Rozdział 9 Wigilia

Poprzedni

Materiał był gotowy.

A Edyta była zadowolona. Zostało tylko nakręcić wigilię.

Mieszkanie pani Marii było świątecznie udekorowane. W rogu stała niewielka choinka, a na oknie szopka bożonarodzeniowa. Paliły się świece. Stół był nakryty dla dwóch osób, ale było na nim niewiele jedzenia: talerzyk z dwoma kawałkami ryby, drugi z kilkoma pierogami, mały dzbanek z barszczem, owoce na paterze i kilka plastrów makowca.

Pani Maria była w szarej wełnianej sukience, na szyi miała złoty łańcuszek. Z uśmiechem zaprosiła ich do środka. Przemek wyglądał na nieco zdezorientowanego, ale szybko ustawił kamerę. Edyta jeszcze raz przyjrzała się mieszkaniu, jakby czegoś szukała. Inaczej wyobrażała sobie ten moment.

– Jesteście zdziwieni – zauważyła pani Maria. – Jak mówiłam – nie mam rodziny. Święta spędzam sama. Z Michałem rozmawialiśmy do późna, potem szliśmy na pasterkę. Teraz słucham kolęd. Czytam. Jutro pójdę na spacer, zjem obiad, obejrzę jakiś film.

Wzruszyła ramionami.

Edyta jeszcze raz spojrzała na stół wigilijny. Nie było na nim opłatka. Przypomniała sobie wczorajsze spotkanie dla samotnych i ubogich, dzieciarnię z domu dziecka, panią Krysię. To nie tak powinno wyglądać, nie tak powinno być. W mieszkaniu zapanowała niezręczna cisza.

– Przepraszam – powiedziała Edyta. Złapała torebkę i wyszła na klatkę.

Telefon dzwonił nienośnie długo – mama zajęta w kuchni pewnie nie słyszała dzwonka. W końcu jednak odebrała.

– Wesołych świąt, kochanie.

– Wesołych świąt. Mamuś, czy… – Edyta nie wiedziała, jak zadać to pytanie. – Mamo, czy ja mogę przyjechać na święta?

– Ależ oczywiście, Edytko, przecież nie musisz pytać. Wiesz, że dla ciebie zawsze jest tu miejsce.

– A czy znajdzie się miejsce dla jeszcze dwóch osób?

– Twoi przyjaciele? Oczywiście. Znajdzie się miejsce dla każdego. Dzieciaki prześpią się na materacach, będą przeszczęśliwe.

– Nie wiem, czy nocleg będzie potrzebny. Na razie myślałam tylko o wigilii.

– Przyjeżdżaj. Poczekamy z kolacją.

– Dzięki, mamo. Kocham cię.

Przemek i pani Maria siedzieli na kanapie i rozmawiali, ale kiedy weszła, rozmowa zamilkła.

– Pani Mario, mam nadzieję, że się pani nie pogniewa. Zapraszam was na kolację do moich rodziców.

– Cóż… – pani Maria sporzała na Edytę. Na jej ustach pojawił się delikany uśmiech. – Nie mogę odmówić. Tylko może spakuję jedzenie?

– Jeśli pani chce. W domu na pewno jest jedzenia, którego wystarczy dla wszystkich.

– W takim razie wezmę tylko makowca. Wyszedł mi wyjątkowo delikatny.

– Czyli pakować kamerę?

– Pakuj. Dziś nie będziemy kręcić.

W domy było ciepło i gwarno. W niewielkim mieszkaniu królowali siostrzeńcy i bratanice Edyty. Najmłodsze próbowało ściągnąć z choinki bombki. Starsze wypatrywały na zachmurzonym niebie pierwszej gwiazdki.

– Ciocia, ciocia już jest! – kiedy tylko weszła otoczyła ją gromadka rozemocjonowanych kilkulatków.

– Cicho, wrzaskulce! – Edyta roześmiała się i przybiła piątki czterem wyciągnietym łapkom.

– A to twój chłopak? – zapytał najstarszy, ośmioletni Kuba.

– Nie, kolega z pracy. Jak będziesz grzeczny, to pozwoli ci potrzymać kamerę w trakcie nagrania.

Z kuchni wyszła mama, a tato wychylił się z pokoju i zaprosił wszystkich do stołu. Edyta szybko przedstawiła panią Marię i Przemka rodzinie. Okazało się, że dodatkowe nakrycia są już rozłożone i dla każdego jest miejsce. Zaczęło się wnoszenie ciepłych potraw, dzieciaki przepychały się, w zasadzie nie wiadomo dlaczego. W końcu wszyscy mogli usiąść. Tata przeczytał fragment pisma świętego i wziął opłatek.

– Życzę nam, byśmy za rok spotkali się znów wszyscy razem – zdrowi, szczęśliwi i uśmiechnięci.

Odłamał kawałek i podał mamie:

– Życzę wam wszystkim, żeby powiodły się Wasze plany: Wojtkowi, żeby firma zaczęła lepiej zarabiać, Katarzynie, żeby miała czas dla siebie, Martynie, żeby nowa praca była tą wymarzoną, Markowi, by nie musiał już tak dużo pracować i miał więcej czasu dla rodziny, dzieciakom, żeby zawsze dobrze się bawiły i Edytce – żeby w końcu dostała swój program.

– A ja chcę wam podziękować za to, że przyjęliście pod swój dach obcą osobę. Życzę wam, by spotkało was tyle samo dobrego, ile od siebie dajecie.

