Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny

Rozdział 10

Tosia nie była w domu od czasu przeprowadzki. Praca w kancelarii i akredytacja zajęły ją całkowicie. Swoją nieobecność starała się wynagrodzić mamie, często dzwoniąc. Zawsze wtedy rozmawiała też z babcią i to od niej usłyszała:

– Twojej mamie coraz lepiej się układa. Kto wie, może po dwudziestu pięciu latach w końcu wyjdzie na prostą…

– Dostała pracę? Nic nie mówiła.

– Nie pracę, ale ja ci nic powiedzieć nie mogę, bo mnie twoja matka zabije, obiecałam jej. A jeszcze się sobą nie nacieszyłyśmy. W końcu mamy do nadrobienia tyle lat…

– Babciu, ale tak się nie robi. Przecież ja teraz nie usnę.

– To przyjedź, to nie jest rozmowa na telefon. I Marcina możesz wziąć. Podoba mi się ten chłopak.

– Mi też, ale nie mów tego mamie, bo mnie siłą zaciągnie do ołtarza.

Babcia okazała się wielkim odkryciem Tosi. Przedtem prawie jej nie znała, czasem tylko spotykały się na ulicy, babcia wtedy wciskała jej a to jakieś pieniądze, a to słodycze. Dziadka widywała jeszcze rzadziej. To jego winiła za to, jakie jest jej życie. To dziadek nie potrafił wybaczyć córce błędu i tak zastraszył rodzinę, że nikt nie odważył się kontaktować z Michaliną i jej dzieckiem. Tosia miała do niego żal. Kiedyś winiła też babcię, że nie potrafiła się zbuntować. Teraz ją rozumiała, bo dowiadywała się, jakie w domu były o to wojny. Babcia nie była kobietą, która się łatwo podporządkowywała. Próbowała go przekonać na wszelkie sposoby – bez skutku. Niestety – po kolejnej kłótni dziadek zagroził rozwodem, jeśli babcia nie przestanie zanosić Michalinie jedzenia i ubrań. Tosia miała wtedy jakieś trzy lata. Dla babci to był szok. Rozwód nie wchodził w grę – miała jeszcze trzy córki, wszystkie się uczyły. Groźba rozwodu ją pokonała.

Babcia bardzo cierpiała po śmierci dziadka, wspominała go zawsze ze łzami w oczach. Byli szczęśliwym małżeństwem. Nie przeszkadzało jej to jednak zauważyć, że tylko jego śmierć mogła znów połączyć ją z córką i wnuczką.

– To był dobry człowiek, tylko bardzo uparty – mówiła do Tosi ze smutnym uśmiechem. – I bardzo dumny. Michasia zraniła jego dumę i tego nie mógł jej wybaczyć. Nawet na łożu śmierci.

Ostatnie zdanie zabrzmiało jak przeprosiny.

Dla Tosi babcia stała się szybko kimś więcej niż babcią. Mimo różnicy wieku bardzo się zaprzyjaźniły. Babcia miała nadal młodzieńczą naturę, lubiła młodzież, chętnie z nią dyskutowała, a młodzi odwzajemniali tę sympatię, bo babcia miała liberalne poglądy i daleka była od krytykowania całego świata. Chętnie też pomagała i służyła radą, jeśli tylko ktoś o to poprosił. To babcia, nie mama, pierwsza dowiedziała się, że Tosia nie ma pojęcia, czy angażować się w związek z Marcinem. I to babcia pomagała jej powoli rozwikłać ten uczuciowy kłębek. Nie naciskała, nie narzucała swojego zdania, tylko zadawała pytania.

– Okej, w takim razie przyjeżdżam w ten weekend. Tylko jeszcze nie wiem jak.

– No, to się mama ucieszy.

