Rozdział 2. Pierwsze spotkanie

Poprzedni

 

Przemek podjechał do Edyty koło dziesiątej. Był ubawiony sytuacją, a jeszcze bardziej tym, że Edyta dała się wrobić w świąteczny materiał.

‒ Ja mogę kręcić wszystko – rzucił, kiedy powiedziała, że cieszy się tylko z tego, że to z nim będzie pracować. Lubiła go, był najlepszym kamerzystą, a przy tym mieli podobne poczucie humoru i podejście do życia. Tym razem jednak nie podzielała jego wesołego nastroju.

‒ To gdzie jedziemy?

Podała adres.

Osiedle bloków z wielkiej płyty straszyło szarymi elewacjami i odrapanymi płotami, w większości niekompletnymi. Tyle pozostało z chluby PRL-u. Mieszkania tu nadal cieszyły się popularnością, bo były tańsze niż te budowane na nowych osiedlach. Ale okolica nie zachęcała do zamieszkania.

Znaleźli blok numer trzydzieści. Domofon był wyrwany, więc od razu weszli na trzecie piętro i zapukali do mieszkania numer osiemnaście. Kobieta, która im otworzyła, była szczupła i nie wyglądała na swój wiek. Miała farbowane na jasny brąz włosy sięgające podbródka. Ubrana była w spodnie, dopasowany t-short i kardigan przewiązany luźno paskiem. Edyta zauważyła lekki makijaż i pomalowane na pastelowy róż paznokcie. Nie tego się spodziewała.

‒ Pani Edyta i pan Przemysław – stwierdziła pani Maria Wolska. ‒ Zapraszam do środka, właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

W korytarzu stała wielka lakierowana szafa, z której właścicielka wyjęła wieszaki. Drzwi do łazienki i jednego z pokoi, pomalowane farbą olejną na kremowo, były zamknięte. Weszli do drugiego pokoju, pomalowanego na jasny żółty. Na zielonym wypoczynku leżała beżowa kapa. Przed kanapą stała ława nakryta koronkową serwetą. Naprzeciwko stał stary telewizor otoczony kwiatami doniczkowymi. Boczną ścianę zajmowała lakierowana meblościanka, którą zdobyły kryształowe wazony, miski i porcelanowe filiżanki. Całości obrazu dopełniał zielony dywan przykrywający prawie całą powierzchnię podłogi i bukiet z suszonych kwiatów stojący na ławie. Edyta miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o jakieś trzydzieści lat. Przemek rozglądał się ciekawie, pewnie planując już rozłożenie sprzętu.

‒ Ciągle trudno mi w to uwierzyć – powiedziała pani Maria, wnosząc z kuchni tacę z herbatą i ciasteczkami. ‒ Dlaczego telewizja interesuje się zwykłą emerytką?

‒ No cóż. Widocznie nie jest pani zwykłą emerytką. Święta to dobry moment, żeby pokazać ludziom ich sąsiadów, którzy robią coś ciekawego.

‒ A jak to będzie wyglądać? Bo wie pani, do tej pory nigdy nie występowałam w telewizji.

‒ Najpierw kwestia formalna. Tu są dokumenty, które musi pani podpisać. Umowa, zgoda na upublicznienie wizerunku i kilka innych. Proszę je uważnie przeczytać, jutro omówimy kwestie, które będą niejasne. O której pani wstaje?

‒ Zwykle przed szóstą.

Edyta skrzywiła się w myśli.

‒ W takim razie będziemy tu koło szóstej. Będziemy kręcić wszystko, co pani robi w ciągu dnia począwszy od śniadania aż do kolacji. Bardzo proszę, żeby robiła pani wszystko tak jak zawsze. Istnieje wielka pokusa, żeby przed kamerą pokazać się od jak najlepszej strony, ale na nagraniach od razu widać, kiedy jest naturalnie, a kiedy nie. Będziemy pani towarzyszyć przez tydzień, w trakcie nagrań będę zadawać pytania, potem przez dwa dni zajmiemy się montażem. Dwudziestego czwartego przyjedziemy na kolację jako obserwatorzy, proszę w żadnym wypadku nie traktować nas jak gości. Reportaż pójdzie na wizji dwudziestego szóstego o osiemnastej. Będzie trwał pół godziny.

‒ Jest pani bardzo konkretna. Czy będę mogła zobaczyć to, co nakręcicie, przed upublicznieniem?

‒ Materiał będzie montowany od dwudziestego drugiego, potem dodamy do niego fragmenty z Wigilii. Dwudziestego czwartego mogę przynieść to, co będziemy mieli, ale nie gwarantuję, że zmiany będą możliwe.

‒ Rozumiem. Innymi słowy podpisuję cyrograf i godzę się z góry na wszystko.

Edyta nie była pewna, czy to żart, ale wymusiła uśmiech. Pomyślała, że to może być rozwiązanie: jeśli pani Wolska się nie zgodzi, to ona nie będzie miała czego kręcić. Tylko czy Robert zrozumie?

Maria uśmiechnęła się serdecznie.

‒ Żartuję. Pan Robert wszystko mi wyjaśnił i tylko nie mógł powiedzieć, kto będzie reporterem.

Tym razem Edyta nie zdołała ukryć zaskoczenia, choć przecież mogła się domyślić, że naczelny wszystko już nagrał.

‒ Ach, pan Robert nie powiedział pani, że już się zgodziłam – pani Maria roześmiała się. ‒ Czułam, że coś kombinuje, ale obiecał mi pewną przysługę, jeśli zgodzę się wystąpić. Spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to człowiek z wielkim darem przekonywania.

Przemek oderwał wzrok od okna.

‒ Można to też tak ująć. Czy mogę zobaczyć resztę mieszkania? Będę chciał ustawić tu kilka kamer, żeby nie wozić ich ciągle ze sobą.

‒ Ależ oczywiście. Obawiam się jednak, że w domu nie spędzimy wiele czasu. Ja często wychodzę. Aha, i nie mam samochodu, korzystam z autobusów.

Edyta spojrzała na Przemka pytająco.

‒ Da radę. Ale mieszkanie i tak bym obejrzał, żeby zaplanować sobie, jak kręcić.

