Rozdział 6. Czwarty dzień zdjęć. Wywiad z dyrektorką domu dziecka

Poprzedni 

Edyta działała na swoich maksymalnych obrotach. I uwielbiała ten stan.

Poprzedniego dnia do późna oglądała materiał, wstępnie wybierając sceny do reportażu. Przez kolejne pół nocy opracowywała szczegółowo plan rozmowy z dyrektorką domu dziecka. Miała to, miała wizję i to dawało jej siłę.

Po zaledwie trzech godzinach snu starannie się ubrała i umalowała. Jeszcze raz przeanalizowała wczorajsze pomysły i powtórzyła pytania do rozmowy. Śniadanie sobie darowała, zje coś po drodze do studia.

O ósmej telewizyjna furgonetka zatrzymała się przed ośrodkiem. Przez dwie godziny Edyta przyglądała się pani Marii bawiącej się z dzieciakami. Kiedy wszyscy poszli na dwór, ona zapukała do gabinetu dyrekcji. Pani Kamila rozmawiała przez telefon, pokazała im jednak, by weszli. Przemek ulokował się w bezpiecznym kącie i zaczął rozkładać sprzęt, Edyta usiadła przy biurku.

‒ Przede wszystkim chcę podziękować, że znalazła pani dla mnie czas.

‒ Nie ma za co. Nieczęsto mam okazję pokazać w telewizji pracę placówki, cieszę się więc z każdej takiej możliwości. I z każdej chętnie korzystam

‒ Ile dzieci w tej chwili przebywa pod waszą opieką?

‒ Obecnie jest to trzydzieścioro ośmioro podopiecznych w wieku od siedmiu miesięcy do dwudziestu dwóch lat. Dwoje najstarszych nie mieszka z nami. Mamy mieszkanie, w którym mogą przygotowywać się do wejścia w dorosłość.

‒ Opieka nad tak liczną grupą na pewno nie jest łatwa.

‒ Liczebność nie jest największym problemem. Najtrudniej jest poradzić sobie z deficytami, które mają te dzieci. Choroba sieroca to szczyt góry lodowej, a niestety finanse nie pozwalają na zwiększenie kadry.

‒ Pomoc wolontariuszy jest zapewne bezcenna.

‒ Tak, każda pomoc w takim wypadku jest na wagę złota. Cieszą nas zarówno sponsorzy, jak i wolontariusze – ci wykwalifikowani, jak terapeuci, psychologowie, pedagodzy, i ci niewykwalifikowani. To głównie licealiści i studenci. Pomagają młodszym w odrabianiu pracy, bawią się z maluchami. W tej chwili regularnie odwiedza nas troje licealistów i jeden student pedagogiki.

‒ Pani Maria jest jedyną starszą wolontariuszką?

‒ Tak. Trudno nam dotrzeć do osób w jej wieku, choć ich obecność w domu dziecka mogłaby być dla dzieciaków niezmiernie ważna. Osoby starsze wolą udzielać się w takich instytucjach jak Caritas, z którym zresztą współpracujemy.

‒ Pani Maria jest więc wyjątkowa dla ośrodka.

‒ Pani Maria jest wyjątkowa szczególnie dla dzieci, zwłaszcza dla tych, którym zastępuje poniekąd babcię. Obecność starszej, doświadczonej osoby, która kocha te dzieci bez względu na ich wygląd, oceny, problemy jest bezcenna. Najgorsze, z czym przychodzi nam walczyć, to właśnie odrzucenie. Dzieci garną się do pani Marii, bo potrzebują poczucia akceptacji. Ona im je daje.

‒ Czy dobrze rozumiem, że wiek pani Marii jest w tym wypadku jej zaletą?

‒ Oczywiście. Młodzi ludzie mają oczywiście więcej energii i sił, ale… Może powiem tak: trudno przecenić rolę babci w wychowaniu dziecka. My nawet nie staramy się zastąpić tym maluchom rodziców, bo tego nie da się zrobić. I choć pracuję na placówce ponad dwadzieścia lat, mam wykształcenie psychologiczne i ileś tam kursów, nie potrafię zrozumieć, w jaki sposób pani Marysia kompensuje dzieciakom brak babci. Z tego, co zauważyłam, najważniejsze jest, że ona jest przy nich zawsze. Jest niezawodna, a dla tych dzieci to coś bezcennego. Kiedy wychowawczyni zwróci im uwagę, buntują się, pyskują, obrażają. Kiedy pani Marysia napomknie, że jej zdaniem robią coś źle, to tylko spuszczają głowy i przepraszają.