Marcinowi powiedziała, że zaprasza go jej babcia. Uczuć babci była pewna, swoich nie bardzo. Marcin ze swoimi uczuciami też się nie krył. Jednak to nie Tosia i Marcin byli głównym tematem rozmów przy stole. Na kawę wpadły ciotka i kuzynka mieszkające w pobliżu. Ich nie obowiązywała tajemnica, którą zasłaniała się babcia, więc zaraz się wydało, że mama i pan Janek spędzają ze sobą wiele czasu. Pan Jan pochodził ze Śląska, przyjechał na Pomorze kilka lat wcześniej, kiedy okazało się, że jego żona jest ciężko chora i nie powinna oddychać ciężkim śląskim powietrzem. Pani Maria zmarła dwa lata po przeprowadzce. Niestety nie pomogło wiejskie życie. Pan Giermak unikał przez jakiś czas innych ludzi, zaczęto o nim mówić, że zdziwaczał. Wychodził tylko do sklepu i kościoła. I nagle, rok po śmierci żony, zaczął pomagać młodej, budującej się w okolicy parze, która wybrała życie z dala od miejskiego gwaru. Okazało się, że pan Jan jest inspektorem budowlanym. Sam zaoferował się zostać kierownikiem budowy ich domu. Chodziły nawet słuchy, że nie chciał za to żadnych pieniędzy, choć ludziom w głowie się nie mieściło, że ktoś mógłby coś robić za darmo. Pogłoski częściowo się potwierdziły: pan Jan pracował za pół darmo. We wsi orzeczono, że Giermak faktycznie zdziwaczał po śmierci małżonki. Jednak ludzie go lubili, bo każdemu pomagał, jak umiał, tylko pieniędzy nie pożyczał. Nikt nie wiedział, z czego pan Jan żyje i to było kolejnym powodem krążących po wsi plotek.

– We wsi huczy od plotek, znasz nasze społeczeństwo – szeptała jej na ucho Beatka, nieco młodsza kuzynka. – Zwłaszcza, że ludzie pamiętają stare dzieje. Co więksi idioci wymyślili nawet, że jesteś córką pana Jana, jako że on sam dzieci nie ma.

– Nie, to już przesada. Ale tak serio, to co ty o tym myślisz? Bo ja głupieję. Babcia nie chce nic powiedzieć, bo niby mamie obiecała. Mama nic nie mówi, choć plotki pewnie zna i musi już wiedzieć, że ja je słyszałam. Z panem Janem się pewnie widuje, bo w plotkach jakaś prawda być musi. Tylko dlaczego mi tego nie mówi?

– Ja myślę, że prawda jest taka, że oni mają się jakoś tam do siebie, ale może sami jeszcze nie wiedzą jak. Twojej mamie trudno, bo w życiu zawsze miała pod górkę i pewnie w szczęście takie nie wierzy. We wsi stare baby coś zwęszyły, a że w telewizji nic nie leci, to uknuły zaraz całą historię. Przecież wiadomo, że twórczość własna jest ciekawsza od cudzej.

Dziewczyny roześmiały się na myśl o lokalnych plotkarach, które całą przyjemność znajdują w tym, że Michalina Majewska znów ma romans. Z ostatniego wyszła z nieślubnym bachorem, to co teraz zmaluje, na starość?

Na deserze u babci pojawił się pan Jan. Przysiadł się zaraz do Marcina, jedynego mężczyzny w domu. Mama zaraz zrobiła dla gościa kawę i nałożyła na talerzyk sporą porcję ciasta, za co pan Jan odwdzięczył się szerokim uśmiechem. Może Tosi się wydawało, ale jej mama chyba się zarumieniła.

Do Gdańska Tosia wróciła w wybornym humorze. Dziewczyny siedziały w kuchni, zaprosiły też zaraz Marcina na wieczorną lampkę wina. Nie było specjalnie co opijać, ale szybko stwierdzono, że toast za zdrowie Marty będzie dobrym pomysłem. Tosia też miała pomysł na toast.

– Moi drodzy, za wesele w mojej rodzinie.

Dziewczyny spojrzały na nią zaskoczone, a Marcin się uśmiechnął.

– Jeszcze trochę, a najpóźniej za rok będę skakać na weselu mojej mamy – i tu opowiedziała, czego dowiedziała się od kuzynki. Na koniec wyciągnęła wnioski:

– Mama z panem Giermakiem się zakochali. I to jest super. Ale moja mama jest chyba tak samo uparta jak dziadek. Ona pewnie uważa, że w jej wieku to nie wypada się zakochiwać. Pewnie będziemy musieli ją przekonywać, że ma prawo kochać i być kochana. Mam nadzieję, że pan Janek ma dużo cierpliwości.