Kuchnia była mała. Na podłodze leżało gumoleum ze wzorem parkietu, na środku przykryte jasnym dywanikiem. Pod jedną ścianą znajdowały się szafki pomalowane na biało, pod drugą – niewielki stół z dwoma krzesłami, przykryty ceratą w biało-szarą kratkę. Biała lodówka zajmowała kąt przy oknie, pod którym znajdował się blaszany zlewozmywak. W drugim kącie stała stara kuchenka gazowa.

‒ Trochę tu ciasno. Ale stojąc w drzwiach, będę mógł nakręcić całe wnętrze. Czy w kuchni często świeci słońce?

‒ Rano, okno jest od wschodu.

‒ Ok.

Drugi z pokoi był malutki i pomalowany na ten sam jasnożółty kolor, co poprzedni. Stała tam tylko szafa, biurko i sofa zarzucona szydełkowymi poduszkami. Na biurku leżało kilka książek obłożonych w szary papier. Jedyną nową rzeczą był laptop. Na ścianie wisiało kilkanaście fotografii w drewnianych ramkach.

Łazienka była równie skromna. Ściany pomalowano na biało. Nad zlewem wisiało lustro z półką, obok stał płytki regał, na którym znajdowały się kosmetyki i detergenty przesłonięte zasłonką w niebiesko-granatowe paski. Wanna obudowana była granatowymi płytkami, które pokrywały także podłogę. Na środku leżał biały tkany dywan. Za drzwiami znajdowała się stara pralka automatyczna i granatowy kosz na ubrania. Okna oczywiście nie było.

‒ Śniadanie je pani w kuchni, czy w pokoju? ‒ zapytał Przemek.

‒ W kuchni. Potem sprzątam przez jakieś pół godziny. Piję kawę i wychodzę. Wracam około trzeciej i jem obiad – w kuchni. Popołudniu czytam, oglądam telewizję, czasem idę na spacer, jeśli jest ładna pogoda. Czasem idę na zakupy. Często przygotowuję coś do jedzenia na kolejny dzień. Kładę się wcześnie, koło dziewiątej, chyba że jest jakiś ciekawy film albo program. A właśnie – zwróciła się do Edyty – miałam zapytać, czy może widziałam jakiś pani reportaż.

‒ Być może ostatni. Był puszczany ostatnio i ze dwa razy powtarzany. „Władza do kupienia”.

Pani Maria pokiwała głową z uznaniem.

‒ Tak. To widziałam. I to wszystko prawda?

‒ Tak. Jestem dziennikarką, pokazuję tylko prawdę.

‒ Pewnie wiele osób jest teraz na panią złych.

‒ Pewnie tak. Ale jeśli są w stanie udowodnić mi kłamstwo, niech idą z tym do sądu. Ja nie mam czego się wstydzić.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Bezkompromisowa i broni pani swego. To dobrze.

Edyta uznała, że wystarczy jej na dziś, i postanowiła się pożegnać.

‒ Proszę przeczytać umowy. My musimy już iść. Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

‒ Nie chcecie wiedzieć, gdzie jutro będziemy jechać?

‒ Nie.

Pani Maria podała im kurtki.

‒ Ale bieda – rzucił Przemek, kiedy tylko weszli do samochodu. ‒ Będę musiał kombinować, żeby nie odbijać się w tych wszystkich polakierowanych szafach.

‒ Zrobisz piękny materiał o wnętrzach z lat osiemdziesiątych. „Cud komuny nadal stoi”. Kurwa, w co ja się wpakowałam!

‒ Uuuu…

‒ Mogłaby chociaż wyglądać jak zapyziała babcia emerytka, a nie podstarzała bizneswoman.

‒ To tak wyglądają podstarzałe bizneswoman? ‒ Przemek najwyraźniej dobrze się bawił, podsycając gniew Edyty.

‒ Nie zauważyłeś, w co była ubrana?

‒ No, w spodnie, koszulkę i sweter.

Edyta spojrzała na niego jak na debila.

‒ No co?

‒ To były markowe ciuchy warte ponad pół twojej pensji.

Przemek zagwizdał.

‒ Może wystroiła się w swoje najlepsze rzeczy, żeby zrobić wrażenie?

‒ Ty nic nie rozumiesz!

‒ Wiem jedno: praca z tobą to czysta przyjemność.

Edyta zdusiła wrzask, który zbierał się w jej piersi.

Następny

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny

Trzydziesty szósty tydzień ciąży

Poprzedni

Postanowiłam, że pora zacząć pracę w domu. Lekarz co wizytę chce mi wypisywać zwolnienie, nie przyjmując do wiadomości, że wcale nie chcę rezygnować z pracy. Do porodu jeszcze miesiąc, chciałam jeszcze dwa tygodnie pracować w firmie, ale jest mi po prostu ciężko. Dziś zahaczyłam drzwiami o brzuch. Większy już chyba nie będzie – a przynajmniej taką mam nadzieję. Przez niego kolebię się na boki, kiedy chodzę, czy raczej się turlam. Dojście na przystanek autobusowy zajmuje mi dwa razy tyle czasu, co przed ciążą. No i niestety – myślałam, że jak będę miała taaaaaki balon z przodu, to w autobusie znajdzie się ktoś dobry, kto ustąpi miejsca. Się przeliczyłam. Dwa razy mi się zdarzyło, że ktoś mi ustąpił. Raz była to młoda dziewczyna (pewnie ma nadzieję, że jak sama będzie brzuchata, to jej też ustąpią), drugi – starszy facet, prawie dziadzio (aż trochę wstyd mi było, bo to jemu powinni miejsca ustąpić). Wszyscy na mój widok nagle strasznie są zainteresowani widokiem za oknem, komórką czy szwem na torebce. Tyle tylko, że chyba nie powinnam marudzić. Sama nigdy kobiecie w ciąży nie ustąpiłam, bo wydawało mi się, że skoro chciała dzieciaka, to znaczy, że ma siły. Ja dzieciaka nie chciałam, nogi mam spuchnięte do granic możliwości, ale… kryteria pozostają te same.

W każdym razie dziś po raz ostatni pojechałam do firmy, zabrałam laptopa i telefon komórkowy.

– Będzie mi tu ciebie brakować – powiedziała Iza.