– Cóż, nie bez przyczyny jestem kamerzystą – nie najlepszy ze mnie mówca. Ale życzę nam wszystkim, żeby jeszcze dziś spadło dużo śniegu, żeby te święta były jeszcze bardziej świąteczne, o ile to możliwe.

Życzenia zataczały krąg. W końcu mama waczęła wlewać barsz, dzieciaki pokłóciły się o uszka. Talerze robiły się puste. Nikt nie zauważył, że Wojtek odszedł od stołu. Po chwili ktoś zaczął walić do drzwi wejściowych. Pani Maria wyglądała na lekko zaskoczoną.

– Święty Mikołaj – rzuciła Edyta, która dobrze wiedziała, że jej brat co roku przebiera się, by nastraszyć dzieciaki.

Przemek chwycił za plecak i wyciągnął z niego podręczną kamerę. Zdąrzył nakręcić, jak święty wchodzi do pokoju i rozsiada się wygodnie w fotelu. Półtoraroczna Zuza zaczęła płakać, więc Martyna wzięła ją na ręce. Kuba głośno zadeklarował, że on się nie boi, bo to tylko przebrany święty Mikołaj i schował się za krzesłem.

– Ho, ho, ho! – grubym głosem powiedział Wojtek. Edyta wytarła łzy i mocniej zacisnęła usta, żeby nie wybuchnąć śmiechem. Wojtek nie tylko wypchał poduszką brzuch, ale też zadek świętego i wyglądał jak ludek Michelin.

– No, to chodź, dzielny chłopcze, do mnie. Zaraz zobaczę, czy byłeś grzeczny – i Wojtas wyciągnął zza pazuchy rulon papieru. Rozwinął go i udał, że czyta. A potem wyjął jakąś kartkę złożoną na pół.

– Tu mam list od ciebie. Chciałeś łyżwy i kij do hokeja. No, no, no! To ten karton będzie dla ciebie. Tylko skocz no tam do sieni, bo tam jakiś kij się ostał.

Przemek opluł wyświetlacz makiem. Kuba wyskoczył jak oparzony do korytarza i przytargał kij zawinięty w zielony papier.

– Jaaa! Dzięki, święty Mikołaju – rzucił się Wojtkowi na szyję i pocałował w policzek.

– A tu mam prezent dla Oli i Ali.

Wojtek wyciągnął wielkie pudło.

– I jeszcze dwa takie mniejsze.

W pudle, jak się okazało był domek dla lalek, a w pudełkach nowe lalki. Sebastian, młodszy od Kuby o trzy lata, dostał tor wyścigowy, a Zuza klocki. Dzieciaki pożegnały Mikołaja i zajęły się zabawą.

Rozmowa przy stole toczyła się wokół osoby pani Marii. Rodzice byli zainteresowani, kim jest ich gość, ale po kilku minutach temat zmienił się na wspomnienia z dzieciństwa i wymianę poglądów. Wieczór minął nie wiadomo kiedy. W końcu pora była wracać. Następnego dnia Edyta musiała domontować materiał.

Następny

Rozdział 20

POPRZEDNI

Tosia wróciła z pracy zdenerwowana. Na samym wstępie trzasnęła drzwiami, a dopiero potem wyrzuciła z siebie, że przegrała swoją pierwszą sprawę. Nie udało jej się wywalczyć wyższych alimentów dla klientki. Była na siebie zła.

– Zawsze ktoś przegrywa – próbował pocieszyć ją Marcin. – Widocznie tym razem tamci mieli lepsze argumenty.

– Oj, ty nic nie rozumiesz. Ja nie wierzyłam, że ta sprawa jest do wygrania, a teraz kancelaria najpewniej straci klientkę. Wcześniej była u innej adwokat, ale tamta podobno nie traktowała jej poważnie. Ja też nie potraktowałam jej tak, jak powinnam.

– To co jeszcze mogłaś zrobić?

– Uwierzyć, że to jest do wygrania.

Tosia miała wyrzuty sumienia. Opowiadała o tej sprawie i Marcinowi, i dziewczynom, bo nie potrafiła się do niej przekonać. Jej klientka, pani Agata, była rozwiedziona z pierwszym mężem, z którym miała dwóch siedmioletnich synów. Otrzymywała od niego spore alimenty na dzieci i na siebie, dopóki nie wyszła ponownie za mąż. Wówczas sąd przychylił się do prośby eksmęża i zmniejszył wysokość alimentów, przyznając je tylko dzieciom. Drugi mąż pani Agaty nie zarabiał za wiele, ona nie zamierzała podjąć pracy, a w drodze było kolejne dziecko. Nikt nie miał przekonania do tej sprawy. Marta uznała nawet, że na pewno dali ją Tosi, bo każdy by ją przegrał i nikt nie chciał ryzykować.

Tosia zrobiła, co mogła, a mogła niewiele. Niestety klientka i jej mąż mieli tylko wielkie roszczenia. Nie mogli przedstawić rachunków za wynajmowane mieszkanie, bo wynajmowali je bez umowy. Pani Agata miała co prawda jakieś wyliczenia związane z prowadzeniem domu, ale te były zupełnie nieprzydatne, bo wyssane z palca i niczym nie poparte. Koszt utrzymania dzieci także opierał się na wyimaginowanych kalkulacjach kobiety. Tosia wyszukała nieco danych statystycznych, ale okazało się, że alimenty płacone przez pierwszego męża jej klientki w zupełności powinny zaspokajać potrzeby jej dzieci. Przygotowała się do rozprawy najlepiej, jak mogła, biorąc pod uwagę okoliczności, ale nie przewidziała wszystkiego.

