Rozdział 10. Reportaż

Poprzedni

– Nazywam się Edyta Bronowska. Znacie mnie państwo z reportażu „Władza do kupienia”. Dzisiejszy reportaż miał nosić tytuł „Wigilia Marii”. Tego państwo nie obejrzycie. Zobaczycie za to portret człowieka. „Byłam komunistką” to słowa mojej dzisiejszej bohaterki. Obejrzyjcie do końca, zanim ocenicie.

Kolejne ujęcia – zmontowane zgodnie z planem. W końcu minuta na wigilię.

– Czego się spodziewałam? Nie wiem. Chyba sielsko-anielskiej kolacji w gronie bliskich. Taka powinna być wigilia Marii. Nie była.

Sekunda – ujęcie próbne z mieszkania pani Marii Przygotowany stół wigilijny, w tle choinka. Tylko tyle Przemek nakręcił – całe szczęście nie skasował – wszystko może się przydać.

– Na stole nie ma opłatka, bo nie ma z kim się przełamać. Ten wieczór nie skończył się tak, jak miał. Nie nakręciliśmy materiału. Nie zobaczycie państwo wigilii Marii. Wigilia Marii to pustka. Życie Marii to pełnia. Dlatego pokazaliśmy wam człowieka: kobietę…

„…nie mam dzieci i nigdy nie będę mieć wnuków…”

…byłą komunistkę…

„…byłam młoda, naiwna i naprawdę wierzyłam w założenia komunizmu…”

…dyrektor…

„…partia wywierała naciski, Solidarność wywierała naciski. A ja stałam pośrodku…”

…wolontariuszkę…

„…czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie?”.

Koniec

Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Zajawka

Poprzedni

W redakcji życie toczyło się swoją drogą.

– O, Edytka – przywitał ją Krzysztof. – Jak tam pani starsza?

W zeszłym roku to ona śmiała się z niego. Kręcił świąteczny program o szopkach bożonarodzeniowych.

– Jeszcze żyje – odgryzła się. Niech myślą, że wpadła.

Od razu skierowała się do gabinetu naczelnego.

– Pani Edyto, naczelny jest zajęty! – krzyknęła za nią Monika, ale Edyta nie zwolniła. Otworzyła drzwi, Robert podniósł głowę, żeby spojrzeć, kto mu przeszkadza.

– Ufasz mi? – wypaliła prosto z mostu.

– Słucham?

– Pytam, czy puścisz mój materiał bez autoryzacji.

Robert podniósł brwi.

– Jest aż taki dobry, czy aż taki zły?

– Tylko dobry.

– Wiesz, jaką to ma oglądalność. Spieprzysz – oboje polecimy.

– Nie spieprzę.

– No dobra. Ale muszę mieć zajawkę.

– Będzie na jutro. Zapisz sobie tytuł: „Byłam komunistką”.

– W takim razie masz zielone.

Przemek już czekał ze Zbyszkiem

– Przemo mówi, że masz bombę. A ja słyszałem, że kręcisz bożonarodzeniówkę. To jak?

– To będzie zajebista bożonarodzeniówka. Teraz trzeba nakręcić zajawkę. Przemek, masz to, o co cię prosiłam?

– Co mam nie mieć. Ale jak mi jeszcze raz zaczniesz wymyślać takie zdjęcia, to obiecuję, że więcej się do ciebie na robotę nie piszę.

Zajawkę Edyta robiła zawsze bardzo nieprofesjonalnie – z głowy, od razu montując. Oglądała zdjęcia wielokrotnie i miała dwustuprocentową pewność, które fragmenty będą w reportażu.

O jedenastej mogła obejrzeć czterdziestosekundowy filmik.

„Na podwórzu biegały dzieci z domu dziecka. W tle słychać było fragment wywiadu:

– Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować.

Obraz się zmienił. Teraz widać był budynki PPM-u, obecnie przekształconego na Metalpol. Przeplatały się ze zdjęciami z lat osiemdziesiątych.

– Awansowałam na jedno ze stanowisk kierowniczych. A potem mnie przeniesiono na stanowisko dyrektora PPM-u.

‒ Tego PPM-u?