– Spokojnie. Mam jeszcze miesiąc do porodu, to zdążymy nad wszystkim zapanować i po porodzie łatwiej będzie mi wrócić. Zresztą – robimy to samo, co do tej pory, tylko teraz nie będziesz musiała mi przynosić herbaty. I o większość rzeczy będę cię prosiła mejlowo.

W sumie, to najgorzej zniósł to Jarek.

– Może jednak powinnaś wziąć zwolnienie?

– Może jednak nie.

– No wiesz, dla dobra dziecka.

– Jarek, nie pieprz. Dobrze wiem, że liczysz na to, że ZUS wypłaci mi zwolnienie, a ty zarobisz. Nic z tego, mam jeszcze ponad dwadzieścia dni zwolnienia do wykorzystania. Prędzej urodzę, niż one się skończą.

– Ok, ok. Uważam jedynie, że powinnaś bardziej o siebie dbać.

– Będę. Wystarczy, że nie będę musiała dojeżdżać do pracy, a zamiast tego pójdę na spacer.

– Tylko nie choć nigdzie sama. Bo jak zaczniesz rodzić, to nie będzie miał ci kto pomóc.

– Ja mieszkam sama.

Już wcześniej wiedziałam, że inteligencja Jarka tyczy się tylko pieniędzy. Jeśli o nie chodzi, łapie wszystko w mig. Pojmie najbardziej skomplikowaną operację, jeśli tylko jej bilans finansowy będzie dodatni dla firmy, znajdzie jej wszystkie słabe strony i ot tak stworzy wersje alternatywne. Jednocześnie jego umiejętności interpersonalne zatrzymały się na poziomie przedszkola. Zdaje się, że jego mózg zupełnie nie przyswaja tego, co dotyczy ludzi. Marlenę przez miesiąc nazywał Martyną, mimo że wszyscy go poprawiali. Co gorsza – właśnie tak ją nam przedstawił i biedna witając się, musiała każdemu powtórzyć, że ma na imię Marlena.

– A może na czas twojej nieobecności… no wiesz, zanim nie skończysz macierzyńskiego, wezmę kogoś na zastępstwo. Rozmawiałem z Mateuszem i w sumie to on mógłby na ten czas…

O nie! Nie dałam mu skończyć. A ja myślałam, że ten problem mam z głowy!

– Chcesz powierzyć dział handlowy komuś, kto cię okradał? Oszalałeś?!

– On mi wszystko wytłumaczył. Po prostu potrzebował pieniędzy. Obiecał, że wszystko odda, tylko że w terenie zarabia za mało.

Wychodzi na to, że jego inteligencję do kwestii finansowych też przeceniłam.

– Nie! Wiem, że to nie w porządku, że gdybym nie była w ciąży, to wszystko wyglądałoby inaczej. Owszem – wykorzystuję sytuację i wykorzystam ją do końca. Ale jedno mogę ci zagwarantować – dobrze na tym wyjdziesz. Gdyby miało być inaczej, nie pieprzyłabym się z kombinowaniem, tylko zrobiła ci sprawę o alimenty.

– Dobra, dobra, rób, co uważasz za stosowne. Ale masz rację, gdyby nie ta ciąża…

Wyszłam, żeby nie słyszeć, jak chce skończyć to zdanie.

Na pożegnanie czekała mnie jeszcze niespodzianka. Wszyscy zebrali się w moim gabinecie.

– Spodziewaliśmy się, że będziesz chciała przejść na pracę w domu. To dla ciebie i Henia. Niech się urodzi szybko, zdrowy i silny.

Otworzyłam torebkę. W środku był zestaw kosmetyków: scrub i balsam do ciała, i ciuszki – body z nadrukowaną muchą w grochy i spodenki w prążki.

– Dziękuję. Pewnie przez pół roku będziemy się rzadko widywać, ale możecie do mnie dzwonić i pisać. Obiecuję, że będę za wami tęsknić.

Praca w domu okazała się bardzo przyjemna. Przede wszystkim mogę pracować w łóżku. Rano nie muszę się tak spieszyć, a dodatkowa godzinka snu jest prawdziwym wybawieniem. Myślałam, że dopiero po porodzie się nie śpi, ale co godzinę, dwie wstaję do łazienki, więc spanie z tego żadne. A poza tym mogę przez cały dzień chodzić w szlafroku.

 

Trzydziesty trzeci tydzień ciąży

Poprzedni

Sylwia niestety ma powikłania, jeden maluch jest mniejszy od drugiego. Zabrali ją do szpitala i położyli na patologii.

– Będziemy cię odwiedzać.

– Powiedzieli, że prawdopodobnie będę musiała leżeć tu do końca. Pierwsza zobaczę twojego synka.

– A właściwie to jak masz zamiar go nazwać? – zapytała Renata. – Nie możemy mówić o nim ciągle: maluch, dziecko czy synek.

– Nie mam pojęcia, jeszcze się nad tym nie zastanawiałam.

– No, ale jak do niego mówisz…

– Nie mówię.

– Musisz do niego mówić. On cię przecież słyszy.

I w taki sposób dowiedziałam się, że powinnam do niego mówić, śpiewać mu piosenki i czytać wierszyki.

Sylwia i Patryk już wybrali imiona, ale na razie nie chcą ich nikomu zdradzić. Powiedzą nam dopiero, kiedy będą znali płeć dzieci. Oczywiście dziewczyny bardzo chciały mi pomóc i zaraz zaczęły wymieniać imiona, które ich zdaniem powinnam wybrać. Renata zaraz sprawdziła, jakie imiona są najpopularniejsze, żeby nie powielać schematów. W końcu wyszło na to, że mój syn będzie miał na imię Teofil.

– Chyba żartujecie.

– Oj, Teoś, Teo, ślicznie jest.

– Jak będę miała kota, to dam mu na imię Teofil. No błagam, Sylwia, chciałabyś, żeby twój syn miał na imię Teofil. Dzieciaki na podwórku będą na niego wołać Teofil-pedofil.

– Kurczę, to o to chodziło Patrykowi, jak się nie chciał zgodzić. Powiedział, że mały miałby przesrane na podwórku.

Renata jednak obstawała przy swoim, twierdząc, że dzieciaki są głupie, a imię jest eleganckie. A poza tym jej dziadek miał na imię Teofil i to był bardzo porządny człowiek.

– Zresztą dzieciaki do każdego imienia wymyślą coś idiotycznego.