‒ Zastępcza babcia. Pani Maria nie ma własnych dzieci i wnuków. Czy to nie jest przeszkodą, że traktuje podopiecznych domu dziecka jak swoje wnuki?

– Byłoby to problemem, gdyby na przykład przynosiła im mnóstwo słodyczy, faworyzowała któreś z nich, próbowała im matkować i nimi rządzić. Albo oczekiwała od nich takiego, a nie innego zachowania. Poza tym to właśnie jest cud wolontariatu. Obie stron wygrywają. Jest taka teoria, że ludzie działający charytatywnie to tak naprawdę straszni egoiści. Pomagają innym, żeby czuć się dobrze i pokazywać otoczeniu, jakimi są dobrymi ludźmi. Ta teoria zawsze mnie rozśmieszała. To dowód na to, że niektórzy nie rozumieją, jaki wiele satysfakcji daje pomaganie innym. W tym wypadku pani Maria ma przyszywane wnuki, a one przyszywaną babcię.

– Dziękuję za rozmowę.

– Ja również. I zapraszamy do nas częściej.

Po wyjściu z gabinetu pani Kamili, Edyta znalazła panią Marię.

– Dziś nie będziemy już kręcić dzieci. Mam pomysł na montaż, musimy zacząć nad nim pracować, żeby zdążyć przed świętami.

– Dobrze.

– A na co powinniśmy przygotować się jutro?

– Jutro chcę odwiedzić grób męża. Poza tym nie planowałam jeszcze niczego. Jakieś sugestie?

– Nie, nie. Nie mogę niczego sugerować. W takim razie przyjedziemy do pani koło ósmej.

Pani Maria kiwnęła głową.

Następny

Rozdział 4. Drugi dzień zdjęć. Hospicjum

Poprzedni

Hospicjum przywitało ich wnętrzami w pastelowych kolorach. Panowała cisza i spokój, tylko czasem przez korytarz przechodziła pielęgniarka.

‒ Och, zupełnie zapomniałam – pani Maria odwróciła się do nich. ‒ Nie powiedziałam wam, że musicie mieć miękkie buty.

‒ Żaden problem. Mogę kręcić w skarpetkach – powiedział Przemek. ‒ Chyba nawet dziś mam czyste – uśmiechnął się szeroko, zupełnie, jakby posiadanie czystych skarpet było czymś niezwykłym i niecodziennym.

Pani Maria uśmiechnęła się.

‒ Oj, przydałby się tu ktoś taki jak pan. Zaraz zapytam, pani Edyto, może któraś z pielęgniarek ma zapasowe buty. Staramy się nie przeszkadzać pensjonariuszom tupaniem. Niektórzy są w dobrym stanie, ale niektórzy bardzo cierpią i hałas bardzo ich irytuje.

Zniknęła w pobliskim pokoju i za chwilę wyłoniła się z parą gumowych chodaków i wielkimi laczkami.

‒ Dziś nie ma jednego z pielęgniarzy. Jego buty powinny na pana pasować. Zapewnię go, że miał pan czyste skarpetki. To miły młody człowiek, na pewno się nie pogniewa.

Edyta była lekko zaniepokojona. Jak mają zrobić tu materiał? Ma rozmawiać szeptem? Myślała gorączkowo nad jakimś rozwiązaniem, ale nic nie przychodziło jej do głowy. Tymczasem pani Maria weszła do jednej z sal. Na fotelu przy łóżku siedziała staruszka.

‒ Dzień dobry, pani Eugenio – powiedziała pani Maria wyjątkowo głośno.

‒ Ach, Marysia, dziecko kochane. Jak miło, że mnie odwiedzasz. A nie musisz mówić tak głośno ‒ poklepała się po uchu. ‒ Przyszedł mój nowy aparat, słyszę teraz, jak trawa rośnie.

‒ Przyszłam pani poczytać. Mam świetną książkę. Romans hrabiego z młodą guwernantką.

Twarz staruszki rozświetliła się.