Na sali była oczywiście Bielicka, która monitorowała wszystkie jej przygotowania, nie wtrącając się jednak. Tosia nie wierzyła w wygraną, ale starała się ukazać swoją klientkę jako troskliwą matkę, która stara się zapewnić swoim synom jak najlepsze warunki życia. Niestety jej starania spełzły na niczym, gdy zaczął zeznawać ojciec chłopców. Tosia starała się nie pokazywać, że nie wie, o czym mówi ten mężczyzna. Okazało się bowiem, że to ojciec kupił bliźniakom wyprawki do szkoły, poza tym zafundował im też komputer i program do nauki języka angielskiego. Dodał tu, że od chłopców wie, że z komputera najczęściej korzysta jego eksżona i jej obecny partner, który ponoć lubi popołudniami grać w strzelanki.

Wypowiedź mężczyzny spowodowała burzę. Pani Agata zaczęła wrzeszczeć, że komputer jest niezdrowy dla dzieci i że jej eksmałżonek może go sobie zabrać i wsadzić… Tosia próbowała ją uspokoić, niestety okazało się, że dopiero interwencja sędziego i groźba wyprowadzenia z sali zamknęły kobiecie usta. Tosi płonęły uszy i policzki. Dowody przedstawione przez drugą stronę były niepodważalne i wynikało z nich jasno, że ojciec nie tylko płaci wysokie alimenty, ale też często funduje dzieciom różne rzeczy, począwszy od ubrań, a skończywszy na zabawkach. Płaci też za naukę języka angielskiego w prywatnej szkole.

Do końca rozprawy Tosia starała się nie stracić opanowania i udowodnić, że wydatki te to to obowiązek troskliwego ojca. Wyrok jej nie zaskoczył. Sędzia odrzucił powództwo. Zaskoczyło ją jedynie, kiedy usłyszała, jak sędzia przypomina obu stronom, że w następnym miesiącu mają wyznaczoną datę kolejnej rozprawy. Tym razem o ograniczenie praw rodzicielskich jej klientki.

– Powinnam zawsze wierzyć, że klient ma rację. Ale ta kobieta to chora manipulatorka. Na koniec powiedziała mi, że zadzwoni do Wagnera ze skargą na mnie. Nie wygrałam i teraz ona nie wie, czy powierzy naszej kancelarii dalsze prowadzenie sprawy.

Tosia nie wytrzymała i z jej oczu popłynęły łzy.

Następnego dnia szła do pracy jak na stracenie. Bała się, że już na wstępie usłyszy wezwanie do gabinetu Wagnera.

– Podobno wczoraj była pani wspaniała na sali sądowej – przywitała ją ciepło pani Basia.

– Chyba myśli pani o jakiejś innej sprawie. Ja przegrałam.

– Nie, nie. Myślę właśnie o pani. Mecenas Bielicka mówiła, że zachowała się Pani wspaniale, że nawet jej trudno było zachować zimną krew.

– I co z tego, skoro stracimy klientkę.

– Pani Antosiu – tylko pani Basia tak do niej mówiła – z tej klientki to i tak nic by nie było. Mecenas Bielicka zadzwoniła do jej poprzedniej adwokat, mecenas Majewskiej, bo zna ją trochę i delikatnie podpytała. Podobno ta kobieta wszystkich oszukuje, nie mówi wszystkiego, a część rzeczy zmyśla. Ponoć na poprzedniej rozprawie nakłamała i to się wydało, gdy tylko jej mąż wszedł i zaczął zeznawać. Mecenas Majewska sama zrezygnowała z prowadzenia tej sprawy. Uznała, że nie będzie się męczyć. Do tej pory ta pani zalega jej z honorarium.

Wezwania do szefa nie było… Tylko Bielicka poprosiła ją do siebie. Razem przeanalizowały przebieg rozprawy i zastanowiły się, co Tosia mogła jeszcze zrobić. Nie było tego wiele, więc dziewczyna wyszła z gabinetu pocieszona. W sumie usłyszała wiele miłych słów pod swoim adresem i to złagodziło gorycz porażki. Uspokoiła się zaś zupełnie, gdy dowiedziała się, że pani Agata zrezygnowała z ich usług.

Ania w końcu się zdecydowała. Biła się z myślami przez kilka dni, napisała nawet mejla do profesora Sudeckiego z prośbą o opinię. Poparł ją gorąco i zaprosił na rozmowę w następny czwartek. Decyzja zapadła. Będzie tłumaczyła zbiór opowiadań. Niemal od razu zabrała się za pracę. Energia ją rozpierała, jak zawsze, gdy zaczynała coś nowego. Chciała wykorzystać ten zapał.

Tłumaczyła, gdzie tylko mogła. Nawet wieczorami, kiedy siedziała z dziewczynami w pokoju, poprawiała coś w laptopie.

– Czy ty choć na chwilę się odrywasz od tego pudełeczka?

– Tak.

– Chciałabym to zobaczyć.

Tosia z Marcinem oglądali jakiś program na Discovery, a Marta przerzucała leniwie kartki czasopisma. Komentarz Marty spowodował, że Ania oderwała oczy od monitora.

– Nie zobaczysz. Ale dziś w czasie przerwy spotkałam Pawła i poszliśmy na kawę.