Wizyta się skończyła, wróciłam do domu, ale to imię nie dawało mi spokoju. W końcu postanowiłam poradzić się faceta i zadzwoniłam do Dominika.

– Chciałbyś mieć na imię Teofil?

– Nie. Ale ja mam na imię Dominik, więc nie powinienem się wypowiadać.

– Dlaczego? Mnie się podoba twoje imię.

– Dominika jest ładnie, Dominik jest beznadziejne.

– A jak chciałbyś mieć na imię?

– Jeśli myślisz o tym, że powiem ci, jak masz nazwać syna, to się mylisz. Ale wybierz takie imię, żeby się go nie musiał wstydzić.

– No to Teofil odpada.

– Zdecydowanie.

Jedna opinia po mojemu. Upewniłam się jeszcze u Łukasza, który stwierdził, że Teofil nie jest fajny. Wiedziałam! To nie rozwiązuje mojego problemu.

Wieczorem spróbowałam mówić do małego. Na początku nie bardzo wiedziałam, co mam mówić, ale potem jakoś samo wyszło. Pogłaskałam brzuch.

– Cześć, maluchu. Jestem twoją mamą.

I kiedy tylko skończyłam to mówić, on kopnął mnie właśnie tam, gdzie trzymałam rękę. Wiem, że to tylko przypadek, ale w tym momencie byłam tak zaskoczona – zupełnie jakby mi odpowiedział. I jakoś tak samo z siebie wyszło, że zaczęłam mu mówić o tym imieniu, jak to trudno wybrać takie, żeby on nigdy nie musiał żałować tej mojej decyzji. A potem wpadłam na pomysł, że to on sam wybierze imię. Otworzyłam kalendarz i zaczęłam czytać imiona, czekając, aż mnie znowu kopnie. Na początku wybierałam tylko te, które mi się podobają, ale potem czytałam jak leci. Nawet się zaczęłam podśmiewać, że będę na niego mówić Waluś albo Konciu. Młody kopnął, kiedy doszłam od drugiego marca, a ja uznałam, że to nie jest zły pomysł. Mały Henio, łobuz Heniek, pan Henryk, czy w końcu Henry. Zawsze będę mogła mówić na niego Harry. Brudny Harry, jak się nie będzie chciał kąpać.

Następnego dnia poszłam do księgarni i kupiłam Heniowi wierszyki Tuwima. Nie mogłam się też powstrzymać i poszłam kupić dla niego ciuchcię, do kompletu. Znalazłam taką fajną, pluszową. Jak się pociągnie za komin, to lokomotywa wibruje. Przykładam ją do brzucha, kiedy czytam mu „Lokomotywę”. Może to głupie, ale tego wieczoru poczułam się po raz pierwszy mamą.

Następny

Trzydziesty drugi tydzień ciąży

Poprzedni

Urlop się skończył, a z nim słodka laba. W pracy oczywiście nie działo się nic, z czym zespół nie dałby sobie rady. Franek nie całkiem radzi sobie z komputerem i Bartek musi mu dużo pomagać, ale kiedy zapytałam go wprost, czy uważa, że to był zły wybór, powiedział:

– Nie ma ludzi idealnych. Po prostu potrzebuje więcej czasu na oswojenie się z programem.

Postanowiłam wybrać jeszcze jedną osobę z tych, z którymi rozmawiałam. To powinno przywrócić równowagę w dziale i pozwolić dobrze mu funkcjonować w czasie mojej nieobecności.

Zapisałam się na szkołę rodzenia. Kurs trwa sześć tygodni, więc to ostatni moment. Pierwsze zajęcia dotyczyły akurat prawa dotyczącego kobiet ciężarnych i matek. Z grubsza większość rzeczy wiedziałam. Ale ostatnio tak się pozmieniało w urlopach, że większość pytań dotyczyła tego, jaki jest zasiłek w której części i tak dalej. Najpierw myślałam, że mnie to nie dotyczy, bo przecież ja po kilkunastu tygodniach wrócę do pracy, a wcześniej i tak wszystkiego będę doglądać z domu. Ale potem się okazało, że na rodzicielskim można łączyć pracę z urlopem. Musiałam to sobie przemyśleć i przeliczyć. W piątek poszłam do Jarka, żeby porozmawiać.

– Chcę z tobą porozmawiać o mojej nieobecności.

– Nie było cię tylko tydzień.

– Przyszłej.

Naprawdę nie wiem, dlaczego się zdziwił.

– Chciałam wrócić do pracy od razu, po czternastu tygodniach po porodzie, ale zmieniłam zdanie.

– Ale to wszystko zmienia. Chcesz zostawić dział na pół roku?

– Bynajmniej. Nie upadłam na głowę, tylko odkryłam kilka nowych możliwości.

– Zamieniam się w słuch. Pewnie wszystko już zaplanowałaś, a ja tylko muszę to klepnąć.

Teraz mu się na żarty zebrało.

– Ktoś tu musi mieć jaja!

– Dobra, chcesz być wulgarna, to proszę bardzo.

– Po prostu posłuchaj. Wezmę od razu cały rok macierzyńskiego i w miarę możliwości od razu wrócę do pracy.

– To niedozwolone.

– Zabronione też nie jest. Kruczkiem jest umowa zlecenie. Dasz mi umowę zlecenie na dwie godziny dziennie, praca w domu. Niewiele, ale wszystko musi być tak przygotowane, żeby nikt nie mógł się przyczepić.

– To znaczy kto?

– Choćby ZUS czy PIP. Ale to nie wszystko. Umowa będzie na dwie godziny, ale mam zamiar pracować normalnie w miarę możliwości. Resztę kasy dasz mi gotówką.

– A co ja z tego będę miał?

– Chyba nic. Ale nie myślałam o tobie, tylko o sobie. Po powrocie muszę zatrudnić nianię, będę potrzebowała pieniędzy. Wolisz to, czy dać mi podwyżkę?

Jakbym nie wiedziała, co powie.

– Czasem wkurza mnie to, że robisz tu, co chcesz.

– Wiem. Ale przez resztę czasu cieszysz się, że masz to z głowy. Dobrze ci było z romansem, teraz musisz się pogodzić z tym, jak jest. Mnie to też nie leży, ale nikt inny o mnie nie zadba.

– Wiesz dobrze, że bym cię w ten sposób nie zostawił.

