Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Pani Krystyna

Poprzedni

Pani Krystyna wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Siedziała w fotelu, ubrana w ciemnoróżowy dres z laptopem na kolanach. Na rozmowę zgodziła się od razu, tylko zgodnie z przewidywaniami dyrektora poprosiła o piętnaście minut. Kiedy Edyta przyszła z Przemkiem, pani Krystyna miała na sobie jasny sweterek i szarą spódnicę. Włosy zebrała w kok i rzeczywiście zdążyła zrobić sobie lekki makijaż.

‒ Pani Maria odwiedza panią co tydzień. Co robicie?

‒ Plotkujemy, robimy sobie manicure, wspominamy.

Edyta lekko uniosła brwi, zdziwiona.

‒ Ach, bo pani nie wie pewnie, że ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Ale hospicjum to nie jest miejsce żałoby. To nie jest dom pogrzebowy, i tu nie trzeba mówić szeptem. Choć większość osób mówi. Na początku bardzo się bałam, choć sama chciałam tu być. Rodzina katowała się, żeby zapewnić mi opiekę. Mąż zrezygnował z awansu, siostra ciągle się zamieniała z koleżankami na zmiany. Nie chciałam też, żeby dzieci widziały, jak czasem boli. Wolę, żeby zapamiętały mnie na nartach, a nie przykutą do fotela.

‒ Rodzina panią odwiedza?

‒ Tak, codziennie przychodzą.

‒ Po co więc wizyta pani Marii?

‒ Rodzina to co innego. Ich wizycie zawsze towarzyszy cierpienie, ich cierpienie. Oni jeszcze nie pogodzili się z faktem, że ja umieram. Wciąż jeszcze tli się w nich nadzieja, choć chyba sami nie zdają sobie z tego sprawy. A pani Maria akceptuje to, że pewnego dnia przyjdzie i mnie już nie będzie. Kiedy jestem z dziećmi, czasem zapada taka niezręczna cisza. One boją się mi powiedzieć, że w wakacje chcą jechać na obóz, bo w wakacje już mnie nie będzie. A z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

‒ Inni wolontariusze nie są tacy?

‒ Są kochani. Widać, jak bardzo współczują i starają się nas pocieszyć. Ale chyba tylko pani Maria nas rozumie. Sama wiele przeszła, jej mąż tu umarł. Pochowała rodziców i brata. Poza tym sama jest już w tym wieku, że myśli o swojej śmierci. Młodzi, choćby mieli najlepsze chęci, nie zrozumieją nas tak, jak ona.

‒ Dziękuję za rozmowę.

‒ Nie ma za co.

„Materiał o świętej” pomyślała Edyta, zastanawiając się, co dalej. Wizyta w hospicjum miała trwać jeszcze ponad trzy godziny. Ile peanów jeszcze ma nakręcić? Mdłe, mdłe, mdłe. Przemek poszedł przygotować nagranie we wspólnej sali, w której odbędzie się partyjka pokera, ona miała czas, żeby się zastanowić. Wciąż brakowało jej punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby poprowadzić widza, sprawić, że święta Maria stanie się człowiekiem.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny

Trzydziesty tydzień ciąży

Poprzedni

Postanowiłam mimo wszystko wziąć kilka dni wolnego i w ten sposób następny tydzień spędzę w… Zakopanem! Jeeeeee! Bilety kupione, hotel zarezerwowany. Namawiałam Renatę, żeby pojechała ze mną, ale niestety ma w pracy jakieś kongo i nie może się wyrwać. Cóż, już myślałam, że będę sama, a tu okazało się, że jednak jest ktoś, kto ze mną pojedzie. Tak, tak! Łukasz!

Wbrew przypuszczeniom Sylwii spotkaliśmy się w piątek na miłej kolacji. Na samym wstępie dostałam od niego pudełeczko czekoladek. Wieczór upłynął bardzo szybko. Łukasz jest inżynierem związanym z medycyną. Pracuje w firmie zajmującej się robotami, które pomagają chirurgom. Okazało się, że potrafi wspaniale opowiadać o swojej pracy. W część robotów, o których mówił, aż trudno uwierzyć. Albo są takie małe, albo tak skomplikowane, albo jedno i drugie. Ja też opowiedziałam mu o „robotach” z mojej branży. W efekcie zaśmiewaliśmy się z pomysłu stworzenia robota, który będzie umiał znaleźć punkt G. Byłby to z pewnością murowany sukces.

Kiedy wychodziliśmy z restauracji, zaczepiła nas cyganka.

– Taka piękna para z was, powróżę, co czeka.

Już miałam ją ominąć szerokim łukiem, bo kiedyś dałam się omotać i straciłam dwie dyszki w zamian za stek bzdur, ale Łukasz zatrzymał się.

– No chyba nie powie nam pani, że urodzi nam się dziecko.

– Że dziecko, to wiadomo, ale chłopiec, czy dziewczynka?

– To może nam to pani powie?

– A powiem. Za darmo powiem. Chłopiec.

Łukasz wyciągnął dychę.

– A co nam więcej powiesz, cyganko?

– Ojciec szczęśliwy, w oczach widać, że się chłopaka spodziewa. A mamusia śliczna. Piękna będzie z was rodzina. Dzidziuś zdrowy będzie, poród łatwy. Nie bój się z żoną do szpitala jechać. Kochać cię za to będzie jeszcze bardziej.

Łukasz nie wytrzymał i ryknął śmiechem.

– Pieniądze zatrzymaj, ale nie wróż już więcej, bo to ani moja żona, ani dziecko.

– Ale płeć się zgodziła – dodałam na pocieszenie.

Po wszystkim znów wylądowaliśmy w mojej sypialni. I znów było bosko!

Przy śniadaniu w końcu odważyłam się zapytać:

– A tak w ogóle, to kręcą cię ciężarna?

– Tak w ogóle, to nie. Ale ty mnie kręcisz.

Puścił do mnie oko.

– Ja jestem ciężarna.

– Teraz jesteś, za dwa miesiące nie będziesz. Ciąża to stan przejściowy.

– Będę za to samotną matką.

– Jak kiedyś będziesz chciała, to mi powiesz, dlaczego samotną. Ale mnie to nie przeszkadza. Ja za stary jestem na to, żeby zwracać uwagę na takie rzeczy.

– Błagam, jakie za stary?

– No wiesz, sama powiedz, jakbyś poznała fajnego faceta, który jest samotnym ojcem, to odpuściłabyś sobie tylko dlatego, że ma dziecko?

Uśmiechnęłam się. Pewnie, że bym nie odpuściła. Choć raczej nie byłabym przeszczęśliwa. Kiedyś. Teraz jakoś inaczej na to patrzę. Nie odpuściłabym i tak, ale chyba dziecko by mi nie przeszkadzało.

– Kurczę, znamy się od tygodnia, a tu takie poważne rozmowy.

– Sytuacja wyjątkowa, akcja szybko się rozwija, poza tym ja też lubię wiedzieć, na czym stoję. Tak więc mi to nie przeszkadza. Tylko nie planuj jeszcze ślubu.

Zaskoczył mnie tym stwierdzeniem i chyba było to widać, bo zaraz zaczął się śmiać. A za chwilę zupełnie mnie przestraszył, kiedy bardzo poważnym tonem powiedział:

– Choć dla takiej jajecznicy mógłbym się z tobą ożenić.

Niech to tylko usłyszy Renata.

Następny

Dwudziesty ósmy tydzień ciąży

POPRZEDNI

Tydzień upłynął pod znakiem rekrutacji. Iza wszystkie rozmowy umówiła na poniedziałek i wtorek. Już po poniedziałki wiedziałam, że nie będzie tak łatwo jak się spodziewałam.

Kandydaci byli świetni – wszyscy z doświadczeniem, rozmowa była czystą przyjemnością. Żadnego pitu pitu rekrutacyjnego i pytań typu „Jaka jest pani/pana największa porażka?”. Niestety kiedy dochodziło do tematu wynagrodzenia, padały kwoty z kosmosu, choć w anonsie podaliśmy widełki płacowe. Prawdę mówiąc, we wtorek byłam załamana i znów przeglądałam zgłoszenia, szukając osób z mniejszym doświadczeniem i, oby, mniejszymi wymaganiami. Już nawet odłożyłam kilka CV, kiedy usłyszałam, jak Iza odbiera telefon. Dzwonił ktoś, kto aplikował i chciał się dowiedzieć, czy ma szanse na rozmowę. Nie zastanawiając się długo, kiwnęłam na nią, żeby umówiła tę osobą na następny dzień. Skoro ktoś sam dzwoni, to mu zależy, a ja lubię osoby, które nie siedzą na kanapie i nie czekają. Potem poszukałyśmy papierów pana Franciszka. Okazało się, że odrzuciłyśmy je dawno temu, nawet teraz do nich nie wracałam. CV było fatalne – same ogólniki, jakieś mało istotne informacje o szkołach, kursach. Choć miał doświadczenie, to od siedmiu lat nie pracował. A najgorsze, że miał sześćdziesiąt dwa lata. Emeryt. Ale skoro już byliśmy umówieni, nie było odwrotu.