– Jejuśku, ale to romantyczne! – westchnęła Anka, która starała się być szczęśliwą singielką, ale nadal uwielbiała miłosne historie. – Po tylu latach twojej mamie należy się odrobina szczęścia. Tylko jak to możliwe, że twoja mama z tym panem Janem nie zeszli się wcześniej.

– Po prostu nie było okazji. Moja mama nie jest najpopularniejsza we wsi, a pan Jan też nie zabiega o to, by ze wszystkimi się znać i przyjaźnić. Spotykali się w sklepie, mówili sobie „Dzień dobry” i to wszystko.

– A twoja mama nie obawia się, że będzie porównywana z poprzednią żoną?

– Ze strony pana Jana nie. To była zupełnie inna kobieta i pan Jan dużo o niej opowiada, ale mama podoba mu się z innych powodów. Tamta była śliczna, oczytana, bardzo wesoła i towarzyska, miała wiele pięknych rzeczy, ale nie wiedziała, ile co kosztuje, bo najpierw miała gosposię, a potem pan Jan się nią zajmował. To była taka trochę księżniczka w szklanej kuli. Mama imponuje panu Giermakowi swoją zaradnością, a jak się elegancko ubierze i trochę umaluje, to widać, że jest nadal bardzo ładna. Babcia zabrała ją do fryzjera i teraz mama jest fajnie obcięta. Poza tym babcia za każdym razem jak są w mieście, kupuje mamie coś do ubrania i dzięki temu mama ma w końcu ładne i modne ubrania.

– No, a historia twojej mamy? Nie przeszkadza mu jej opinia. No wiesz – nieślubne dziecko, kobieta upadła itp.?

– Życzliwe sąsiadki zaraz go powiadomiły o moim istnieniu, jakbyśmy się nigdy nie widzieli – Tosia zaśmiała się szczerze. – Ale on ma to w nosie. Nawet więcej – podziwia mamę, że nie poddała się, nie zaczęła pić czy coś w tym stylu i wyprowadziła mnie na porządnego człowieka. Ten „porządny człowiek” to jego słowa.

– Jedno mi tylko nie pasuje – wtrąciła się Marta, jak zawsze racjonalna. – Mama w końcu nic ci nie powiedziała pewnego?

– Mama nie, ale ja wierzę w babcię, a jej się strasznie marzy zatańczyć na weselu córki.

Ania wiodła życie singielki i nawet jej się to podobało. Nagle wokół niej pojawiło się wiele nowych osób, co związane było przede wszystkim z rozpoczęciem pracy. Poznała wielu uczniów – dorosłych i dzieci, ale dużo ciekawsi wydawali jej się koledzy z pokoju nauczycielskiego. Szkoła uczyła wielu języków, głównie europejskich, ale też mniej popularnych, jak japoński. W pokoju nauczycielskim można było spotkać lektorów i native speakerów z najróżniejszych krajów. Ponieważ byli to głównie młodzi ludzie, chętnie umawiali się na piwo i wspólne wyjścia wieczorami. Ania już kilka razy wychodziła z nowymi znajomymi, szczególnie że wielu z nich było także singlami, znakomicie więc się bawili. Był jednak jeszcze jeden powód, dla którego Ania tak chętnie wychodziła – zazwyczaj w towarzystwie znajdował się Pablo, bardzo przystojny Hiszpan, który po studiach postanowił zwiedzić środkową i wschodnią Europę i został w Polsce, bo zauroczyły go Kaszuby i naturalne blondynki. Pablo nie udawał, że szuka dziewczyny na stałe, ale Ania liczyła, że skoro poświęca jej tyle uwagi, to może… Nie bardzo chciała dzielić się tym z dziewczynami, jednak Marta wypatrzyła, jak Pablo odprowadzał ją do domu. Przy śniadaniu nie dała Ani świętego spokoju.

– No, Anulka, przed nami przecież nic nie ukryjesz.

– Ale ja nie chcę niczego ukrywać, tylko jeszcze jest za wcześnie, by o czymkolwiek mówić.