– Wiem, wiem. Ty się zawsze zachowujesz tak, jak trzeba.

– Dobra. Możemy zrobić tak, jak mówisz.

No cóż. Wiedziałam, że się zgodzi. Prawie widziałam, jak w jego głowie obracają się malutkie kółka zębate. Od razu obliczył sobie, ile „zaoszczędzi” przez to, że przez pół roku nie będzie musiał opłacać mi składek i innych takich.

Muszę mu oddać sprawiedliwość – faktycznie na pewno zadbałby o mnie. Ale zrobiłby to w stopniu minimum, a ja na żadne minimum się nie zgadzam. Kiedy uprawialiśmy seks, nie dawałam mu minimum siebie.

Następny

Dwudziesty dziewiąty tydzień ciąży

Poprzedni

Ten tydzień był dla mnie prawdziwym wytchnieniem. W poniedziałek przyszedł Franek, bo tak kazał do siebie mówić, kiedy dowiedział się, że w zespole wszyscy są ze sobą na „ty”. Od razu wszyscy go polubili, bo przyniósł wielką blachę keksa własnego wypieku. Bartek dostał zadanie przeszkolenia nowego pracownika i postanowił zrobić to metodą rzutu na głęboką wodę, wręczając mu na początek listę stu klientów. Okazało się, że Franek nieźle sobie radzi, tylko komputer jest problematyczny. No, ale w pierwszym tygodniu nie ma co oczekiwać cudów. Tak, czy inaczej kamień z serca – dział zaczyna funkcjonować w miarę sprawnie. Jarek oczywiście też zachwycony. Wezwał mnie dziś do gabinetu. Najpierw próbował zagadywać o dziecko i moje życie, ale potem stwierdził tylko:

– Wiesz? Sprzedaż naprawdę świetnie funkcjonuje. Ja mam w końcu trochę czasu, Dorota jest zadowolona, wiesz, przestała mi robić ciągłe awantury z zazdrości. No i dzieciaki szczęśliwe. Powinienem wcześniej na to wpaść.

Nareszcie odetchnęłam i to z uśmiechem, bo Krystyna, nasza firmowa zagorzała stara panna, zaczęła pod koniec tygodnia podrywać Franka, mimo że ten nosi na palcu obrączkę. Kogoś innego zaraz by po kątach obsmarowywała, że niemoralny, bo małżeństwo to świętość. Tymczasem w piątek miała krótszą spódnicę i nowe szpilki, choć do tej pory nosiła klasyczne pantofle, góra pięć centymetrów, i spódnice do kolana. Założyliśmy się, kiedy przyjdzie do pracy w obcisłych dżinsach, bo kiedyś powiedziała, że „to strój dla gówniar i desperatek, które na niekoniecznie zgrabny tyłek chcą wyrwać faceta”. Rzeczony cytat pamiętała Marlena, za co wszyscy byli jej wdzięczni. Przegrani przynoszą do pracy czekoladę. Ja obstawiłam środę za dwa tygodnie.

Po naprawdę spokojnym tygodniu w pracy, z przyjemnością poszłam na urodziny Renaty. Sławek nagotował i napiekł pyszności. Sylwia była z nami wirtualnie, to znaczy Renata postawiła na stole laptopa z odpalonym Skypem. Impreza była kameralna, Przyszła jeszcze jedna znajoma para – Magda i Rafał – oraz kolega Sylwka, chyba do pary ze mną. Sprytnie to sobie wymyśliła, a co najciekawsze jej plan ma szanse powodzenia, bo Łukasz okazał się bardzo interesujący. Wieczór upłynął błyskawicznie i bardzo przyjemnie, potem Łukasz odwiózł mnie do domu. Zaprosiłam go do siebie na herbatę i sytuacja wymknęła się spod kontroli. Wszystko oczywiście zrzucam na hormony, które szaleją, szaleją, i na fakt, że jestem ostro wygłodzona. Zdążył tylko wyszeptać:

– Nie zrobimy krzywdy dziecku?

– Nie.

Było bosko! Rano była powtórka, a potem śniadanie. Potem niestety Łukasz musiał iść, ale umówiliśmy się na następny piątek i wiele sobie obiecuję po przyszłym weekendzie.

Po południu odwiedziłam Sylkę. Ostro mnie opieprzyła, kiedy opowiedziałam jej o upojnej nocy z Łukaszem.

– Na łeb upadłaś? Przecież ty się spodziewasz dziecka!

– I jemu to zupełnie nie przeszkadzało.

– Oczywiście, bo pewnie po tej nocy więcej go nie zobaczysz.

– Och, dajże spokój. Przecież ja się nie zamierzam z nim żenić.

– Chyba wychodzić za mąż.

Na chwilę zamilkła, szykując nowe argumenty.

– Ale pomyśl… – zaczęła

– Sylwia, ja już największą głupotę w życiu zrobiłam. A tak mam przynajmniej seks udany. Przez pół roku nic, to wiesz, jaka ja jestem wyposzczona?

– Mogę sobie wyobrazić.

No tak, ona następny raz pobzyka się z Patrykiem dopiero po porodzie.

– Dajże spokój. W ciążę z nim nie zajdę, nie zakochałam się jak ostatnia idiotka, a odrobina seksu dobrze mi zrobi.

– Ok, ok, już nic nie mówię.

Nie nakłamałam Sylwii, ale nie powiedziałam jej też, że trochę mi serducho pika na myśl o randce. Już dawno na żadnej nie byłam.

 Następny

Dwudziesty ósmy tydzień ciąży

POPRZEDNI

Tydzień upłynął pod znakiem rekrutacji. Iza wszystkie rozmowy umówiła na poniedziałek i wtorek. Już po poniedziałki wiedziałam, że nie będzie tak łatwo jak się spodziewałam.