To była najdziwniejsza rozmowa o pracę, w jakiej uczestniczyłam. Zaczęło się od tego, że pod firmę podjechał facet na rowerze. Był ubrany na sportowo i po sylwetce widać było, że prowadzi aktywny tryb życia. Poprosił o możliwość skorzystania z toalety przed rozmową. Tam się przebrał w bardziej oficjalny ubiór. Pierwszy plus.

Miał sympatyczną twarz dziadka, gładko ogoloną, ze złotymi oprawkami okrągłych okularów. Kiedy się odezwał, okazało się, że ma bardzo niski i przyjemny głos, który bynajmniej nie wskazywał na jego wiek. Odnotowałam to w pamięci. Taki głos może być bardzo pomocny, w końcu często kontaktujemy się z klientami telefonicznie. Drugi plus.

Spodobało mi się również, że jest uśmiechnięty i wydaje się bardzo spokojny.

– Dlaczego miał pan tak długą przerwę w pracy?

– Kłopoty zdrowotne. Potrzebowałem kilku lat, żeby wrócić do zdrowia po zawale, ale teraz jestem w doskonałej kondycji. Szukam pracy od około dwóch lat, niestety wiek działa na moją niekorzyść.

– Jest pan szczery.

– Nie ma czego owijać w bawełnę, szczególnie, jeśli miałbym tu pracować.

– W takim razie proszę mi powiedzieć, czym się pan wcześniej zajmował.

Okazało się, że facet ma fantastyczne doświadczenie, na dodatek opowiadał o tym wszystkim w sposób niezwykle przemyślany. W pewnym momencie ocknęłam się – ten facet potrafi się sprzedać.

– Ma pan fatalnie napisane CV. Gdyby pan nie zadzwonił w odpowiednim momencie, nie zaprosiłabym pana na rozmowę.

– To by wyjaśniało, dlaczego od dwóch lat zapraszały mnie co najwyżej firmy szukające akwizytorów. Pomagał mi młody człowiek z urzędu pracy. Mówił, że to wystarczy, że trzeba być lakonicznym, nie ma co się rozpisywać, bo szczegóły się podaje na rozmowie.

– Cóż. W takim razie proszę powiedzieć, jak ocenia pan swoją znajomość komputera? W CV nic pan o tym nie napisał.

– Pracowałem na komputerze w poprzedniej pracy, ale pewnie wiele się zmieniło. W domu głównie przeglądam internet, trochę gram z wnuczkiem. Mam pocztę mejlową, piszę dość szybko. Jeśli będzie trzeba, wszystkiego się nauczę, mogę iść na kurs.

– No dobrze. To dlaczego mam przyjąć pana, a nie kogoś innego?

– Cóż – jestem dyspozycyjny, dzieciaki mam odchowane, mogę pracować w nadgodzinach i wyjeżdżać. Bardzo mi zależy i jeśli czegoś nie wiem, to się dowiem, douczę. Pracę cenię, mogę się jej spokojnie poświęcić. Poza tym zgodzę się pracować za najniższą pensję – uśmiechnął się.

– Tak, co do pensji, to zna pan nasze widełki.

– Oczywiście. W tej chwili bardziej zależy mi na umowie o pracę, choćby czasowej, bo brakuje mi kilku miesięcy do pełnego wymiaru emerytury, czego nie będę ukrywał. Natomiast mogę powiedzieć, że po tych kilku latach bezrobocia, nie śpieszy mi się na emeryturę.

Może gdyby tydzień wcześniej nie odwiedzili mnie rodzice, nawet bym się nie zastanawiała. Teraz jednak… Moja mama po tylu latach wyszła z domu i widzę, jak ważne to jest dla niej. Poza tym nie mogłam nie przyznać, że ze wszystkich rozmów, które odbyłam, ta była najsensowniejsza. Spodobało mi się to, że pan Franciszek nie unika trudnych tematów i wprost nazywa pewne rzeczy. Wręcz mi tym zaimponował. W końcu postanowiłam zaryzykować. A zresztą – co to za ryzyko. Najpierw będzie umowa na trzy miesiące, akurat do czasu mojego porodu. Potem zaproponuję panu Franciszkowi umowę na dwa lata. A co potem, to się zobaczy.

NASTĘPNY

Dwudziesty szósty tydzień ciąży

Poprzedni

W sobotę zaskoczył mnie telefon od mamy. Okazało się, że są z ojcem w centrum i chcieliby wpaść na kawę. Zgodziłam się oczywiście. To pierwszy raz, kiedy mnie spontanicznie odwiedzają. Zazwyczaj musiałam ich zapraszać, a wtedy było niezręcznie, bo jako gospodynie nie dorastam mojej mamie do pięt. Teraz też się nie popisałam – w szafce miałam tylko gorzką czekoladę, wszystko inne zjadałam od razu po wyjściu ze sklepu, starałam się więc nie kupować słodyczy. Na szczęście mama była przygotowana. Kupiła ciasteczka, mi pozostało więc zrobić kawę. Cóż, też mam ekspres. Może nie taki wypasiony jak Sławkowy, ale kawę robi porządną.

Tata był trochę przygaszony, właściwie jakby niezadowolony. Mama za to wydawała się niezwykle ożywiona. To była tak niezwykła sytuacja, że nie wiedziałam, jak się zachować.

– Tak dawno nas nie odwiedzałaś, że pomyśleliśmy, że my wpadniemy do ciebie zobaczyć, czy wszystko dobrze. Kasia kazała cię pozdrowić.

– Wchodźcie, proszę. Chcecie zobaczyć pokój dziecięcy? – zapytałam.

– Ależ oczywiście – mama prawie wykrzyczała zgodę. – Staszku, zobacz, jak pięknie.

– Tak. Ale nie musiałaś brać nikogo, przecież ja z Tomkiem byśmy ci pomalowali. No, może nie tak, ale taniej by cię wyszło.

– Dzięki, tato. Nie zatrudniałam nikogo. Znajomy ma taki talent, powiedział, że to prezent dla małego. Kupiłam tylko farby. I zobaczcie, jak pięknie odnowił tę kołyskę. Posłuży jeszcze dzieciom Kasi.

– Na pewno, kochanie, na pewno – przytaknęła mama, a po chwili zorientowała się, co powiedziałam, bo znów wykrzyknęła – Staszku, ty słyszałeś! Będziemy mieć wnusia. Choć ja to bym chciała wnuczkę. A imię już wybrałaś?

Naprawdę nie poznawałam mojej mamy. Zawsze stała w cieniu ojca, była cicha i spokojna. Wpadło mi do głowy, że to może menopauza.

– Chodźcie na kawę, nie będziemy tak tu stali. Porozmawiamy spokojnie, tata na pewno chętnie usiądzie.

– To jak z tym imieniem?

– Jeszcze o tym nie myślałam. Miałam ostatnio trochę problemów w pracy…

– Ale cię nie zwolnią?

Ojciec jak zawsze zainteresował się, kiedy pojawiła się możliwość jakiegoś problemu.

– Nie, tato. Dogadałam się z szefem, zwolnienie mi nie grozi, nie znajdzie nikogo z moimi umiejętnościami. Ale wykryłam w pracy kradzież i – sam rozumiesz – musiałam z tym zrobić porządek.

Tata pokiwał głową i wygłosił kilka frazesów na temat tego, jak młodzi teraz nie szanują pracy. Nie wyprowadzałam go z błędu, i tak nie miałam szans zmienić jego światopoglądu. Poza tym tak naprawdę, to ucieszyłam się, że do mnie przyszli z własnej woli i nie chciałam psuć tej wizyty.

Mama przeszła do opowiadania o Kasi. Okazało się, że siostra całkiem dobrze sobie radzi w salonie i ma chyba coś ze mnie. Kaśka jest pomocą, a więc sprząta, myje głowy, pomaga przy prostych zabiegach. To nie jest jakiś prestiżowy salon, ale jeden z tych solidnych, ze stałymi klientkami. Nawet go kojarzę. Kasia jednak nie chciała być tylko pomocą, więc zaproponowała swojej szefowej, że skoro mają wolny fotel, to ona może zająć się strzyżeniem i czesaniem dzieci. Podobno na początku szefowa nie chciała się zgodzić, ale Kasia ją przekonała. Powiedziała, że to może być nowa usługa – może czesać lub obcinać dziecko w tym samym czasie, kiedy inny fryzjer zajmuje się włosami mamy. Poza tym fryzjerzy z salonu nie mają czasu zajmować się dziećmi, a dla niej to będzie dobre ćwiczenie. No i salon trochę więcej zarobi. W końcu szefowa się zgodziła. Kasia przygotowała ogłoszenie, że dzieci są obcinane bez kolejki i jeszcze tego samego dnia przyszło do niej dwoje rodziców z maluchami. A jak się okazało, że dzieciaki wracają, bo chcą do „pani Kasi”, to szefowa powiedziała, że od tej pory Kasia od każdego dzieciaka dostaje premię. Jak mama opowiadała o tym wszystkim, to poczułam, że jestem dumna z młodej.

– Mamo, ja pójdę zrobić kawę, a wy może chcecie zobaczyć film z USG? Ten taki trójwymiarowy. Widać na nim wyraźnie, że to chłopiec.

– Włącz, włącz, ja jeszcze nigdy czegoś takiego nie widziałam. Jak z wami chodziłam, to było tylko to badanie, że serduszko bije. A płeć to po porodzie dopiero się człowiek dowiadywał.