‒ Jak ty wiesz, co mnie ucieszy. Słuchałam sobie dziś radia, ale tam mówią tylko o takich smutnych rzeczach. Za stara jestem na słuchanie o smutnych rzeczach.

‒ Proszę więc posłuchać tego. Obiecuję, że kończy się dobrze.

Pani Maria wyjęła z torebki harlekina i zaczęła czytać. Najwyraźniej była to książką, którą obie panie już znały, bo lektura zaczynała się w połowie.

Edyta zostawiła Przemka i poszła poszukać kogoś z personelu, z kim mogłaby porozmawiać. W dyżurce nie spotkała nikogo, dlatego zaczęła szukać gabinetu dyrektora. Znalazła go na końcu korytarza. W maleńkim pokoiku pomalowanym na biało stały dwa biurka z jasnego drewna i szafki z szufladami. Z dwu osób mężczyzna rozmawiał przez telefon, kobieta wpisywała coś do komputera.

‒ Dzień dobry – Edyta postanowiła zwrócić się do kobiety. ‒ Szukam dyrektora.

‒ Proszę poczekać, zaraz pewnie skończy rozmawiać. A w jakiej sprawie?

‒ Nazywam się Edyta Bronowska. Jestem z Naszej TV. Kręcimy materiał o pani Marii Wolskiej, chciałam o niej porozmawiać przed kamerą.

‒ O, to się dyrektor ucieszy.

Mężczyzna spojrzał na obie z przyganą. Po chwili odłożył słuchawkę. Okazało się, że chętnie porozmawia, ale dopiero za pół godziny.

Wracając, Edyta spotkała pielęgniarkę. Zapytana, czy wypowie się przed kamerą, najpierw odmówiła, ale po chwili dała się namówić. Przemek nadal był w sali starszej kobiety. Chyba ucieszył się, że nie musi słuchać dalszego ciągu przygód hrabiego Montgomery’ego i ślicznej guwernantki imieniem Holly.

‒ Jak długo pracuje pani w hospicjum?

‒ Odkąd udało się je otworzyć, czyli od ośmiu lat. To dobra praca. Ciężka, ale spokojna. Przedtem pracowałam w szpitalu.

‒ A jak długo zna pani panią Marię Wolską?

‒ Jakieś sześć lat, dużo lepiej odkąd zaczęła u nas pomagać.

‒ Proszę powiedzieć, na czym polega taka pomoc.

‒ Pani Maria odwiedza naszych podopiecznych raz w tygodniu. Czyta im, gra z nimi w karty, rozmawia z nimi. Dla nich to bardzo ważne. Do wielu nikt nie przychodzi. Czekają na te wizyty. Było też kilka razy tak, że wiadomo było, że ktoś niedługo odejdzie, to wie pani, dzwoniła, dowiadywała się, a potem to przychodziła i siedziała przy łóżku chorego do końca.

‒ Dla was, personelu, to duża pomoc?

‒ Trochę. Najważniejsze jednak, że pacjenci są spokojniejsi, weselsi. Dla wielu świadomość, że nie umierają samotnie jest bezcenna.

‒ A opieka, wie pani: karmienie, mycie?

‒ Ach, nie. To zupełnie nie jest działka pani Marysi. Już lepiej niech zabawia pacjentów, a czynności medyczno-sanitarne pozostawi nam.

Pielęgniarka wydawała się ostatnim pytaniem rozbawiona, Edyta zaś poczuła się zbita z tropu. Co to mogło znaczyć? Żeby jednak nie wyjść na totalną ignorantkę, postanowiła się pożegnać.

‒ Dziękuję.

Pani Maria kończyła właśnie czytanie. Staruszka ukradkiem ocierała łzy koronkową chusteczką.

‒ Taka piękna historia. A ten hrabia to taki prawdziwy mężczyzna. Mój Filip też taki był. Raz mi tylko powiedział, że mnie kocha. Jak się Władziu i Władzia urodzili. Ale ja to widziałam. W oczach miał taki błysk, jak patrzył na mnie. I jak mnie do tańca porwał, to czułam, że żyję.

‒ Muszę już iść do pana Henryka.

‒ Idź, idź, dziecko kochane. Na pewno czeka na ciebie. Ja tu sobie powspominam.

Pani Maria wyszła na korytarz.

‒ Miła staruszka – zagaił Przemek.

