Natchnienie, czyli wielka ściema

Pisać dziś zamierzam o tym, czego nie ma. Nie istnieje bowiem coś takiego jak natchnienie, choć wielu by chciało. Jest to twór stworzony przez poetów głównie (zwłaszcza romantycy go uwielbiali) celem przypisania sobie cechy boskiej i ukrycia, że pisanie to zwyczajnie ciężka praca.

Zamiast natchnienia każdy twórca (czy to pisarz, malarz, filozof czy murarz) posiada trzy boskie cechy: talent, potrzebę i pracowitość.

Talent. I to jest ten pierwiastek boski, który jednakowoż nie zapewnia sukcesu w żadnej mierze. Natomiast on pozwala na popisy improwizacyjne czy to na romantycznych bankietach, czy też koncertach freestyle’u. Talent posiada każdy, tylko nie zawsze jest to ten talent, którego oczekuje. No i niestety: nie każdemu dano równo. Jeden ma większy talent, drugi mniejszy. To jednak o niczym nie przesądza, bo talent, choć ważny, ustępuje pozostałym dwóm czynnikom.

Potrzeba. Można talent, literacki dla przykładu, posiadać, ale ignorować go kompletnie, nie wykorzystywać, zaniedbywać i błysnąć od wielkiego dzwonu, składając życzenia świąteczne sms-em. Ale potrzeba zawsze weźmie górę, nawet nad lenistwem i złym losem. Mój tato, leśnik z powołania, po zawale do lasu jeździł ot tak (ciągnie wilka do lasu), choć pracować nie mógł. Ale choć połaził, pooddychał, z drzewami się przywitał, dziki postraszył.

Do zaspokajania posiadania potrzeby talentu nie potrzeba, ale fajnie, jeśli oba te elementy występują w jednym człowieku. Jest wówczas dużo łatwiej. Jeśli jednakowoż talentu Bozia nie dała, a potrzeba jest wielka, można wypracować w sobie umiejętności takie, że może nie będzie się mistrzem, ale porządnym rzemieślnikiem.

Trzecim niezbędnym elementem jest zwyczajna ciężka praca, do której to ani Mickiewicz, ani Słowacki w życiu się nie przyznają, bo skaziłoby to ich image wieszcza natchnionego w czarnej pelerynie bądź nakrochmalonej koszuli. Prus i Sienkiewicz takich problemów nie mają, Szymborska też nie (miała za to notes do notowania pomysłów, które potem mogła wykorzystać). Jakoś nie widzę „przed oczyma duszy mojej” mistrza piszącego w szale 12 ksiąg trzynastozgłoskowcem, czy poematu dygresyjnego o imć Beniowskim. Za to w obu tych szanownych działach odnajduję mozół i trud, by stworzyć ideał.

Aha, tenże szał… Można by go od biedy za jakoweś natchnienie uznać, ale wówczas smutne byłoby i biedne, oj bardzo biedne, życie pisarza. Tu mogę sądzić tylko po sobie: szał pojawia mi się rzadko i nieregularnie, zazwyczaj w miejscu mocno niedogodnym, i mija, zanim dotrę do komputera. Jeśli zawodowcy mają podobnie, to cóż… Mickiewicz do tej pory ślęczały nad trzynastozgłoskowcem, szukając sensownego rymu do słowa „znienacka”.

Natchnienie można więc spokojnie między bajki włożyć. Każdy pisarz ma swój styl pracy: jeden pisze jedną stronę dziennie, inny pisze etatowo (8/24), jeszcze inny, jak go zapał złapie. Nie znam jednak żadnego, który potem tego nie czyta, nie wykreśla co najmniej połowy, nie poprawia i w nerwach nie czeka, co powiedzą czytelnicy.