Puściłam film i poszłam do kuchni. Kiedy przyniosłam filiżanki z kawą, film się kończył. Mama miała łzy w oczach, a i tata wydawał się przejęty.

– Jak wam się podobało?

– Śliczny ten nasz wnusio, taki malutki. A jaki sprytny, tak się bawił pępowiną.

– No, ciekawe są te wynalazki. Ale siadaj, siadaj. Matka chce ci o czymś powiedzieć, co postanowiła.

Usiadłam z samego wrażenia. Zawsze to ojciec podejmował decyzje i ogłaszał na forum rodziny. Spojrzałam zaskoczona i zdziwiona na mamę.

– Kochanie – zaczęła. – Jeśli się zgodzisz, chciałabym zająć się maluchem, kiedy ty wrócisz do pracy.

Najzwyczajniej w świecie mnie zatkało, co mama chyba zrozumiała opacznie, bo zaczęła szybko się tłumaczyć, jakby bała się, że zaraz odmówię.

– Ja to sobie wszystko przemyślałam. Ty będziesz musiała albo kogoś zatrudnić, albo oddać dziecko do żłobka. W żłobku będzie ci ciągle chorować, zresztą dostać teraz miejsce to cud, a nianie są różne – lepsze i gorsze. Nie wiadomo, na jaką trafisz. Ja w domu już nie mam tyle pracy, co kiedyś, Kasia już mnie nie potrzebuję, ojcu obiad zawsze ugotować zdążę, sprzątania i prania też teraz nie ma za wiele. Ania sama zajmuje się chłopakami, a ja bardzo bym chciała wnuki chować. Ja rano do ciebie przyjadę, małym się zajmę, tylko ty się musisz zgodzić.

Mojej mamie bardzo zależało. Przed chwilą jeszcze myślałam o czekającej mnie rekrutacji i nie mogłam nie zauważyć, że to wygląda, jakby mama starała się o pracę. To skojarzenie mnie rozbawiło, a jednocześnie sprowokowało.

– I tata zgodzi się, żebyś pracowała?

– Przecież to żadna praca – wypalił tata. A więc nie tylko mi się nasunęło takie skojarzenie. – Za pracę dostaje się pieniądze, a matka chce ci pomóc.

– O nie, tato. Wiem, jak bardzo zależy ci na tym, by być żywicielem rodziny, ale ja nie mogę się zgodzić, żeby mama przyjeżdżała tu za darmo.

– Nie, córeczko, ja się też nie zgadzam. Ja tylko chcę ci pomóc i nie wezmę od ciebie żadnych pieniędzy.

– Dobra, zapłacę ci połowę tego, co musiałabym zapłacić niani. To powinno wystarczyć na dojazdy i dodatkowe wydatki związane z twoją nieobecnością w domu. Co miesiąc osiemset złotych.

Mama spojrzała na ojca prosząco. Cóż, może to i był jej pomysł, ale nadal wymagał zgody głowy rodziny

– No dobra. Obiecałem matce, że nie będę się z tobą kłócił.

I w ten sposób, najbardziej nieoczekiwany, rozwiązał się jeden z problemów, które odkładałam na potem.

Następny

Dwudziesty czwarty tydzień ciąży

Poprzedni

W tym tygodniu bardzo dużo czasu spędziłam u Sylwii. Odwiedziłam ją w sumie cztery razy, nadrabiając poprzednie nieobecności. Dwa razy byłyśmy w komplecie, czyli przyszła też Renata. Z dobrych wiadomości: Sylwia ma prawidłowe wyniki i może sobie pozwolić na krótkie spacery. Naprawdę krótkie – lekarz powiedział, że nie więcej niż pięć minut.

Ze złych wiadomości: związek Renaty przeżywa kryzys, czy może raczej to Renata przeżywa kryzys w związku ze związkiem. Sławek zaproponował wspólne mieszkanie. Stwierdził, że dojazdy zajmują coraz więcej czasu, a ciągłe nocowanie w obcym domu jest niewygodne. Mogą wybrać, które mieszkanie bardziej im odpowiada, a drugie wynająć.

– Wiem, że ma rację, ale powiedział to w taki sposób, jakbyśmy robili biznes. A że byłam podenerwowana po pracy, to odpowiedziałam, że jak mu tak daleko, to niech spada na Księżyc. Obraził się i wyszedł. A ja teraz nie wiem, co robić, bo w sumie to chyba chciałabym spróbować, ale on wciąż jeszcze się nie zdeklarował.

– A ty powiedziałaś mu, co czujesz? – zapytała Sylwia. Obie wiedziałyśmy, że Renata ma wyjątkowo męskie podejście do wyznawania miłości. Wystarczy raz. Tyle że nasza przyjaciółka nie powiedziała tego nikomu, odkąd skończyła szesnaście lat. Wtedy po raz pierwszy (i ostatni) powiedziała chłopakowi, że go kocha. A on zażądał seksu, więc kazała mu „się walić” i na tym skończyła się ta burzliwa miłość.

Renata nie odpowiedziała na pytanie. Czyli Sławek nadal nie wie, na czym stoi, a mimo to zaryzykował proponując wspólne mieszkanie.

– Powinnaś do niego zadzwonić, przeprosić i powiedzieć, że chcesz z nim zamieszkać.

Sama nie wierzę, że to powiedziałam, znając podejście Renaty do tematu. Widać hormony rzeczywiście robią mi gąbkę z mózgu. Tym bardziej byłam zaskoczona, gdy Renata pospiesznie wstała.

– Masz rację.

I z telefonem w ręce wybiegła do łazienki.

Przez kilka minut w pokoju panowała idealna cisza. Niestety z łazienki dobiegały tylko niewyraźne słowa. Po chwili Sylwia wyszła z wyrazem samozadowolenia na twarzy.

– Będę mieszkała z facetem. Przyjedzie do mnie i ustalimy szczegóły.

Razem z Sylwią wybuchnęłyśmy śmiechem. Nasza naczelna singielka była szaleńczo zakochana. Chyba nic nas już nie zaskoczy.

Ten temat zdominował wieczór. Patryk pozwolił sobie na kilka dobrych rad typu: „zrób mu miejsce w jakiejś szafce lub szufladzie na narzędzia i nigdy w niej nie sprzątaj”. Przeżył to tylko dlatego, że Renata znała go wystarczająco długo, żeby nie uznać tego za męską prowokację. Oczywiście założyliśmy, że wybiorą mieszkanie Renaty. Wszystkie trzy mieszkałyśmy blisko centrum i nie wyobrażałyśmy sobie, że któraś ma wyjechać na obrzeża. Poza tym mieszkanie Renaty było za ładne, żeby je komukolwiek wynajmować.

Pod koniec wieczoru Sylwia zażartowała, że jak tak dalej pójdzie, to pobawimy się jeszcze na ślubie. Renata nawet tego nie skomentowała, tylko spojrzała na Sylwię jak na wariatkę.

Następny

Dwudziesty drugi tydzień ciąży

Poprzedni

Myślę, że to był najgorszy tydzień mojego życia. Siedziałam przed komputerem przez cały weekend. Ta sprawa nie dawała mi spokoju. W końcu znalazłam winnych i nie wierzyłam własnym oczom. Sprawdziłam wszystko jeszcze dwa razy, żeby mieć pewność. Kiedy już wiedziałam, że na pewno się nie mylę, wpadłam w złość. Z firmy wypłynęło około czternastu tysięcy złotych. Tylko w tym kwartale! Miałam ochotę od razu coś z tym zrobić, choć wiedziałam, że muszę poczekać do poniedziałku. Na szczęście zadzwoniła Renata.

– Jedziemy ze Sławkiem do Jurczyków. Zabierasz się z nami?

– Jasne.

Dziewczyny od razu zauważyły, że coś mnie gnębi, więc mogłam się wygadać, choć może nie powinnam, bo Sylwia się obruszyła, a powinna unikać stresu i nadmiernych emocji.

Dobrze wiem, co powinnam zrobić: iść na policję, głosić kradzież, zabezpieczyć dowody. Ale nie mogę tego zrobić bez porozumienia z Jarkiem. To on jest szefem, to jego okradano. Ma prawo podjąć decyzję. Nie będzie ona łatwa.

Moja rozmowa z Jarkiem się odsunęła w czasie aż do piątku. W poniedziałek rano musiałam być u lekarza, do pracy dotarłam dopiero koło dziesiątej. Oczywiście miałam podniesione ciśnienie i lekarz chciał wysłać mnie na zwolnienie. Powiedziałam, że to tylko pogorszy sprawę i nawet jeśli wystawi mi zwolnienie, to będę się denerwować sytuacją w pracy, która beze mnie i tak się nie rozwiąże.

– Powinna pani teraz myśleć przede wszystkim o dziecku, a nie o pracy.

– Myślę, panie doktorze. Niestety będę samotną matką i jak stracę pracę, to moje dziecko wychowywać się będzie w nędzy. Nie mam ani bogatego męża, ani rodziców.

Kiedy przyszłam do biura, Jarka nie było. Pojechał na inspekcję naszych sklepów w Trójmieście. We wtorek zaś zaczynał objazd wszystkich sklepów w Polsce. Jak zwykle, wrócił dopiero w czwartek późną nocą. W piątek rano poprosiłam go o rozmowę.