Tosia spojrzała znacząco na Martę.

– I co?

– Co „co”?

– No, co się wydarzyło?

– Nic się nie wydarzyło. Siedziałam głodna w bibliotece. Burczenie w brzuchu wygoniło mnie do sklepu, tam spotkałam Pawła. Poszliśmy na kawę. Gadaliśmy z godzinkę, potem ja poszłam do szkoły, a on na zajęcia.

– O czym gadaliście?

– Nie wiem. O tym, o czym gadają znajomi, gdy się spotkają. O pracy, studiach. Nie wiem, o czym jeszcze.

– A co tam u niego? – zapytał Marcin.

– W porządku. Zaliczył poprawkę. Teraz ma zasadniczo luzy. I dostał zaproszenie od Sławka na wesele.

– O! A z kim pójdzie – Marta była ciekawa wszystkiego, co wiązało się ze ślubem.

– Nie pytałam go o to. Co ja jestem – gestapo?

Marta i Tosia nadal kibicowały Pawłowi w podbijaniu serca Anki i miały nadzieję, że już ją zaprosił na wesele. Ania niestety wykazywała niezwykły jak na nią upór.

Tymczasem Ania miała zupełnie inne powody do zamyślenia, niż wydawało się jej przyjaciółkom. Nie chciała im nic jeszcze mówić, udawała więc, że pracuje, choć tak naprawdę tłumaczenie nie szło jej zupełnie. Tego dnia nie tylko spotkała Pawła. Wcześniej była na spotkaniu z Sudeckim, który radosnym głosem obwieścił jej, że jeśli tylko chce, to jej tłumaczeniem jest zainteresowane pewne wydawnictwo. Jego naczelny zobaczył jej pracę u recenzenta i bardzo mu się spodobała. Chce porozmawiać o możliwości współpracy. Na początek jest zainteresowany wydaniem ukończonej już powieści z szerokim komentarzem Ani. Ania dostała numer telefonu redaktora i teraz biła się z myślami – zadzwonić, czy poczekać.

Oczywiście dziewczyny zaraz zaczęłyby zachęcać ją do wystukania numeru i umówienia się na najbliższy możliwy termin. Ale ona – nigdy nie śmiała śnić o takim wyróżnieniu, w dodatku nie uważała, żeby tłumaczenie, które zrobiła do magisterki było aż tak dobre. Musiałaby do niego usiąść na nowo. Z jednej strony serce jej tłukło się jak oszalałe z radości – z drugiej – była przerażona. W jej spokojnym jak dotąd życiu wydarzenia zaczynały pędzić, a ona powoli czuła się coraz bardziej zagubiona. Miała dwie dobre prace, pisała doktorat, a teraz pojawiała się kolejna szansa. Zaczynała się zastanawiać czy sprosta tym wszystkim wyzwaniom.

Gdyby taka szansa pojawiła się przed jej koleżankami, prawdopodobnie zaraz zabrałyby się do pracy. Marta była jak wulkan energii – od razu zaczęłaby szukać błędów i przygotowywać materiał do druku. Tosia zauważyłaby możliwości i zaczęła planować kolejne kroki, na przykład wydanie drugiej książki lub napisanie własnej. A ona sama – cóż. Nie miała wielkich ambicji, nie chciała zbawiać świata ani zrobić oszałamiającej kariery. Myślała, że zdobędzie fajny zawód, trochę popracuje, potem zajmie się rodziną i będzie jedynie dorabiać tłumaczeniami nudnych dokumentów do pensji męża. Życie zaskoczyło ją zupełnie i nagle okazało się, że jej plany są nieaktualne. Musiała sobie to wszystko na nowo poukładać.

– Zaprosiłam Krzysztofa na ślub.

– I co?

– Zgodził się.

Marta ledwo weszła do domu, już musiała podzielić się radosną nowiną z dziewczynami. Do ślubu było coraz mniej czasu, a ona długo się wahała, czy może zaprosić na taką uroczystość faceta, z którym spotyka się od niedawna. Ich znajomość posuwała się do przodu małymi kroczkami. Często się spotykali, Marta lubiła spędzać z nim czas i on chyba odwzajemniał jej uczucia. Od kilku tygodni nie byli już tylko randkowiczami, choć nie padły jeszcze żadne deklaracje ani obietnice. Z Marty trudno było zresztą wyciągnąć, co czuje. Krzysztof był jej pierwszym tak poważnym partnerem, o żadnym wcześniejszym związku nie myślała na serio i nie chciała zapeszać nawet przed koleżankami. W rzeczywistości już jakiś czas temu zdała sobie sprawę z tego, że wpadła po uszy. Jest zakochana jak nigdy. Nie była jednak specjalistką w tych sprawach, a ukończona psychologia wcale nie ułatwiała jej podjęcia naturalnych decyzji. Analizowała więc wszelkie możliwe scenariusze i czekała spokojnie na rozwój sytuacji.

– Tak! Powiedział, że bardzo mu będzie miło poznać moją rodzinę.

Anka zrobiła zaskoczoną minę.

– Ten twój Krzysiek jest jakiś dziwny. Każdego normalnego faceta trzeba ciągnąć na niedzielny obiadek do mamusi wołami, bo im się wydaje, że wypicie kompotu to prawie jak zaręczyny. A twój Krzyś marzy wprost o poznaniu całej rzeszy ciotek, babć i wujków, którzy zaraz będą go wypytywać kim jest, jak się poznaliście i kiedy wasz ślub?

