‒ Więc pani Maria jest jedną z wolontariuszek?

‒ Tak, choć jest wolontariuszką niezwykłą.

Edyta uśmiechnęła się, zachęcając do dalszej wypowiedzi.

‒ No cóż, jest jedyną wolontariuszką w tym wieku. Pomagają nam głównie licealiści. Potem idą na studia, wyjeżdżają, zakładają swoje rodziny.

‒ To jak znalazła się tu pani Maria?

‒ Najpierw przychodziła do swojej znajomej. Kiedy ta odeszła, zapytała, czy może odwiedzać innych. Pacjenci bardzo ją lubią, zwłaszcza ci starsi. Jej obecność działa na nich bardzo kojąco, niektórzy dzięki temu godzą się z nadchodzącym końcem. Młodzi mają wiele dobrej woli, ale nie rozumieją jeszcze śmierci. Wydaje im się, że wiedzą, ale… chyba tylko bardzo chcą pomóc. Pani Maria była przy umierającym mężu, przyjaciółce i jest w tym wieku, że śmierć dotyczy także jej. Jej empatia i zgoda na to, że kiedyś też umrze, są dla naszych pacjentów bardzo ważne.

‒ Nigdy nie było żadnych zgrzytów?

Dyrektor się uśmiechnął.

‒ Nie chce mieć pani mdłego materiału o aniele dobroczynności? ‒ zapytał. ‒ Wiem, że pomaga też w domu dziecka i MOPS-ie. Pewnie wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. No cóż. Zgrzyty ciągle się zdarzają. Ale pani Maria jak na razie ze wszystkiego wychodziła obronną ręką. Mieliśmy pacjenta, który wiele lat walczył z chorobą nowotworową. Kiedy zaczął przegrywać, zgłosił się do nas. Miał czterdzieści dziewięć lat i troje dzieci. Żona pracując, nie mogła się nim zająć w domu, to on zdecydował się na hospicjum. Lekarze dawali mu miesiąc życia. Był bardzo rozgoryczony. Walczył tyle lat i przegrał. Kiedy przyszła pani Maria, wybuchł. Nawet chciałem interweniować, bo wrzeszczał na nią jak opętany. Krzyczał, że nie chce jej litości, że ona nic nie rozumie, że on ma po co żyć, bo ma żonę i dzieci, a ona powinna się zająć wnukami. Siedziała obok i nic nie mówiła, pozwalała mu się obrażać. A kiedy w końcu się zmęczył, powiedziała tylko: „Ja się nad panem nie lituję, ja panu zazdroszczę. Ma pan rodzinę, umrze pan otoczony przez żonę i dzieci. A ja jestem sama. Nie miałam rodzeństwa, nie mogłam mieć dzieci, a mąż już umarł. I przychodzę tu, bo mam nadzieję, że kiedy będę już tu leżeć, to do mnie też ktoś przyjdzie przeczytać mi gazetę”. A potem wstała i wyszła. A kiedy przyszła tu drugi raz, to ten pacjent miał dla niej kwiaty. A potem przedstawił jej swoją rodzinę. Z tego co wiem, nadal mają ze sobą kontakt. Obawiam się, że o pani Marii nie da się powiedzieć nic złego. Nie robi tego dla pieniędzy, a nawet jeśli zgodzimy się z teorią, że ludzie pomagają z czystego egoizmu, to ja bym chciał, żeby wszyscy byli takimi egoistami.

Edyta zaskoczona nie wiedziała, o co jeszcze może zapytać.

‒ Pani nie rozumie – stwierdził dyrektor z uśmiechem. ‒ Ale proszę się nie denerwować. Większość ludzi nie rozumie. Teraz dobroczynność jest w modzie. Wszyscy odliczają jeden procent, wspierają zbiórki. Rozumieją to, bo pieniądze są wymierne. Trudno im zrozumieć, że ktoś poświęca swój czas i pracę, że to może dawać satysfakcję.