– Dobrze, tylko nie teraz. Muszę to skończyć – wskazał na stertę papierów. – Zadzwonię do

ciebie, kiedy będę mógł na spokojnie porozmawiać.

Cóż, ja na spokojną rozmowę nie liczyłam, ale póki co nie wyprowadzałam go z błędu.

Telefon zadzwonił dopiero o czternastej.

Najtrudniej było zacząć. Na usta cisnęły się tradycyjne: „Mam złą wiadomość” albo „Musimy porozmawiać”, ale sama nie cierpię, kiedy ktoś tak właśnie zaczyna rozmowę.

– Skończyłam raporty. Mamy dobre wyniki finansowe, lepsze niż w poprzednim kwartale, ale niestety system wykazał też, że ktoś okrada firmę.

Widać było, że Jarek w pierwszym momencie nie zrozumiał. Usiadłam więc i położyłam na biurku wydruki z zakreślonymi danymi, które potwierdzały kradzież. Zaczęłam tłumaczyć, o co chodzi, aż w końcu doszłam do kwoty. Kiedy pokazałam obliczenia, Jarek się zdenerwował. Zrobił się cały czerwony i wyrzucił z siebie:

– Kto?

– Mateusz i Barbara.

Prawie wyrwał słuchawkę z telefonu, kiedy po nich dzwonił. Po chwili w jego gabinecie rozpętało się dosłownie piekło. Jarek nie chciał, a może nie potrafił się opanować. Wrzeszczał bez ładu i składu o odpowiedzialności, komputerach, uczciwości, zaufaniu, raportach i zobowiązaniach wobec firmy. W końcu zabrakło mu powietrza i osunął się na fotel. Mateusz już chciał coś powiedzieć, ale go ubiegłam.

– Z tej dokumentacji wynika, że w ciągu trzech miesięcy okradliście firmę na około czternaście tysięcy. Póki co, nie zgłosiłam tego na policję, ale szef może to zrobić za chwilę.

Przez te kilka sekund Jarek ochłonął.

– Wynoście się. Wszyscy.

Wyszłam jako pierwsza. Miałam serdecznie dość. W środku cała się trzęsłam i chciałam jak najszybciej znaleźć się w domu, w wannie pełnej gorącej wody. Barbara wyszła za mną, ale Mateusz został. Usłyszałam jeszcze, że zaczął coś mówić, ale po chwili Jarek mu przerwał, wrzeszcząc:

– Powiedziałem, że masz wyjść!

Nie czekałam na ciąg dalszy. Wracając do domu myślałam tylko o tym, że mam ochotę się upić. I wtedy komórka zapiszczała – wieczorem byłam umówiona na trójwymiarowe USG. Zupełnie o tym zapomniałam.

Następny

Rozdział 23

POPRZEDNI

Marcin sam mówił o sobie, że wpadł po uszy. Tosia spodobała mu się od razu, gdy zobaczył ją w Rocku. Już po pierwszej randce wiedział, że Tosia ma w sobie to coś, czego zawsze szukał w dziewczynach. Była tak delikatna, że miał ochotę chronić ją przed całym światem, a jednocześnie widział, jaka siła się w niej kryje. Nie zniechęciła go, kiedy unikała kontaktu ani kiedy powiedziała mu, że nie szuka związku, bo musi skupić się na pracy. Wiedział, że warto czekać. I nie żałował, że czekał.

W zasadzie mógłby ożenić się z Tosią choćby jutro, rozumiał jednak, że ona nie jest na to gotowa. Nie zamierzał jednak czekać bezczynnie. Teraz planował dla swojej narzeczonej dwie niespodzianki. Miał nadzieję, że będą dla niej miłym zaskoczeniem, choć nie był tego pewien, zwłaszcza kiedy dowiedział się, że Marta się wyprowadza. Chciał, żeby Tosia z nim zamieszkała. Firma, którą prowadził z Łukaszem, dobrze prosperowała, zaoszczędził trochę pieniędzy i teraz zamierzał kupić mieszkanie. Już nawet wybrał piękne czteropokojowe mieszkanie w starej kamienicy w centrum Wrzeszcza. Było w kiepskim stanie, wręcz domagało się remontu, ale to go nie przerażało – znał odpowiednią ekipę. Najważniejsze, że kamienica wyglądała na niezbyt zniszczoną. Miał nadzieję, że Tosia pomoże mu je wykończyć i umeblować.

Poza tym planował wspólny urlop. Tym razem wybrał Włochy. Zawsze chciał zobaczyć włoskie miasta. Zaplanował więc, że spędzą dwa tygodnie na wędrówkach po Rzymie, Florencji i Wenecji. A po drodze będą oglądać małe włoskie miasteczka i wioski. Już zarezerwował bilety lotnicze i samochód do wynajęcia.

– Ence-pence, w której ręce? – zapytał, chowając dłonie za plecami. Tosia się uśmiechnęła i wskazała lewą rękę. Zdążył już zauważyć, że prawie zawsze wybierała lewą rękę, dlatego to do niej włożył kartkę z napisem „WYCIECZKA”.

– Wygrała pani wycieczkę! – ogłosił, naśladując jednego z prowadzących teleturnieje telewizyjne.

Tosia uśmiechnęła się.

– A dokąd jedziemy? Może do Wdzydz? Zawsze chciałam zobaczyć skansen we Wdzydzach.

– Niestety. Do skansenu możemy pojechać w któryś weekend, a wycieczka jest zaplanowana na urlop. Co powiesz na Rzym?

Mina Tosi była warta całego planowania. Zanim się otrząsnęła, Marcin dodał, starając się, by głos mu nie zadrżał.

– Jest tylko jeden warunek. To może być nasza podróż ślubna. Rozmawiałem z księdzem z mojej parafii: da nam wszystkie dokumenty, byśmy mogli pobrać się w jednym z włoskich kościołów.

O ile wycieczka do Włoch pozbawiła Tosię mowy, o tyle wiadomość o tym, że Marcin chce się z nią ożenić jeszcze w tym roku, odebrała jej oddech i sprawiła, że Tosia usiadła. Jej narzeczony tymczasem patrzył na nią niepewnie.

– Nie – powiedziała po długiej chwili milczenia i od razu zaczęła mówić dalej, jakby się bała, że Marcin pomyśli, że ona w ogóle nie chce za niego wyjść. – Jeśli mamy się pobrać, to przed wycieczką. Tutaj. To jedno jestem winna mojej mamie. Ma prawo być na moim ślubie.

Tym razem to Marcin wyglądał na wstrząśniętego. Spodziewał się wszystkiego: odmowy, entuzjastycznej zgody, cichej zgody, nawet awantury, ale nie tego. Tosia na widok jego miny zaśmiała się.

– No już! – powiedziała i uszczypnęła go w ramię. – Nie wiem, czego się spodziewałeś, ale ja ostatnio też coraz częściej myślę o tym, że nie mamy na co czekać.

Marcin momentalnie poderwał ją z kanapy razem z nią obrócił się wokół własnej osi. Ze szczęście upuścił drugą kartkę, tę, którą trzymał w prawej ręce. Kiedy w końcu pozwolił Tosi odetchnąć, ta zauważyła leżący na podłodze papier. Schyliła się, żeby go podnieść i wyrzucić, ale gdy go odwróciła, zobaczyła napis „MIESZKANIE”.

– O! Fajna alternatywa. Ale chyba nie będę żałowała – roześmiała się i zgniotła kartkę, uważając widać, że to miał być żart. – Zresztą po ślubie powinniśmy zamieszkać razem tak czy siak, więc już teraz powinniśmy się rozejrzeć za czymś większym niż to.

Marcin zrobił minę niewiniątka. Wiadomość o mieszkaniu w obliczu nadchodzącego ślubu wydawała mu się niczym, ale nadal chciał, by Tosia była zaskoczona. Przez chwilę chciał nawet zachować nadal tajemnicę, w końcu jednak nie wytrzymał.

– W zasadzie… – zaczął i uśmiechnął się, jakby chciał ją za coś przeprosić.

Tosia zrobiła wielkie oczy i rozprostowała kartkę, którą wciąż trzymała w ręku. Spojrzała badawczo na Marcina, a on odchrząknął i powiedział, jakby przed chwilą nie wydarzyło się nic szczególnego:

– No cóż. Myślę, że będziesz chciała zobaczyć jutro mieszkanie, które dla nas kupiłem.

Relacje Ani z Pawłem jakoś się układały. Na początku było niezręcznie. Pierwszy spacer minął głównie w milczeniu. Oboje nie wiedzieli, co mogą powiedzieć. Paweł odprowadził ją pod dom, ale nie chciał wejść. Następnego dnia przysłał SMS-a, czy niczego jej nie potrzeba. Odpisała, że nie. Czuła się nieźle, nie wymiotowała, choć czasem było jej niedobrze. Uważała na to, co je. Ciągle miała ochotę na kakao i pomarańcze. Widać Paweł dowiedział się o tym od którejś z dziewczyn, bo pojawił się dwa dni potem z torbą pomarańczy i zgrzewką mleka.

– Nie powinnaś dźwigać, więc pomyślałem, że mogę robić za ciebie zakupy.