‒ Tak, właśnie tego. No, ale pewnie wiele wyjaśni się, jak powiem, że wówczas nazywałam się Chruszczewska.

‒ Dyrektor Chruszczewska? Ależ mój ojciec pani nienawidził.

Znów zmiana – w kadrze widać panią Krystynę z hospicjum.

– Ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

Pojawia się postać Miśki.

– Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejedna osoba ją palcem wytyka. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy Madonna, tylko właśnie ona.

W końcu na ekranie pojawiła się pani Maria.

‒ Byłam komunistką. Spokojnie. Możecie, a nawet powinniście to pokazać. Swego czasu byłam dość znana, więc wiele osób wie o mojej przeszłości.”

– Wysyłaj do Kaśki. Już z nią gadałam, da radę do rana zrobić grafikę. Od rana można puszczać zajawkę.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny

Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny

 

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciństwo pani Marii

Poprzedni

Telewizyjna furgonetka podjechała pod blok kilka minut po szóstej. Kiedy weszli do mieszkania pani Marii, poczuli zapach kawy. Przemek szybko założył im mikrofony.

‒ Proszę. Na pewno nie piliście państwo jeszcze kawy. Mąż nauczył mnie, jak zrobić doskonałą kawę w kawiarce. Stawia na nogi.

Przemek chętnie sięgnął po parujący kubek.

‒ Nakręcę, jak przygotowuje i je pani śniadanie. Możecie w trakcie rozmawiać.

Podczas gdy pani Maria przygotowywała śniadanie, Edyta oddychała głęboko. „Jestem profesjonalistką”, powtarzała w myśli. „Z każdego materiału da się zrobić reportaż. Jestem obiektywnym obserwatorem i zbieraczem informacji”.

‒ No dobra, pora zrobić reportaż – szepnęła do siebie i upiła łyk kawy. Była rzeczywiście doskonała.

Z uśmiechem weszła do kuchni i usiadła na jednym z krzeseł.

‒ Dlaczego wstaje Pani tak wcześnie?

‒ To przyzwyczajenie. Chyba przez całe życie wstawałam o szóstej – najpierw do szkoły, potem do pracy. Organizm ma swój rytm. Po prostu budzę się wyspana. Moja mama mówiła, że jestem skowronkiem, bo budziłam cały dom. Ale kładę się też dość wcześnie. Najczęściej koło dziesiątej, no, chyba że zapatrzę się w jakiś film.

‒ Każdy dzień wita pani kubkiem kawy?

‒ Każdy. Teraz nie potrafię bez tego prawidłowo funkcjonować. Do tego kubka kawy obowiązkowo kanapka z dżemem. Latem moja kuchnia zamienia się w prawdziwą halę produkcyjną. Już jako dziecko uwielbiałam dżem i tak mi zostało. Kiedyś to był wielki rarytas, bo cukier był bardzo drogi. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w mojej piwnicy. Poza tym wolę taki mniej słodki, niż te, które są w sklepie, dlatego robię go sama. Zimą mogę poczuć smaki lata: truskawki, maliny, porzeczki, śliwki. Tylko przed świętami robię dżem pomarańczowy. Wtedy cytrusy są najlepsze, więc wykorzystuję moment.