‒ No cóż – Edycie przed oczyma stanęło, jak wrzuca pieniądze do puszki i oddaje ubrania, których już nie potrzebuje. Szybko otrząsnęła się ze wspomnienia.

‒ Dziękuję bardzo. Nie będę zabierać panu więcej czasu. Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy mogę porozmawiać z którymś z pacjentów?

‒ Tak. Proszę zapytać panią Krystynę z sali numer jedenaście. Jest rozmowna i na pewno nie będzie miała nic przeciwko wystąpieniu przed kamerą. Tylko proszę dać jej chwilę, na pewno będzie chciała się przygotować, wie pani, ubrać się, zrobić sobie oko.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Trzydziesty czwarty tydzień ciąży

Poprzedni

Jestem coraz cięższa. W tym tygodniu były urodziny mamy, więc w niedzielę pojechałam do rodziców na obiad. Kupiłam mamie elegancką skórzaną torebkę. Jest bardzo praktyczna, więc mamie się spodobała. Chciałam kupić jej coś pięknego, ale wiem, że kolczyki czy bransoletka leżałyby w jakiejś szkatułce nienoszone, a mama ostatecznie czułaby się zażenowana drogim prezentem. Torba też nie była tania, ale to „dobrze wydane pieniądze” (naprawdę musiałam użyć tego argumentu, kiedy twierdziła, że nie będzie miała jej gdzie nosić). Poza tym powiedziałam jej, że opiekując się Heniem, będzie musiała ładnie wyglądać, będzie przecież codziennie dojeżdżać do mnie i musi mieć wygodną i elegancką torbę. Mocno to naciągane, ale z mamą zawsze tak jest. Najlepiej jakbym kupiła jej proszek do prania, ewentualnie nowe żelazko. W wersji de luxe żelazko z deską do prasowania. Moja mama jest po prostu praktyczną i oszczędną kobietą.

Próbowałam sobie przypomnieć, co dałam mamie w zeszłym roku, ale nie mogłam. Kiedy sprawdziłam w kalendarzu, okazało się, że nic. Byłam tego dnia z Jarkiem na targach we Wrocławiu. To był piękny weekend, pamiętam, że zastanawiałam się wtedy, czy ja się nie zakochałam w szefie. Ciekawe, co by było, gdybym wtedy stwierdziła, że tak, że jestem zakochana. Być może rzeczywiście uwierzyłabym w tę miłość. Pewnie wtedy moje życie wyglądało by zupełnie inaczej. Nie wiadomo, czy miałabym teraz w brzuchu Heńka. Prędzej miałabym złamane serce i nową pracę. Wiem, że nie ma sensu się teraz zastanawiać nad takimi rzeczami, ale czasem trudno się powstrzymać.

Mama ugotowała przepyszny obiad i upiekła wielki tort czekoladowo-wiśniowy. To, ile zjadłam tortu, jednoznacznie obala mit o tym, że jak jest chłopak, to nie ma się ochoty na słodkie. No, ale tort mamy jest tak dobry, że nawet ojciec nie odmawia.

Tata z Tomkiem po toaście za zdrowie mamy przeszli to kieliszka za zdrowie Henia i impreza nagle potoczyła się w dość niespodziewanym kierunku.

– Boisz się porodu? – zapytała Kaśka.

– Chyba nie. W szkole rodzenia były zajęcia z tego, jakie pozycje przyjmować, jak ćwiczyć i w ogóle i wygląda na to, że te babeczki mają wszystko obcykane.

– Szkoda, że będziesz sama na sali – powiedziała Ania. – Może trudno w to uwierzyć, ale Tomek naprawdę bardzo mi pomógł.

– Rzeczywiście nie podejrzewałabym go.

– A nie będzie ci smutno?

Kasia zawsze jak wypije choć odrobinę wódki, robi się smutno-depresyjna.