Spojrzała na niego uważnie. Nie chciała, żeby ją wyręczał. Nie potrzebowała jego pomocy.

– Tylko te cięższe – dodał usprawiedliwiająco na widok jej zawziętej miny.

– Okej, wejdź. Ile jestem ci winna?

– Nic. W końcu teraz jesz dla dwojga. A pomarańcze mają dużo kwasu foliowego.

– Biorę tabletki. Ale dzięki.

Znów zapadła niezręczna cisza. Paweł odstawił mleko, a Ania włożyła pomarańcze do szafki. W końcu chłopak zaryzykował.

– Słuchaj, a może dasz się zaprosić na prawdziwą randkę? Poszlibyśmy do kina i na kolację.

Spojrzała na niego tak, że nie musiała nic mówić.

– Proszę. Przez jeden wieczór nie będziemy myśleć o dziecku. Chcę cię lepiej poznać, ale nie wiem jak. Spróbujmy zacząć, jakbyśmy dopiero się poznali. Przecież niewiele o sobie wiemy.

Zastanowiła się.

– Dobra. Ale ten weekend odpada. Jadę do domu. Chcę powiedzieć rodzicom, że jestem w ciąży.

– Okej. Chcę pojechać z tobą. W końcu powinienem ich poznać.

– To nie jest najlepszy pomysł. Mój tata ma dość konserwatywne poglądy.

– Chyba mnie nie zastrzeli? – próbował zażartować.

– Nie, ale pewnie nie polubi.

– Przynajmniej nie wyjdę na tchórza. Jeśli pozna mnie później i tak mnie nie polubi. A tak może choć będzie traktował poważnie.

– Zastanowię się.

Rozmawiali jeszcze chwilę, w końcu Paweł wyszedł. Ania zrobiła sobie herbatę i zamyśliła się. Paweł jej zaimponował. Nie wiedziała, że jest taki odpowiedzialny. Miał rację. Jej tata nie polubi chłopaka, który jego córce zrobił dziecko, ale jeśli go nie pozna, to prawdopodobnie od razu go znienawidzi. Teraz przynajmniej będzie musiał go szanować, choć w minimalnym stopniu. Znała swojego ojca. Nie był łatwym człowiekiem, miał swoje poglądy i trzymał się ich dość kurczowo. Wiedziała, że nie wygna jej z domu, nie wyklnie i nie wyprze się, ale nie będzie pochwalał tej ciąży. Spodziewała się dość przykrego spotkania, wielu gorzkich słów i wyrzutów. Na szczęście nie musiała się obawiać, że ojciec spróbuje namawiać ją na usunięcie ciąży. Był głęboko wierzący i coś takiego nawet nie przyjdzie mu do głowy. Ale uzna, że córka splamiła jego honor. Wiedziała, że to będzie trudna rozmowa, ale nie bała się jej. Jej ojciec mimo wszystko był dobrym człowiekiem i z czasem da się przekonać do wnuka. Albo wnuczki. Po prostu musi minąć trochę czasu.

Paweł jednak pojechał razem z Anią. Postanowili, że Ania najpierw przedstawi Pawła. O dziecku mieli powiedzieć dopiero następnego dnia. Rodzice przyjęli ich ciepło. Mama oczywiście upiekła ciasto, tata wyjął na deser koniak. Ani jakoś udało się wymówić od wypicia toastu za zdrowie gościa, choć nie było to łatwe, bo tata uważał, że koniak odrobina tego trunku leczy wszelkie dolegliwości. Powiedziała więc, że przeziębiła pęcherz i bierze antybiotyk. Z zaleceniami lekarzy tata nigdy się nie kłócił.

– Wiesz, Aneczko – mama zniżyła głos. Ania pomagała jej sprzątnąć ze stołu, a tata z Pawłem oglądali skoki narciarskie. – Bardzo miły ten Paweł. Tylko taki młody. Damian już miał pracę, a ten dopiero studiuje.

Mama nie do końca mogła pogodzić się z tym, że Ania rozstała się z Damianem. Bardzo chciała, by córka wyszła za mąż. Mimo że była inteligentną kobietą, pracującą, to jednak najbardziej liczyło się dla niej to, żeby córkę wydać dobrze za mąż.

– Oj, mamciu. To Damian mnie zostawił. Nie wracajmy już do tego. A Paweł jest odpowiedzialnym i porządnym facetem… Ale na ślub będziecie musieli poczekać! – zaśmiała się. Znała przekonania swoich rodziców.

Pierwszy dzień minął spokojnie, ale Ania była zdenerwowana. Bała się, że mama coś wyczuje, więc opowiadała, jak wiele ma pracy i jak bardzo jest zmęczona. Miała nadzieję, że to będzie usprawiedliwieniem na wszystko. Drugiego dnia obudziła się wcześnie. Ściskało ją w dołku i było jej niedobrze. Nie wiedziała, czy to z powodu ciąży, czy nerwów. Postanowiła, że załatwi tę sprawę jak najszybciej. Najwyżej wyjadą wcześniej.

Usłyszała, jak rodzice wracają z porannej mszy i szykują śniadanie. Poszła obudzić Pawła, ale ten już nie spał. Uśmiechnął się do niej krzepiąco, ale nadal nie czuła się za pewnie. Ona wiedziała, czego się spodziewać, on nie.

Na śniadanie ledwo skubnęła trochę jajka. Poczekała, aż rodzice zjedzą spokojnie.

– Muszę wam coś powiedzieć. Mamo, może usiądziesz?

Mama już zaczęła sprzątać ze stołu.

– Wiem, że tego nie pochwalicie, ale mam nadzieję, że mnie zrozumiecie – wzięła głęboki oddech. – Jestem w ciąży.

– O Jezu! – jęknęła mama. Tata nic nie mówił. Patrzył na nią, jakby zobaczył ją po raz pierwszy w życiu.

– Aniu, to… – mama próbowała coś powiedzieć, zerkając na swojego męża.

Tata przeniósł wzrok na Pawła.

– Tak – powiedział Paweł. – To ja jestem ojcem dziecka.

Ania zastanawiała się, jak on może być teraz taki opanowany.

– I od razu chcę powiedzieć – podjął Paweł – że nie zostawię Ani i naszego dziecka samych.

Ojciec Ani nadal milczał. Nigdy wcześniej nie zdarzało się, aby milczał.

Ania była pewna wybuchu złości, tyrady, czegokolwiek, tylko nie takiej ciszy.

– Tato, powiedz coś.

Spojrzał na nią. W jego oczach czaiło się niedowierzanie.

– Jak mogłaś…?

– Tato…

Wstał od stołu. Pierwszy szok minął, teraz pojawił się gniew, na początku skrywany, rozwijający się jednak z każdym wykrzyczanym słowem.

– Wierzyłem, że dobrze cię wychowałem! Taki wstyd! Panna z brzuchem! A ty?! – wymierzył palec w Pawła. – Jak to sobie wyobrażasz?! Nie masz pracy, sam jesteś jeszcze dzieckiem! Gdzie zamieszkacie po ślubie?!

– Tato… – szepnęła Ania. – My nie zamierzamy się pobrać.

Tego było za wiele. Ojciec wybuchnął. W oczach Ani pojawiły się łzy. Wiedziała, że ojciec ma rację. Nie tak ją wychowywał. Miał prawo być zły. Słuchała go ze spuszczoną głową, nie widziała więc, jak Paweł wstaje i podchodzi do jej krzesła.

– Dość – usłyszała głos chłopaka. Cichy, ale stanowczy.

Ojciec jednak nadal się pieklił.

– Dość – powtórzył Paweł nieco głośniej.

Tym razem ojciec przerwał. W rodzinie panował patriarchat i do tej pory nikt mu nie przerwał w taki sposób. Rozwścieczony spojrzał na Pawła.

Paweł podjął wyzwanie.

– Jest pan wściekły, ale nie ma pan prawa tak traktować córki. – Podniósł Anię delikatnie i wyprowadził ją zza stołu. – Pójdziemy na spacer – powiedział – a jak wrócimy, to może będziemy mogli spokojnie porozmawiać.

– Nie będziesz mi mówił, co mam robić! – warknął tata.

– Grzegorz – tym razem wtrąciła się mama, a Ania spojrzała na nią zaskoczona, bo takie zachowanie zdarzyło się po raz pierwszy. – Masz rację – zwróciła się do Pawła. – Idźcie na spacer.

Chodzili tak długo, że Ania zupełnie przemarzła. Kiedy wrócili, mama zrobiła wszystkim herbatę. Ojciec był blady, ale wydawał się spokojniejszy. Nikt nie wiedział, co powiedzieć. W końcu to mama odważyła się pierwsza odezwać.

– Aniu, zawsze będziesz naszą córeczką. Oboje bardzo cię kochamy i chcemy twojego szczęścia. Tata się dziś zdenerwował i na pewno się tego spodziewałaś, bo nasza rodzina wyznaje pewne wartości i te staraliśmy ci się wpoić. Skoro jednak postanowiłaś pójść własną drogą, musimy to zaakceptować. Nie odwrócimy się od ciebie.

– Dziękuję, mamo.

Znów zapadła cisza. W końcu tata chrząknął.