‒ Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

‒ Urodziłam się zaraz po wojnie. Rodziców los rzucił do jednej wsi z wojennej tułaczki. Mieszkaliśmy na uboczu w porządnym poniemieckim domu. Nie było elektryczności, bieżącej wody, mieliśmy piec kaflowy, w którym paliło się drewnem. Był wstawiony w ścianę między pokojem rodziców a naszym i ogrzewał od razu oba te pomieszczenia. Tata pracował, mama zajmowała się gospodarką. Miałam młodszego brata, Stasia. Niestety już nie żyje. Zmarł trzy lata temu na zawał. Rodzice bardzo się starali, żebyśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Tato był bardzo surowy. Ale wie Pani, nigdy nie podniósł na nas ręki. Mama czasem machnęła na nas ścierką, a ojciec nigdy. Umiał zapewnić sobie posłuch. Poza tym zabierał nas na wycieczki po lesie. Pod koniec wojny ojciec wstąpił do partyzantki, potem musiał to ukrywać. Ale w każdym lesie czuł się jak w domu. W domu było skromnie, jak wszędzie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia. Mama hodowała mnóstwo drobiu, no i oczywiście mieliśmy Mućkę. Chyba wszystkie krowy nazywają się Mućka, prawda? ‒ Pani Maria roześmiała się. ‒ Przed świętami rodzice bili świnię. Już jakoś tak w listopadzie, jak tylko robiło się mroźno. Nie mieliśmy lodówki i mama trzymała mięso w komórce. To była taka piwniczka, którą tato wykopał w ogródku. Latem było tam chłodniej, a zimą temperatura była jak teraz w lodówkach. Część rzeczy zostawiało się w beczce na dworze. Mróz ścisnął i to się zamrażało. W święta najbardziej lubiłam właśnie to, że było tyle mięsa. Wędzili szynki, schab, kiełbasy i boczek. Mama robiła kiełbasy i kaszanki, a tata cały taki gliniany garniec pasztetu z grubą warstwą smalcu na wierzchu. Teraz pewnie dzieci takiego czegoś by nie jadły, a my ze Stasiem uwielbialiśmy chleb posmarowany tym pasztetem. Mama sama piekła chleb raz w tygodniu. Jak skończyłam osiem lat, to mogłam jej pomagać. I do tej pory potrafię upiec chleb z pamięci, wie pani, bez przepisu ile czego. Taki na zakwasie. Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować. Potem przychodzi żal, że się tego nie przeżyło, nie zrobiło. Ale dzięki temu zrobiło się coś innego. Trzeba doceniać i szanować to, co się ma, zamiast rozmyślać, co by było gdyby.

Edyta zamilkła, nie wiedząc, o co zapytać. Pani Maria wykorzystała tę chwilę, by pozbierać i umyć naczynia.

‒ Musimy wychodzić. Pojedziecie państwo ze mną autobusem, czy podać wam adres i spotkamy się na miejscu?

‒ Nakręcimy jak wychodzi pani z domu i wsiada do autobusu. Potem pojedziemy na miejsce.

Pani Maria podała im adres, który Przemek wbił w GPS-a. Szybko zabrał potrzebny sprzęt.

Zatrzymali się przed dużym domem pomalowanym na żółto. Na trawniku przed budynkiem znajdowała się piaskownica, zjeżdżalnia i kilka różnych huśtawek.

‒ Co to, do cholery, za miejsce? ‒ poirytowała się Edyta.

‒ Adres się zgadza. Poczekamy na panią Marię i wchodzimy do środka. Nie denerwuj się tak, bo spieprzysz robotę.

Wiedziała, że Przemek ma rację. Pamiętała, że dzień wcześniej pani Maria pytała ją, czy chcą wiedzieć, gdzie będą jechać. Odmówiła, bo była zła. Teraz musiała improwizować. To było nieprofesjonalne i dlatego denerwowała się coraz bardziej.

„Naważyłam sobie piwa, to muszę je wypić. Jutro będę lepiej przygotowana”.

Następny

Rozdział 2. Pierwsze spotkanie

Poprzedni

 

Przemek podjechał do Edyty koło dziesiątej. Był ubawiony sytuacją, a jeszcze bardziej tym, że Edyta dała się wrobić w świąteczny materiał.

‒ Ja mogę kręcić wszystko – rzucił, kiedy powiedziała, że cieszy się tylko z tego, że to z nim będzie pracować. Lubiła go, był najlepszym kamerzystą, a przy tym mieli podobne poczucie humoru i podejście do życia. Tym razem jednak nie podzielała jego wesołego nastroju.

‒ To gdzie jedziemy?

Podała adres.

Osiedle bloków z wielkiej płyty straszyło szarymi elewacjami i odrapanymi płotami, w większości niekompletnymi. Tyle pozostało z chluby PRL-u. Mieszkania tu nadal cieszyły się popularnością, bo były tańsze niż te budowane na nowych osiedlach. Ale okolica nie zachęcała do zamieszkania.