– Nie będzie. Zresztą – przecież mnie odwiedzicie od razu tego samego dnia. Do porodu pojadę taksówką, Dominik albo Renata mi pomoże zanieść torbę. Potem wy mnie odwiedzicie, a potem wrócę do domu taksówką.

– O nie, ja się nie zgadzam. Powinniśmy wcześniej o tym pomyśleć, ale ty nie możesz wracać z dzieckiem sama.

I tak oto Ania zaplanowała mój poród, a mianowicie to, że zawiezie mnie Tomek, zostanie ze mną tak długo, jak będę chciała, a potem mnie odbierze z Heńkiem. W tym momencie zaczęłam się zastanawiać, czy ja oby na pewno dobrze widziałam podział ról w małżeństwie mamy i taty oraz Ani i Tomka. Wydawało się, że to faceci w nich rządzą, ale teraz na własne oczy widziałam, jak Ania bez najmniejszego problemu ustawia mojego brata.

– Tomek, ty musisz coś zrobić z Beatą. Przecież ona chce jechać do szpitala i wracać do domu taksówką. No weź jej powiedz, że ty ją zawieziesz i przywieziesz, bo mnie ona nie chce w ogóle słuchać.

– No wiesz co, Beata? Oczywiście, że nie ma mowy, żebyś jechała sama. Ja cię zawiozę i bez gadania.

– No widzisz, Beatko, ja ci mówiłam, że Tomek nie pozwoli na takie głupstwo. Mój mąż wie, że poród to nie bajka. Zawiezie cię, zaniesie ci torbę i zostanie na oddziale tak długo jak trzeba. On już dwa razy był na porodówce, więc wszystko wie.

– Ależ oczywiście. Nie pozwolę, żeby moja siostra była sama w takim dniu. I masz do mnie zadzwonić, jak tylko poczujesz pierwsze skurcze. Ja się z brygadzistą już dogadam w w pół godziny będę u ciebie.

Pokiwałam tylko głową na znak zgody, bo starałam się nie wybuchnąć śmiechem. Dopiero teraz przypomniało mi się, jak często mama robiła dokładnie to samo – udawała bezradną, podsuwając jednocześnie ojcu gotowe rozwiązania. Cóż – nadal nie odpowiadał mi ich styl życia, ale teraz zrozumiałam, jak naiwnie oceniałam ten system rodzinny.

Następny

Dwudziesty trzeci tydzień ciąży

Poprzedni

Weekend spędziłam u Damiana. A on u mnie. Przez dwa dni malował, kleił, dokonywał cudów. Dzięki niemu mój synek będzie miał absolutnie fantastyczny pokój. Kiedy weszłam do środka, nie mogłam uwierzyć, że można zrobić coś tak wspaniałego w dwa dni. Cały pokój jest w odcieniach jasnożółtego i jasnoszarego, w różne paski, ale jedna ściana jest granatowa. Na środku jest namalowana wielka rakieta, a na niej wisi okrągła ramka na zdjęcie – zamiast okienka. Wokół rakiety są przyklejone gwiazdki, a żyrandol zamienił się… chyba w Saturna. Albo Jowisza. To była ta niespodzianka. Papierowy okrągły klosz Dominik pomalował na różne odcienie żółtego i pomarańczowego, a wokół przyczepił pierścień.

– A gdyby była dziewczynka? – zapytałam, kiedy już wydałam z siebie ostatnie „Och!” i „Wow!”.

– To byłaby plaża, syrenka i zachód słońca – odpowiedział. Widać było, że jest z siebie dumny. I słusznie. Zrobiłam zdjęcia i wysłałam Renacie i Sylwii.

„Powiedz Dominikowi, ze jest geniuszem. Tez chce taki” przyszło za chwilę sms-em od Sylwii. Powiedziałam.

– Napisz, że jej zrobię. Kobiecie w ciąży się nie odmawia.