– Nie wiem, czy marzy, ale widać nie robi to na nim tak piorunującego wrażenia. Zresztą: moja mama wie o Krzyśku, a skoro ona wie, to ciotki też wiedzą, bo one ciągle wiszą na telefonie. Jedyna osoba, której się boję to ciocia Wioletka. Jej głupota jest tak nieziemska, że może odstraszyć każdego. Będę musiała wyraźnie zaznaczyć, że to nabytek i jej głupota nie ma szans być dziedziczona przeze mnie i przez moje dzieci.

Marta bardzo przejmowała się weselem. Była świadkową, ale momentami zachowywała się jak panna młoda. Tosia została jej powiernicą i pomocnicą, a Ania pomagała jak mogła, jeśli akurat nie przygotowywała się do zajęć. Przed wszystkim Marta musiała zorganizować wieczór panieński i nie mógł być to byle jaki wieczór. Dziewczyny obskoczyły wszystkie knajpy na starym mieści i w końcu zarezerwowały stolik. Striptiz i inne tego typu numery od razu zostały skreślone jako niesmaczne. Marta, a wraz z nią Tosia i Ania, musiały więc wymyślić coś innego.

W międzyczasie Marta poszukiwała odpowiedniego stroju. Na co dzień nosiła rzeczy wygodne i sportowe. Lubiła szukać ubrań w second handach. Miała kilka „fatałaszków”, jak je nazywała, na imprezy, ale niczego, co nadawałoby się na eleganckie wesele.

– Chodźcie ze mną na zakupy. Przecież ja nie mam co na siebie włożyć. Muszę kupić wszystko: sukienkę, żakiet, płaszcz, szalik, kozaki i zwykłe buty.

– Buty możesz wziąć z obrony.

– Wezmę, jeśli będą pasowały. A jak nie będą, to muszę kupić. Do kościoła też nie pójdę w trekingach.

W oczach Marty rysowała się rozpacz. Z natury nie cierpiała zakupów, przerażały ją ceny na metkach, wielkość sklepów i ilość ludzi, którzy kręcili się w kółko bez większego powodu. W dodatku nie potrafiła się zdecydować i gdy znalazła dwie fajne rzeczy, przez co najmniej pół godziny stała w przebieralni oglądając się ze wszystkich stron i zastanawiając, do czego jej będą pasować.

– I jeszcze perukę.

Tosia i Ania aż otworzyły oczy ze zdziwienia. Marta miała już króciutkie włosy, ale widać było, że są zniszczone i nie wróciły jeszcze do stanu sprzed choroby. Ale Marta zawsze mówiła, że jej nie zależy, i nie chciała kupować peruki.

– No co? Nie chcę do końca życia oglądać się na zdjęciach w takiej fryzurze. Poza tym peruka zadziała jak czapka i będzie mi cieplej. A na weselu zawsze mogę ją zdjąć i zszokować więcej jak połowę rodziny. Miny niektórych byłyby bezcenne.

W efekcie trzy dni spędziły w centrach handlowych. Marta była zmordowana ciągłym przymierzaniem, ale w końcu zadowolona ułożyła rzeczy na łóżku. Rzeczywiście musiała kupić wszystko. Najmniejszy problem był z sukienką. Do sklepów weszły już kolekcje sylwestrowe i było z czego wybierać. Dziewczyny namówiły Martę na króciutką, złotą sukienkę z cekinami. Była prosta, ale efektowna, a Marta miała tak zgrabne nogi, że szkoda było je zakrywać. Do tego kupiła ciemnozielony, niemal czarny żakiet i złote sandałki. Płaszcz wybrała szary, do kolan, a do niego czarne wysokie kozaki i jasną jedwabną chustę w ogromne, rysowane kwiaty. Tosia wyszperała w dodatkach grubą zieloną bransoletę. Strój był kompletny, a Marta zachwycona. Zwłaszcza gdy się ubrała, a na głowę włożyła perukę. Wybrała włosy jasnobrązowe, średniej długości, lekko falujące.

– Dzięki – powiedziała, wchodząc do pokoju już w swoich ulubionych dżinsach i swetrze.

– A tego nie ściągasz? – zapytała Tosia pokazując na perukę.

– Muszę się przyzwyczaić. To trochę dziwne, mieć nagle tyle włosów. Podoba mi się, ale ciągle łapię się na ich odgarnianiu.

NASTEPNY

Rozdział 16

Poprzedni

Wakacje powoli się kończyły. Zbliżał się za to długo planowany urlop Tosi i Marcina. Zaplanowali całe dwa tygodnie w Zakopanem. Tosia jeszcze nigdy nie była w górach i cieszyła się na ten wyjazd jak mała dziewczynka. Kupiła buty trekingowe, plecak i kurtkę przeciwdeszczową, by być przygotowaną na każdą pogodę, a w weekendy wertowała przewodniki i mapy, zaznaczając sobie, co chce zobaczyć.

Do Zakopanego przyjechali rano. Nocleg mieli w znanym Marcinowi pensjonacie. Z ich okna otwierał się widok na Giewont.

– I tam wejdziemy? – zapytała Tosia pokazując palcem w kierunki krzyża.

– Koniecznie.

– Stąd wydaje się, że to strasznie daleko. Damy radę dojść na szczyt i z niego zejść w jeden dzień?

– No, Mała – Marcin cmoknął ją w czoło. – Ty jeszcze nie wiesz, ile tu da radę.

