Rozdział 3. Pierwszy dzień zdjęć. Powrót

Poprzedni

‒ Od kiedy przyjeżdża pani do dzieciaków? Wszystkie, z którymi Edyta rozmawiała, mówią, że pani już tu była, jak trafiły do bidula.

‒ No tak. Tylko Paweł jest pod opieką ośrodka tak długo, żeby pamiętać moje początki. Ale nie mogliście go dziś poznać. Paweł mieszka już w osobnym mieszkaniu, w którym dorośli podopieczni przygotowują się do samodzielnego życia. Wybrał sobie dobry zawód, skończył technikum informatyczne, ma pracę i niedawno zaczął się spotykać z dziewczyną. I jeszcze ostatnio mi mówił, że zapisał się na studia zaoczne. Miał trudne dzieciństwo, bo trafił do domu dziecka zaraz po urodzeniu. Najpierw nie można było dać go do adopcji, potem nie było chętnych rodzin. Z dwóch rodzin zastępczych uciekł, zaczął mieć problemy z prawem, a miał ledwie jedenaście lat. Poznałam go, jak groził mu poprawczak. Strasznie był zamknięty w sobie, nieufny i pełen gniewu. Potrzebował wiele miłości i zaufania. Tym dzieciakom nikt nie ufa, a one tego najbardziej potrzebują. Znalazłam jednego trenera judo, który zgodził się trenować Pawła. To on tak naprawdę wyciągnął go na prostą. Pawełek wygrał kilka zawodów i poczuł, co to znaczy odnieść sukces.

‒ Miał szczęście.

‒ Tak. Te dzieciaki od początku mają pod górkę. Kiedy inne są rozpieszczane i kochane, te muszą radzić sobie z nieufnością i samotnością. To jest największa niesprawiedliwość. Na starcie wszyscy powinni mieć równe szanse, a zwłaszcza dzieci. Niektóre sobie z tym nie radzą, ale jak można je o to oskarżać? Wpadają w narkotyki, lądują na ulicy. Czasem jeszcze opieka społeczna się zainteresuje, ale tak – nikt o nie nie dba. Te dzieciaki od początku są zdane tylko na siebie. Jak można od dziecka wymagać, żeby poradziło sobie z całym światem, i to jeszcze takim? To chyba największa krzywda, jaką można wyrządzić drugiemu człowiekowi.

‒ I pani myśli, że może im pomóc? ‒ zapytała Edyta.

Pani Maria spojrzała na nią uważnie. Najwyraźniej Edyta była osobą, która uważała, że trzeba od razu zbawić cały świat, inaczej nie warto się starać.

‒ Nie pomogę wszystkim tym dzieciakom. Ale jeśli dzięki mnie choć jedno ułoży sobie życie, to będę szczęśliwa. Dla mnie to tylko jeden człowiek, ale dla niego to jego całe życie.

Temat się urwał i pod dom pani Marii podjechali w ciszy.

‒ Na dziś starczy – powiedziała Edyta. ‒ To nie reality show, nie musimy kręcić każdej minuty pani życia. Ale mam pytanie. Co będzie pani robiła jutro?

‒ Jutro odwiedzimy hospicjum. Już do nich dzwoniłam, żeby uprzedzić.

‒ W takim razie do zobaczenia. Przyjedziemy chwilkę później, żeby mogła pani spokojnie zjeść. Do hospicjum możemy pojechać razem.

‒ To do jutra ‒ krzyknął Przemek zza kierownicy.

Kiedy odjechali, Edyta przeklęła pod nosem.

‒ Co tam mruczysz?

‒ Przeklęta święta. Jak mam z tego zrobić dobry materiał. Nikt nie chce oglądać pieprzonych świętych, bo przypominają nam, jacy jesteśmy beznadziejni.

‒ Jak przestaniesz się uprzedzać, to zobaczysz, że to jest zajebisty materiał na reportaż. I to właśnie reportaż świąteczny.

‒ Wal się.

Przemek pominął milczeniem uwagę koleżanki. Pracował z nią tyle czasu i pierwszy raz zdarzyło się, że zachowywała się tak nieprofesjonalnie. A przecież robiła już z musu gorsze nagrania i zawsze potrafiła coś z nich wycisnąć.

Pani Maria patrzyła na odjeżdżające auto. Nie mogła przełamać niechęci tej dziewczyny. Co gorsza nie wiedziała, skąd ta niechęć się wzięła. Ona sama czuła do niej sympatię. Miała wrażenie, że w innej sytuacji bardzo by się polubiły.

Następny