Dominik wstawił do pokoju kołyskę. Muszę kupić jakiś ładny dywanik i komodę i pokój będzie gotowy.

Dobrze wypoczęłam, niestety w poniedziałek relaks się skończył. O dziwo Jarek wyglądał na spokojnego i także wypoczętego. Zupełnie, jakby w piątek nic się nie wydarzyło. Ale jeszcze dziwniejsze było to, że Mateusz i Barbara pojawili się w biurze jakby nigdy nic.

Zaczęłam od cotygodniowych obowiązków, ale po dziesiątej uznałam, że to nie jest naturalna sytuacja i muszę wiedzieć, na czym stoję. Poszłam do Jarka.

– Podjąłeś decyzję?

– W zasadzie… – zaczął i urwał. Przeglądał nerwowo papiery.

– Powinnam chyba wiedzieć, czego się spodziewać.

– No, tak myślałem, że nie można tak ludzi z dnia na dzień wywalać. A oni tu długo pracują i tyle dobrego zrobili dla firmy… – tłumaczył się jak uczniak z nieodrobionej pracy domowej. To było żałosne. Poza tym, czy on zapomniał, jak rok temu wywalił z dnia na dzień młodego chłopaka tylko dlatego, że ten otwarcie (i słusznie) go skrytykował. Oczywiście pod innym pretekstem i za porozumieniem stron. To jakaś kpina.

– Jak uważasz. Ale masz ich zabrać z mojego działu. Nie mam zamiaru ciągle ich sprawdzać. Jeśli tobie nie przeszkadza, że cię okradali, to proszę bardzo – trzymaj tak dalej. Tylko potem nie skarż się wszystkim.

W czwartek Mateusz i Barbara sami powiedzieli mi, że przechodzą do sprzedaży bezpośredniej. W piątek w dziale huczało od plotek. Dowiedziałam się, że w w czwartek oboje zostali dłużej i opowiedzieli Krystynie i Urszuli, że zmiana ich umów to wynik mojej intrygi: planuję wykurzyć wszystkich starszych niż czterdzieści lat, pozatrudniać „swoich ludzi” i przejąć firmę. Jak rozumiem, była to przestroga. Poza tym „hormony nie pozwalają mi trzeźwo myśleć, a w dziele sprzedaży jest już tak niezdrowa atmosfera, że oni się bardzo cieszą, że dostali szansę wyrwania się na samodzielne stanowiska”.

Tymczasem dział sprzedaży świętował. Skończyły się czasy wysłuchiwania narzekań Mateusza, który zatruwał swoimi i nieswoimi sprawami życie innych. Nie musieliśmy słuchać jego codziennej kłótni z synem przez telefon, narzekania na ojca, dobrych rad dla innych i ciężkich westchnień. A kiedy Bartek dostał czkawki i Marlena zaczęła przedrzeźniać Barbarę:

– Panie Bartoszu, to nieelegancko tak czkać. Powinien pan kupić poradnik „Savoir-vivre dla zdrowego brzuszka” – wszyscy wybuchli śmiechem. I nagle ja też uświadomiłam sobie, że w końcu nikt nie będzie mi mówił, że mam spódniczkę właściwej długości i wyglądam „odpowiednio”.

Następny

Rozdział 14

POPRZEDNI

Wielkanoc zapowiadała się w tym roku bardzo ciepła i rodzinna. Tosia uprosiła Bielicką i Wagnera i dostała trochę wolnego. Do domu przyjechała obładowana prezentami. Wielką radość sprawiło jej ich wybieranie. W końcu mogła pozwolić sobie na piękne i dość drogie upominki. Już na Boże Narodzenie trochę zaszalała, teraz kupiła mamie prześliczne, prawdziwe perfumy, babci naszyjnik z naturalnych pereł. Dla pana Jana wyszperała w antykwariacie pierwsze wydanie „Potopu” Sienkiewicza – na ten prezent zrzuciły się razem z mamą i babcią. Bo oczywiście pan Jan miał być u nich na wielkanocnym śniadaniu.

