Rozdział 8. Wigilia dla samotnych i ubogich

Poprzedni

Sala była zastawiona stołami przykrytymi jasnymi obrusami. W wazach parował barszcz, obok stały półmiski wypełnione pierogami. Na talerzach piętrzyły się ciasta i ciastka na zmianę z owocami. Gdzieniegdzie migotało światło świeczki. Wszystkie miejsca były zajęte, kilka osób rozglądało się niepewnie, szukając jeszcze wolnego krzesła.

‒ Witam państwa serdecznie na kolacji. Cieszymy się, że możemy być tu z Wami. W imieniu swoich i pracowników ośrodka życzę państwu, żeby te święta były czasem spokoju i radości. A przyszły rok niech będzie lepszy od tego. I jeszcze na koniec. Zapewne zauważyli Państwo kamerę. Nasza TV kręci krótki materiał, który wykorzysta w świątecznym reportażu. Cóż. Pozostało mi tylko życzyć państwu smacznego.

Wolontariusze, głównie młodzież, kończyli roznosić opłatek. Edyta ze swojego miejsca widziała, że na zapleczu rozkładano kolejne porcje jedzenia. Na uboczu leżały skrzynki wypełnione paczkami. Nic wielkiego: kawa, herbata, czekoladki, pomarańcze, cukier, mąka, ryż, makaron, barszcz w kartonie, sok jabłkowy, orzechy, konserwy mięsne i rybne. Obok mniejsze paczuszki dla dzieci – w każdej słodkości i jakiś drobiazg, zabawka z przedświątecznej zbiórki.

Atmosfera na sali była nieco niezręczna. Uczestnicy nie bardzo wiedzieli, czy już mogą siadać do stołu, czy czekać. W kilku miejscach sąsiedzi podawali sobie dłonie, niektórzy ściskali się. Po sali chodzili pracownicy ośrodka i łamali się opłatkiem z gośćmi. Z zaplecza na salę wyjrzała pani Maria. Otrzepała ręce i złapała opłatek od przechodzącej obok dziewczyny. Wyszła na salę, śpiewając “Wśród nocnej”, które cicho leciało ze stojącego w rogu mikrofonu. Kilka głosów nieśmiało się do niej przyłączyło. Kiedy kolęda rozległa się już na dobre, pani Maria podeszła do najbliższej osoby, którą najwyraźniej znała, i złożyła życzenia. Twarz jej rozmówczyni rozświetlił uśmiech. Pani Maria podeszła do kolejnej osoby. Powoli na sali robiło się bardziej swobodnie. Po kilku minutach miejsce kolęd wypełniły rozmowy i odgłosy jedzenia.

Edyta przyglądała się ludziom. Na sali było sporo starszych osób, najczęściej samotnych kobiet. Niektóre wyglądały na rówieśniczki pani Marii, ale… ona wyróżniała się strojem, pewnością siebie, uśmiechem, energią. Bezdomnego z działek nie było widać. Najwyraźniej nie potrzebował spotkania z innymi.

Kolacja trwała kilkadziesiąt minut. Wolontariusze roznosili paczki. W końcu zostało niewiele osób i Edyta kiwnęła do Przemka, że na nich też już pora.

Resztę dnia Edyta spędziła na oglądaniu materiału i robieniu notatek. Wychodziła z redakcji po północy, a następnego dnia o szóstej była umówiona ze Zbyszkiem na montaż.

–  Kawy?

– Oj, tak, poproszę.

– Przemo się skarżył, że mu nie dałaś zjeść sernika.

– Chyba jabłecznika?

– Też dobry.

– Jesteście tacy sami.

Zbyszek kiwnął głową wyraźnie z siebie zadowolony.

– Jak skończymy, dostaniecie ode mnie całą blachę ciasta.

– I może sama je upieczesz?

Uniosła brwi. Oczywiście, że potrafiła piec. Tylko po co, skoro nie miał tego kto jeść?

– A tak w ogóle, to gdzie ten Przemek?

– Nie wiem. Dzwonił rano, że ma coś do załatwienia, jak skończy, to przyjedzie.

– Oczywiście nie masz scenariusza.

– Oczywiście, że nie. Za kogo ty mnie uważasz? – uśmiechnęła się słodko. Tak samo nieprofesjonalnie jak zajawkę robiła cały materiał. Miała tylko notatki.

Migawki: ulice migoczące świątecznymi światełkami, centrum handlowe ustrojone czerwonymi kokardami, choinka położona prezentami, w końcu stół wigilijny. W tle kolęda „Wśród nocnej ciszy”. Nagle czerwone tabliczki i cisza: hospicjum, mops, dom dziecka. I w końcu gwar wigilii dla ubogich. Słowa bezdomnego z działek o Wolskim. Opowieść pani Marii o tym, jak poznała męża, o ślubie. Potem o swoim domu rodzinnym. Wyznanie. Rozmowa z panią Krysią z hospicjum. Rozmowa z dyrektorem hospicjum i dyrektorką domu dziecka. Zabawa z dziećmi. Na końcu wigilia. Stół zastawiony jedzeniem, opłatek. Kolęda „Mizerna, cicha”.