‒ Tak – uśmiechnęła się pani Maria. ‒ Uwierzy pan, że ona ma sto dwa lata?

Przemek wytrzeszczył oczy.

‒ To tyle można?

‒ Można. Ale dużym kosztem. Ma alzheimera, nie pamięta wielu rzeczy. Ale może tak jest lepiej. Pochowała męża, dwoje dzieci. Z wnuków żyje jeszcze tylko jedno. A prawnuki rozjechały się gdzieś po świecie. Opłacają jej hospicjum, ale nie przyjeżdżają. Pani Eugenia uwielbia historie miłosne. Pielęgniarki bez końca opowiadają jej, jak poznały swoich mężów. Teraz idę do pana Henryka. Jest ciężko chory, praktycznie nie wstaje już z łóżka. Mam dla niego przegląd sportowy, poczytam mu trochę, potem przyjdzie jego córka. A potem mam partyjkę pokera.

Oczy Przemka zrobiły się jeszcze większe, a Edyta aż się uśmiechnęła. Wiedziała, że Przemek ma wielką słabość do gier w karty.

‒ Jak postawię kamerę na statywie, to mogę się przyłączyć? ‒ zapytał nieśmiało.

Pani Maria wybuchnęła śmiechem i energicznie pokiwała głową.

‒ Tylko najpierw porozmawiamy z dyrektorem – wtrąciła szybko Edyta.

Następny

Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Dzieciństwo pani Marii

Poprzedni

Telewizyjna furgonetka podjechała pod blok kilka minut po szóstej. Kiedy weszli do mieszkania pani Marii, poczuli zapach kawy. Przemek szybko założył im mikrofony.

‒ Proszę. Na pewno nie piliście państwo jeszcze kawy. Mąż nauczył mnie, jak zrobić doskonałą kawę w kawiarce. Stawia na nogi.

Przemek chętnie sięgnął po parujący kubek.

‒ Nakręcę, jak przygotowuje i je pani śniadanie. Możecie w trakcie rozmawiać.

Podczas gdy pani Maria przygotowywała śniadanie, Edyta oddychała głęboko. „Jestem profesjonalistką”, powtarzała w myśli. „Z każdego materiału da się zrobić reportaż. Jestem obiektywnym obserwatorem i zbieraczem informacji”.

‒ No dobra, pora zrobić reportaż – szepnęła do siebie i upiła łyk kawy. Była rzeczywiście doskonała.

Z uśmiechem weszła do kuchni i usiadła na jednym z krzeseł.

‒ Dlaczego wstaje Pani tak wcześnie?

‒ To przyzwyczajenie. Chyba przez całe życie wstawałam o szóstej – najpierw do szkoły, potem do pracy. Organizm ma swój rytm. Po prostu budzę się wyspana. Moja mama mówiła, że jestem skowronkiem, bo budziłam cały dom. Ale kładę się też dość wcześnie. Najczęściej koło dziesiątej, no, chyba że zapatrzę się w jakiś film.

‒ Każdy dzień wita pani kubkiem kawy?

‒ Każdy. Teraz nie potrafię bez tego prawidłowo funkcjonować. Do tego kubka kawy obowiązkowo kanapka z dżemem. Latem moja kuchnia zamienia się w prawdziwą halę produkcyjną. Już jako dziecko uwielbiałam dżem i tak mi zostało. Kiedyś to był wielki rarytas, bo cukier był bardzo drogi. Teraz nie wyobrażam sobie, że mogłoby go zabraknąć w mojej piwnicy. Poza tym wolę taki mniej słodki, niż te, które są w sklepie, dlatego robię go sama. Zimą mogę poczuć smaki lata: truskawki, maliny, porzeczki, śliwki. Tylko przed świętami robię dżem pomarańczowy. Wtedy cytrusy są najlepsze, więc wykorzystuję moment.

‒ Proszę opowiedzieć o swoim dzieciństwie.