Kandydaci byli świetni – wszyscy z doświadczeniem, rozmowa była czystą przyjemnością. Żadnego pitu pitu rekrutacyjnego i pytań typu „Jaka jest pani/pana największa porażka?”. Niestety kiedy dochodziło do tematu wynagrodzenia, padały kwoty z kosmosu, choć w anonsie podaliśmy widełki płacowe. Prawdę mówiąc, we wtorek byłam załamana i znów przeglądałam zgłoszenia, szukając osób z mniejszym doświadczeniem i, oby, mniejszymi wymaganiami. Już nawet odłożyłam kilka CV, kiedy usłyszałam, jak Iza odbiera telefon. Dzwonił ktoś, kto aplikował i chciał się dowiedzieć, czy ma szanse na rozmowę. Nie zastanawiając się długo, kiwnęłam na nią, żeby umówiła tę osobą na następny dzień. Skoro ktoś sam dzwoni, to mu zależy, a ja lubię osoby, które nie siedzą na kanapie i nie czekają. Potem poszukałyśmy papierów pana Franciszka. Okazało się, że odrzuciłyśmy je dawno temu, nawet teraz do nich nie wracałam. CV było fatalne – same ogólniki, jakieś mało istotne informacje o szkołach, kursach. Choć miał doświadczenie, to od siedmiu lat nie pracował. A najgorsze, że miał sześćdziesiąt dwa lata. Emeryt. Ale skoro już byliśmy umówieni, nie było odwrotu.

To była najdziwniejsza rozmowa o pracę, w jakiej uczestniczyłam. Zaczęło się od tego, że pod firmę podjechał facet na rowerze. Był ubrany na sportowo i po sylwetce widać było, że prowadzi aktywny tryb życia. Poprosił o możliwość skorzystania z toalety przed rozmową. Tam się przebrał w bardziej oficjalny ubiór. Pierwszy plus.

Miał sympatyczną twarz dziadka, gładko ogoloną, ze złotymi oprawkami okrągłych okularów. Kiedy się odezwał, okazało się, że ma bardzo niski i przyjemny głos, który bynajmniej nie wskazywał na jego wiek. Odnotowałam to w pamięci. Taki głos może być bardzo pomocny, w końcu często kontaktujemy się z klientami telefonicznie. Drugi plus.

Spodobało mi się również, że jest uśmiechnięty i wydaje się bardzo spokojny.

– Dlaczego miał pan tak długą przerwę w pracy?

– Kłopoty zdrowotne. Potrzebowałem kilku lat, żeby wrócić do zdrowia po zawale, ale teraz jestem w doskonałej kondycji. Szukam pracy od około dwóch lat, niestety wiek działa na moją niekorzyść.

– Jest pan szczery.

– Nie ma czego owijać w bawełnę, szczególnie, jeśli miałbym tu pracować.

– W takim razie proszę mi powiedzieć, czym się pan wcześniej zajmował.

Okazało się, że facet ma fantastyczne doświadczenie, na dodatek opowiadał o tym wszystkim w sposób niezwykle przemyślany. W pewnym momencie ocknęłam się – ten facet potrafi się sprzedać.

– Ma pan fatalnie napisane CV. Gdyby pan nie zadzwonił w odpowiednim momencie, nie zaprosiłabym pana na rozmowę.

– To by wyjaśniało, dlaczego od dwóch lat zapraszały mnie co najwyżej firmy szukające akwizytorów. Pomagał mi młody człowiek z urzędu pracy. Mówił, że to wystarczy, że trzeba być lakonicznym, nie ma co się rozpisywać, bo szczegóły się podaje na rozmowie.

– Cóż. W takim razie proszę powiedzieć, jak ocenia pan swoją znajomość komputera? W CV nic pan o tym nie napisał.

– Pracowałem na komputerze w poprzedniej pracy, ale pewnie wiele się zmieniło. W domu głównie przeglądam internet, trochę gram z wnuczkiem. Mam pocztę mejlową, piszę dość szybko. Jeśli będzie trzeba, wszystkiego się nauczę, mogę iść na kurs.

– No dobrze. To dlaczego mam przyjąć pana, a nie kogoś innego?

– Cóż – jestem dyspozycyjny, dzieciaki mam odchowane, mogę pracować w nadgodzinach i wyjeżdżać. Bardzo mi zależy i jeśli czegoś nie wiem, to się dowiem, douczę. Pracę cenię, mogę się jej spokojnie poświęcić. Poza tym zgodzę się pracować za najniższą pensję – uśmiechnął się.

– Tak, co do pensji, to zna pan nasze widełki.

– Oczywiście. W tej chwili bardziej zależy mi na umowie o pracę, choćby czasowej, bo brakuje mi kilku miesięcy do pełnego wymiaru emerytury, czego nie będę ukrywał. Natomiast mogę powiedzieć, że po tych kilku latach bezrobocia, nie śpieszy mi się na emeryturę.

Może gdyby tydzień wcześniej nie odwiedzili mnie rodzice, nawet bym się nie zastanawiała. Teraz jednak… Moja mama po tylu latach wyszła z domu i widzę, jak ważne to jest dla niej. Poza tym nie mogłam nie przyznać, że ze wszystkich rozmów, które odbyłam, ta była najsensowniejsza. Spodobało mi się to, że pan Franciszek nie unika trudnych tematów i wprost nazywa pewne rzeczy. Wręcz mi tym zaimponował. W końcu postanowiłam zaryzykować. A zresztą – co to za ryzyko. Najpierw będzie umowa na trzy miesiące, akurat do czasu mojego porodu. Potem zaproponuję panu Franciszkowi umowę na dwa lata. A co potem, to się zobaczy.

NASTĘPNY

Po co ten redaktor, po co?

Jestem redaktorem. Całkiem niezłym. Co robię? Czytam książki. Wydawałoby się, że to praca jak marzenie: siedzę sobie, kawka, książeczka… Otóż nie do końca.

Redaktor to pierwszy czytelnik. Musi być surowy, bo jeśli on czegoś nie dopatrzy, to kolejni dadzą autorowi bobu. Redaktor ma się czepiać. Wszystkiego. Przecinków przede wszystkim, ale treści, stylu i nawet merytoryki, jeśli coś mu nie pasuje. Redaktor czyta wszystkie książki: powieści, wiersze, opowiadania, ale też prace naukowe. Tak. Większość redaktorów spędza cudowne godziny nad rozprawami filozoficznymi, pedagogicznymi, matematycznymi i innymi. Naprawdę cudowne. Okazuje się nawet, że można sprawdzać książkę i wyłapywać błędy, nie bardzo rozumiejąc, co się czyta. Z literaturą piękną problem jest tylko taki, że nie powinno się zbyt ingerować w styl autora, a już w ogóle w treść. Co najwyżej można autorowi zasugerować to i owo, ale delikatnie.