– A na tę całą wigilię ile chcesz?

– Nie więcej niż minuta. Stół, łamanie opłatkiem, napisy końcowe.

– Ok, pani reporter. To lecim z tym koksem.

Dwie godziny później przyszedł Przemek. Przyniósł pizzę i nagrania z poprzedniego dnia. Praca szła gładko. Robili ze sobą kolejny materiał, każde wiedziało, co do niego należy. Do Edyty należało donoszenie kawy, której wypijali hektolitry.

Następny

Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny

Rozdział 5. Trzeci dzień zdjęć. Michał.

Poprzedni

Zjedli w ciszy. Kanapki były bardzo smaczne, pani Maria przygotowała do nich herbatę malinową z sokiem. Po posiłku Przemek wyszedł na papierosa. Przez ostatnich kilka dni cierpiał okrutnie, ponieważ ani w domu dziecka, ani w hospicjum nie ośmielił się wymykać „na dymka”, jak to nazywał. Edyta usiadła z kubkiem w fotelu i próbowała zebrać myśli, po raz kolejny zastanawiając się, jak przedstawić całą tę sprawę tak, by nie wyszedł z tego nudny reportaż pod tytułem „Pomagajmy sobie, bo to fajne”. Od dwóch dni o niczym innym nie myślała, ale do tej pory nie wpadła na żadem pomysł. Miała wrażenie, że zawiesiła się na stereotypie programu świątecznego.

‒ Skoro pan Przemysław uprzyjemnia sobie życie papierosem, to ja mam dla nas po kawałku czekolady.

Pani Maria wniosła tacę z talerzykiem, na którym leżały kostki czekolady. Obok stały trzy filiżanki z parującą kawą. W tym momencie wrócił Przemek.

‒ Mmmm… Gdyby każdy z naszych bohaterów tak mile nas przyjmował.

‒ To miałbyś kilka kilogramów więcej – uszczypliwie powiedziała Edyta, zanim się ugryzła w język.

‒ Jeszcze więcej ciała do kochania – odgryzł się Przemek i chwycił za kostkę czekolady. Cmokając głośno, tak, żeby Edyta dobrze go słyszała, ustawiał kamerę.

‒ Zastanawia mnie jeszcze jedna rzecz. Nie męczy to pani?

‒ Pomaganie?

‒ Ma pani mało czasu dla siebie. Nieraz słyszy się, jak młody mówią „Byle do emerytury”

‒ A potem popadają w depresję, siedzą w czterech ścianach swoich domów, oglądają telewizję, choć twierdzą, że nic ciekawego w niej nie leci, doszukują się u siebie wszystkich możliwych chorób, by choć przez chwilę posiedzieć wśród ludzi na poczekalni. I marudzą. W większych miejscowościach jest dla starszych osób więcej możliwości – jest teatr, muzea, spotkania seniorów w instytucjach. Ale żeby z tego korzystać, trzeba chcieć, a często mieć też fundusze. Znam wiele fantastycznych osób, które na emeryturze zmieniły się w cienie samych siebie. Jeśli do utraty pracy, bo to jest utrata pracy, dochodzi jeszcze inne nieszczęście, choćby śmierć kogoś bliskiego, to te osoby zatracają się w samotności i poczuciu beznadziei. I gasną. Czasem przez pięć, czasem przez dziesięć, a czasem przez dwadzieścia lat.

‒ Chyba nie wszyscy.

‒ Nie, oczywiście, że nie. Ale wielu. Po kilkudziesięciu latach pracy trudno z dnia na dzień zmienić tryb życia. Stary człowiek nie potrafi się ot tak przestawić, nie jest tak elastyczny, jak młody. Wielu się stara, dobrze, jeśli mają rodzinę albo hobby. Ale jeśli do tej pory ich życie kręciło się wokół pracy i nagle tej pracy zabrakło, to czują się zagubieni, zdezorientowani. Przez kilka tygodni odpoczywają, ale potem zaczynają się nudzić.

‒ Panią też to dotknęło?

‒ Nie. Na szczęście, bo nie wiem, czy bez Michała dałabym radę. Stanowisko straciłam, kiedy byłam dość młoda, żeby się pozbierać. Potem pracowałam u Michała. To była nasza firma i nikt nie wysyłał mnie na emeryturę, żeby zrobić miejsce dla młodych. Mogłabym tam pracować do końca życia.

‒ Co więc się zmieniło?