‒ Urodziłam się zaraz po wojnie. Rodziców los rzucił do jednej wsi z wojennej tułaczki. Mieszkaliśmy na uboczu w porządnym poniemieckim domu. Nie było elektryczności, bieżącej wody, mieliśmy piec kaflowy, w którym paliło się drewnem. Był wstawiony w ścianę między pokojem rodziców a naszym i ogrzewał od razu oba te pomieszczenia. Tata pracował, mama zajmowała się gospodarką. Miałam młodszego brata, Stasia. Niestety już nie żyje. Zmarł trzy lata temu na zawał. Rodzice bardzo się starali, żebyśmy mieli szczęśliwe dzieciństwo. Tato był bardzo surowy. Ale wie Pani, nigdy nie podniósł na nas ręki. Mama czasem machnęła na nas ścierką, a ojciec nigdy. Umiał zapewnić sobie posłuch. Poza tym zabierał nas na wycieczki po lesie. Pod koniec wojny ojciec wstąpił do partyzantki, potem musiał to ukrywać. Ale w każdym lesie czuł się jak w domu. W domu było skromnie, jak wszędzie. Ale nigdy nie brakowało nam jedzenia. Mama hodowała mnóstwo drobiu, no i oczywiście mieliśmy Mućkę. Chyba wszystkie krowy nazywają się Mućka, prawda? ‒ Pani Maria roześmiała się. ‒ Przed świętami rodzice bili świnię. Już jakoś tak w listopadzie, jak tylko robiło się mroźno. Nie mieliśmy lodówki i mama trzymała mięso w komórce. To była taka piwniczka, którą tato wykopał w ogródku. Latem było tam chłodniej, a zimą temperatura była jak teraz w lodówkach. Część rzeczy zostawiało się w beczce na dworze. Mróz ścisnął i to się zamrażało. W święta najbardziej lubiłam właśnie to, że było tyle mięsa. Wędzili szynki, schab, kiełbasy i boczek. Mama robiła kiełbasy i kaszanki, a tata cały taki gliniany garniec pasztetu z grubą warstwą smalcu na wierzchu. Teraz pewnie dzieci takiego czegoś by nie jadły, a my ze Stasiem uwielbialiśmy chleb posmarowany tym pasztetem. Mama sama piekła chleb raz w tygodniu. Jak skończyłam osiem lat, to mogłam jej pomagać. I do tej pory potrafię upiec chleb z pamięci, wie pani, bez przepisu ile czego. Taki na zakwasie. Dzieciństwo to taki piękny okres. Dzieci przyjmują wszystko jak jest, sama pani dziś zobaczy. Tylko dla dzieci stary miś jest piękniejszy niż nowy.

‒ Ma pani dzieci?

‒ Niestety nie. Życie tak się ułożyło, że najpierw byłam zajęta pracą, nie spotkałam mężczyzny, który by mnie zaabsorbował bardziej. A kiedy już się taki znalazł, było za późno. Kiedyś mając czterdzieści pięć lat zostawało się już babcią, a nie mamą.

‒ Żałuje pani?

‒ Czasami. Ale w życiu nie da się zrobić wszystkiego. Z czegoś trzeba zrezygnować. Potem przychodzi żal, że się tego nie przeżyło, nie zrobiło. Ale dzięki temu zrobiło się coś innego. Trzeba doceniać i szanować to, co się ma, zamiast rozmyślać, co by było gdyby.

Edyta zamilkła, nie wiedząc, o co zapytać. Pani Maria wykorzystała tę chwilę, by pozbierać i umyć naczynia.

‒ Musimy wychodzić. Pojedziecie państwo ze mną autobusem, czy podać wam adres i spotkamy się na miejscu?

‒ Nakręcimy jak wychodzi pani z domu i wsiada do autobusu. Potem pojedziemy na miejsce.

Pani Maria podała im adres, który Przemek wbił w GPS-a. Szybko zabrał potrzebny sprzęt.

Zatrzymali się przed dużym domem pomalowanym na żółto. Na trawniku przed budynkiem znajdowała się piaskownica, zjeżdżalnia i kilka różnych huśtawek.

‒ Co to, do cholery, za miejsce? ‒ poirytowała się Edyta.

‒ Adres się zgadza. Poczekamy na panią Marię i wchodzimy do środka. Nie denerwuj się tak, bo spieprzysz robotę.

Wiedziała, że Przemek ma rację. Pamiętała, że dzień wcześniej pani Maria pytała ją, czy chcą wiedzieć, gdzie będą jechać. Odmówiła, bo była zła. Teraz musiała improwizować. To było nieprofesjonalne i dlatego denerwowała się coraz bardziej.

„Naważyłam sobie piwa, to muszę je wypić. Jutro będę lepiej przygotowana”.

Następny