– Jak… – głos mu się załamał. Odchrząknął jeszcze raz. – Jakie macie plany?

– Dziecko urodzi się w sierpniu, do czerwca mogę więc pracować, a potem zrobię roczną przerwę. Na uczelni wezmę urlop dziekański. Za rok spróbuję wrócić do pracy i na studia. Mam troszkę oszczędności, do końca roku jeszcze coś uzbieram.

– A mieszkanie? Nie możesz przecież nadal mieszkać z koleżankami.

– O tym jeszcze nie myślałam – Ania wydawała się zawstydzona. Nie chciała dolewać oliwy do ognia, więc nie powiedziała, że Marta i Tosia się wyprowadzają. Nie wiedziała jeszcze, co zrobi.

– Jeśli Ania się zgodzi, zamieszkam z nią i postaram się jej pomóc.

– Razem bez ślubu? – tata prawie wstał, ale mama dotknęła jego ramienia i przytrzymała go na fotelu.

– Grzegorz… – upomniała. – Nerwy tu nie pomogą. Sami rozumiecie, że życie na kocią łapę nie zgadza się z naszymi wartościami.

Paweł zastanawiał się, co powiedzieć. Nie chciał znów wywołać kłótni.

– Może na ten rok przyjedziesz do domu? – zaproponowała mama cicho.

Ania poderwała głowę. O tym nie pomyślała. Nie myślała, że jej rodzice coś takiego zaproponują. Ojciec gniewnie prychnął. Więc to był pomysł mamy.

– Musiałabym się zastanowić. To trudna decyzja. Nie chciałabym stawiać was w niezręcznej sytuacji. Ciąży i tak się nie ukryje, ludzie będą gadać.

Tata znów prychnął.

– Nic nie wiecie, nic nie zaplanowaliście. Jesteście nieodpowiedzialni i oboje za młodzi na dziecko – starał się mówić cicho, ale w głosie wciąż było słychać wzburzenie.

– Proszę dać nam szansę. Tak czy inaczej jesteśmy związani ze sobą na całe życie. Chcemy się lepiej poznać. Nie zaczęliśmy najlepiej, ale może okazać się jeszcze, że uda nam się stworzyć rodzinę. Dla Ani i dla dziecka najważniejsze jest teraz, żeby ten czas był spokojny. Nie powinna się denerwować. A wszystko inne może się jeszcze ułożyć, jeśli wszyscy będziemy tego chcieli.

Paweł starał się mówić łagodnie, ale jemu także trudno było powstrzymać emocje. Zauważył, że Ania ma łzy w oczach i stara się to ukryć.

– Myślę, że pojedziemy wcześniejszym pociągiem – dodał po chwili milczenia. – Dziś niczego nie rozstrzygniemy, a Ania powinna unikać stresujących sytuacji. Ona jest teraz najważniejsza.

Mama pokiwała głową. Nie podobało jej się to wszystko, ale nie była tak porywcza jak mąż. Potrafiła też łatwiej przystosować się do nowej sytuacji. Zwłaszcza, gdy nie mogła z niej jakoś wybrnąć. A ten chłopak… Sytuacja nie była dla niego najlepsza, ale mama nie mogła nie zauważyć, że mimo wszystko Paweł to dobry chłopiec. Przynajmniej nie zostawił ich córki samej. Już samo to, że przyjechał, by wesprzeć ją w tej rozmowie, zasługiwało na szacunek. Wiedziała, że w końcu jej mąż też to zauważy. Liczyła też na to, że Bóg ich nie opuści i jednak Ania z Pawłem się pobiorą. A że młodzi teraz są trochę bardziej oporni…

Przeprowadzka Marty spowodowała niezłe zamieszanie. Marta spakowała swoje ubrania, kosmetyki i wtedy pojawił się problem. Po tylu latach wspólnego mieszkania, zapomniały, co jest czyje.

– Ja nigdy nie miałam suszarki – zarzekała się Ania, bo Marta twierdziła, że suszarka nie jest jej, Tosia też nie pamiętała, żeby kiedykolwiek kupowała suszarkę. W końcu to Tosia zaczęła myśleć praktycznie.

– Dobra, robimy tak: pakujemy to, co jest Marty, zostawiamy to, co nasze, a to, co nie ma właściciela składamy na kanapie.

Okazało się, że kanapy było za mało. Suszarka, cztery garnki, trzy talerze, siedem kubków, trochę sztućców, sztuczna choinka, dwa pluszowe misiaki, żelazko, deska do prasowania, kilka książek, trochę biżuterii i dywanik z łazienki. Trzy dziewczyny stały nad kanapą w milczeniu.

– To co robimy? – zapytała Tosia.

– Garnki, talerze i cała reszta mi niepotrzebna – powiedziała Marta – bo Krzysiek ma to wszystko. Ale suszarka jednak by mi się przydała. Powinnam jakoś układać te włosy.

– Ja chcę to – Ania wyjęła ze stosu kilka książek. – Jeśli nie macie nic przeciwko.

Tosia i Marta pokiwały głowami, że nie mają. Stosik powoli się pomniejszał. W końcu zostały na nim tylko dywanik i dwa pluszaki.

– Dywanik niech zostanie w łazience, w końcu do niej pasuje. Może nawet nie my go kupiłyśmy – zaproponowała Marta. – A co do pluszaków, to wiem, kto mógłby się nimi zająć – uśmiechnęła się, a jej przyjaciółki przytaknęły. One nie potrzebowały już zabawek, a Marta z pewnością chce je oddać jakimś dzieciakom.

– To co? Ostatnia kawka? ­– zaproponowała Ania i nie czekając na odpowiedź, poszła nastawić wodę.

Siedząc przy stoliku, rozmawiały o wywiadzie, który ukazał się w tym miesiącu w „Twoim Stylu”. Wywiadzie szczególnym dla nich, bo udzieliła go Marta, którą nominowano do jednej z tych nagród dla kobiet roku. Oczywiście chodziło o program „Badaj piersi – to nie boli”. Marta otrzymywała czasem listy od kobiet, które po udziale w spotkaniu znajdowały guzek i szły do lekarza, żeby sprawdzić, czy to nie nowotwór. Nie wiedziała jednak, że takie listy trafiają nie tylko do niej. Telefon od dziennikarki był dla niej wielką niespodzianką. A kiedy usłyszała, co dokładnie planują w redakcji, wpadła niemal w histerię. Wywiad nie był niczym niezwykłym – przecież od samego początku starała się, by wiadomość o programie zaistniała w mediach. Ale wiadomość o półnagiej sesji zbiła ją z pantałyku. Dopiero kiedy poznała szczegóły, zgodziła się pozować. Owszem – na planie zdjęciowym nie była całkiem ubrana, ale gdy zobaczyła zdjęcia zrozumiała, że nikt nie mógł pomyśleć, że te mają one coś wspólnego z erotyką. Najbardziej podobało jej się to, na którym obiema dłońmi osłania nagą pierś, w której wyczuła guzki. Na innym zdejmowała perukę – niby gest mało oryginalny, znany z tylu filmów, a jednak Krzysiek stwierdził, że to właśnie to zdjęcie najlepiej oddaje jej charakter.

Wywiad był dokładnie taki, o jakim mogła marzyć: rzeczowy. Dziennikarka zadawała krótkie pytania dotyczące najpierw jej choroby, potem tego, jak organizowała spotkania. Marta odpowiadała krótko i starała się niczego nie pominąć. Mówiła o tym, jak odkryła guzek, jak bała się iść do lekarza. Opowiedziała o Tosi i Ance zaciągających ją tam siłą, o uczuciach, które wywołała diagnoza. Nawet o tym, jak o chorobie dowiedział się jej brat i rodzice.

– A mi najbardziej podoba się ten fragment: „Całe życie udawałam silną i niezależną, buntując się przeciwko stereotypowi kobiety słabej i bezbronnej, przeciw przemocy wobec kobiet. Ten bunt dawał mi energię – to była ciągła adrenalina: praca z kobietami bitymi, porzuconymi, bezradnymi. Dopiero choroba pokazała mi, że ja też jestem słaba, że ten mój bunt to nie jest siła. Okazało się, że jednak się boję. Byłam tak przerażona, że nie mogłam nic zrobić. Ten strach mnie sparaliżował. I wtedy właśnie pojawiła się największa, prawdziwa siła. Lekarz powiedział »Będzie mogła pani karmić piersią«, a ja poczułam, że mam po co żyć, że muszę walczyć. Że przegram, jeśli nie podejmę leczenia. Teraz już nie muszę grać silnej, nie muszę się buntować, ale wiem, że są ciągle rzeczy, o które warto walczyć, i wiem, że mogę tę walkę podjąć i wygrać”. Cała ty.

Ania siedziała w fotelu i chyba bezwiednie głaskała się po brzuchu, gdy Tosia czytała fragment wywiadu. A Marta… się zaczerwieniła. Po chwili ciszy w końcu wydukała:

– Bo widzicie: ja tego jeszcze nie czytałam.

Obie przyjaciółki zrobiły wielkie oczy. One same przeczytały wywiad kilkanaście razy. Ich egzemplarze były wymięte od ciągłego noszenia w torebkach i neseserach, czytania w kuchni, przed salą sądową i przed gabinetem lekarskim.