‒ To była konieczność. Michał ciężko zachorował, zaczęliśmy wędrówkę po szpitalach. Coraz mniej czasu mieliśmy na pracę. W pewnym momencie zarządzanie firmą nas przerosło. Zdaliśmy sobie sprawę, że jeśli dalej będziemy ją zaniedbywać, to upadnie, więc postanowiliśmy ją sprzedać. Bardzo się bałam, że to załamie męża, że nie zniesie tego. To było dzieło jego życia. Ale on jak zawsze myślał tylko o mnie i bał się, że teraz wzięłam na siebie za wiele. Że znów stres mnie pokona. Przekonywał mnie, że woli, żeby przedsiębiorstwo trafiło w obce ręce, niż żeby zbankrutowało. Bardzo starannie wybrał kupca, to wcale nie była osoba, która oferowała najwięcej. Michał dbał o wszystkich. W umowie kazał zapisać, że przez pięć lat nowy właściciel nikogo nie zwolni bez poważnej przyczyny. Jak zawsze wybrał doskonale. Kazik aż do jego śmierci odwiedzał go, żeby skonsultować nowe modele i przekazać wiadomości. I zawsze przynosił jakiś drobiazg od ekipy.

‒ Pani mąż musiał być aniołem.

Pani Maria roześmiała się.

‒ O zmarłych albo dobrze, albo wcale. Ale miał swoje wady. Ten jego spokój często graniczył z flegmatycznością. Wydawało się, że mu nie zależy. Nawet kiedy dobrze go poznałam, wściekałam się, że nie robi tego, czy tamtego, że nie próbuje zmierzyć się z problemami, walczyć. A po kilku dniach on zaskakiwał mnie fenomenalnym rozwiązaniem. To chyba o takich ludziach mówi się, że wolno myślą – roześmiała się jeszcze raz. ‒ Nienawidził, kiedy go określałam tym zwrotem. Poza tym za bardzo lubił wódkę. Starał się ją ograniczać, ale kiedy pojawiała się na stole, nie mógł się opanować. A że miał słabą głowę, zaraz zasypiał. Na imprezie sylwestrowej byliśmy raz. O dwudziestej drugiej musiałam prawie zanieść go do taksówki, bo ledwo powłóczył nogami. O północy spał jak niemowlę. Potem już zawsze zostawaliśmy w domu. Zresztą to wykorzystał tę swoją miłość do wódki przed śmiercią. Na samym końcu lekarze chcieli jeszcze próbować przeszczepu wątroby, ale nie zgodził się. Wiedział, że jak ktoś pije, to nie zakwalifikuje się do przeszczepu, więc powiedział, że lubi wypić. A potem przyznał mi się, że już jest zbyt zmęczony, że pogodził się ze śmiercią i chce przyjąć ją godnie, a nie leżąc w znieczuleniu na stole operacyjnym. Tak naprawdę jego wady po prostu mi nie przeszkadzały za bardzo. Sama mam ich wystarczająco dużo. Poza tym wyszłam za dojrzałego faceta, choćbym nie wiem jak chciała i próbowała, i tak nie udałoby mi się go zmienić. Nie nauczy się starego psa nowych sztuczek.

‒ Pani mąż umarł w hospicjum. Czy to dlatego jest tam pani wolontariuszką?

‒ Chyba trochę tak. Michał chorował długo, jego stan stale się pogarszał. W końcu oboje byliśmy zmęczeni. Kiedy powiedział, że chce, żebym załatwiła mu hospicjum, o zgrozo się ucieszyłam. Chyba nie byłam najlepszą pielęgniarką. Wolałam grać z nim w karty, niż robić masaże. Tam miał profesjonalną opiekę, ja zaś mogłam przynosić mu ulubione dania, stroić się dla niego i opowiadać mu, co się dzieje na mieście. Te pięć miesięcy, które spędził w domu, były okropne. Ostatnie trzy, które spędził w hospicjum, były najlepszym, co mogło nas w tej sytuacji spotkać. Kiedy Michał umarł, przez miesiąc żyłam jak robot – całkiem mechanicznie jadłam, chodziłam, spałam. A po tym miesiącu zdałam sobie sprawę, że muszę zacząć dalej coś robić. Hospicjum znałam już dobrze, wiedziałam, jak funkcjonuje. To było pierwsze, co przyszło mi do głowy. Znalazłam sobie zajęcie, przestałam myśleć tylko o sobie. Czasem nie chce mi się wstawać, ale kiedy zabraknie mi dzieci i hospicjum, to co mi pozostanie? Telewizor, biblioteka, spotkania kółka różańcowego.

Edyta nagle doznała przebłysku. Już wiedziała, jak zmontować materiał, musi go tylko teraz obejrzeć. Nagle poczuła, że to jest jej materiał. W te święta nie będzie nudy, a ona pokaże, na co ją stać. Przeprosiła panią Marię.

‒ Powinna pani odpocząć, a my przygotujemy się do montażu. Nie mamy wiele czasu, więc trzeba się spieszyć. Przyjdziemy jutro o szóstej. I dziękujemy za pyszny poczęstunek.