Jak zawsze w sobotę rano Tosia poszła do kościoła ze święconką. Po drodze wspominała ubiegłoroczne święta i uśmiechała się do siebie. Od tamtej pory tak wiele się zmieniło. Przed kościołem zobaczyła Mariolę. W Boże Narodzenie widziała się z nią tylko przez chwilę, po pasterce obie były przemarznięte i spieszyły się do domów, potem Tosia wracała do Gdańska. Teraz mogły dłużej porozmawiać, szczególnie że świeciło piękne słońce i było wyjątkowo ciepło, a Mariola była tylko ze swoim synkiem, który grzecznie siedział w wózku.

– Wiesz? Interes nawet się kręci. Władowaliśmy masę kasy na remont szklarni i budynków, ale póki co starcza nam na raty i wszystkie opłaty.

– Ale jak ty sobie radzisz z prowadzeniem całej księgowości i opieką nad dzieckiem? A przecież jeszcze musisz zadbać o małżeństwo. Ja nie mam czasu już na nic, a jestem w wolnym związku, nie mam dzieci ani domu. Podziwiam cię.

Mariola się roześmiała.

– Ale święta w tym roku robi mama z siostrą. Ja nie dałabym już rady.

– No tak, od czego są mamy.

– Wiesz, moja mama nigdy nie pracowała. Całe życie w domu. Ja bym tak nie chciała. Nie jest łatwo, szczególnie z eksportem łatwo się zakręcić, ale póki co pomaga mi jedna taka księgowa, na którą nie ma mocnych. A ja się ciągle uczę. Na początku zatrudniliśmy dwie kobiety. Teraz mamy cztery i zaczynamy zastanawiać się nad piątą.

– Kurczę, to naprawdę odnieśliście sukces.

– Do sukcesu jeszcze sporo nam zostało, ale… Wiesz? Mam teraz pewność, że cokolwiek by się nie działo, dam sobie radę. Nie stoczyliśmy się, nie żłopiemy piwa pod sklepem.

Mariola się uśmiechnęła i w uśmiechu tym kryło się sporo dumy.

– No, tego by jeszcze brakowało.

Tosia spojrzała na Mariolkę z wyrzutem.

– To teraz powiedz lepiej, co u ciebie – zapytała Mariola.

Zanim Tosia opowiedziała o Marcinie, pracy, marzeniach, których tyle pojawiło się ostatnio, dziewczyny doszły do skrzyżowania. Rok wcześniej szły dalej, teraz Tosia musiała skręcić.

– A mogę zadać ci niedyskretne pytanie?

– To zależy.

– Wiesz, po wsi chodzą różne plotki. Jak to jest z twoją mamą i Giermakiem?

– Myślę, że się kochają.

– Serio?

– Po wsi chodzą plotki, a ty jesteś zdziwiona?

– Nooo… Ludzi gadają często, co im ślina na język przyniesie. Ty chyba nie wiesz, co gadali o nas i otwarciu firmy.

– Wiem – udało się wtrącić Tosi. – Babcia mi trochę mówiła.

– No właśnie. A jest kilka takich, które twojej mamie zazdroszczą.

– No tak, moja mama to dla nich wróg publiczny numer jeden.

– Chyba tak. No, ale ja lecę, bo Mikołaj się krzywi, chyba mu się znudziło siedzenie w wózku.

– Życz wszystkim wesołego Alleluja.

– I ty również.

Maj minął nie wiadomo kiedy. A w czerwcu były urodziny Ani. Do tej pory spędzała je z Damianem, teraz miała cały dzień dla siebie i swoich przyjaciół. Poza tym niedawno została panią magister i postanowiła to uczcić. Całą imprezę bardzo dokładnie zorganizowała. Zaprosiła najbliższych i kilkoro znajomych z pracy. Zaplanowała menu i zarezerwowała stolik w Parlamencie. Zapowiadała się wspaniała zabawa.