Znaleźli blok numer trzydzieści. Domofon był wyrwany, więc od razu weszli na trzecie piętro i zapukali do mieszkania numer osiemnaście. Kobieta, która im otworzyła, była szczupła i nie wyglądała na swój wiek. Miała farbowane na jasny brąz włosy sięgające podbródka. Ubrana była w spodnie, dopasowany t-short i kardigan przewiązany luźno paskiem. Edyta zauważyła lekki makijaż i pomalowane na pastelowy róż paznokcie. Nie tego się spodziewała.

‒ Pani Edyta i pan Przemysław – stwierdziła pani Maria Wolska. ‒ Zapraszam do środka, właśnie zaparzyłam świeżą herbatę.

W korytarzu stała wielka lakierowana szafa, z której właścicielka wyjęła wieszaki. Drzwi do łazienki i jednego z pokoi, pomalowane farbą olejną na kremowo, były zamknięte. Weszli do drugiego pokoju, pomalowanego na jasny żółty. Na zielonym wypoczynku leżała beżowa kapa. Przed kanapą stała ława nakryta koronkową serwetą. Naprzeciwko stał stary telewizor otoczony kwiatami doniczkowymi. Boczną ścianę zajmowała lakierowana meblościanka, którą zdobyły kryształowe wazony, miski i porcelanowe filiżanki. Całości obrazu dopełniał zielony dywan przykrywający prawie całą powierzchnię podłogi i bukiet z suszonych kwiatów stojący na ławie. Edyta miała wrażenie, że cofnęła się w czasie o jakieś trzydzieści lat. Przemek rozglądał się ciekawie, pewnie planując już rozłożenie sprzętu.

‒ Ciągle trudno mi w to uwierzyć – powiedziała pani Maria, wnosząc z kuchni tacę z herbatą i ciasteczkami. ‒ Dlaczego telewizja interesuje się zwykłą emerytką?

‒ No cóż. Widocznie nie jest pani zwykłą emerytką. Święta to dobry moment, żeby pokazać ludziom ich sąsiadów, którzy robią coś ciekawego.

‒ A jak to będzie wyglądać? Bo wie pani, do tej pory nigdy nie występowałam w telewizji.

‒ Najpierw kwestia formalna. Tu są dokumenty, które musi pani podpisać. Umowa, zgoda na upublicznienie wizerunku i kilka innych. Proszę je uważnie przeczytać, jutro omówimy kwestie, które będą niejasne. O której pani wstaje?

‒ Zwykle przed szóstą.

Edyta skrzywiła się w myśli.

‒ W takim razie będziemy tu koło szóstej. Będziemy kręcić wszystko, co pani robi w ciągu dnia począwszy od śniadania aż do kolacji. Bardzo proszę, żeby robiła pani wszystko tak jak zawsze. Istnieje wielka pokusa, żeby przed kamerą pokazać się od jak najlepszej strony, ale na nagraniach od razu widać, kiedy jest naturalnie, a kiedy nie. Będziemy pani towarzyszyć przez tydzień, w trakcie nagrań będę zadawać pytania, potem przez dwa dni zajmiemy się montażem. Dwudziestego czwartego przyjedziemy na kolację jako obserwatorzy, proszę w żadnym wypadku nie traktować nas jak gości. Reportaż pójdzie na wizji dwudziestego szóstego o osiemnastej. Będzie trwał pół godziny.

‒ Jest pani bardzo konkretna. Czy będę mogła zobaczyć to, co nakręcicie, przed upublicznieniem?

‒ Materiał będzie montowany od dwudziestego drugiego, potem dodamy do niego fragmenty z Wigilii. Dwudziestego czwartego mogę przynieść to, co będziemy mieli, ale nie gwarantuję, że zmiany będą możliwe.

‒ Rozumiem. Innymi słowy podpisuję cyrograf i godzę się z góry na wszystko.

Edyta nie była pewna, czy to żart, ale wymusiła uśmiech. Pomyślała, że to może być rozwiązanie: jeśli pani Wolska się nie zgodzi, to ona nie będzie miała czego kręcić. Tylko czy Robert zrozumie?

Maria uśmiechnęła się serdecznie.

‒ Żartuję. Pan Robert wszystko mi wyjaśnił i tylko nie mógł powiedzieć, kto będzie reporterem.

Tym razem Edyta nie zdołała ukryć zaskoczenia, choć przecież mogła się domyślić, że naczelny wszystko już nagrał.