– Nie ma takiej opcji jak za wcześnie – zawyrokowała Tosia. – Mów, jak jest, bo potem pewnie okaże się, że nic nie było, a my sobie nie poużywamy.

– No to co chcecie wiedzieć?

– Wszystko. Jak ma na imię, skąd go znasz i jakie masz plany względem niego.

– Pablo, znam go z pracy i planów nie mam żadnych, bo nie mam ochoty stracić pracy, bo prędzej wywalą byle germanistkę niż rodowego Hiszpana. I on chyba też nie jest mną zainteresowany. Do niczego, nawet najmniejszego buziaka nie doszło.

– I co? Tak to zostawisz?

– A co mam zrobić? Poflirtuję sobie z nim, ale na nic więcej nie mam co liczyć.

Flirt niestety niedługo się skończył. Ania pochwaliła się kilka dni potem, że Pablo zaprosił ją na kolację, z której wróciła w kiepskim humorze. Pablo wyznał jej, że bardzo mu się podoba i być może mogłoby ich połączyć coś więcej niż przyjaźń, ale on musi wracać do Hiszpanii, ponieważ jego ojciec zachorował i ktoś musi zaopiekować się matką. Na koniec pocałował ją tak, że do końca życia tego pocałunku nie zapomni.

– To jakaś tragikomedia.

– Na pewno zaraz znajdziesz sobie innego – próbowała pocieszać ją Tosia.

– A bo to warto szukać?

– No, przecież w tej waszej szkole nie jeden Hiszpan.

– Akurat Hiszpan jest jeden, ale mamy też Włocha, dwóch Niemców, Brytyjczyka i jednego Turka. Turek od razu odpada.

Szybko odpadł też Brytyjczyk, który na kolejnej imprezie pokazał, że ma mocny pociąg do polskiego piwa, ale niestety słabą głowę. Niemcy odpadli, bo mieli z kolei głowy za mocne, a polskie piwo lubili bardziej niż Brytyjczyk. Ania została też zmuszona przez profesora Sudeckiego do wzmożonej pracy nad tłumaczeniem. Nie miała czasu na imprezowanie, wieczory spędzała przed komputerem i książką. Znajomi ze szkoły nie naciskali. W dużym gronie jedna osoba mniej czy więcej nie robiła większej różnicy – zabawa i tak była udana. Ania czasem żałowała, ale konsekwentnie odmawiała. Do czasu, kiedy w szkole pojawił się Philip, nauczyciel francuskiego. Nie był zupełnie w typie Ani, ale zauroczył ją swoim zachowaniem. Jego matka była Polką, więc doskonale znał język. Ale zdecydowanie więcej łączyło go z Francją. Uwielbiał kuchnię francuską, polska była według niego za ciężka, maniery też miał francuskie, co wyraźnie rzucało się w oczy, szczególnie w zetknięciu z native speakerami z Niemiec. Wyraźnie adorował wszystkie kobiety, nawet złośliwe i wredne babki z sekretariatu, które dla nikogo nie były uprzejme i tylko do Philipa uśmiechały się od ucha do ucha. Ania też zaczęła się uśmiechać i częściej rozpuszczać włosy. Philip nie mógł nie zauważyć ich złocistego koloru i tego, że sięgają prawie do pośladek dziewczyny. Ania zawsze mówiła, że włosy to jedyna imponująca część jej ciała. Reszta była raczej drobna. Znów zaczęła wychodzić wieczorami i wracać uśmiechnięta.

– W zasadzie jestem jedyną wolną dziewczyną w tym gronie, Grażyna znalazła sobie chłopaka, Małgośka się zaręczyła. Philip jest więc mój. A jak on tańczy, mówię wam.

Tym razem nie taiła, że ktoś jej się podoba. Przyjaciółki i tak coś by zwąchały, zwłaszcza że po kilku tygodniach wzmożonej pracy nad tłumaczeniem i magisterką, teraz wychodziła dwa, a nawet trzy razy w tygodniu. Wolała do wszystkiego się przyznać na początku. Inaczej Tosia i Marta zaczęłyby zadawać pytania, a ona nie zawsze lubiła na ich pytania odpowiadać.