O dziewiętnastej zaczęli schodzić się pierwsi goście, nie licząc Tosi i Marty, które przez cały dzień krzątały się wokół sałatek, kanapek i koreczków. Jubilatka przyjmowała z wdziękiem prezenty i kwiaty, a jej współlokatorki nalewały drinki i sadzały gości w ciasnym saloniku.

– Sto lat, sto lat… – w drzwiach wejściowych pojawił się Sławek, za nim Magda. Odśpiewali „Sto lat” tak, że słyszała ich cała kamienica, wycałowali jubilatkę, po czym Sławek zapytał: – A znajdzie się jeszcze jedno miejsce?

– Jasne, a dlaczego pytasz?

– Bo za drzwiami został prezent.

Ania skoczyła jak oparzona.

– Zdurniałeś ostatecznie? – zapytała już przy drzwiach, za którymi stał Paweł. Wciągnęła Pawła do środka, nadal rugając zaśmiewającego się do rozpuku Sławka.

– Pamiętasz Pawła?

– Jasne, pamiętam. Jak leci?

– W porządku. I wszystkiego najlepszego. Niestety nie mam prezentu, ale przyniosłem wino.

– Dzięki. Wchodź.

Powoli zebrali się wszyscy i impreza rozkręciła się na dobre. Najpierw były żarty i żarciki, ale żeby zintegrować wszystkich Ania wyciągnęła niezastąpione „Tabu”. Jak się okazało nie wszyscy grali wcześniej w tę grę, więc zabawa była przednia. Zanim grupa Ani wygrała, wszyscy dobrze się poznali i najwyraźniej polubili. Przenieśli się do Parlamentu.

– Zatańczysz? – zapytał ją Paweł.

– Jasne.

Paweł przyjechał, żeby dowiedzieć się, czy bez problemów przeniesie się do Gdańska ze Szczecina i przypadkiem trafił na urodziny Ani. Przyszedł namówiony przez Sławka, ale chyba tego nie żałował, bo przez większą część wieczoru flirtował z jubilatką. Wyraźnie było widać, że jest nią zainteresowany, ale ona nic sobie z tego nie rozbiła, a chwilami wręcz unikała. Był od niej trzy lata młodszy, co w jej mniemaniu zupełnie go dyskwalifikowało. Nie mogła jednak nie zauważyć, że chłopak wspaniale tańczy.

Obracając się z Pawłem zobaczyła, że Marta ich obserwuje i mruga do niej okiem. „No tak, już nawet Marta zauważyła. I co ja mam teraz zrobić”, pomyślała, ale piosenka się skończyła, a Paweł odprowadził ją do stolika i poszedł po piwo.

– On bardzo cię lubi.

– Skoro nawet ty to zauważyłaś.

Dziewczyny siedziały przy śniadaniu, a właściwie obiedzie. Była niedziela. Do domu wróciły bardzo późno, bo zabawa była naprawdę udana. Marta pierwsza zwlokła się z łóżka i zaczęła przygotowywać śniadanie. Jak zawsze na kaca przygotowała porządny posiłek, czyli jajecznicę ze szczypiorkiem, chleb z pomidorami i herbatę z cytryną. A przy kacowym śniadaniu najlepiej sprawdzała się miła pogawędka na luźne tematy, na przykład zastanawianie się, czy Paweł jest zakochany w Ani i czy to dlatego przenosi się do Gdańska.

Marta biegła. Wymijała turystów kręcących się po plaży. Dobiegła do Sopotu i zawróciła. Powoli zbliżała się do domu. Była zmęczona, ale nadal niezbyt spokojna.

– Biegałaś? – spytała Tosia, gdy tylko Marta weszła do mieszkania.