Tosia spojrzała na niego z przerażeniem.

– Coś mi się wydaje, że ja z tego urlopu wrócę strasznie zmęczona. Na mapach to wyglądało dużo mniej przerażająco.

Marcin zaśmiał się i zaczął rozpakowywać plecak.

– Ale dziś nie będziemy szaleć – krzyknął z łazienki. – Dziś biorę cię na Krupówki. I pozwalam zabrać tylko dwadzieścia złotych. Jeśli weźmiesz więcej, wydasz wszystko. Wejdziemy też na Gubałówkę, bo to niewysoko i droga łatwa. A zjedziemy wyciągiem krzesełkowym. Spodoba ci się.

– Czy ty masz wszystko zaplanowane?

– Tak mniej więcej. Nie znasz gór, więc mogę ci wszystko pokazać. Będziemy robić tak, że jak jeden dzień spędzimy w górach, to drugi na mieście. Tu też jest co oglądać. Zobaczysz. Zakochasz się w starym cmentarzu.

– A nie wystarczy ci, że zakochałam się w tobie?

– No wiesz. Ten cmentarz nie jest dla mnie żadną konkurencją…

Zakopane zauroczyło i oszołomiło Tosię. Średnio spodobał jej się tłum na Krupówkach, ale gdy tylko zeszli do poziomu stoisk z pamiątkami, trudno było ją odciągnąć. Od razu zaczęła wybierać ciupagę dla pana Jana, komplet drewnianych akcesoriów kuchennych i po góralskiej chuście dla mamy i babci, zabawną rzeźbę górala dla Ani, a dla Marty wielkie kolorowe korale. Na szczęście dwadzieścia złotych starczyło tylko na ciupagę. Na kolejnych stoiskach wypatrzyła bowiem kilkanaście innych rzeczy, które mogłaby komuś podarować i już zaczęła się zastanawiać, co wybrać. W końcu Marcin oderwał ją od stoisk i zaciągnął na Gubałówkę. Kawa na szczycie smakowała wybornie. Oczywiście Tosia umazała się bitą śmietaną z gofra i całą drogą do wyciągu wycierała nos z czekolady. Przestała dopiero, kiedy zobaczyła, jak wsiada się na krzesełka.

– Na bank spadnę i będzie wstyd – stwierdziła.

– Nawet małe dzieci sobie świetnie radzą, więc się nie bój.

Dwa tygodnie minęły nie wiadomo kiedy. Rano, często nieco później niż zamierzali, wyruszali na zwiedzanie. Wracali wieczorem tak zmęczeni, że sił starczało im tylko na kolację i prysznic. Pierwsza kąpała się Tosia. I zanim Marcin zdążył się umyć, ona już spała, choć codziennie obiecywała, że na niego poczeka.

Byli nad Morskim Okiem i Czarnym Stawem, przeszli Doliny Kościeliską i Chochołowską, weszli na Nosal i na Kasprowy, a na końcu zdobyli Giewont. Kiedy weszli na szczyt i znaleźli się pod krzyżem, Tosia siadła z impetem.

– Nigdzie się nie ruszam. Myślałam, że mam lepszą formę, zwłaszcza, że męczysz mnie już niemal dwa tygodnie. Ale teraz wymiękam.

– Chcesz coś do picia?

– Aha.

Marcin podał jej wodę.

– A coś do jedzenia?

Tosia piła łapczywie, trudno jej było się odezwać, ale wyciągnęła wolną rękę. Marcin coś jej do niej włożył. Odłożyła butelkę i już chciała ugryźć, ale zorientowała się, że to nie bułka. W dłoni trzymała małe czerwone pudełeczko. Spojrzała na Marcina. Patrzył na nią, ale się nie odezwał. Tosia spojrzała jeszcze raz na pudełeczko. Coś dławiło ją w gardle. Otworzyła wieczko. W środku był złoty pierścionek, a ułożone w gwiazdkę brylanciki zaskrzyły się w słońcu. Tosia jeszcze raz spojrzała na Marcina, który klęknął przed nią.

– Wiem, że jesteśmy ze sobą zaledwie osiem miesięcy, ale jestem pewien, że to z tobą chcę spędzić resztę życia. Wyjdziesz za mnie?

Tosia nagle poczuła, że nie jest w stanie powiedzieć ani słowa. Kiwnęła głową. Marcin wyjął jej pudełeczko z rąk, wyjął pierścionek i włożył jej na palec. Potem ją pocałował, a wokół rozległy się brawa.

Ostatnie dwa dni spędzili na odpoczywaniu. Zrezygnowali z dalekich wycieczek, za to spali do południa. Tosia co dzień po przebudzeniu patrzyła na pierścionek na swojej dłoni. Ona zaręczona, kto by pomyślał. Co teraz? Powie dziewczynom i mamie, i babci. Ucieszą się. A może powinna zacząć planować ślub? Musi zapytać Marcina, czy chce się z nią żenić od razu. Ona wolałaby zaczekać. W jej życiu tyle się wydarzyło, że potrzebowała teraz trochę spokoju, a myśl o przygotowaniach do ślubu wzbudzała raczej panikę. Jeszcze wybieranie sukienki mogło być przyjemne, ale reszta… Brrr. Otrząsnęła się. Na razie nie musi panikować. Przecież o terminie zadecydują oboje.