– No wiecie – Marta wyraźnie była speszona – mi się zawsze wydawało, że te kobiety, o których piszą w gazetach, to jakieś heroski. A ja się wcale taka nie czuję. Nie jestem bohaterką. Po prostu nie potrafię usiedzieć bezczynnie, jeśli wiem, że coś mogę zrobić.

Tosia i Anka gruchnęły śmiechem.

Rozdział 22

POPRZEDNI

Ten wieczór był wyjątkowy. Marcin po wielu miesiącach ciężkiej pracy, skończył wyjątkowo intratny projekt biurowca. Przez ostatnie tygodnie całymi dniami i nocami nanosił poprawki inwestora. W końcu cała dokumentacja była kompletna, a projekt został zaakceptowany. Żeby uczcić wielki sukces, Marcin i Łukasz zabierali swoje narzeczone do bardzo drogiej i bardzo ekskluzywnej restauracji.

– Za kolejny taki projekt. Niech się pojawi jak najszybciej – wzniósł toast Łukasz.

Wszyscy upili odrobinę szampana z wyjątkiem Pauliny, która była w czwartym miesiącu ciąży i toast wznosiła wodą gazowaną.

– Będziesz mógł w końcu zabrać się za projektowanie swojego domu – podrzucił Marcin. – Nie zostało ci za wiele czasu.

Paulina się uśmiechnęła.

– Chyba na początku będziemy musieli jakoś zmieścić się w tej kawalerce. Ale mam zamiar przycisnąć Łukasza – żartobliwie pogroziła palcem swojemu chłopakowi.

– Jak długo chcesz pracować? – zapytała Tosia. Dla niej ciąża teraz, kiedy dopiero zaczynała karierę, byłaby dużą przeszkodą. Kiedyś chciałaby mieć dziecko, ale jeszcze nie teraz. Tymczasem Paulina pracowała niewiele dłużej od niej i nie miała umowy na stałe.

– Dopóki będę się dobrze czuła. Jakoś nie mam mdłości, nic mnie nie boli i tylko trochę chce mi się spać. Naprawdę życzę takiej ciąży każdej dziewczynie.

– Jestem dla ciebie pełna podziwu. Nie wiem, kiedy będę gotowa na dziecko, ale póki co bałabym się przeraźliwie.

– Powiem ci w sekrecie – uśmiechnęła się Paulina i udała, że próbuje ukryć to, co chce powiedzieć, przed Łukaszem i Marcinem. – Liczę na to, że chłopcy kiedyś wezmą mnie na wspólniczkę.

Tosia uśmiechnęła się i zamilkła. Nie wiedziała, czy Paulina nie mówi serio mimo żartobliwego tonu. Pamiętała za to, że kiedy Marcin z nią pracował, wiele razy musiała słuchać, że nie potrafią się dogadać. Marcin tworzył świetny zespół z Łukaszem, ale z Pauliną nie potrafił się dogadać. A ponieważ Łukasz często jej ustępował, Marcin miał pretensje także do przyjaciela. Skończyło się na poważnej rozmowie wspólników. Od tej pory Łukasz dawał Paulinie do wykonania projekty, nad którymi pracował sam. W pozostałych zaś współpracowali z zaprzyjaźnionym biurem projektowania zieleni.

Łukasz miał niewyraźną minę. Najwidoczniej Paulina mówiła serio i widać temat ten nie był nowością.

– Na razie musisz dbać o siebie, a kiedy urodzi się Łukasz junior może się okazać, że wcale nie chcesz wracać do pracy – Marcin mrugnął porozumiewawczo do Łukasza.

– Chyba wolałabym dziewczynkę. Już niedługo się okaże.

Obiad upłynął w bardzo miłej atmosferze. Dania, jak to bywa w ekskluzywnych restauracjach, były równie smaczne, co małe. Zamówili więc jeszcze kawę i desery. W efekcie wyszli jako jedni z ostatnich gości.

W domu Marcin przytulił się do Tosi.

– Nigdy o tym nie rozmawialiśmy. Chciałabyś mieć dziecko

– Ale teraz? – Tosia wystraszyła się.

– Nie, w ogóle. Kiedyś.

– W ogóle kiedyś tak. Teraz jeszcze nie. Nie czuję się dość bezpiecznie w związku z pracą i finansami. Ale powiem ci, kiedy przyjdzie na to pora.

Marcin złapał ją w pół i pociągnął w stronę łóżka, a ona się roześmiała.

– To może poćwiczymy trochę, żeby nabrać wprawy.

W sylwestra obiecała sobie, że zmieni swoje życie. Jeszcze nie czuła się ciężarna, ale wiedziała, że ma siedem miesięcy, by przyzwyczaić się do myśli o zostaniu mamą. Impreza oczywiście odbywała się u nich. Ekipa była stała. Tosia zaprosiła Marcina, Marta Krzysztofa, przyszli Magda i Sławek i przyprowadzili Pawła. Zabawa była udana, chłopcy kupili fajerwerki, które odpalili o północy. Ania starała się dobrze bawić, ale bała się, że ktoś w końcu zapyta, dlaczego nie pije alkoholu. Na szczęście nikt nie zwrócił uwagi, że do lodu dolewa tylko soku. O północy udało jej się także tak pomanewrować, by uniknąć picia szampana.

Następnego dnia poranne mdłości Ani były niczym w porównaniu z kacem Marty i Tosi oraz Marcina i Krzysztofa, którzy zostali na noc. Reszta towarzystwa wróciła do akademika. Ania przygotowała dla wszystkich tradycyjne kacowe śniadanie, czyli jajecznicę na boczku i herbatę z cytryną. Marta i Tosia powitały misę wjeżdżającą na stół z wdzięcznością, Marcin z Krzysztofem z niedowierzaniem. Ania zjadła i wróciła do ich niewielkiej sypialni. Musiała zebrać myśli. Był Nowy Rok, dobra pora na zastanowienie się co dalej.

Wzięła swój pamiętnik i otworzyła na zapiskach z zeszłego roku. Przeczytała postanowienia i uśmiechnęła się. Postawiła plusy przy tych, które udało jej się spełnić i minusy przy niespełnionych. Plan roczny na zeszły rok mogła zaliczyć do udanych. Teraz musiała się zastanowić nad planem na ten rok.

Granicą była połowa sierpnia. Lekarz wyznaczył jej datę porodu na osiemnastego. Szczęście w nieszczęściu – zdąży zaliczyć rok na studiach i zakończy naukę grup w szkole. Na studiach weźmie dziekankę. W pracy urlop macierzyński. Na szczęście miała umowę o pracę i mogła liczyć na zasiłek. Postanowiła rozstać się z OmegaNetem. Czuła się kiepsko i nie chciała ryzykować, że nie da rady podołać obowiązkom. Wpadła głupio, ale cóż… może to był jedyny sposób, żeby zostać mamą. A skoro miała być mamą, to musiała już teraz zadbać, żeby dziecko dobrze się rozwijało. Żałowała trochę, bo miała z tej roboty niezłe pieniądze. Część uczciwie przepuściła na ciuchy i kosmetyki. Gdyby wiedziała, zaczęłaby oszczędzać. Cóż. Mówi się trudno. Teraz może jeszcze uda jej się coś uskrobać. Będzie potem mogła dłużej być z dzieckiem, dorabiając tylko tłumaczeniami. No tak – powinna zacząć szukać kontaktów. Więc jednak nie będzie teraz miała mniej pracy. Zwolni trochę z opowiadaniami. Na dziekance nadrobi. Plan wydawał się realny. Trudny, ale realny. Wszystko mogło się jeszcze ułożyć. Może wydanie książki jej pomoże.

Ktoś zapukał do drzwi, otworzyła chyba Marta.

– Tak, jasne. Jest w pokoju. Wchodź.

Po chwili do pokoju wszedł Paweł.

– Cześć.

– Cześć.

– Chciałem z tobą porozmawiać.

Próbowała udawać, że jest spokojna, ale żołądek zacisnął jej się w węzeł. Przeczuwała, co za chwilę usłyszy i przez jej głowę przebiegały setki myśli o tym, jak powinna się zachować.

Paweł usiadł obok niej. Był spokojny, ale jego oczy były zmęczone i czujne.

– Jesteś w ciąży – stwierdził.

– Nie.

– Nie jestem głupi. Na weselu nic nie piłaś, wczoraj też nie. Poza tym słyszałem, jak Marta mówi o tym Krzyśkowi.

Zaskoczył ją. Nie wiedziała, że Marta jednak się zdradziła, ale nie mogła mieć o to do niej pretensji. Sama mówiła Damianowi wszystko, kiedy byli parą. Wzięła głęboki wdech, żeby się uspokoić. Nie chciała, by głos się jej załamał.

– No dobra. Ale dlaczego chcesz o tym ze mną rozmawiać?

– Bo to moje dziecko.

– A to skąd wziąłeś! – chciała, by zabrzmiało to jakby powiedział przed chwilą kompletną bzdurę, ale wyszło jej raczej żałośnie.

– Nie jestem głupi. Potrafię liczyć. Sześć tygodni temu… – zawahał się. – Nie zabezpieczyliśmy się. Nie masz faceta, a nie jesteś z rodzaju tych, co puszczają się na prawo i lewo.

– Z tobą się puściłam.