– Jo.

– Stało się coś? – tym razem głos dobiegł zza komputera Ani.

– Zaraz pogadamy. Tylko wezmę prysznic, może to mi pomoże.

Tosia i Ania spojrzały na siebie znacząco. Marta musiała czymś bardzo się przejąć, a od czasu choroby przejmowała się niewieloma rzeczami. Musiało się zdarzyć coś na prawdę poważnego.

– To mów, co się stało.

Tosia zrobiła dla nich herbatę i wyjęła z szafki delicje.

– Nic mi się ostatnio nie udaje.

– Nie przesadzasz?

– Nie wiem. Może i przesadzam, ale od kilku dni naprawdę nic mi się nie udaje. Całkiem jakby coś się sprzysięgło przeciwko mnie.

Spojrzała na koleżanki.

– Opowiadałam wam o akcji, na którą namówiłam Fundację i Amazonki i za którą jestem odpowiedzialna. No i właśnie w tym kierunku niczego nie mogę załatwić. Z koleżankami namówiłyśmy kilkunastu lekarzy z całej Polski, żeby poprowadzili warsztaty tutaj, w Warszawie, Krakowie, Poznaniu, Wrocławiu. Jeśli udałoby się w wielkich miastach, uderzyłybyśmy do małych. Znalazłyśmy sponsorów i wywalczyłyśmy dofinansowanie z Unii. Wszystko jest gotowe, mamy terminarz, miałam nagrane spotkania z kilkoma dziennikarzami z ogólnopolskich czasopism, a tu nagle wszyscy oni odwołali rozmowy albo chcieli je przesunąć na termin po akcji. Masakra, bo mamy mnóstwo ulotek, które chcemy rozdać, ale to nie będzie miało takiego odzewu, jak mała wzmianka o spotkaniach w prasie.

– A jakie gazety chciałaś w to zaangażować?

– Byłam ugadana z babką z „Claudii”, „Zwierciadła” i „Przyjaciółki”.

– To tylko trzy gazety.

– No, niby tak, ale to ogólnopolskie i bardzo poczytne czasopisma. Pierwsze spotkanie jest za dwa tygodnie, a tu nic. Po prostu czasem mam wrażenie, że to mnie przerasta. Na początku wydawało mi się, że to świetny pomysł, że każdy da się namówić, że przecież cel jest szczytny, że warto. Ale niektórzy są beznadziejni.

Marta była wyraźnie przybita. Od czasu choroby ciągle działała, wręcz rzuciła się w wir wydarzeń, tryskając energią i pomysłowością. Teraz nagle straciła tę siłę, która pchała ją do przodu.

– Inne dziewczyny też tak zareagowały?

– Jak?

– Poddały się.

– W sumie…

Tosia z Anią spojrzały na nią pytająco.

– No, wiecie…

Najwyraźniej Marta miała na sumieniu coś, do czego trudno było jej się przyznać.

– Martunia… co zrobiłaś?

– Raczej czego nie zrobiłam. Inne dziewczyny nie wiedzą. To ja miałam spotkać się z dziennikarzami i wyjaśnić im, dlaczego chcemy uświadamiać kobiety, pokazywać im, jak się badać, dlaczego warto się szczepić.

– No, chyba żartujesz. Przecież sama tego nie udźwigniesz.

– Sama nie wiem już, co mam robić.

Zapadła cisza. W tej sytuacji trudno było pocieszyć Martę. Siedziały tak przez chwilę, aż Tosia podniosła głowę i spojrzała na nie uważnie.

– Wiecie co? Dlaczego to ma się nie udać? Przecież to świetny pomysł i… kurczę! To się musi udać. Chodzi o życie setek kobiet.

– Co to znaczy, że musi się udać?

– Po pierwsze umów się z tymi dziennikarzami na pasujące im terminy. A po drugie: nie załamuj się!!! Jak się nie da drzwiami, to oknem.