Ania jednak dostała się na studia doktoranckie. Sprawdziła listę z tysiąc razy. Na pewno widniało na niej jej nazwisko. Jak tylko minął pierwszy szok, zadzwoniła do mamy.

– Mamuś, dostałam się!! – wrzasnęła przez telefon. Siedzące na ławce studentki spojrzały na nią.

– Pierwszoroczna…

– No, ale ma uciechę…

– Trafi na zajęcia do Kowalskiego i jej się odechce.

Ania zrobiła zdziwioną minę… A owszem, pierwszoroczna. A zajęcia z doktorem Kowalskim wspominała całkiem sympatycznie.

Rodzice ucieszyli się niezmiernie. Byli bardzo dumni z córki. Szczególnie mama się o nią troszczyła. Bała się, że Ania zagubi się w wielkim mieście, nie da sobie sama rady, zwłaszcza po rozstaniu z Damianem, który jej zdaniem chronił Anię przed wszystkimi pułapkami i trudnościami. Tymczasem jej córka znalazła pracę, a teraz dostała się na doktorat. Do szczęścia brakowało jej silnego mężczyzny i przynajmniej dwójki dzieci.

Ania rzuciła się w wir poszukiwań tytułu do tłumaczenia, a myśl o byciu doktorantką dodawała jej sił. Całe dnie spędzała na czytaniu, organizując książki, gdzie tylko mogła. Niestety. Nadal nie mogła znaleźć tej jedynej. Spędzała mnóstwo czasu na aukcjach internetowych, wydając większość swoich oszczędności na kolejne woluminy, które powoli zaczynały piętrzyć się w mieszkaniu. A ona czytała je całymi dniami, niektóre po dwa, trzy razy, odkładając te, które jej się spodobały, a odsprzedając te, które odrzucała.

– Moje życie zaczyna toczyć się wokół poczty – żartowała wieczorami. – Albo odbieram przesyłkę, albo nadaję.

Był piękny, późnoletni wieczór i Ania z Martą wybrały się na spacer. Na plaży nadal było jeszcze wielu turystów korzystających z ostatnich promieni słońca.

– A co z pracą?

– Jak to co? To co do tej pory. Zajęcia na uni mam we wtorki i środy. W pozostałe dni mogę kształcić młodzież, naszą chlubę – odparła patetycznie na pytanie Marty i roześmiała się, po czym wróciła do poważnego tonu. – Zresztą.. Skoro się już usamodzielniłam, nie wrócę na garnuszek rodziców.

Miała w sobie olbrzymie pokłady energii, jak zawsze zresztą, gdy stawała przed nowym wyzwaniem. Praca w szkole dawała jej sporo satysfakcji. Lubiła w niej to, że szybko dostrzegała efekty swoich wysiłków. Native speakerzy chwalili jej uczniów, a ona za każdym razem, kiedy słyszała pochlebstwa, pękała z dumy. Miło jej było słyszeć, że któryś z podopiecznych zaskoczył jakimś zwrotem czy powiedzonkiem rodowitego Niemca. A po doktoracie wiele sobie obiecywała. Nie wyobrażała sobie, że mogłaby przestać się uczyć i rozwijać. Studia pozwolą jej na pogłębianie wiedzy. Nie wiedziała jeszcze, do czego to prowadzi; może zostanie na uczelni, może doktorat pozwoli jej znaleźć pracę w renomowanym biurze tłumaczy. Może zdecyduje się zdać egzamin na tłumacza przysięgłego. Widziała przed sobą tyle możliwości i nie mogła, a w zasadzie nie chciała się decydować na nic konkretnego.

Marta regularnie odwiedzała doktora Kamińskiego. Co miesiąc przechodziła przez badania, które miały potwierdzić, że nowotwór nie był złośliwy i został usunięty z jej organizmu.

Doktor był przystojnym mężczyzną po trzydziestce. Na początku trochę onieśmielał Martę, choć ta przenigdy by się do tego nie przyznała. Zawsze, kiedy przychodziła, pytał o jej samopoczucie, plany, po prostu interesował się nią, a nie jej chorobą. Wręcz polubiła te wizyty i z przykrością myślała o tym, że kiedyś będą one rzadsze.

– Pani Marto. Zawiodłem się na pani – powiedział, gdy tylko stanęła w drzwiach jego gabinetu.

– Słucham? Ale… czy coś się stało, wyniki są nie w porządku?

– Wyniki są doskonałe, leczenie przynosi dokładnie takie skutki, na jakie liczyliśmy.

– Nawet te uboczne, niestety – Marta pokazała palcem na swoją głowę.

– Spokojnie, odrosną. Zawsze może pani kupić perukę, teraz jest spory wybór, można mieć co dzień inną długość włosów.

– Tak. Ale peruka nie jest mi potrzebna, zawsze miałam krótkie włosy, więc mi to nie przeszkadza… Tylko co w takim razie jest nie tak?

– Nie zaprosiła mnie pani na wykłady „Badaj piersi”.

– Ach, to! – Marcie wyraźnie ulżyło i odprężyła się na krześle. – Nie chciałam, żeby czuł się pan doktor zobowiązany tylko dlatego, że akurat jestem jego pacjentką. A skąd pan wie, że to moja inicjatywa?