‒ Ach, pan Robert nie powiedział pani, że już się zgodziłam – pani Maria roześmiała się. ‒ Czułam, że coś kombinuje, ale obiecał mi pewną przysługę, jeśli zgodzę się wystąpić. Spotkaliśmy się zaledwie dwa razy, ale to człowiek z wielkim darem przekonywania.

Przemek oderwał wzrok od okna.

‒ Można to też tak ująć. Czy mogę zobaczyć resztę mieszkania? Będę chciał ustawić tu kilka kamer, żeby nie wozić ich ciągle ze sobą.

‒ Ależ oczywiście. Obawiam się jednak, że w domu nie spędzimy wiele czasu. Ja często wychodzę. Aha, i nie mam samochodu, korzystam z autobusów.

Edyta spojrzała na Przemka pytająco.

‒ Da radę. Ale mieszkanie i tak bym obejrzał, żeby zaplanować sobie, jak kręcić.

Kuchnia była mała. Na podłodze leżało gumoleum ze wzorem parkietu, na środku przykryte jasnym dywanikiem. Pod jedną ścianą znajdowały się szafki pomalowane na biało, pod drugą – niewielki stół z dwoma krzesłami, przykryty ceratą w biało-szarą kratkę. Biała lodówka zajmowała kąt przy oknie, pod którym znajdował się blaszany zlewozmywak. W drugim kącie stała stara kuchenka gazowa.

‒ Trochę tu ciasno. Ale stojąc w drzwiach, będę mógł nakręcić całe wnętrze. Czy w kuchni często świeci słońce?

‒ Rano, okno jest od wschodu.

‒ Ok.

Drugi z pokoi był malutki i pomalowany na ten sam jasnożółty kolor, co poprzedni. Stała tam tylko szafa, biurko i sofa zarzucona szydełkowymi poduszkami. Na biurku leżało kilka książek obłożonych w szary papier. Jedyną nową rzeczą był laptop. Na ścianie wisiało kilkanaście fotografii w drewnianych ramkach.

Łazienka była równie skromna. Ściany pomalowano na biało. Nad zlewem wisiało lustro z półką, obok stał płytki regał, na którym znajdowały się kosmetyki i detergenty przesłonięte zasłonką w niebiesko-granatowe paski. Wanna obudowana była granatowymi płytkami, które pokrywały także podłogę. Na środku leżał biały tkany dywan. Za drzwiami znajdowała się stara pralka automatyczna i granatowy kosz na ubrania. Okna oczywiście nie było.

‒ Śniadanie je pani w kuchni, czy w pokoju? ‒ zapytał Przemek.

‒ W kuchni. Potem sprzątam przez jakieś pół godziny. Piję kawę i wychodzę. Wracam około trzeciej i jem obiad – w kuchni. Popołudniu czytam, oglądam telewizję, czasem idę na spacer, jeśli jest ładna pogoda. Czasem idę na zakupy. Często przygotowuję coś do jedzenia na kolejny dzień. Kładę się wcześnie, koło dziewiątej, chyba że jest jakiś ciekawy film albo program. A właśnie – zwróciła się do Edyty – miałam zapytać, czy może widziałam jakiś pani reportaż.

‒ Być może ostatni. Był puszczany ostatnio i ze dwa razy powtarzany. „Władza do kupienia”.

Pani Maria pokiwała głową z uznaniem.

‒ Tak. To widziałam. I to wszystko prawda?

‒ Tak. Jestem dziennikarką, pokazuję tylko prawdę.

‒ Pewnie wiele osób jest teraz na panią złych.

‒ Pewnie tak. Ale jeśli są w stanie udowodnić mi kłamstwo, niech idą z tym do sądu. Ja nie mam czego się wstydzić.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Bezkompromisowa i broni pani swego. To dobrze.

Edyta uznała, że wystarczy jej na dziś, i postanowiła się pożegnać.

‒ Proszę przeczytać umowy. My musimy już iść. Czeka nas jeszcze trochę przygotowań.

‒ Nie chcecie wiedzieć, gdzie jutro będziemy jechać?

‒ Nie.

Pani Maria podała im kurtki.