Zbliżały się święta, wszystkich ogarnął szał zakupów i poszukiwania prezentów. Marta niestety zupełnie nie czuła atmosfery Bożego Narodzenia. Miała już wyznaczoną datę zabiegu na dwudziestego dziewiątego grudnia i nie bardzo wiedziała, co powiedzieć rodzinie, gdy spytają, dlaczego tak szybko wraca do Gdańska. Na razie trzymała się wersji, że ma w pracy przed pierwszym styczniem bardzo dużo obowiązków i dlatego nie może zostać dłużej. Koniec roku to dla wielu osób okres cięższej pracy, liczyła więc, że nikt nie będzie podejrzewał kłamstwa.

– Nie chcę ich martwić. Podobno to nic wielkiego, operacja i radioterapia powinny mnie wyleczyć. Nikt nie będzie się musiał o mnie martwić. Powiem im, kiedy już wszystko będzie dobrze.

„Albo tak źle, że nie będę mogła tego ukryć”, pomyślała i natychmiast zdusiła tę myśl. Musi być pozytywnie nastawiona, operacja musi się udać, a ona szybko wróci do swojego dawnego życia.

– My się pomartwimy i za nich i za siebie – obiecała Tosia.

Marta spojrzała na obie swoje przyjaciółki ciepło.

– Bez was nie dałabym rady. Obiecajcie, że będziecie mnie odwiedzać.

Obie przytaknęły.

– A teraz mam do was wielką prośbę. Potrzebują pożyczki. Po zabiegu muszę kupić dość drogie leki, a moje oszczędności poszły na badania i wizyty.

– Spoko – powiedziała Tosia, jakby Marta prosiła ją o pożyczenie butów, a nie sporej kwoty. – Na leki dla ciebie zawsze się znajdzie.

Ania miała niepewną minę, ale potakiwała Tosi. Marta się roześmiała. Tosia była zawsze najoszczędniejsza, bo nie miała czego wydawać, Ani zaś pieniądze nigdy się nie trzymały. Przez całe studia w zasadzie żyła na koszt rodziców, których było na to stać. Często sama uzupełniała zapasy w kuchni, kupowała detergenty, ale potrafiła też niemałe sumy zostawić w odzieżowym lub obuwniczym. W efekcie to Tosia, choć najbiedniejsza, zawsze na koniec miesiąca zostawała na plusie, a Ania była kompletnie spłukana. Marta zawsze była gdzieś w połowie. Potrafiła zaszaleć i zaoszczędzić. Niestety przez dwa miesiące – a tyle minęło od czasu, kiedy dowiedziała się, że będzie miała zabieg – jej niewielkie oszczędności rozpłynęły się na badania i wizyty u różnych specjalistów. Bała się, że nie wystarczy jej na leki z zasiłku chorobowego, który dostanie, i poczuła ulgę, że jak zawsze może polegać na przyjaciółkach.

Do domu pojechała dopiero w wigilię. Chciała jak najwięcej czasu spędzić z rodziną, ale też bała się, że w końcu się wygada, z czymś wyskoczy i wszyscy się domyślą. Na miejscu okazało się, że mało kto zwraca na nią uwagę, bo rodzice postanowili kupić działkę i zbudować dom, co poruszyło całą rodzinę. Babcia bała się, czy dadzą sobie radę, w końcu nie wezmą kredytu, bo są za starzy, a oszczędności powinny zostać na czarną godzinę. Swoje obawy wyrażała bardzo dobitnie i głośno. Dziadek doradzał, co i jak, choć nie znał się na tym zupełnie. Swoje opinie i rady opierał o doświadczenia swoich znajomych, ich znajomych i rodziny i wielu innych osób. Doświadczenia te pochodziły najczęściej z lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych, nie miały więc wiele wspólnego ze współczesnym rynkiem budowlanym, ale to dziadkowi nie przeszkadzało. Cała rodzina mu potakiwała, bo nikt nie znalazł lepszej metody na dziadka. Sławek z Magdą podziwiali projekt domu, który choć mały, to jednak był doskonale rozplanowany. Okazało się, że każdy w końcu będzie miał własny pokój. Marta szybko się przyłączyła do brata i jego narzeczonej, szczególnie że przyjechał brat ojca ze swoją młodziutką żoną, która najwyraźniej chciała przypodobać się teściowej i zaczęła gorąco wspierać ją w zastanawianiu się, co będzie, jeśli Basia i Karol nie skończą domu.