– Doktor Kucyba jest moim przyjacielem ze studiów. Nasze drogi rozeszły się, on leczy w Poznaniu, ja tu, nadal jednak utrzymujemy kontakt i chyba zbyt często omawiamy sprawy zawodowe. Bardzo cenię jego opinię i często proszę go o konsultacje w trudnych przypadkach. Wymieniamy się też wszelkimi informacjami o wydarzeniach związanych z naszą pracą. Marian opowiadał mi o swoim wystąpieniu i wspominał też o organizatorce. Podał pani nazwisko i wszystko stało się jasne.

– Po raz kolejny przekonuję się, że świat jest mały, jednak zawsze jest to dla mnie zaskoczenie.

Okazało się, że doktor Kamiński bardzo popiera tego typu akcje i chciałby się do niej przyłączyć.

– Czy moglibyśmy się spotkać gdzieś na neutralnym gruncie. Może w następnym tygodniu?

– Bardzo chętnie. W zasadzie codziennie mam wolne po godzinie piętnastej. Proszę tylko powiedzieć, gdzie i o której mam się pojawić.

– Chwilka… – lekarz otworzył kalendarz. – Widzę, że mam wolny wtorek i piątek. To może piątek?

– Może być.

Czternasty tydzień ciąży

POPRZEDNI

Tydzień obfitował w wydarzenia.

Najpierw dostałam własne biuro. Jest to niewielki pokój po sąsiedzku ze sprzedażą. Okazało się, że za jednym z regałów w sprzedaży są do niego drzwi. Bardzo dobry układ.

To dobrze, że szef wynajął dla ciebie odpowiednie biuro – usłyszałam od Mateusza. Znów ma okres miłości do bliźnich i przypochlebiania się każdemu, komu może. – W twoim stanie i na twoim stanowisku niewskazane jest pracować z całą drużyną.

Pracujemy ze sobą już pięć lat i od pięciu lat widzę, że ten człowiek jest jak chorągiewka na wietrze. Raz mówi jedno, raz drugie. Na wszystkich donosi i każdemu włazi w tyłek. Kiedyś dopatrywałam się w każdym jego słowie ukrytej aluzji. Dziś wiem, że takowych tam nie ma. On naprawdę wierzy w to, co mówi, i nie widzi sprzeczności z tym, co mówił lub robił wczoraj. A jednak trudno nie zauważyć, że najpierw wymienił „mój stan”.

Wątpię, by ciąża miała z tym cokolwiek wspólnego – odpowiedziałam chłodno. – Poza tym mam zamiar bardzo rzadko zamykać te drzwi.

Ależ oczywiście. Musisz widzieć, co się dzieje. Dzięki temu będziesz trzymać rękę na pulsie.

Od pięciu lat nie mogę się nadziwić, jak ten człowiek mnie denerwuje. Wyszedł cały zadowolony, że powiedział mi coś niezwykle ważnego i że na pewno zaplusował. Jakby to było możliwe.

Pani Beatko, jak pięknie się tu pani urządziła! – niemal wykrzyczała pani Krystyna. – Bardzo będzie się pani tu miło pracowało. Przyniosłam pocztę.

W tej chwili weszła do pokoju Iza.

Dzień dobry – powiedziała uśmiechając się.

Dzień dobry – odpowiedziała Krystyna, natychmiast odwróciła się na pięcie i wyszła.

Bożena, Urszula i Krystyna – nie mogą znieść, że w firmie pracują młode, ładne i naprawdę zdolne dziewczyny. Marlenę dręczyły niemal rok, Aśka dużo szybciej dała sobie z nimi radę. Iza jest bardzo grzeczna, niestety w ich wypadku to nie działa. Najpierw miały pretensje, że wchodząc do firmy nie zagląda do sekretariatu i nie mówi dzień dobry. Oczywiście wszystko to powiedziały… mi. Odparłam, że jeśli chcą, żeby Iza z rana szła do nich specjalnie się przywitać, muszą powiedzieć jej to osobiście. Byłabym chyba głupia, żeby zmuszać swoją asystentkę do czegoś, czego nie robi nikt w firmie.

Potem poinstruowały ją, że w kuchni ściera się blat, jak jest nachlapane. Nie byłoby w tym nic niewłaściwego, gdyby nie to, że Iza nie była tego dnia jeszcze w kuchni. Najbardziej denerwuje mnie jednak, że traktują ją jak chłopca na posyłki. Dzwonią, gdy jest poczta do kogoś z działu lub gdy potrzebują jakichś papierków. Powiedziałam jej, że powinna być stanowcza. Dopóki im się nie postawi, nie zyska szacunku i spokoju. Na razie jednak się nie odważyła. Pewnie onieśmiela ją fakt, że każda z nich mogłaby być jej matką.

Następnego dnia po zmianie biura, zadzwoniła mama.

Córeczko, przyjdź w niedzielę na obiad. Będzie Tomek z Anią i dzieciakami. Wszyscy chcą ci pogratulować.

A co z tatą?

Nie pochwala tego, ale powiedział, że to lepiej, niż gdybyś chciała usunąć.

Zgodziłam się na te odwiedziny. Czasem myślę, że łatwiej by było, gdybym się od nich odcięła. Może nawet wyjechała gdzieś, najlepiej za granicę. Ale to przecież rodzina. Nie muszę ich lubić, ale na swój sposób ich kocham.

Renata z Sylwią oczywiście stwierdziły, że to na pewno jakaś pułapka i że rodzice spróbują mnie wyswatać z jakimś Wiesiem. Cały wieczór żartowały ze mnie, wymyślając mi świetlaną przyszłość w starej kamienicy na Orunii z mężem nierobem i trójką dzieci.

NASTĘPNY