– Słuchaj. Zakochałem się w tobie, gdy tylko cię zobaczyłem. Przez półtora roku próbowałem poderwać. Myślałem, że mi się udało, ale ty powiedziałaś, że mnie przepraszasz, że to było chwilowe i musiałaś rozładować napięcie.

– Jesteś dla mnie za młody; jesteś za młody, żeby być ojcem. Ile ty masz lat?

– Dwadzieścia jeden. A ty dwadzieścia cztery. I co z tego? Słuchaj. Nie proszę cię, żebyś mnie pokochała. Ale będziemy mieli dziecko. To wszystko zmienia. Nieważne, ile mam lat: będę ojcem, czy tego chcemy, czy nie. Czy się z tym zgadzamy, czy nie. Chyba że… – urwał i spojrzał na nią przerażony, jakby dopiero teraz pomyślał o jeszcze jednym rozwiązaniu.

Wiedziała, że prędzej czy później czeka ją ta rozmowa. Ciąży nie może ukrywać w nieskończoność. Dziecka tym bardziej. Nie zniknie nagle, nie wróci do rodziców. Rzeczywiście nie liczyła na to, że Paweł się nie doliczy. Ale miała nadzieję, że będzie mogła się lepiej przygotować do tej chwili. Przez chwilę pomyślała, że i tak może sobie pogratulować opanowania. Paweł patrzył na nią cały czas, czekając na to, co powie. Przez chwilę miała wrażenie, że chłopak czeka na wyrok, który padnie z jej ust. Zamknęła oczy.

– Okej. Tak, jestem w ciąży. I tak, to jest twoje dziecko. Chciałam ci powiedzieć, gdy będę gotowa. Na razie to wszystko jest zbyt zagmatwane… I nie, nie usunę dziecka – spojrzała na niego. Nagle poczuła się lekko i wiedziała, że cokolwiek teraz się stanie, ona temu sprosta.

– Więc jednak – wypuścił głośno powietrze, jakby przez ten czas nie oddychał. – Wiesz, przez cały ten czas myślałem, że sobie coś wkręcam – zaśmiał się nerwowo. – To jak teraz będzie?

– Nie wiem. Nie będę ci bronić dostępu do dziecka. Będziesz mógł się z nim spotykać, kiedy będziesz chciał. Jakoś się dogadamy.

– A co z nami? Nie ma żadnych szans?

– Nie wiem. Naprawdę chcesz ryzykować? Lubię cię, ale nie wiem, czy potrafię pokochać i związać się z tobą.

– Daj mi szansę. I tak powinniśmy się lepiej poznać. Jak nic z tego nie wyjdzie, to trudno. Ale może kiedyś uznasz, że jednak nie jestem taki najgorszy i zechcesz… – nie skończył.

Milczała. Nie wiedziała, co ma mu powiedzieć. Owszem, wpadło jej do głowy, że mogłaby być z Pawłem, jeśli on tego będzie chciał. Uważała go za dobrego człowieka i porządnego faceta. Ale nie czuła tej chemii, którą tak lubiła w nowych związkach.

– Muszę się zastanowić.

– Okej. Mogę przyjść jutro?

– Chyba tak. Ale jutro nie dam ci jeszcze odpowiedzi.

– Wiem, i jej nie oczekuję.

Paweł wstał, zawahał się, jakby chciał jeszcze coś powiedzieć lub zrobić, w końcu jednak wyszedł, a Ania siedziała oszołomiona. Dopiero po chwili weszły Tosia i Marta.

– Chłopcy wyszli. W salonie wszystko było słychać.

– I tak byście się kiedyś dowiedziały.

– Ale jak to się stało?

– Mówiłam wam, że go spotkałam. Zaprosił mnie na kawę, poszliśmy do niego do akademika. Jakoś tak wyszło. Ja dawno nie miałam faceta, on – mówi, że jest we mnie zakochany, więc nie musiałam go namawiać. Oboje straciliśmy głowy i zapomnieliśmy o gumkach.

Ania nie wytrzymała i zaczęła płakać. Obie ją przytuliły.

– Boję się. I nie wiem, co zrobić.

– Wszystko się ułoży. Paweł to dobry chłopak. Spróbuj dać mu szansę. Nie musisz za niego wychodzić, ale będziesz miała kogoś, kto ci pomoże. A jeśli się wam nie uda, to spróbujecie choć dobrze i wspólnie wychować dziecko.

– Ale ja go nie kocham.

– Nie musisz go kochać. Poznajcie się, zaprzyjaźnijcie. Nie róbcie nic na siłę. Może kiedyś uznacie, że warto ze sobą zostać. A jeśli nie, to przynajmniej dobrze wychowacie dziecko.

Wiedziała, że dziewczyny mają rację, ale była przerażona. Sytuacja ją przerastała. Nie wiedziała, co powinna zrobić, nie potrafiła się na nic zdecydować i nie miała sił się nad tym zastanawiać. Ostatnio żyła w olbrzymim stresie, a to nie służyło dziecku. Myślała, że jak Paweł będzie wiedział, to ona będzie spokojniejsza. Niestety nie była. Jedno zmartwienie zniknęło, pojawiły się setki innych.

– Chyba nie mam wyjścia. Tak czy inaczej będziemy mieć dziecko i nic już tego nie zmieni.

Sytuacja była co najmniej niezręczna. Ciąża Ani wszystko komplikowała. Marta już kilka razy zbierała się, by zacząć temat przeprowadzki, ale za każdym razem rezygnowała. Tosia pewnie skorzysta z okazji i przeniesie się do Marcina, ale co zrobi Ania? Jak da sobie radę? Sama nie utrzyma dwupokojowego mieszkania, a nie znajdzie współlokatorki do mieszkania z dzieckiem. Krzysztof czekał blisko miesiąc, zanim wrócił do tematu. Wysłuchał jej tłumaczenia i pokiwał głową.

– Rozumiem. Ale chciałbym wiedzieć, na czym stoję.

Uśmiechnęła się. Podobno to kobiety naciskają na zacieśnienie związku. W ich przypadku było odwrotnie, ale to chyba nie powinno dziwić nikogo, kto znał Martę i jej podejście do mężczyzn.

– Krzysiek, wiesz, że… – zawahała się. Ciągle nie potrafiła mówić o swoich uczuciach, choć wyznali już sobie miłość. – Wiesz, że cię kocham. Ale te dziewczyny kocham jak siostry, a jedna z nich ma teraz kłopoty. Nie mogę jej tak po prostu zostawić. Taka już jestem.

– Wiem. Gdybyś taka nie była, pewnie nie zwróciłbym na ciebie uwagi. Mam więc za swoje – próbował zamienić niezręczną sytuację w żart.

Uśmiechnęła się do niego ciepło i po raz kolejny przez jej głowę przeleciała myśl o niezwykłym szczęściu.

W końcu jednak zebrała się na odwagę.

– Mam do was pytanie – zagadnęła. – Krzysiek zaproponował mi wspólne mieszkanie. Co o tym myślicie?

Ania podniosła oczy znad laptopa, Tosia ściszyła telewizor.

– To super? – Tosia nie wiedziała najwyraźniej, czy powinna się cieszyć, czy nie. Ania poparła ją uniesieniem brwi i pytającym spojrzeniem.

– No, ale czy to w porządku? Co z wami?

– Chyba damy radę się tu jakoś utrzymać – stwierdziła Ania, a Tosia poparła ją skinieniem głowy.

– A ty, Tosiu, nie chcesz się wyprowadzić? Macie z Marcinem dłuższy staż, tobie się bardziej należy.

– W jego kawalerce nie starczy miejsca. Deska kreślarska zajmuje więcej jak pół pokoju. Poza tym jakoś o tym nie myśleliśmy! – zaśmiała się. – Teraz wydaje mi się to wręcz dziwne. Zaręczeni, ale nie mieszkają ze sobą. Cud jakiś albo anomalia.

– Nie zrozumcie mnie źle – dodała Ania, patrząc przepraszająco na obie – ale mi to nawet pasuje. We trzy z dzieckiem nie dałybyśmy rady. Prawdę mówiąc, myślałam, że to Tosia się wyprowadzi, ale skoro tak wyszło.

– Bo mi jest głupio, że was same zostawiam. Zresztą Tosia się pewnie w końcu wyprowadzi i jak dasz sobie radę sama?

– Nie wiem. Zawsze zostaje mi asystenciak. Ale tym będę się martwić, kiedy się stanie.

– Nadal mam jednak wrażenie, że zachowuję się nie w porządku.

Tosia z Anią zaczęły przekonywać ją, że nie ma się przejmować. Że przecież one nie są dziećmi, że zarabiają i mają więcej kasy niż na studiach, więc stać je na mieszkanie we dwie i że tak naprawdę robi im przysługę. Ania nawet zaklepała już w żartach większy pokój.

– Ty się tam zamkniesz, a ja będę miała wolny dostęp do kuchni. I nie będę ci przeszkadzać – przekomarzała się z Tosią.

W końcu udało im się przekonać Martę, że jeśli tylko chce, to może się wyprowadzić nawet następnego dnia.

– Dzięki, dziewczyny. Jesteście kochane.

– Oj, nie przesadzaj – niby ofuknęła ją Tosia.

NASTĘPNY