‒ Ale bieda – rzucił Przemek, kiedy tylko weszli do samochodu. ‒ Będę musiał kombinować, żeby nie odbijać się w tych wszystkich polakierowanych szafach.

‒ Zrobisz piękny materiał o wnętrzach z lat osiemdziesiątych. „Cud komuny nadal stoi”. Kurwa, w co ja się wpakowałam!

‒ Uuuu…

‒ Mogłaby chociaż wyglądać jak zapyziała babcia emerytka, a nie podstarzała bizneswoman.

‒ To tak wyglądają podstarzałe bizneswoman? ‒ Przemek najwyraźniej dobrze się bawił, podsycając gniew Edyty.

‒ Nie zauważyłeś, w co była ubrana?

‒ No, w spodnie, koszulkę i sweter.

Edyta spojrzała na niego jak na debila.

‒ No co?

‒ To były markowe ciuchy warte ponad pół twojej pensji.

Przemek zagwizdał.

‒ Może wystroiła się w swoje najlepsze rzeczy, żeby zrobić wrażenie?

‒ Ty nic nie rozumiesz!

‒ Wiem jedno: praca z tobą to czysta przyjemność.

Edyta zdusiła wrzask, który zbierał się w jej piersi.

Następny

Rozdział 1. Nowy projekt

Obudziła się kilka minut przed dźwiękiem budzika. Jak zawsze. Przeciągnęła się mocno. To będzie wspaniały dzień. Wiedziała to odkąd wieczorem dzień wcześniej odebrała telefon od naczelnego.

Przygotowując śniadanie, rozmyślała o nadchodzącej rozmowie. Na pewno usłyszy ciekawą propozycję. Miała naprawdę dużo szczęścia, kiedy podsłuchała rozmowę Pawła, a jeszcze więcej, kiedy okazało się, że jej domysły są prawdziwe. Oczywiście, że po jej reportażu w redakcji rozpętało się piekło. Od dwóch dni jej oficjalny numer telefonu był wyłączony, a ten drugi znały tylko dwie osoby: naczelny i jej mama. Na pewno nie jest obecnie najbardziej lubiana osobą w mieście. Za to zarobiła dla stacji mnóstwo pieniędzy. Ciekawe, co zaproponuje jej Robert. Liczyła na własny program. Już od dłuższego czasu opracowywała jego formułę i w końcu będzie mogła przedstawić swoje pomysły.

Włączyła radio i otworzyła czasopismo. W co się ubrać? Czarna spódnica i szpilki czy dżinsy i półbuty? Musi wyglądać profesjonalnie, ale nie sztywno, w końcu to telewizja, a nie korporacja. Powinna wyglądać tak, jakby zaraz miała wejść na wizję. Więc jednak spódnica i szpilki. Granatowa bluzka będzie genialna. Efektowna, ale bez przesady.

Ubierając się, w ostatnim momencie zauważyła oczko w rajstopie. Przezornie wrzuciła do torby zapasową parę. Spojrzała w lustro i kiwnęła z zadowoleniem głową. O ten efekt chodziło. Jeszcze tylko włosy i makijaż. Na razie odpuści. Zacznie od wywiadów z lokalnymi bohaterami, zanim zacznie zapraszać polityków i szuje. Na burmistrza i innych przyjdzie pora. To musi się udać. Ma trzydzieści trzy lata i za kolejne trzy przejdzie do telewizji ogólnopolskiej. Znajdzie się w gronie najlepszych dziennikarek społeczno-politycznych. Czuła, że dziś o jedenastej jej kariera nabierze rozpędu. Pracowała na to ponad dziesięć lat.

W redakcji jak zawsze panował rozgardiasz.

‒ Aleś się odwaliła ‒ przywitała ją Aśka, ale Edyta nie zdążyła się jej odgryźć, bo ta zniknęła już za rogiem z plikiem papierów.

‒ Zastępujesz dziś Baśkę? ‒ zapytał Roman. Uśmiechnęła się tylko krzywo, przecież jest dziennikarką, nie prezenterką. Ale jego komentarz potwierdził, że dobrze wybrała strój i wygląda dokładnie tak, jak chciała.

‒ Robert na ciebie czeka ‒ przywitała ją Monika, nawet nie podnosząc wzroku.