Zaraz po wyjściu od pani Marii Edyta poleciała do studia. Usiadła przed monitorem i zaczęła oglądać cały nakręcony materiał. Robiła notatki, żeby potem ułożyć z tego szkic reportażu. Wiedziała już dokładnie, co będzie kręcić. Dzięki temu materiałowi pokaże, że nie interesują jej tylko skandale polityczne, ale też zwykli ludzie. Była wdzięczna Robertowi, że dał jej ten temat, i obiecała sobie, że przeprosi go przy nadarzającej się okazji. Zastanawiała się nawet, czy to nie rodzaj testu, od którego zależy, czy dostanie własny program. Jeśli tak, to zda go śpiewająco.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Pani Krystyna

Poprzedni

Pani Krystyna wyglądała na około pięćdziesiąt lat. Siedziała w fotelu, ubrana w ciemnoróżowy dres z laptopem na kolanach. Na rozmowę zgodziła się od razu, tylko zgodnie z przewidywaniami dyrektora poprosiła o piętnaście minut. Kiedy Edyta przyszła z Przemkiem, pani Krystyna miała na sobie jasny sweterek i szarą spódnicę. Włosy zebrała w kok i rzeczywiście zdążyła zrobić sobie lekki makijaż.

‒ Pani Maria odwiedza panią co tydzień. Co robicie?

‒ Plotkujemy, robimy sobie manicure, wspominamy.

Edyta lekko uniosła brwi, zdziwiona.

‒ Ach, bo pani nie wie pewnie, że ja z panią Marią pracowałyśmy w jednej firmie. Co prawda niedługo razem, na początku to nawet jej nie poznałam, ale okazało się, że mamy wielu wspólnych znajomych.

‒ Wygląda to raczej jak spotkanie przyjaciółek, a nie wizyta w hospicjum.

‒ Miejsce nie nastraja do picia kawy, to pani ma na myśli. Ale hospicjum to nie jest miejsce żałoby. To nie jest dom pogrzebowy, i tu nie trzeba mówić szeptem. Choć większość osób mówi. Na początku bardzo się bałam, choć sama chciałam tu być. Rodzina katowała się, żeby zapewnić mi opiekę. Mąż zrezygnował z awansu, siostra ciągle się zamieniała z koleżankami na zmiany. Nie chciałam też, żeby dzieci widziały, jak czasem boli. Wolę, żeby zapamiętały mnie na nartach, a nie przykutą do fotela.

‒ Rodzina panią odwiedza?

‒ Tak, codziennie przychodzą.

‒ Po co więc wizyta pani Marii?

‒ Rodzina to co innego. Ich wizycie zawsze towarzyszy cierpienie, ich cierpienie. Oni jeszcze nie pogodzili się z faktem, że ja umieram. Wciąż jeszcze tli się w nich nadzieja, choć chyba sami nie zdają sobie z tego sprawy. A pani Maria akceptuje to, że pewnego dnia przyjdzie i mnie już nie będzie. Kiedy jestem z dziećmi, czasem zapada taka niezręczna cisza. One boją się mi powiedzieć, że w wakacje chcą jechać na obóz, bo w wakacje już mnie nie będzie. A z panią Marią mogę o wszystkim porozmawiać. O strachu przed śmiercią, starych znajomych i pierdołach. O żalu, że nie zobaczę ślubu córki, nie poznam wnuków.

‒ Inni wolontariusze nie są tacy?

‒ Są kochani. Widać, jak bardzo współczują i starają się nas pocieszyć. Ale chyba tylko pani Maria nas rozumie. Sama wiele przeszła, jej mąż tu umarł. Pochowała rodziców i brata. Poza tym sama jest już w tym wieku, że myśli o swojej śmierci. Młodzi, choćby mieli najlepsze chęci, nie zrozumieją nas tak, jak ona.

‒ Dziękuję za rozmowę.

‒ Nie ma za co.

„Materiał o świętej” pomyślała Edyta, zastanawiając się, co dalej. Wizyta w hospicjum miała trwać jeszcze ponad trzy godziny. Ile peanów jeszcze ma nakręcić? Mdłe, mdłe, mdłe. Przemek poszedł przygotować nagranie we wspólnej sali, w której odbędzie się partyjka pokera, ona miała czas, żeby się zastanowić. Wciąż brakowało jej punktu zaczepienia, czegoś, co mogłoby poprowadzić widza, sprawić, że święta Maria stanie się człowiekiem.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Rozmowa z dyrektorem hospicjum

Poprzedni

Maciej Zając właśnie się pojawił na korytarzu.

‒ Zapraszam do mnie. Nie będziemy przecież rozmawiać tutaj.

‒ Ilu pacjentów jest w hospicjum?

‒ Obecnie dwudziestu sześciu.

‒ A pracowników?

‒ Ośmiu.

‒ Niewielu. Pracy na pewno starczyło by dla dziesięciu.

‒ To prawda. Ale finansów starcza tylko dla ośmiu. Na szczęście są jeszcze nasi kochani wolontariusze. Przychodzi do nas sześć osób, głównie młodych ludzi, którzy pomagają przy pielęgnacji pacjentów.

‒ Co należy do ich obowiązków?

‒ Uczniowie szkoły medycznej mogą pomagać przy myciu, masowaniu. Inni pomagają w karmieniu, czytają, grają w gry. Z niektórymi pacjentami można wychodzić na spacery, o ile pogoda dopisuje.

‒ Więc pani Maria jest jedną z wolontariuszek?

‒ Tak, choć jest wolontariuszką niezwykłą.