Co jeśli redaktor się nie czepia? Wychodzą wydawnicze buble. Niestety. I niestety wciąż się na takie buble natykam, i wkurza mnie niemiłosiernie taka fuszerka.

Przykłady: dziecku kupiłam wznowienie „Koziołka Matołka”. Na redakcyjnej nie ma nawet wzmianki, że była jakakolwiek korekta, o redakcji nie mówiąc. I to widać. Makuszyński pisał swoje dzieło dość dawno, interpunkcja się od tego czasu zmieniła. Książka jest dla dzieciaków, ale roi się w niej od błędów (przecinki przed „lub” i inne takie). No wypadałoby choć korektę zrobić i takie najgrubsze rzeczy poprawić. Aha – z oryginałem nie sprawdzałam, bo nie mam jak, ale jeśli w oryginale są błędy to można, a nawet trzeba je poprawić. Mówimy o wznowieniu, a nie o edycji krytycznoliterackiej!

Ale jeszcze bardziej wkurza mnie, kiedy na stronie redakcyjnej nazwisko redaktora jest, a w książce błąd błędem pogania. Czytam i oczom nie wierzę. Czytam więc teraz sagę fantasy o światowej sławie. Tłumaczona oczywiście. Od tłumacza oczekiwałabym, że język ojczysty zna równie dobrze, jak obcy. Ale… to redaktor ma sprawdzić, czy w tłumaczeniu wsio w pariadkie. Najlepiej, jeśli sam potrafi zweryfikować tłumaczenie z oryginałem, ale jeśli nie, to ma przecież tego tłumacza, który powinien również dopilnować, żeby w tekście błędów czy nieścisłości nie było. W końcu to jego nazwisko jest na tytułowej! No więc czytam i szlag mnie trafia. Zdania ze składnią koślawą, błędy gramatyczne, a czasem to tekst się kupy nie trzyma.

Redaktor: szara eminencja tekstu. Dobry autor szanuje redaktora, bo wie, że dzięki niemu nie zaliczy wtopy. Bo we własnym tekście nie widzi się błędów – autor wam to mówi.

Dwudziesty siódmy tydzień ciąży

Poprzedni

Brzuszek urósł mi już dość, bym przestała się mieścić w większości ubrań, poszłam więc z Renatą na zakupy. Dlaczego ciuchy dla ciężarnych są takie drogie? Rozumiem niższy popyt i większe koszta produkcji, ale ceny są przesadzone. Jakoś jednak w firmie wyglądać muszę, a w nic się już nie mieszczę. Postarałam się wybrać takie fasony, które będę mogła nosić po porodzie. Renata oczywiście sceptycznie komentowała każdy model.

– Ta sukienka brzydko układa się na brzuchu.

– W tej bluzce nie masz w ogóle talii.

– Ta tunika ci się tu wybrzusza.

W końcu zorientowałam się, że Renata doskonale się bawi, wymyślają te wszystkie uwagi, w większości nieuzasadnione.

– Wiesz co?

– No co? Ja po prostu nie chcę, żebyś wyglądała jak wieloryb.

– Obawiam się, że na to za późno. I wypraszam sobie wieloryba. Ważę tylko dziewięć kilo więcej.

– Ok, ok. Nie znam się. To dużo, czy mało?

– W sam raz.

W końcu wybrałyśmy dwie sukienki, parę spodni i trzy tuniki. Wydałam na nie majątek, ale przecież muszę jakoś wyglądać jako dyrektor, zwłaszcza że w najbliższym czasie czeka mnie kilka spotkań.

Ogłoszenie napisane przez Izę przynosi niezłe efekty. Codziennie spływa do nas co najmniej kilka zgłoszeń. W sumie przez ten tydzień zebrałam ponad czterdzieści CV. To mnie nie zdziwiło, biorąc pod uwagę poziom bezrobocia, w zasadzie spodziewałam się nawet większego oddźwięku. Ale z tych czterdziestu wybrałam pięć osób, które mają spore doświadczenie w handlu. Byłam przekonana, że takich osób będzie mniej. Być może rzeczywiście tym razem nikt nie będzie nagrywał rozmowy, żeby umieścić ją na internecie.

Tymczasem w tym tygodniu zaskoczyła mnie żona szefa. Przyszła do firmy po raz pierwszy od tamtej rozmowy. Zmieniła się mocno na korzyść, widziałam, jak za jej plecami dziewczyny wymieniają spojrzenia.

– Dzień dobry, pani Beato – przywitała mnie uśmiechem i weszła, zamykając drzwi. Iza dyskretnie wymknęła się, zapytawszy tylko, czy ma zrobić dla nas kawę. Pani Dorota odmówiła.

– Ojej, a mąż mi nic nie powiedział – powiedziała, spoglądając na mój brzuch.

– A – machnęłam ręką, wygłaszając od dawna przygotowaną mowę. – Ciężarna w firmie to tylko problem.

– Oj, może inna. O pani to mąż tylko w superlatywach mówi. Ale ja tu przyjechałam, żeby pani podziękować.

– Mnie? Za co?

– A, bo pani postawiła mnie do pionu. Jak stąd wyszłam, to następnego dnia znalazłam kosmetyczkę i klub fitness, a w weekend pojechałam z córką na zakupy. I miała pani rację. Córka była przeszczęśliwa. „Mamo, musisz to mieć”. „Mamo, w tym będziesz zaje… znaczy zabójczo… wyglądać”. A najlepsze jest to, że wyleczyła mnie pani z tej chorobliwej zazdrości.

Musiałam mieć naprawdę zdziwioną minę, bo pani Dorota roześmiała się.

– No, może nie pani bezpośrednio. Ale szwagierka. W święta byliśmy razem u teściowej i szwagierka powiedziała mojemu mężowi, że musi na mnie uważać, bo wyglądam rewelacyjnie i to na pewno sprawka jakiegoś faceta. Miałam tego chyba nie słyszeć, ale cofnęłam się po kieliszek i podsłuchałam. Jarek na początku rzeczywiście był podejrzliwy, ale teraz zaczął się starać. Zaprasza mnie do teatru, restauracji, przynosi kwiaty. Na urodziny dał mi piękną biżuterię.

– W takim razie pozostaje mi tylko pogratulować. Cieszę się razem z panią.