‒ Dzięki.

W gabinecie panował półmrok. Naczelny znów miał migrenę.

‒ Nie… Już mówiłem… Nie, nie zgadzam się… To ci nic nie da. Trudno. Przeżyjesz. Muszę kończyć.

Rozłączył się, jednocześnie wskazując fotel. Sam usiadł na drugim i przez chwilę masował skronie. Wiedziała, że to przez nią i jej materiał boli go teraz głowa, więc czekała. Pracowała z nim dziesięć lat. Może poczekać jeszcze dziesięć minut.

‒ Narobiłaś niezłego bałaganu. Od dwóch dni telefony się urywają.

‒ Wiedziałeś, co puszczasz. Oglądałeś materiał setki razy.

‒ Wiedziałem. I nie przeczę, że to prawdopodobnie najlepszy materiał, jaki wyemitowałem w ciągu trzynastu lat pracy, a już z pewnością najbardziej sensacyjny. Niezbyt mnie cieszy, że wciąż wiszę na którymś telefonie, bo wkurzyłaś władze, prokuraturę i połowę regionu. Pozostali dzwonią z gratulacjami.

Zaśmiał się nerwowo.

‒ I pomyśleć, że przez tyle lat marzyłem o tym, żeby nasza mała stacja spowodowała taki ferment. Spełniasz moje marzenia.

‒ Możesz mi się odwdzięczyć.

Robert wiedział o tym, że Edyta marzy o własnym programie. Większość jego dziennikarzy marzyła, a jego zadaniem było wybrać tych najlepszych. I sprawić, by po roku nie uciekli do większych stacji.

‒ Wiem.

Edyta czekała. Przygotowywała się do tej rozmowy tyle czasu, wiedziała dobrze, co powiedzieć, ale nie chciała naciskać. Naczelny był na naciski bardzo odporny. Dlatego był naczelnym.

Zadzwonił telefon. Robert go zignorował, ale dźwięk dzwonka wyrwał go z transu.

‒ Poprosiłem cię o rozmowę, bo mam propozycję.

‒ Nie do odrzucenia? ‒ zażartowała.

Uśmiechnął się, a w jego oczach pojawiły się ogniki złośliwości.

‒ Powiedzmy. Wiem, że masz przygotowany konspekt własnego programu i obiecuję przyjrzeć się mu w nowym roku, pod warunkiem, że zrobisz dla mnie jeszcze jeden reportaż.

No tak. Z jednej strony interesowało ją, co wymyślił Robert, z drugiej – to mógł być jakiś drętwy temat przedświąteczny, z trzeciej – i tak nie mogła odmówić. Znów zadzwonił telefon, który Robert zignorował

Przez chwilę jeszcze przyglądała się Robertowi, zastanawiając się, jak wybrnąć z tej sytuacji, w końcu jednak zapytała:

‒ O jaki reportaż chodzi?

Wychodząc z gabinetu myślała tylko o tym, kogo zabić. Jak on mógł tak ją potraktować? Oczywiście, że to materiał na durny świąteczny program pod tytułem „Wzruszymy cię do łez”. Uspokoiła się trochę i wyjęła telefon z torebki.

‒ Cześć, mamo.

‒ Cześć, córcia.

‒ Nie przyjadę na święta.

‒ Co się stało?

‒ Muszę zrobić program o jakiejś starszej babce, która pomaga innym. „Wigilia Marii”. Przecież to nie moja działka!

‒ To dlaczego wybrali ciebie?

‒ Nie wiem. Robert się uparł. Powiedział, że inni spieprzą materiał, zrobią tego świąteczną papkę, a ja udowodniłam, że potrafię dotrzeć do sedna sprawy. Jakie może być sedno emerytki?

‒ Czy ty trochę nie przesadzasz?

‒ A czy ty nic nie rozumiesz? To materiał dla stażystki.

‒ To udowodnij, że nawet z najgorszego tematu zrobisz superprogram. Może właśnie o to chodzi twojemu szefowi: chce sprawdzić, czy poradzisz sobie z nieciekawym materiałem.

‒ Dzięki, mamo. Odezwę się wieczorem. Muszę to sobie przemyśleć.

Następny