– Jednej mogę się opierać, dwóm nie dam rady – powiedziała cicho mama, zakradając się do pokoju młodzieży. – Ta Wioletka jest upiorna. Wujek chyba stracił głowę.

– To kryzys wieku średniego – krótko skwitował Sławek, a Magda zmierzyła go dziwnym wzrokiem. Sławek chyba tego nie zauważył i nie skomentował.

– A nie mógł go przeżyć jako stary kawaler, tak jak przeżył chwalebne pół, daj mu Panie Boże, życia.

– Wujek ma dopiero czterdzieści sześć lat, to nie tak dużo… – próbowała bronić swojego chrzestnego Marta, ale nie zdołała powiedzieć wiele więcej, bo do pokoju wśliznął się tata.

– Mirek chyba nie ma za grosz przyzwoitości. Mogę sobie z nim porozmawiać o kobietkach w ogóle, ale podziwiać wdzięki jego żony to przesada. To przecież prawie kazirodztwo.

Marta i Sławek zaczęli chichotać. Znali swojego ojca bardzo dobrze. Potrafił skomplementować przechodzącą obok pannę w mini bardzo elokwentnie, ale pewnych rzeczy nie tolerował. Rodzina była dla niego najważniejsza i każdy kto do niej należał, był nietykalny. Jego brat był dumny z uwiedzenia dziewczyny niewiele starszej od Marty i chciał całemu światu ogłosić, jaka to boska istota. Niestety ona sama robiła raczej negatywne wrażenie – głupiej blondynki, najzwyczajniej. Babcia tego nie widziała, bo Wioletka we wszystkim się z nią zgadzała. Dziadek wszystkich krytykował, ale Wioletka wkupiła się i w jego łaski, pytając go o wszystko. Krótkie spódniczki zapewne także miały tu jakiś wpływ. Basia i Karol nie rozumieli, co Mirek widzi w takiej pustej dziewczynie. Ich dzieci nie polubiły cioteczki i ciągle robiły sobie z niej żarty, zadając jej na przykład łatwe, ale podchwytliwe pytania. W tym roku to u nich wypadała kolacja wigilijna i w zasadzie nie wiadomo było, czy z tej okazji się cieszyć, czy płakać.

W końcu jednak wszyscy musieli wyjść z pokoju i zająć się gośćmi. Mama, Marta i Magda ukryły się w kuchni, nie wpuszczając tam nikogo innego pod pozorem ciasnoty. Tata i Sławek zostali oddelegowani do prowadzenia rozmowy. Obaj przyjęli taktykę potakiwania i zaszyli się w kącie. Na szczęście chwilę potem zaczęła się wieczerza.

Święta minęły bardzo szybko. Choć na początku Marta się ich bała, teraz chętnie by je przedłużyła. Nieubłaganie zbliżał się termin operacji.

Osiemnasty tydzień ciąży

Poprzednie

Święta wielkanocne minęły bardzo spokojnie. Jeszcze byłam trochę osłabiona po przeziębieniu, więc wolałam za dużo nie wychodzić. Nie zrobiłam nawet porządnych zakupów – na śniadanie wielkanocne i tak pojechałam do rodziców, drugi dzień chciałam spędzić w domu przed telewizorem. Zaprosiłam Dominika, ale nie mógł mnie odwiedzić, bo jechał do ukochanej babci.

Przy śniadaniu wszyscy życzyli mi, żeby dziecko było zdrowe. Mama zrobiła mnóstwo pyszności. Postanowiłam tym razem nie żałować sobie niczego. Najadłam się tak, że potem nie mogłam się ruszyć. Mama przygotowała mi łóżko, więc ucięłam sobie drzemkę. Spałam chyba ze dwie godziny. Obudziły mnie zapachy obiadu.