– Ale ja muszę się jeszcze do czegoś przyznać i panią przeprosić.

Teraz zupełnie mnie zatkało.

– Bo ja wtedy pomyślałam, że co pani może wiedzieć, taka wystrojona i wymalowana, z tymi rudymi, modnie obciętymi włosami. Że pani, z takim wyglądem, na pewno nie jest zazdrosna o swojego chłopaka. I dopiero jak stąd wyszłam, to pomyślałam, że to przecież nie pani wina, że tak wyglądam. I że nic dziwnego, że Jarek nie chce na mnie patrzeć, jak w pracy ma takie młode i piękne kobiety.

– I za to chce mnie pani przepraszać? Że pomyślała pani, że ładnie wyglądam?

Pani Dorota uśmiechnęła się.

– Proszę dać spokój. Ludzie już gorsze rzeczy o mnie myśleli.

– No dobrze. A proszę mi zdradzić: będzie dziewczynka czy chłopiec?

– Chłopiec.

– To tatuś pewnie dumny.

– Tak – uśmiechnęłam się.

– To ja już nie przeszkadzam. Do zobaczenia, pani Beato.

– Do zobaczenia.

Następny

Dwudziesty piąty tydzień ciąży

Poprzedni

Wyniki trochę mi się zwichrowały. To pewnie przez stres ostatnich tygodni. Lekarz poradził mi jak najwięcej wypoczywać, wprost powiedział, że skoro nie mogę iść na zwolnienie, to powinnam choć na jakiś czas wziąć urlop. Odpowiedziałam, że zastanowię się nad tym. Najpierw muszę się upewnić, że ostatnie wydarzenia nie odbiły się na kondycji działu. Póki co mogę bez wątpienia stwierdzić, że atmosfera w pokoju zmieniła się diametralnie i to mimo dodatkowego obciążenia pracą. Zostaliśmy we czwórkę, a już po moim awansie Aśka i Marlena przejęły część mojej sprzedaży. Teraz razem z Bartkiem dzielą się obowiązkami Barbary i Mateusza, ale widać od razu, że nie na wszystko starcza im czasu. Przez miesiąc dadzą radę, ale potem zaległości zaczną się piętrzyć. Innymi słowy znów czeka mnie rekrutacja.

– No cóż, czeka nas sporo dodatkowej pracy. A chciałam wziąć urlop – pożaliłam się Izie.

– Na pewno nie będzie tak źle. Do jutra dam ogłoszenia, tylko będziesz musiała klepnąć tekst.

– Nie wiesz jeszcze, ilu idiotów zgłosiło się na twoje stanowisko. Zresztą chodź, coś ci pokażę.

Włączyłam Youtube’a i wyszukałam filmik. Była to jedna z rozmów o pracę, którą odbyłam poprzednio. Znalazł ją nasz specjalista od internetu, Bartek. Miała całkiem sporo wejść, ale w sumie czemu się dziwić: autor jako podkładu do rozmowy wybrał zdjęcia nagich modelek i akcesoriów erotycznych.

– Wtedy w ogłoszeniu nie było nawet wzmianki, czym się zajmujemy, bo nie było to istotne. Teraz nie możemy pominąć takiej informacji. Pewnie większość dowcipnisiów uda się wyeliminować już na etapie CV, ale nie wszystkich. No i oczywiście tych CV będzie dużo.

– Damy radę. Zaraz napiszę ogłoszenie i posprawdzam, gdzie warto je umieścić. Jak ominiemy największe serwisy i gazety, a skupimy się na branżówce, powinno się udać.

No proszę! Może jednak nie powinnam się tak bać. Poprzednio wybrałam doskonale, Iza znów zaskoczyła mnie swoją pomysłowością i trzeźwą oceną sytuacji. Kiwnęłam jej tylko głową. Przez resztę dnia widziałam jak stuka w klawiaturę i przeszukuje internet. A następnego ranka na biurku znalazłam strategię rekrutacji.

– Zrobiłam, co mogłam. Tu masz listę miejsc bezpłatnych i płatnych, tu są ceny, tu ogłoszenie w kilku wersjach. Założyłam też nową skrzynkę pocztową specjalnie do rekrutacji, żeby papiery nie zaśmiecały naszej. Będzie naszą bazą CV. Jak wybierzesz kandydatów, będę do nich dzwonić i umawiać spotkania. Rozmowy zostawiam tobie – uśmiechnęła się szeroko.

– Profesjonaliści mogliby się od ciebie uczyć – zażartowałam.

– Pomyślałam, że jak w telefonie ktoś usłyszy, że dzwoni asystentka dyrektora, to będzie dla niego sygnał, że to poważna oferta. Może to odstraszy kilku żartownisiów.

I co ja bym bez niej zrobiła? Będę musiała wymóc na Jarku, żeby przy przedłużaniu umowy dał jej podwyżkę. I to nie symboliczną stówę, tylko konkretne pieniądze.

W środę wpadłam do Renaty. Niby przypadkiem, a tak naprawdę chciałam zobaczyć, jak sobie radzi z nowym lokatorem. W drzwiach przywitał mnie Sławek i od razu zaproponował cappuccino. Kiedy przyniósł filiżankę, nie wierzyłam – Renata ma ekspres! To znaczy Sławek ma. I to nie byle jaki. Ale prawdziwego szoku doznałam, kiedy na stół wjechała jeszcze ciepła szarlotka z bitą śmietaną.

– To ty masz piekarnik? – zdziwiłam się.

– Ty też masz – odgryzła się Renata. – Ale ja mam faceta, który potrafi go obsługiwać.

No tak, zawsze musi być górą, choć sama pewnie w życiu niczego nie upiekła. Wybaczyłam jej, a potem zjadłam chyba pół deseru. Mam nadzieję, że karmienie piersią naprawdę pozwala schudnąć.

Renata wygląda na naprawdę szczęśliwą. Oczywiście kiedy tylko Sławek wyszedł usłyszałam, że musiała się pogodzić z tym wielkim ekspresem i mnóstwem garów. Na szczęście ona nie miała za wiele rzeczy w kuchni, więc dało się to upchnąć. Podejrzewam, że poranne cappuccino miało na to „godzenie się” spory wpływ. Kto wie, może jednak zabawimy się na jeszcze jednym weselu.

Następny