– To chyba nie najlepsze powiedzenie w tej sytuacji.

– Jestem prawnikiem, a nie filologiem. Zresztą grunt, żebyście zrozumiały, o co mi chodzi. Pierwsze spotkanie jest tutaj, prawda?

– Tak.

Marta nadal była przybita i było to słychać w tym jednym, cichym słowie. Nie bardzo wiedziała, o co chodzi jej przyjaciółce. Co z tego, że spotkanie jest w Gdańsku, skoro nie da się go odpowiednio nagłośnić. Przyjedzie może kilka osób i projekt okaże się klapą. Urzędnicy cofną im dotację, gdy przeczytają raport.

– No! Myślisz zbyt konwencjonalnie. Organizujecie wielką akcję, ale promocje możecie mieć… hm… powiedzmy lokalną. W końcu najlepszy jest marketing szeptany.

– Ale nie zrobimy teraz marketingu szeptanego – zauważyła cicho Marta.

– A właśnie, że tak. Ilu ludzi znamy?

– Na naszej klasie mam ponad stu znajomych, ale tylko część z Trójmiasta? – Ania chyba też nie bardzo wiedziała, o co chodzi Tosi.

– Nie o takich znajomych pytam. W samej tylko twojej szkole pracuje kilkanaście kobiet. A kilkadziesiąt się w niej uczy.

Ania spojrzała na Tosię zaskoczona. Nie pomyślała o takich znajomych.

– W mojej kancelarii pracuje ledwie kilka pań, ale namówię szefa, żeby każdej kobiecie, która pójdzie na spotkanie dał w tym dniu wolne.

– Zwariowałaś?

– Nie. Osobiście wręczę mu ulotkę.

– No tak, ale to tylko kilka kobiet – zauważyła sceptycznie Marta.

– Tak, ale każda ma kilka koleżanek, dla których dostaną ulotki. A przez kancelarię codziennie przewija się co najmniej kilka klientek. Zawsze podchodzą do pani Basi. I to na jej biurku znajdzie się informacja o wykładzie.

– Wiem! A ja w tym tygodniu zrobię kilka lekcji o zdrowiu. Dzieciaki zapytam, jakie znają choroby, na pewno któreś wymieni raka. Z dorosłymi pogadam poważniej o zapobieganiu. A na koniec dostaną ulotki – dzieciaki dla rodziców, dorośli dla siebie i swoich znajomych. Wiecie co? Zaproszę nawet te wredne baby w sekretariacie.

– Aha, w każdym sekretariacie albo dziekanacie musi siedzieć choć jedna wredna baba – Marta zauważyła już nieco weselej.

– A co do dziekanatu – pogadaj ze Sławkiem i Magdą. Są na studiach, mają setki znajomych i dostęp do recepcji akademików.

Marta spojrzała na nie wciąż jeszcze nieprzekonana.

– Ale w ten sposób nie dotrzemy do szerszego grona, a tylko do wybranych grup społecznych.

– No dobra – zgodziła się Anka. – A od czego są darmowe gazetki. Te chętnie poprą akcję i napiszą o niej.

– Wykorzystajcie też Internet.

– Umieściliśmy wiadomość na naszych stronach i stronach zaprzyjaźnionych stowarzyszeń.

– To za mało. Zacznij od Trójmiasto.pl, może większe portale się zainteresują.

– Myślisz?

– No, skoro „Zwierciadło” się zainteresowało…

Marta uśmiechnęła się.

– Wiecie co? Jak to było w tym filmie? Na nikogo w życiu nie mogłam tak liczyć jak na was.

– Tak, tylko to było do robotników na budowie.

Marta zaśmiała się i w jej oczach znów zabłysły iskierki.

– Dziewczyny!

– Co?

– Kocham was. A teraz lecę. Muszę poodpisywać na mejle. Jeszcze pomyślą, że mi nie zależy.