Edyta uśmiechnęła się, zachęcając do dalszej wypowiedzi.

‒ No cóż, jest jedyną wolontariuszką w tym wieku. Pomagają nam głównie licealiści. Potem idą na studia, wyjeżdżają, zakładają swoje rodziny.

‒ To jak znalazła się tu pani Maria?

‒ Najpierw przychodziła do swojej znajomej. Kiedy ta odeszła, zapytała, czy może odwiedzać innych. Pacjenci bardzo ją lubią, zwłaszcza ci starsi. Jej obecność działa na nich bardzo kojąco, niektórzy dzięki temu godzą się z nadchodzącym końcem. Młodzi mają wiele dobrej woli, ale nie rozumieją jeszcze śmierci. Wydaje im się, że wiedzą, ale… chyba tylko bardzo chcą pomóc. Pani Maria była przy umierającym mężu, przyjaciółce i jest w tym wieku, że śmierć dotyczy także jej. Jej empatia i zgoda na to, że kiedyś też umrze, są dla naszych pacjentów bardzo ważne.

‒ Nigdy nie było żadnych zgrzytów?

Dyrektor się uśmiechnął.

‒ Nie chce mieć pani mdłego materiału o aniele dobroczynności? ‒ zapytał. ‒ Wiem, że pomaga też w domu dziecka i MOPS-ie. Pewnie wszyscy mówią o niej w samych superlatywach. No cóż. Zgrzyty ciągle się zdarzają. Ale pani Maria jak na razie ze wszystkiego wychodziła obronną ręką. Mieliśmy pacjenta, który wiele lat walczył z chorobą nowotworową. Kiedy zaczął przegrywać, zgłosił się do nas. Miał czterdzieści dziewięć lat i troje dzieci. Żona pracując, nie mogła się nim zająć w domu, to on zdecydował się na hospicjum. Lekarze dawali mu miesiąc życia. Był bardzo rozgoryczony. Walczył tyle lat i przegrał. Kiedy przyszła pani Maria, wybuchł. Nawet chciałem interweniować, bo wrzeszczał na nią jak opętany. Krzyczał, że nie chce jej litości, że ona nic nie rozumie, że on ma po co żyć, bo ma żonę i dzieci, a ona powinna się zająć wnukami. Siedziała obok i nic nie mówiła, pozwalała mu się obrażać. A kiedy w końcu się zmęczył, powiedziała tylko: „Ja się nad panem nie lituję, ja panu zazdroszczę. Ma pan rodzinę, umrze pan otoczony przez żonę i dzieci. A ja jestem sama. Nie miałam rodzeństwa, nie mogłam mieć dzieci, a mąż już umarł. I przychodzę tu, bo mam nadzieję, że kiedy będę już tu leżeć, to do mnie też ktoś przyjdzie przeczytać mi gazetę”. A potem wstała i wyszła. A kiedy przyszła tu drugi raz, to ten pacjent miał dla niej kwiaty. A potem przedstawił jej swoją rodzinę. Z tego co wiem, nadal mają ze sobą kontakt. Obawiam się, że o pani Marii nie da się powiedzieć nic złego. Nie robi tego dla pieniędzy, a nawet jeśli zgodzimy się z teorią, że ludzie pomagają z czystego egoizmu, to ja bym chciał, żeby wszyscy byli takimi egoistami.

Edyta zaskoczona nie wiedziała, o co jeszcze może zapytać.

‒ Pani nie rozumie – stwierdził dyrektor z uśmiechem. ‒ Ale proszę się nie denerwować. Większość ludzi nie rozumie. Teraz dobroczynność jest w modzie. Wszyscy odliczają jeden procent, wspierają zbiórki. Rozumieją to, bo pieniądze są wymierne. Trudno im zrozumieć, że ktoś poświęca swój czas i pracę, że to może dawać satysfakcję.

‒ No cóż – Edycie przed oczyma stanęło, jak wrzuca pieniądze do puszki i oddaje ubrania, których już nie potrzebuje. Szybko otrząsnęła się ze wspomnienia.

‒ Dziękuję bardzo. Nie będę zabierać panu więcej czasu. Tylko jeszcze jedno pytanie. Czy mogę porozmawiać z którymś z pacjentów?

‒ Tak. Proszę zapytać panią Krystynę z sali numer jedenaście. Jest rozmowna i na pewno nie będzie miała nic przeciwko wystąpieniu przed kamerą. Tylko proszę dać jej chwilę, na pewno będzie chciała się przygotować, wie pani, ubrać się, zrobić sobie oko.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny

 

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Nastolatki

Poprzedni

Cztery godziny minęły nie wiadomo kiedy. Przed południem zaczęły wracać dzieciaki ze szkoły. Po posiłku wychowawczynie zaczęły zaganiać je do odrabiania lekcji. Część protestowała głośno, bo od nauki woleli zabawę. W kilku przypadkach pani Maria włączyła się do rozmowy, proponując pomoc, co skutkowało od razu tym, że dzieciaki z ociąganiem, ale jednak sięgały do książek.