Zawsze w święta staram się nie przesadzać z jedzeniem. Nigdy nie musiałam się odchudzać, ale po co psuć sobie wolne wzdęciami. Tym razem jadłam za dwóch. Potem miałam wyrzuty sumienia. No, ale skoro i tak tyję, to tych kilka deko teraz zamiast potem chyba nie robi różnicy.

Święta mnie stresowały, odkąd przestałam być dzieckiem. Tym razem jednak były naprawdę przyjemne.

Zdałam sobie sprawę, jak często to ja wszczynałam kłótnie. Wciąż namawiałam mamę, żeby znalazła gdzieś pracę, krytykowałam ojca, bo nie pomaga jej w domu. Kasię wciąż próbowałam przeciągnąć na swoją stronę. Według nich kobieta może pracować, dopóki nie wyjdzie za mąż, a potem powinna zająć się domem i rodziną. Studia tylko zabierają dziewczynom czas, który jest najlepszy na urodzenie dzieci. Kariera nie ma sensu, bo gdy urodzi się dziecko i tak trzeba zostać w domu.

Ja zawsze chciałam żyć inaczej i udało mi się. Pracuję, dobrze zarabiam, ale teraz będę miała dziecko i będę musiała wychować je sama. Będę musiała być dla niego ojcem i matką. Pewnie łatwiej jest skupić się tylko na jednej roli.

Po powrocie do domu, zrobiłam sobie herbatę i włączyłam film, ale nie mogłam się skupić. Może nie wszystko jest takie czarno-białe, jak się mi wydawało. Może moja mama naprawdę jest szczęśliwa? Zawsze surowo oceniałam ojca. Nie był wylewny, ale zapewnił nam to, co mógł.

To był refleksyjny poniedziałek. Nagle zobaczyłam swoje życie z innej perspektywy. Mama cały czas będąc w domu zapewniła nam poczucie bezpieczeństwa. Ojciec, daleki, ale jednak obecny, dał punkt oparcia. Byli dobrymi rodzicami, a ich światopogląd nie miał z tym nic wspólnego. Uznałam, że jestem im winna przeprosiny. Przeproszę ich, kiedy się zobaczymy. Już niedługo urodziny Krzysia, więc będzie okazja.

Na wieczór nie miałam żadnych planów, więc ucieszyłam się, kiedy zadzwoniła Sylwia. Chciała wpaść do mnie z Patrykiem. W końcu święta powinno się spędzać z rodziną, więc głupio męża w domu zostawić.

Przygotowałam talerz z przekąskami (w większości od mamy), butelkę wina i czekałam. Po chwili goście już byli.

Najpierw zostałam ochlapana, by zwyczajowi stało się za dość, a potem obściskana – nie wiedzieć czemu. Sylwia już zachowywała się jak lekko podchmielona, więc zaproponowałam jej kieliszek wina.

Nie, dziękuję, nie mogę pić – odparła, jakby to była najradośniejsza wiadomość roku (choć mieliśmy dopiero kwiecień).

A to czemu? Dziś ty prowadzisz?

Nie. Ciąża – zaświergotała, a ja spojrzałam na nią jak na idiotkę.

No co ty! Nie musisz mi dotrzymywać towarzystwa.

Teraz to ona miała minę „co za debilka”. Spokojnym głosem wyjaśniła.

Nie twoja ciąża. Moja. A raczej nasza.

Dopiero wtedy to do mnie dotarło. Zaczęłyśmy się ściskać, w końcu obie się poryczałyśmy. Sylwia powiedziała, że to zasługa moja i Renaty. Wie, że powinna powiedzieć nam razem, ale Renata ma wyłączoną komórkę, a ona nie mogła czekać. Dziś rano zrobiła test i chciała, żebym wiedziała jako pierwsza.

Przez resztę wieczoru planowałyśmy, jak to będzie. Kiedy Renata oddzwoniła, Sylwia kazała jej natychmiast do mnie przyjechać. Okazało się to niemożliwe, bo Renia była u Sławka, którego najwyraźniej przed nami chowa. Dowiedziała się więc telefonicznie.

Nowiny Jurczyków dodały mi sił. To wspaniałe, że obie będziemy matkami.