Edyta przeszkodziła jednemu z nastolatków, który czytał w swoim pokoju.

‒ Mogę wejść?

‒ To pani pewnie jest z tej całej telewizji?

‒ Tak. Mam na imię Edyta.

‒ Niech pani wchodzi. Co chce pani wiedzieć?

‒ Długo jesteś w domu dziecka?

‒ W bidulu?

Edyta kiwnęła głową.

‒ Rok, od kiedy zamknęli mojego starego.

‒ A od kiedy znasz pani Marię.

‒ Przychodzi tu zawsze.

‒ Co o niej myślisz?

‒ Równa babka. Maluchy ją uwielbiają. A starszym dużo pomaga. Mi wyjaśniła matmę, jak byłem zagrożony.

‒ Innym też pomaga.

‒ Ta. Kacpra wyciągnęła z polaka, a Miśce pomogła, jak chciała się ciąć, bo ją chłopak rzucił, jak się dowiedział, że jej matka wyjechała za granicę i ją zostawiła. Miśka nie chciała nikogo słuchać, nawet psychologa. A pani Marysia coś jej powiedziała, nie wiemy co, bo Miśka nie powiedziała nikomu. Ale od tej pory czasem zamykają się u Miśki w pokoju i słychać, jak z czegoś głośno się śmieją. I w szkole zaczęło jej lepiej iść, a tego chłopaka to tak załatwiła, że… jak to się mówi? W uszy mu poszło.

‒ W pięty.

‒ No. Bo on potem chciał, żeby Miśka jednak z nim chodziła, a ona powiedziała, że stać ją na więcej i od tej pory w ogóle z nim nie gada. Za to poprawiła oceny prawie ze wszystkich przedmiotów.

‒ Ta Miśka jest jeszcze w ośrodku?

‒ Jasne. Ale nie wiem, czy będzie chciała gadać.

Miśka, czyli jak się okazało Maja, była akurat w kuchni i pomagała przygotować podwieczorek. Edytę trochę zaskoczyło, kiedy jedna z opiekunek powiedziała jej, że dziewczyna niedługo skończy osiemnaście lat. Wyglądała najwyżej na szesnaście: drobna blondynka w dżinsach i bluzie.

‒ Cześć – zagadnęła ją Edyta, ale ta nie odpowiedziała, nawet nie podniosłą głowy. ‒ Jestem Edyta, chciałam z tobą porozmawiać o pani Marii.

Tym razem Maja spojrzała na nią.

‒ To zależy, co chce pani wiedzieć.

‒ Jak długo ją znasz, co o niej myślisz?

‒ Znam ją odkąd mnie zabrali do bidula. Ale na początku niezbyt ją lubiłam. Myślałam, że to jedna z tych moherowych beretów, co tylko się nad nami użalają i chciałyby, żebyśmy robili wszystko tak, jak one by chciały. Czyli najlepiej siedziały w swoich pokojach i klepały paciorki. Jak moja babcia.

‒ Teraz tak nie uważasz?

‒ Nie. Teraz wiem, że pani Marysia jest ok. Nie owija w bawełnę i mówi, jak jest. I nie ocenia. Wie pani, że ja się chciałam ciąć?

‒ Tak, słyszałam o tym.

‒ Chłopak mnie rzucił, a ja powiedziałam, że jak tylko będę miała okazję, to sobie coś zrobię. To zaczęli mnie pilnować. Co chwila miałam spotkanie z psychologiem, który kadził mi, że tyle jeszcze wspaniałego życia przede mną. Tylko pani Marysia powiedziała mi, że mogę zrobić, co chcę: pociąć się i narobić sobie problemów, albo wziąć się w garść i iść dalej. Tylko ona powiedziała: ty decydujesz, ty ponosisz konsekwencje. I tylko ona powiedziała mi, jak się umiera z wykrwawienia. Paskudna śmierć. Pani Marysia traktuje nas jak dorosłych, wie pani. Nawet te maluchy. I dlatego wszyscy ją tak lubią.

‒ Trochę to brzmi tak, jakby wszyscy inni nic nie robili.

– To nie tak, że tylko pani Maria nam pomaga. Tu nie jest tak strasznie, ale to jest dom dziecka – tu wszyscy mamy problemy, o jakich normalnym ludziom się nie śniło. Ci, co tu pracują – no wie pani – to jest ich praca. Robią, co mogą, co muszą. Pani Maria nie musi. Puści to pani w telewizji? To, co powiedziałam?

– Nie, jeśli się nie zgodzisz?

– Może pani puszczać, ja się nie wstydzę. I tego też się nauczyłam od pani Marii. Ona też się nie wstydzi, choć niejeden ją palcem wytyka. Ona mi całe swoje życie opowiedziała i nie ukrywała niczego. To może też pani puścić, że pani Maria jest moją idolką, nie żadna tam Doda, Rihana czy jakaś inna gwiazda, którą się tylko w radio słyszy, tylko właśnie ona.

Edyta nie wiedziała, co jeszcze może powiedzieć. Wyraźnie czuła wrogość od tej dziewczyny i nie bardzo miała ochotę wysłuchiwać dalszych peanów na cześć bohaterki reportażu. Prawdę mówiąc, była już tym zmęczona.

Zostali w placówce do szesnastej. Kiedy wychodzili dzieci protestowały.

‒ No, no. Przecież wiecie, że przyjdę pojutrze. Macie być grzeczne. A ty Grześ na czwartek masz się nauczyć tego wierszyka. Ja się też nauczę i cię odpytam.

Po wyjściu pani Maria skierowała się w stronę przystanku autobusowego, ale Przemek ją zatrzymał.

‒ Nie musimy być aż tak dokładni w tym przestrzeganiu dnia, zapraszamy do naszej wspaniałej telewizyjnej limuzyny.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Dziękuję. Miło będzie troszkę szybciej dotrzeć do domu.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciaki

Poprzedni

Czekali na panią Marię jeszcze piętnaście minut. Razem z nią weszli do środka. Dopiero wtedy Edyta zauważyła czerwoną tabliczkę, do tej pory zasłoniętą przez ślizgawkę: „Powiatowy Dom Dziecka”.

Przywitała ich jedna z wychowawczyń, przechodząca przez hol.

‒ Dzień dobry, pani Marysiu. Oj, urwanie głowy dziś, troje dzieci się pochorowało. Wchodźcie, wchodźcie. Wszystko jest gotowe, ale dzieci mogą się różnie zachowywać.

Weszli do sali. Edyta zauważyła kilkanaścioro dzieci bawiących się w w różnych miejscach, w tym kilkoro w kojcu dla niemowląt. W rogu pokoju stało łóżeczko niemowlęce, z którego słychać było kwilenie. Między dziećmi chodziła opiekunka. Na podłodze rozrzucone były klocki, samochody i pluszaki. Z boku stały krzesełka i stoliki. Sala przypominałaby przedszkole, gdyby nie obecność niemowląt i maluszków.

Pani Maria została zauważona natychmiast. Podbiegła do niej pięcioletnia dziewczynka w pomarańczowej koszulce i chwyciła za rękę, zupełnie nie zwracając uwagi na Edytę i Przemka.

‒ Babciu, babciu, chodź. Musisz zobaczyć Krzysia. On jest zupełnie nowy, wszystkiego się boi i ciągle płacze, bo chce do domu i do mamy, ale jego mama jest teraz w szpitalu i on nie może do niej jechać.

Wydawało się, że buzia małej się nie zamyka.

Przemek filmował, Edycie zaś pozostawało tylko się przyglądać, jak dzieci obsiadają panią Marię, wdrapują się jej na kolana i robią wszystko, byle tylko zwrócić na siebie uwagę. Zauważyła też jednego chłopca, mniej więcej czteroletniego, który stał z boku i przyglądał się temu wszystkiemu. Widać było, że przed chwilą jeszcze płakał, na policzkach wciąż miał mokre strumyczki łez, ale teraz zamieszanie odwróciło jego uwagę.

‒ Chcecie usłyszeć straszną opowieść o bardzo niestrasznym kocie? ‒ zapytała pani Maria, a wszystkie dzieciaki od razu usiadły na podłodze obok niej. Pani Maria przysunęła fotel.

‒ Kubuś na pewno też chce ją usłyszeć. I inne maluchy.

Podeszła do kojca, po kolei wyjęła wszystkie niemowlaki i posadziła przy starszych dzieciach, które od razu się nimi zajęły. Na koniec wyjęła z łóżeczka kilkumiesięcznego chłopca. Z nim na rękach usiadła wygodnie na fotelu i zaczęła opowieść.

‒ Daleko, daleko, w górach, na małej wsi mieszkał ogromny, szary kocur, który zwał się Zbój. Zbój był taki duży, że bały się go nawet okoliczne wilki, a jak wiadomo, wilki nie boją się niczego. W ciemności zielone oczy polującego Zbója błyszczały jak dwie lampy. Każdy, kto je zobaczył, chował się natychmiast, drżąc na całym ciele. Nie było nikogo, kto odważyłby się zaczepić Zbója.

Obok Edyty stanęła kobieta w kolorowej sukience i czarnym żakiecie.

‒ Dzieciaki uwielbiają te opowieści. Całymi dniami je potem inscenizują.

Edyta spojrzała zaskoczona.

‒ Kamila Sobczak, dyrektor placówki.

‒ Edyta Bronowska, dziennikarka Naszej TV. Pani Maria często was odwiedza?

‒ Tak, dwa lub trzy razy w tygodniu. Jest nieoceniona. Dzieciaki ją uwielbiają, a dla nas jest wielką pomocą.

‒ A zgodziłaby się pani odpowiedzieć na kilka pytań przed kamerą?

‒ Oczywiście, ale nie dziś. Może jak przyjdziecie państwo w czwartek?

‒ Dobrze. Dziś nakręcimy to, co dzieje się w sali. Może któreś dziecko zgodzi się powiedzieć kilka słów do kamery.

‒ Polecam Madzię. Jest bardzo wygadana ‒ Pani dyrektor uśmiechnęła się.

‒ To ta dziewczynka w pomarańczowej koszulce.

‒ Właśnie ta.

Opowieść trwała około dziesięciu minut. Przez kolejne pół godziny dzieci bawiły się w „Stary niedźwiedź mocno śpi”, „Chodzi lisek wkoło drogi”. Kiedy zabawy zaczęły im się już nudzić, pani Maria zakomenderowała wyjście na dwór i ogłosiła konkurs na to, kto pierwszy się ubierze. Opiekunki pomagały najmłodszym. Po chwili zwycięzcą ogłoszony został Szymon. W ramach nagrody został pierwszym berkiem.

Edyta przyglądała się zabawom dzieci. W pewnym momencie kilkoro zamiast ganianego wybrało piaskownicę. Wśród nich była wspomniana wcześniej Madzia. Edyta skinęła na Przemka i podeszła do dzieci.

‒ Cześć, jestem Edyta.

‒ Ta pani z telewizji, wiemy – odezwała się Madzia. Inne dzieci patrzyły na Edytę, milcząc. ‒ Pani Monika mówiła, że robi pani raport o babci.

‒ Nie raport, tylko reportaż. Chcę pokazać innym, co robi pani Maria.

‒ I bardzo dobrze – odparła buńczucznie dziewczynka. ‒ W końcu w telewizji pokażecie coś sensownego.

Edyta miała ochotę się roześmiać. Ciekawe, gdzie mała usłyszała to stwierdzenie, bo sama chyba na nie nie wpadła.

‒ A co ty byś pokazała, gdybyś kręciła reportaż o pani Marii?

‒ Wszystko! To najfajniejsza babcia na świecie!

Do okrzyku przyłączyły się inne dzieci i Edyta musiała poczekać, aż przycichną.

‒ To powiedzcie teraz innym, tylko po kolei, dlaczego tak ją lubicie. Może najpierw ty – wskazała Madzię.

‒ Ja najbardziej kocham babcię Marysię, bo zgodziła się być moją babcią, dopóki nie znajdzie się moja prawdziwa babcia. Bo wie Pani, ona zginęła i nie może się znaleźć. A babcia Marysia powiedziała, że ona nie ma takiej ślicznej wnusi i chętnie będzie moją babcią.

‒ Babcia ładnie pachnie, jak się do niej przytulam – powiedziała cicho młodsza dziewczynka.

Zamieszanie w piaskownicy przykuło uwagę jednego z chłopców, który podszedł do kamery i wprost ogłosił:

‒ Pani Marysia jest najlepsza, bo opowiada najlepsze historie.

‒ I pomaga Bartkowi i Kaśce w lekcjach, żeby nie mieli samych jedynek.

Teraz przed kamerą zaczęła się prawdziwa licytacja. Edyta miała tylko nadzieję, że montażysta zdoła coś z tego wyciąć.

‒ A mi babcia narysowała takiego pięknego konika.

‒ I umie czesać warkoczyki i koka.

‒ Ja ją lubię najmocniej za to, że nigdy nie krzyczy.

‒ I nie bije.

‒ Tak, a jak ktoś się uderzy, to zawsze go przytula.

Dzieciaki teraz już zupełnie nie zwracały uwagi na to, że są kamerowane. W końcu jednak dwoje z nich się pokłóciło i Edyta musiała interweniować, zanim doszło do bójki. Postanowiła, że następnym razem postara się rozmawiać z dziećmi osobno. Razem stanowiły żywioł nie do ogarnięcia.

Po powrocie z dworu na dzieci czekało drugie śniadanie. Pani Maria pomagała jeść najmłodszym, zachęcając jednocześnie starsze do zjedzenia całej porcji. Wcześniej bezceremonialnie podeszła do Edyty i wręczyła jej miseczkę z papką dla jednego z niemowląt.

‒ Każde ręce są potrzebne.

Wskazała jej berbecia siedzącego już w krzesełku.

‒ Podawaj mu małe porcje, bo czasami pluje. Im mniej ma wtedy w buzi, tym lepiej dla ciebie. Tu masz fartuszek.

Maluch na szczęście postanowił, że da spokój tej nowej pani i ładnie zjadł, opluwając jedynie siebie.

Po posiłku część młodszych dzieci poszła do swoich pokoi na drzemkę, a starsze jedna z opiekunek zebrała razem. Dziś mieli rozmawiać o nadchodzących świętach. Czterolatki dostały potem rysunek choinki do ozdobienia, a pięcio- i sześciolatki próbowały swoich sił w kreśleniu szlaczków i liter. Pani Maria w tym czasie zajmowała się niemowlakiem: nosiła go na rękach i nuciła mu piosenki, aż w końcu zasnął. Dopiero wtedy usiadła przy jednym ze stolików i wyjęła z torby kanapki.

‒ Też muszę coś zjeść. Zaraz dzieciaki zaczną wracać ze szkoły i będą potrzebowały pomocy przy odrabianiu lekcji. Nie wszystkie, oczywiście, ale część.

Następny